Samotność, strach i system, który wypycha. Opowieść o dzieciach, które przekraczają polską granicę bez opieki – i o dorosłych, którzy nie zawsze potrafią je ochronić.

Głosy, których nie słychać

Wśród gęstwin lasów na pograniczu polsko-białoruskim rozbrzmiewają głosy dzieci, których nikt nie słyszy – zagubione, przestraszone, często milknące z obawy przed wykryciem.

„Bałam się, że już nigdy nie zobaczę mamy. W lesie było ciemno i zimno, a dorośli mówili, że musimy być cicho, żeby nas nie znaleźli” – wyznaje jedno z dzieci, które samotnie przekroczyło granicę.

To nie jest odosobniony przypadek – podobne historie powtarzają się setki razy, choć w oficjalnych statystykach dzieci te pozostają niewidzialne. Ich przeżycia to nie tylko dramat jednostki, lecz także milczący oskarżenie pod adresem systemu, który nie zapewnia im ochrony ani głosu.

Dlaczego powstał raport Save the Children?

Raport Fundacji Save the Children Polska powstał z potrzeby zadania fundamentalnego pytania: czy Polska realizuje najlepszy interes dzieci cudzoziemskich bez opieki, które przekraczają granicę w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Autorzy raportu, wsłuchując się w historie najmłodszych migrantów, chcieli sprawdzić, czy kraj, który zobowiązał się do ochrony praw dziecka, rzeczywiście wywiązuje się z tej odpowiedzialności. Raport jest próbą przełamania społecznej i instytucjonalnej obojętności – to głos sprzeciwu wobec praktyk, które sprawiają, że dzieci pozostają na marginesie, a ich dramaty rozgrywają się w cieniu politycznych debat i proceduralnych zawiłości.

Dzieci migranci: kim są?

Dzieci bez opieki na polsko-białoruskiej granicy to w większości nastolatkowie w wieku 15–17 lat, choć nie brakuje wśród nich także młodszych i dziewcząt, takich jak Sainab z Somalii, która uciekła przed przemocą i wymuszonym małżeństwem. Pochodzą z krajów, gdzie wojna, prześladowania religijne, bieda i brak perspektyw są codziennością – z Somalii, Syrii, Afganistanu, Iranu czy Egiptu. Ich podróż to desperacka próba ocalenia życia, szukania szansy na przyszłość, czasem połączona z traumą rozłąki z rodziną, przemocy ze strony przemytników i niepewnością każdego kolejnego dnia. Granica, którą przekraczają, nie jest tylko linią na mapie – to granica między strachem a nadzieją na lepsze jutro.

Liczby, które nie oddają dramatu

Według danych Stowarzyszenia We Are Monitoring, w 2024 roku przez zieloną granicę z Białorusią przeszło co najmniej 265 dzieci bez opieki, choć rzeczywista liczba może być znacznie wyższa, bo wiele dzieci znika z systemu i nie jest rejestrowanych. Statystyki są rozbieżne: Urząd do Spraw Cudzoziemców odnotował 297 dzieci cudzoziemskich bez opieki, Komenda Główna Straży Granicznej – jedynie 22, a przygraniczne placówki SG – 58. Ta rozbieżność nie jest tylko biurokratycznym problemem; pokazuje, jak łatwo dzieci mogą „zniknąć” z radarów państwa, stając się ofiarami systemowej bezradności. Za każdą liczbą kryje się dziecko, którego los pozostaje nieznany – czy znalazło bezpieczeństwo, czy padło ofiarą przemocy lub handlu ludźmi.

System, który nie istnieje

Raport Save the Children nie pozostawia złudzeń: Polska nie posiada spójnych, skutecznych procedur identyfikacji i ochrony dzieci bez opieki. Odpowiedzialność za ich los jest rozproszona pomiędzy różne instytucje, a procedury są niejasne i nieskuteczne. Dzieci są często traktowane jak dorośli, umieszczane w zamkniętych ośrodkach, gdzie dostęp do wsparcia psychologicznego i edukacji jest iluzoryczny. Przebywanie w detencji prowadzi do depresji, lęków i prób samookaleczeń – a przecież zgodnie z prawem detencja dzieci powinna być ostatecznością, nie normą. W praktyce jednak system nie chroni, lecz wypycha najmłodszych poza margines, pozostawiając ich samym sobie.

Przemoc, pushbacki i strach

Raport opisuje praktyki pushbacków – nielegalnych wypchnięć dzieci z powrotem na Białoruś, często połączonych z przemocą fizyczną i psychiczną. Dzieci są bite, szczute psami, pozbawiane dokumentów i ciepłej odzieży, a po stronie polskiej arbitralne decyzje funkcjonariuszy mogą sprawić, że dziecko zostanie uznane za dorosłego wyłącznie na podstawie kontrowersyjnych badań RTG kości. Przebywanie w strzeżonych ośrodkach dla cudzoziemców jest dla dzieci traumatyzujące – raporty psychologów i prawników potwierdzają, że najmłodsi cierpią tam na depresję, zaburzenia odżywiania i snu, lęki, regresje rozwojowe, a nawet myśli samobójcze. Brakuje wsparcia psychologicznego, a dostęp do opieki zdrowotnej i edukacji jest iluzoryczny.

Piecza zastępcza – przystanek, nie dom

Nawet jeśli dziecko trafi do polskiej pieczy zastępczej, nie oznacza to końca jego problemów. Brakuje miejsc, wsparcia językowego i psychologicznego, a dzieci często traktują Polskę jako przystanek w drodze na Zachód. Wielu z nich znika z placówek, a system nie jest w stanie ich odnaleźć ani zapewnić im bezpieczeństwa. Pracownicy domów dziecka przyznają, że większość dzieci nie widzi w Polsce miejsca na nowy start – to tylko kolejny etap niepewnej podróży, często kończącej się ponownym zaginięciem. Ich zniknięcia są wygodne dla systemu – pozwalają uniknąć odpowiedzialności i trudnych formalności.

Prawa człowieka i prawa dziecka

Dzieci bez opieki są szczególnie chronione przez prawo międzynarodowe – m.in. Konwencję o prawach dziecka ONZ, która gwarantuje każdemu dziecku prawo do ochrony, edukacji, opieki zdrowotnej i życia bez przemocy. Polska, jako kraj członkowski UE i sygnatariusz konwencji, ma obowiązek respektować te prawa. Detencja dzieci powinna być absolutnym wyjątkiem, a nie regułą – tymczasem raport pokazuje, że rzeczywistość jest daleka od ideału. Każde dziecko, niezależnie od pochodzenia, wyznania czy koloru skóry, zasługuje na bezpieczeństwo i szacunek.

Wspólna odpowiedzialność – pakt migracyjny w świetle raportu Save the Children

W raporcie Save the Children Polska Europejski Pakt o Migracji i Azylu jawi się jako niezbędna odpowiedź na chaos i bezradność, z jakimi mierzą się dzieci bez opieki na granicach Unii. Autorzy podkreślają, że tylko spójne, wspólnotowe zasady mogą zapewnić najmłodszym bezpieczeństwo i szansę na przyszłość – dziś bowiem państwa członkowskie zbyt często przerzucają odpowiedzialność, a systemowe luki pozwalają dzieciom znikać bez śladu.

Pakt ma być gwarancją solidarności i równego traktowania, ale raport nie pozostawia złudzeń: bez realnej woli wdrożenia, nawet najlepsze regulacje pozostaną martwe. Wciąż brakuje jednolitych procedur, skutecznego monitoringu i odwagi, by postawić prawa dziecka ponad politycznymi kalkulacjami. Wspólna odpowiedzialność to dziś nie tyle deklaracja, co pilna potrzeba – jeśli Europa nie chce, by dramat dzieci na granicy trwał dalej.

Odsłonięta ścieżka w lesie wzdłuż przebiegu dawnej linii kolejowej, która łączyła obecny dworzec Włodawa w Polsce ze stacją Vlodava na Białorusi.

fot: Jan Pešula Zdjęcie: Wikimedia Commons

Kluczowe wnioski płynące z raportu

  • Brak systemu ochrony: Polska nie posiada spójnych, skutecznych procedur identyfikacji i ochrony dzieci bez opieki. Odpowiedzialność jest rozproszona, a procedury niejasne, co prowadzi do bezradności instytucji.

  • Dzieci traktowane jak dorośli: Często są umieszczane w zamkniętych ośrodkach dla cudzoziemców, gdzie nie mają dostępu do wsparcia psychologicznego, edukacji ani odpowiedniej opieki. Detencja dzieci powinna być wyjątkiem, a nie normą.

  • Przemoc i pushbacki: Dzieci są narażone na przemoc fizyczną i psychiczną, zarówno po stronie białoruskiej, jak i polskiej. Praktyki pushbacków – nielegalnych wypchnięć na Białoruś – są powszechne i łamią prawa człowieka.

  • Znikające dzieci: Brak monitoringu sprawia, że dzieci znikają z placówek, a system nie jest w stanie ich odnaleźć ani zapewnić im bezpieczeństwa. Często uciekają z pomocą przemytników lub rodziny, czasem bez śladu.

  • Niewystarczająca piecza zastępcza: Nawet jeśli dzieci trafiają do pieczy zastępczej, traktują ją jako przystanek w drodze na Zachód, a wsparcie językowe i psychologiczne jest niewystarczające.

Odpowiedzialność dorosłych

Każde dziecko zasługuje na bezpieczeństwo – niezależnie od pochodzenia, wyznania czy koloru skóry. To podstawowa wartość, którą powinien gwarantować każdy system społeczny i prawny. Tymczasem rzeczywistość na polsko-białoruskiej granicy pokazuje, że dzieci bez opieki są nie tylko pozbawione ochrony, ale wręcz wypychane do dalszej, niebezpiecznej podróży. Brakuje jednej osoby lub instytucji, która wzięłaby pełną odpowiedzialność za ich los – odpowiedzialność jest rozproszona, a dzieci gubią się w gąszczu procedur i biurokracji. W efekcie pozostają same, bez realnego wsparcia i opieki. Dorośli – urzędnicy, politycy, wychowawcy – mają obowiązek zapewnić tym dzieciom bezpieczeństwo. To nie tylko wymóg prawa, ale przede wszystkim kwestia człowieczeństwa i sumienia.

Sprawdzian z empatii

Nie można już dłużej udawać, że dramat dzieci takich jak Sainab to odległy problem, który nas nie dotyczy. Jeśli chcemy, by ich los na polsko-białoruskiej granicy nie powtarzał się w nieskończoność, musimy przejść od pustych deklaracji do konkretnych działań. To nie jest wyłącznie kwestia procedur czy polityki – to sprawa sumienia, człowieczeństwa i odpowiedzialności za tych, którzy nie mają głosu.

Dzieci przekraczające granicę samotnie nie są tylko liczbami w statystykach – to konkretne istnienia, które każdego dnia doświadczają strachu, samotności i przemocy. Każde z nich zasługuje na to, by być zauważone, wysłuchane i otoczone opieką. Potrzebujemy pilnego opracowania jasnych, przejrzystych procedur identyfikacji i ochrony najmłodszych migrantów, by żadne dziecko nie zniknęło w systemie, a każda historia została potraktowana z należytą troską.

Kluczowe jest powołanie niezależnego reprezentanta dziecka cudzoziemskiego – osoby, która będzie czuwać nad jego interesami od pierwszego dnia pobytu w Polsce, reprezentować je przed urzędami i instytucjami, a przede wszystkim – być dla niego wsparciem w świecie pełnym niepewności. Niezwykle ważne jest także natychmiastowe zapewnienie wsparcia psychologicznego i dostępu do edukacji, co pozwoli dzieciom odzyskać poczucie bezpieczeństwa i nadzieję na przyszłość.

Równocześnie należy stanowczo zakończyć praktyki pushbacków i detencji dzieci, które są sprzeczne z prawem międzynarodowym i prowadzą do nieodwracalnych szkód psychicznych i fizycznych. To nie są postulaty ponad miarę – to absolutne minimum, które powinniśmy zapewnić każdemu dziecku szukającemu w Polsce ochrony.

Bo każda historia, taka jak Sainab, to nie statystyka – to życie, które można ocalić. Odpowiedzialność za te dzieci spoczywa na nas wszystkich – jako społeczeństwie, instytucjach i ludziach. To nasz etyczny obowiązek, by nie odwracać wzroku i nie pozwolić, by dramat dzieci na granicy trwał dalej.

Źródło: Raport Save the Children „Dzieci bez opieki na granicy z Białorusią i w polskiej pieczy zastępczej w 2024 roku.”

Kryzys klimatyczny to tak naprawdę jeden z objawów dużo poważniejszego kryzysu. Jego sedno można zawrzeć w jednym zdaniu: nie ma nic niestosownego we wzbogacaniu się cudzym kosztem. Takie podejście zaowocowało ludobójstwami, niewolnictwem i eksterminacją zwierząt. Wyrosłe na nich majątki pozwoliły zbudować świat, który znamy. O kosztach mało kto chce pamiętać – także tych związanych z zanieczyszczaniem środowiska.

Już na początku XX w. pojawiły się pierwsze prace naukowe wskazujące, że CO2 emitowany ze spalania paliw kopalnych będzie powodował wzrost globalnej temperatury. Nikt wtedy tym się nie przejmował i przez kolejne 120 lat nic się zasadniczo w tym temacie nie zmieniło. Największy koszt tej beztroski ponoszą państwa Globalnego Południa – te, które jeszcze do niedawna były koloniami umożliwiającymi bogacenie się Północy. To ich mieszkańcy coraz częściej muszą opuszczać swoje domy w wyniku katastrof nasilanych zmianą klimatu. Pierwsi uchodźcy klimatyczni będą najprawdopodobniej pochodzić z wysp Pacyfiku zalewanych przez podnoszący się poziom morza.

„Uchodźcy klimatyczni to chyba najtrudniejszy temat. Do 2050 r. ma ich być nawet miliard i… nic na to nie poradzimy, Trzeba już teraz o tym myśleć i przygotować służby, w tym armię. Uchodźcy klimatyczni będą musieli zostać tam, gdzie są. Miejmy nadzieję, że pomoc innych krajów pomoże przeżyć chociaż niektórym”.

Ten komentarz pochodzący z forum jednego z największych portali w Polsce dobrze podsumowuje popularną narrację dotyczącą uchodźców. Uchodźcy są problemem, przed którym musi się bronić. Mogą umierać tam gdzie są, my ich nie chcemy. Jeśli czegoś z nimi nie zrobimy, to wydarzy się coś strasznego. „Strach w założeniu ma przyciągnąć uwagę i mobilizować ludzi – być może [jest to] nieodpowiednia metoda. Istnieje ryzyko, że udramatyzowanie tematu może prowadzić do pospiesznych, nieoptymalnych i niedemokratycznych rozwiązań”wskazuje dr Giovanni Bettini, wykładowca na Uniwersytecie w Lancaster. Jak wygląda to w praktyce możemy obecnie obserwować chociażby na granicy polsko-białoruskiej. Czy mówienie o „tsunami uchodźców klimatycznych” może w ogóle skłonić kogokolwiek do działań na rzecz ochrony klimatu jako sposobu ograniczenia napływu migrantów? I czy w ogóle grozi nam takie „tsunami”? (Bettini, 2013)

Rachityczny strumyczek zamiast powodzi

„Afryka jest często postrzegana jako kontynent masowych migracji i wysiedleń powodowanych biedą, konfliktami i problemami środowiskowymi. Jednak takie postrzeganie jest raczej oparte na stereotypach niż […] badaniach empirycznych. […] W ostatnich latach dużo uwagi poświęca się nielegalnej migracji z Afryki do Europy. Sensacyjne doniesienia medialne i publiczny dyskurs rysują obraz „exodusu” zdesperowanych Afrykanów uciekających przed biedą do europejskiego 'El Dorado’. Wierzy się, że miliony Afrykanów czekają tylko by przybyć do Europy przy pierwszej okazji”podsumowują medialne narracje Marie-Laurence Flahaux i Hein De Haas, wskazując w swoim artykule, że nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością.

Wśród ludzi przeprowadzających się na inne kontynenty największą grupę stanowią Azjaci (ok. 40%), drudzy w kolejności są Europejczycy (ok. 25%). Z Afryki pochodzi ok. 15%, w tym tylko 1/6 to uchodźcy lub osoby o podobnym statusie. Europa jest miejscem docelowym dla ok. 1/4 emigrantów z Afryki, w rezultacie stanowią oni ok. 10% wszystkich migrantów na europejskiej ziemi, a zdecydowana większość z nich przebywa legalnie. Ponad połowa pochodzi z 3 państw leżących nad Morzem Śródziemnym: Maroka, Algierii i Tunezji. Ogółem ok. 80% wszystkich przesiedleń Afrykanów odbywa się w ramach kontynentu. Pokazywanie więc migracji z Afryki jako „exodusu” czy „inwazji na Europę” zdecydowanie mija się z faktami (Flahaux i De Haas, 2016, Idemudia i Boehnke, 2020, raport Africa Migration, 2020, Bertossi i in., 2021, raport IPCC, 2022).

Co więcej, większość migrantów przemieszczający się na duże odległości to najbogatsze i najlepiej wykształcone osoby w swoich społecznościach. Podróż do Europy, legalna i nielegalna, z państw Afryki Subsaharyjskiej – jednego z regionów najbardziej zagrożonych katastrofami klimatycznymi – jest niezwykle kosztowna (tysiące dolarów). Aby ją odbyć, część osób wyprzedaje całe rodzinne majątki. Wielu z tych, którzy decydują się zaufać przemytnikom, ginie po drodze lub jest deportowanych do kraju pochodzenia jeszcze w Afryce. W 2017 r. ponad 6200 osób na całym świecie umarło lub zaginęło na przemytniczych szlakach – ponad połowa z nich podczas przeprawy przez Morze Śródziemne (Flahaux i De Haas, 2016, Idemudia i Boehnke, 2020, raport Africa Migration, 2020, Bertossi i in., 2021).

Śmierć na miejscu

Migracje wynikające z bezpośredniego zagrożenia życia na skutek klęsk żywiołowych czy konfliktów odbywają się najczęściej w granicach państw lub w obrębie państw sąsiednich. W Afryce znajduje się jeden z największych na świecie obozów dla uchodźców: kenijski Dadaab (w 2020 r mieszkało w nim ponad 200 000 osób, m.in. Sudańczycy i Somalijczycy). Jednak nawet podróże na krótkie dystanse wymagają określonych zasobów. Gdy Farhana Yamin, adwokatka zajmująca się kwestiami sprawiedliwości klimatycznej, zapytała w Sudanie 2 młodych, głodujących chłopców dlaczego nie pójdą po pomoc do Dadaab, który jest tylko 40 km dalej, powiedzieli że po prostu nie mają tyle wody by pokonać pieszo tą drogę. Osoby najuboższe mają najmniejszy wybór jeśli chodzi o radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. Oznacza to, że tam, gdzie państwo nie jest w stanie zapewnić środków na adaptację do zmiany klimatu lub gdzie konflikty najbardziej się nasilą, pokrzywdzeni będą ci, którzy w najmniejszym stopniu odpowiadają za generowanie problemów. Będzie to powodować ogromne kryzysy humanitarne.

Ilustracja 1. Lokalizacja obozów zarejestrowanych przez Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ w 2018 r. Kolory pokazują prognozowaną na lata 2041-2060 liczbę dni w roku z temperaturą przekraczającą próg bezpieczny dla zdrowia ludzi. Źródło: raport IPCC, 2022

Obecnie około 20 mln osób rocznie jest zmuszonych opuścić domy ze względu na powodzie (główny powód) susze czy huragany. Według raportu UN Safe Climate do 2050 r. może ich być ok. 150 mln. Prognozy tutaj są jednak dość niepewne. Analitycy są jednak zgodni co do tego, że większość z tych osób będzie pochodzić z państw, które najmniej przyczyniły się do obecnej zmiany klimatu. Na przykład Somalia jest odpowiedzialna za 0,00027% całkowitych emisji gazów cieplarnianych od 1850 r., a w samym 2020 r. ponad milion Somalijczyków zostało wysiedlonych w związku z klęskami naturalnymi spotęgowanymi rosnącą temperaturą Ziemi. Dziesiątki milionów Afrykanów borykało się w 2022 r. ze skutkami katastrofalnych susz, powodzi i upałów, a tysiące osób straciły życie. W samej Etiopii ponad 12 mln osób jest obecnie zagrożonych niedożywieniem lub głodem (Brown i McLeman, 2009, Bettini, 2013, Flahaux i De Haas, 2016, raport Africa Migration, 2020, Bertossi i in., 2021, raport „Global Climate Wall”, 2021, raport IPCC, 2022).

Pieniądze na odbieranie, a nie ochronę życia

Najlepszym sposobem, w jaki państwa spoza Afryki mogłyby zapobiec tragicznym skutkom zmiany klimatu na tym kontynencie, jest ograniczanie przez nie własnych emisji gazów cieplarnianych oraz wsparcie finansowe lokalnych społeczności w budowaniu zdolności adaptacyjnych. Kłopot w tym, że państwa Globalnej Północy mają duży problem i z jednym i drugim. Mimo obietnicy dofinansowania adaptacji (tzw. fundusz „loss&damage”) w uboższych krajach kwotą ok. 100 mld dolarów rocznie, ledwo udaje się realnie wydać na ten cel ok. 35 mld. Tymczasem w 2020 r. państwa – głównie najbogatsze – przeznaczyły 2 biliony dolarów na wojsko i ok. 15 bilionów na wsparcie odbudowy po pandemii COVID-19. „Wielkie słowa na temat zagrożeń bezpieczeństwa związanych ze zmianą klimatu, z jednoczesnym brakiem działań by zająć się tego przyczynami, są słusznie postrzegane przez rozwijające się państwa jako zwykła hipokryzja” – podsumowują Oli Brown z think tanku Chatham House i Robert McLeman, profesor na Uniwersytet Wilfrida Lauriera. Co więcej, wskazywanie tych zagrożeń może de facto służyć innym celom. (Brown i McLeman, 2009, raport „Global Climate Wall”, 2021).

Państwa UE, które są odpowiedzialne za ponad 20% skumulowanych, historycznych emisji CO2, nie bardzo kwapią się by wspierać fundusz „loss&damage”. Były także obok USA głównym oponentem nazywania tego finansowania „rekompensatami”, obawiając się, że takie nazewnictwo pociągnie za sobą procesy o odszkodowania. Zamiast wspomagać lokalne społeczności w uboższych państwach, Europa przeznacza dużo pieniędzy na uszczelnianie granic, także w państwach afrykańskich. Budżet samego Frontexu zwiększył się między 2006 a 2021r. o ponad 2700%, mimo tego, że zagrożenie nielegalną migracją jest de facto medialną wydmuszką.

Twierdze bezdusznych bogaczy

Unia Europejska nie jest jednak w tym osamotniona. 7 państw (USA, Niemcy, Japonia, Wielka Brytania, Kanada, Francja i Australia), odpowiedzialnych w sumie za ok. 50% historycznych, skumulowanych emisji wydało łącznie w latach 2013-2018 co najmniej 2 razy tyle na uszczelnianie granic i politykę migracyjną (ponad 33 mld dolarów) niż na finansowanie działań klimatycznych (ok. 14 mld dolarów). Rekordzistą jeśli chodzi o stosunek poziomu finansowania polityki migracyjnej do działań klimatycznych jest Kanada, która wydała 15x więcej na kwestie granic, a w liczbach bezwzględnych USA (ok. 20 mld dolarów; ok. 2 mld na politykę klimatyczną). Dokumenty amerykańskich instytucji obronnych wprost nazywają kryzysy migracyjne zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego. To pomaga uruchamiać środki na wzmacnianie granic. Na straszeniu uchodźcami, w tym klimatycznymi, zarabiają więc firmy zajmujące się szeroko pojętą ochroną. Wartość rynkowa ich usług ma rosnąć według prognoz o 5-7% rocznie w tej dekadzie. Jedna z takich firm, Raytheon, wprost wskazuje, że „zapotrzebowanie na ich produkty i usługi militarne może wzrosnąć, gdy niepokoje związane z bezpieczeństwem będą się nasilać w wyniku [występowania] susz, powodzi i burz na skutek zmiany klimatu”. Według brytyjskiego Cobhama, który jest jedną z głównych firm zakontraktowanych do ochrony granic Australii, „zmiany w zasobach i możliwości zamieszkiwania w państwach mogą spowodować wzrost potrzeby nadzoru granic z powodu migracji ludzi”. Wiele z firm, które strzegą granic zajmuje się też dbaniem o bezpieczeństwo gigantów wydobywczych. Na przykład Exxon Mobil zatrudnia L3Harris, pilnujący granic USA, do ochrony swoich platform wydobywczych w delcie Nigru, regionie, który ogromnie ucierpiał z powodu skażenia środowiska powodującego choroby ludzi i przymusowe wysiedlenia. Wychodzi na to, że firmy ochroniarskie głównie bronią tych, którzy zanieczyszczają przed ofiarami tych zanieczyszczeń (Bertossi i in., 2021, raport „Global Climate Wall”, 2021).

Klimatyczne piekło

Narracja o „falach uchodźców” sprzyja więc tak naprawdę jedynie partiom skrajnie prawicowym, które wzywają do ograniczania migracji oraz firmom związanym z zapewnianiem „bezpieczeństwa”, które chętnie – za odpowiednią opłatą – na te wyzwania odpowiedzą. Pokazywanie uchodźców jako „niekontrolowanych hord” ma stworzyć w opinii publicznej poczucie, że tradycyjne narzędzia nie są skuteczne w zarządzaniu ich napływem. W rezultacie w wielu przypadkach sprzyja to wzywaniu wojska do tamowania „zagrażających” nam „ludzkich powodzi”. Alarmistyczna retoryka zwiększa ryzyko usankcjonowania „wyjątkowych” środków kontroli takich jak stan wyjątkowy. Opisywanie mieszkańców Globalnego Południa jako „masy” odbiera im dodatkowo podmiotowość i karmi uprzedzenia. Osoby najbardziej bezbronne i poszkodowane w kryzysie klimatycznym stają się w takich narracjach de facto problemem do pozbycia się. Skupienie się na „niebezpieczeństwach” związanym z emigrantami skutecznie odwraca uwagę od dramatu ludzi tracących życie, zdrowie i/lub majątki (Hartmann, 2010, Bettini, 2013, raport „Global Climate Wall”, 2021).

To nie uchodźcy klimatyczni czy rosnąca populacja państw afrykańskich jest problemem. To my – Globalna Północ jesteśmy problemem: nasza nadmierna konsumpcja (10% ludzi o najbardziej emisyjnym stylu życia (patrz: Europa) jest odpowiedzialnych za 50% globalnych emisji), nasze bezduszne podejście do innych. Dopiero wojna w Ukrainie sprowokowała nas mocniej do myślenia, skąd bierze się benzyna na stacjach, a przecież od dekad europejskie pieniądze płyną do różnych reżimów (np.: państw Półwyspu Arabskiego). Od dekad firmy wydobywcze łamią prawa człowieka i zanieczyszczają środowisko, stawiając wiele osób przed trudną decyzją migracji. Mimo to historia, pudrowana „zielonym” czy „humanitarnym” PR-em, ciągle się powtarza – nowo projektowany gazociąg u północno-zachodnich wybrzeży Afryki ma dostarczać surowiec do Europy. Problemem jest więc też nasz brak odpowiedzialności za popełnione błędy i nasza postawiona na głowie hierarchia wartości („pieniądze przede wszystkim”). Być może więc zamiast straszyć uchodźcami powinniśmy zacząć straszyć bogaczami, bo to oni ciągną nas wszystkich prosto do „klimatycznego piekła”.

Interaktywna mapka pokazująca skąd pochodzą osoby migrujące do Europy i jaka jest ich liczba: https://www.lucify.com/the-flow-towards-europe/

Animowany wykres pokazujący jak zmieniały się migracje w podziale na kontynenty https://blog.revolutionanalytics.com/2018/06/global-migration-animated-with-r.html


 

Gdy piszę ten list do Was, Polek i Polaków, moje serce przepełnia strach o to, co mogło się stać z grupą uchodźców, którzy od ponad dwóch tygodni są porzuceni na granicy, w dziczy, w temperaturach poniżej zera. Grupa, w której znajdują się dzieci, kobiety i osoby starsze, wysłała mi w sobotę, 9 października, błaganie o pomoc poprzez media społecznościowe. Tego samego dnia młody Jazyda, który prosił o pomoc, wysłał mi wideo tej grupy. Znajdowały się w niej osoby z mniejszości jazydzkiej i Kurdowie z Iraku oraz Arabowie syryjscy. Niektórzy z Jazydów w grupie spędzili wcześniej siedem lat w obozach w Iraku.

Zarówno ja, jak i wiele osób, które zobaczyły to świadectwo i obrazy przerażonych małych dzieci i starszych osób, byliśmy zdruzgotani. Para starszych Jazydów w wideo nie miała kontaktu z rodziną w Iraku od niemal dwóch tygodni. Po zamieszczeniu filmu zadzwoniła do mnie ich przerażona córka, płacząc do telefonu. Chciała tylko wiedzieć, czy jej rodzice nadal żyją. Zadzwonił też krewny osób z grupy, mieszkający w Niemczech Jazyd, również płacząc. Następnie udał się z dziećmi i żoną na posterunek policji, prosząc państwo niemieckie o interwencję.

Z rozmów z licznymi dziennikarzami i aktywistami na rzecz praw człowieka w Polsce zrozumiałem, że toczy się dialog publiczny na temat tego filmu, szczególnie w kontekście widocznych na nim dzieci. Mogę Was zapewnić, że dzieci i dorośli byli sfilmowani tu, na granicy polsko-białoruskiej, w zeszłą sobotę, 9 października. Polscy i białoruscy strażnicy graniczni wielokrotnie odmówili im prawa do opuszczenia terenu leśnego na granicy, i ta odmowa dotyczyła też przyjęcia dzieci, osób starszych i tych, których życie było zagrożone.

W dniu 13 października otrzymałem od grupy kolejne wideo, ukazujące ją w tym samym miejscu. Dyskusja na temat migracji jest złożona i upolityczniona, a intencją tego artykułu nie jest przyczynienie się do dalszych kontrowersji. Wierzę jednak, że niewyciągnięcie przez Polskę pomocnej dłoni do tkwiących na granicy uchodźców, którzy uciekli przed ludobójstwem i wojną, nie tylko jest moralnie złe, ale stanowi też pogwałcenie podstawowych praw człowieka. Pozwolenie na to, aby dzieci, osoby starsze i ludzie uciekający przed ludobójstwem umarli na Waszej granicy, nie jest zapewne czymś, czego Polki i Polacy oczekują od swojego rządu. Wierzę także, że w czasach kryzysu i trudności w nas, jako istotach ludzkich, powinno przeważyć dobro i że katastrofy takie jak ta w pewien sposób nas definiują i stwarzają możliwość, aby traktować innych w sposób miłosierny i humanitarny.

Na koniec, w imieniu wszystkich Jazydów, proszę Was o wywieranie nacisku na polski rząd, aby zmienił swoje nielegalne praktyki na granicy, pozwalając również działaczom organizacji humanitarnych i dziennikarzom na dotarcie do rejonu przygranicznego i natychmiastowe zapewnienie tak bardzo potrzebnego jedzenia, schronienia i lekarstw. Apeluję też, abyście otworzyli serca na ludzi pochodzących z niestabilnych rejonów świata. To jest również Wasza możliwość, aby okazać dobroć w kryzysie humanitarnym.

Tłumaczenie listu: Zosia Krasnowolska

Sytuacja kobiet ciężarnych i matek, które niedawno urodziły jest w obozach dla uchodźców wyjątkowo trudna, ponieważ często nie mają niezbędnej opieki. Wymuszone cesarskie cięcia, niedożywienie i zaniedbania w opiece poporodowej to codzienność według najnowszych badań poświęconych sytuacji w Grecji.

W sierpniu 2016 roku Feiza z Syrii urodziła swoje piąte dziecko. Na imię ma Ahmed. Spotkałam Feizę trzy dni po opuszczeniu szpitala w obozie Softex niedaleko Salonik. Skarżyła się na ból brzucha, który był spuchnięty i miejscami siny. Po wyjściu ze szpitala żaden lekarz nie pojawił się, by skontrolować ją i noworodka. Dwa tysiące osób przebywających w obozie może liczyć na podstawową opiekę medyczną, ale ginekologia do niej nie należy.

Feiza narzekała, że cesarskie cięcia robi się tu nawet jeśli nie ma takiej potrzeby lub jeśli kobieta sobie tego nie życzy. „Uchodźca”, wyjaśnia, wzrusza ramionami i spuszcza wzrok. To jedyne słowo w języku angielskim, jakie zna.

„To mój pierwszy poród przez cesarkę”, mówi mi Maryam, a jej 13-letnia córka tłumaczy te słowa na łamany angielski, co wystarcza, żebym zrozumiała, jak beznadziejna jest ich sytuacja. Feiza z dziećmi – których ojciec od stycznia czeka na nich w Niemczech – mieszka w małym namiocie niedaleko dziurawego płotu obozu. Obóz ten nie jest bezpiecznym miejscem, szczególnie dla kobiet i dzieci. Odnotowano przypadki gwałtów i przemocy seksualnej, a bójki są na porządku dziennym. Feiza mieszka tu z czterema dziewczynkami i maleńkim chłopcem.

„Boimy się wychodzić. W nocy w ogóle nie opuszczamy namiotu, a w dzień, jeśli już musimy wyjść, to nigdy osobno” – zaznacza. W namiocie jest jedno duże łóżko, na którym śpi z niemowlakiem. Dziewczyny mają cienki materac rozłożony na drewnianej podłodze. Przeraża je otaczająca przemoc. Boją się, że węże i inne zwierzęta wejdą do namiotu.

Historia Feizy dobrze ilustruje trudności, jakich uchodźczynie doświadczają na swojej drodze. Podobnych historii jest więcej. Fundusz Ludnościowy Narodów Zjednoczonych (UNFPA) podaje, że ponad 55% osób, które przybyły do Europy w styczniu 2016 roku to kobiety i dzieci. Dla porównania w lipcu 2015 było ich tylko 27% wśród przybyszy. Wiele kobiet podróżuje z dziećmi lub noworodkami przy piersi. Organizacja Lekarze bez Granic szacuje, że niemal jedna na dziesięć kobiet, które udaje się uratować z łodzi przemytników jest w ciąży.

Niebezpieczeństwo porodu

Kwestia opieki medycznej rzadko podejmowana jest w kontekście uchodźctwa, choć jest to jedna z podstawowych potrzeb, które kraj przyjmujący miałby zapewnić. Według nowych badań przeprowadzonych przez organizacje Hellenic Action for Human Rights (Pleiades), Human Rights in Childbirth, Are You Syrious? i grupę wolontariuszy sytuacja kobiet rodzących dzieci w greckich obozach jest dramatyczna. Sytuacja w innych krajach I miejscach na szlaku bałkańskim, gdzie przebywa obecnie większa liczba uchodźców i uchodźczyń pewnie jest podobna, ale brakuje twardych danych.

Badania w Grecji prowadzono w obozach i squatach od września do października 2016 roku. Przeprowadzono rozmowy z 29 kobietami, z których 20 niedawno urodziło, a jedna poroniła. Jedno dziecko zmarło krótko po porodzie.

Tylko jedna z 20 kobiet powiedziała, że karetka przyjechała w porę, by zabrać ją do szpitala, gdzie mogła urodzić. 60% kobiet rodziło przez cesarskie ciecie, bez informowania czy pytania o zgodę ze strony personelu medycznego. Jedna z kobiet opowiedziała o panice, która ją ogarnęła, kiedy zdała sobie sprawę, co ją czeka. „Po 12 godzinach prób, by urodzić naturalnie, poinformowano mnie, że będą mnie rozcinać. Ciągle byłam świadoma i przywiązana do łózka, kiedy moje podbrzusze zaczęli czyścić do zabiegu alkoholem” – opowiada. „Bałam się i poprosiłam anestezjologa o znieczulenie, używając arabskiego słowa khadirini (znieczul mnie). Ten zaczął się śmiać i powtarzać: żadnego khadirini. Wpadłam w panikę i wyłam z bólu i  ze strachu, do tego stopnia, że zerwałam pasy krępujące moje ręce. Na szczęście przyszli lekarze, rozmawiali ze mną i uspokajali mnie”. Nieobecność tłumacza powodowała, że wiele kobiet dostawało całkowite znieczulenie bez jakiegokolwiek wywiadu medycznego. Z kolei porody naturalne prowadzono często w ogóle bez znieczulenia.

W wywiadzie z tego roku dla Are You Serious?, Karin Tschare-Fehr, lekarka i wolontariuszka z Austrii, opisuje dramatyczną sytuację kobiet, zwracając szczególną uwagę na częste wykonywanie cesarskiego cięcia u kobiet, które żyją w niehigienicznych warunkach. Karin badała kobiety, które mówiły jej, że lekarze w szpitalach wykonują cięcie prawie wszystkim rodzącym, bez względu na wolę kobiety. „Odpowiedzialność za taki stan ponosi Unia Europejska”, przekonuje i wyjaśnia, że „nie chodzi tylko o uchodźców, ale o samych Greków, którzy są w beznadziejnej sytuacji, ponieważ nie mogą świadczyć podstawowej opieki zdrowotnej swoim obywatelom i nie stać ich na więcej”.

Dom, czyli obóz

Kobiety mówiły również o problemach z lokalami mieszkalnymi po porodzie, braku podstawowego bezpieczeństwa, złych warunkach sanitarnych, złej opiece medycznej, wyłącznie męskim personelu, braku dostępu do pomocy prawnej czy wreszcie o ograniczonym dostępie (lub braku dostępu) do informacji i tłumaczy.

Jakość usług medycznych w wielu greckich obozach jest przerażająco niska. Niektóre obozy mają zespoły medyczne, które zapewniają jedynie bardzo podstawową pomoc w godzinach od ósmej rano do piątej popołudniu. Poza tymi godzinami uchodźcy polegają na greckiej służbie zdrowia, która opornie odpowiada na ich potrzeby. Niektóre raporty wskazują, że karetce może zająć nawet 12 godzin od zgłoszenia zanim dotrze do uchodźcy.

Takich historii jest na pęczki. Pewna 19-letnia Afganka, mieszkająca na stadionie Elliniko, gdzie urodziła dziecko opowiada tak: „Czasami mam tak straszny ból głowy, jakbym waliła nią o ścianę. Lekarze powiedzieli mi, że to normalne i samo przejdzie”. Z kolei jedna 32-letnia Afganka mówi o zaniedbaniach w opiece poporodowej, która powinna pomóc przezwyciężyć trudności związane z życiem w obozie: „Dostałam proszek do picia, który miał pomagać mi w korzystaniu z toalety. Przestałam to brać, bo bałam się iść do toalety nocą, kiedy samotni mężczyźni nie śpią i kręcą się w okolicy”.

Według badań pomimo faktu, że wiele kobiet, z którymi przeprowadzono rozmowy zgłosiło władzom, że są w ciąży w momencie przybycia do Grecji, nie otrzymały dodatkowej opieki zagwarantowanej przez przepisy prawa międzynarodowego, europejskiego, czy greckiego. Autorzy raportu piszą:

Głównym problemem wskazywanym przez kobiety jest niska jakość jedzenia. Wiele kobiet informowało, że przebywały w różnych obozach w Grecji i wszędzie były problemy z jedzeniem. Było surowe, nieświeże lub brudne. Jeśli tylko miały pieniądze, kupowały jedzenie spoza obozu. Ich sytuacja zdrowotna nie upoważniała je do żadnych dodatkowych porcji. Świeże owoce, warzywa, mięso i ryby to rzadkość. Wszystkie skarżyły się na złe odżywianie w ciąży, co prowadziło do anemii i niskiego ciśnienia. Suplementy (witaminy i żelazo) dostawała mniej niż połowa, a jeśli ktoś je dostawał, to musiał za nie dodatkowo płacić.

Życie w trudnych warunkach sprawia, że matki nierzadko zapominają zadbać o swoje zdrowie. Według badań kobiety, które miały cięcie cesarskie często nie wracały do szpitala na usunięcie szwów, ponieważ dotarcie tam nie było dla nich łatwe. W efekcie dwie kobiety przyznały, że ponad 30 dni po zabiegu wciąż maja otwarte rany, które codziennie opatrują bandażami.

Jakby tego było mało, dzieci urodzone w Grecji przez uchodźczynie miewają żółtą gorączkę, zapalenie opon mózgowych, niedobory witaminy D, sepsę i gruźlicę, czyli problemy, które prawie w ogóle nie dotyczą greckich noworodków. Z powodu braku tłumaczy matki często w ogóle nie wiedzą o takich diagnozach. „Kolejnym istotnym problemem jest brak kontroli zdrowia dzieci i nadzoru nad szczepieniami” – czytamy w raporcie. „Wiele matek mówiło, że nie wiedzą, ile ważą ich dzieci, a trzy przyznały, że ich dzieci w ogóle nie były kontrolowane po wyjściu ze szpitala. Niektóre matki twierdziły, że nawet jeśli w ich obozie były organizacje pozarządowe zajmujące się opieką medyczną, to praktycznie nigdy nie były dostępne”.

Dotychczas tego rodzaju ostrzeżenia i informacje podawane przez różne organizacje raczej nie docierały do władzy w Grecji i innych państwach. Media unikają tego tematu i po raz kolejny potwierdzają, że kobiety i dzieci pozostają najsłabszą grupą, której prawa ciągle są łamane.

O autorce

Nidzara Ahmetasevic jest dziennikarką, niezależną badaczką i aktywistką z Sarajewa. Jest wolontariuszką w organizacji Are You Serious?, dla której redaguje stronę AYS Daily Digest i prowadzi prace w terenie. Publikowała w The New Yorker online, EUobserver, Al. Jazeera English online i The Observer. Doktorat zrobiła na Uniwersytecie w Graz.

Źródło: Open Democracy

Tłumaczenie: Robert Reisigová-Kielawski

Wyobrażając sobie “zieloną utopię” – idealny świat – pewne jest jedno. To, że miejsce to jest wolne od opresyjnych, ograniczających nas granic. (więcej…)

Skąd wziął się lęk przed prezentowaniem wizji otwartych granic? Dlaczego nie muszą oznaczać wielkich fal migracji? Druga część rozmowy o przyszłości Europy. (więcej…)

Idea Europy staje się czymś więcej kiedy ludzie przekraczają niepewność i wrogość, współdziałając ze sobą ponad granicami. (więcej…)

Przez ostatni rok Europa musiała – poza kryzysem ekonomicznym – mierzyć się z jeszcze jednym wyzwaniem: największym od czasów II Wojny Światowej napływem uchodźców. (więcej…)

Polki i Polacy tradycje wyjazdów z rodzinnych stron w poszukiwaniu lepszego życia mają opanowaną całkiem nieźle. (więcej…)

Tragiczne wydarzenia w Paryżu po raz kolejny obudziły falę nastrojów antyimigracyjnych. W jaki sposób można się jej przeciwstawić? (więcej…)