Historia Berlina ma wiele obliczy. Najbardziej znanym jest dzielący miasto mur. 13 sierpnia minęło 60 lat od rozpoczęcia jego budowy. W listopadzie mur ma dwie rocznice: 9 listopada 1989 roku mur przestał dzielić, a dokładnie 30 lat temu, czyli w listopadzie 1991 mur przestał istnieć – zostały tylko fragmenty, które opowiadają turystom swoją historię.
Ale zacznę od początku. Po przegranej II wojnie Niemcy zostały podzielone na cztery strefy okupacyjne (amerykańską, francuską, angielską i radziecką), podobnie wyglądał podział stolicy państwa. W latach 1948-49 Berlin Zachodni jest całkowicie odcięty od prądu, dostaw. Z pomocą przychodzą alianci tworząc „most powietrzny” i zapewniając podstawowe produkty. W kwietniu 1949 roku powstaje RFN, zaś w październiku NRD – dwa państwa niemieckie o dwóch różnych ustrojach, oraz najbardziej na wschód wysunięty przyczółek świata zachodu – Berlin Zachodni. Ponieważ nie każdemu mieszkańcowi NRD odpowiadał system wschodni, dość licznie przedostawali się oni do RFN. To z kolei nie odpowiadało ówczesnym władzom wschodnim i najpierw postawiono zasieki z drutu kolczastego, a następnie w 1961 roku rozpoczęto budowę liczącego 156 km muru berlińskiego.
Miał on skutecznie zatrzymać ludzi w NRD. Warto wspomnieć, że każda z uciekających osób po przekroczeniu granicy i znalezieniu się w Berlinie Zachodnim mogła poczuć uścisk pomocnej dłoni. Najważniejsze dla uciekinierów z NRD było to, aby mieć mur za plecami, stojąc twarzą do muru można było
zginąć.
Szacunki są różne, bo podaje się od 78 do 250 ofiar śmiertelnych podzielenia miasta. Różnice wynikają z przyczyn śmierci. Ludzie ginęli, ponieważ mieli wypadki podczas przekraczania granicy, po nieudanej próbie ucieczki popełniali samobójstwa, zostali zastrzeleni podczas próby pokonania muru… Ginęli również strażnicy pilnujący muru. Jako ostateczną liczbę ofiar muru podaje się 136 osób. Po zjednoczeniu Niemiec odbyły się liczne procesy, w których oskarżono władze NRD oraz pełniących na granicy strażników. 35 strażników uniewinniono, ale 44 zostało skazanych na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu.
Kawałki muru istnieją do dzisiaj, a w miejscach gdzie ginęli ludzie próbujący przekroczyć mur stoją charakterystyczne pomniki w kształcie czworokątnego słupa informujące o ofiarach, które poniosły śmierć podczas próby przekroczenia granicy w danym miejscu.
Na granicy białorusko-polskiej zaczyna się dziać niemal analogiczna sytuacja. Na razie powstają zasieki z drutu żyletkowego. Z jedną małą różnicą. W podzielonym Berlinie nie można było wyjść poza mur i przywitać się z osobą czekającą z wyciągniętą dłonią. Trzeba było pokonać mur, mieć go za plecami. Na tej granicy, białorusko-polskiej, po polskiej stronie nikt nie czeka z wyciągniętą dłonią, a ci, którzy chcieliby tę dłoń wyciągnąć, skutecznie są od granicy odsuwani, zaś zasieki z drutu kolczastego rozciągane są między uchodźcami a strażnikami wpatrzonymi w koczujących ludzi. Ci strażnicy nie strzelają, ale biernie patrzą na szukających pomocy, głodnych i wyziębionych ludzi. Wprowadzenie stanu wyjątkowego w obszarze przygranicznym miało na celu odcięcie ludzi od informacji, ale już wiadomo, że na granicy, na oczach strażników zaczynają umierać ludzie.
Ciekawi mnie, jak strażnicy wpatrzeni przez zwoje drutu kolczastego w koczujących na granicy uchodźców zachowają się w dniu wigilii Bożego Narodzenia. Raczej na pewno tradycja nakaże im, rozstawiając talerze na kolację wigilijną, postawić dodatkowe nakrycie dla „zbłąkanego wędrowca”.
Co dalej? Czy powstanie 418-kilometrowy mur na granicy?
Kiedy i jakie konsekwencje zostaną wyciągnięte wobec tych strażników? Warto w tym momencie przytoczyć art. 162 § 1 k.k., który mówi, że „kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3″.
I na koniec jeszcze jedno pytanie: czy my także za kilka lat na granicy polsko-białoruskiej postawimy upamiętniające monumenty, aby nauczyć następne pokolenia, że oba te mury, ten berliński i ten polski, to tylko granice człowieczeństwa?
Wiele osób zamieszkujących kraje Maghrebu nie ma wyboru: zmuszeni są opuścić swe domy i zacząć nowe życie za granicą. Unia Europejska, zamiast traktować ich jak przestępców, powinna przygotować realistyczną politykę w tej materii, biorąc pod uwagę również perspektywę ekologiczną.
Migracje i integracja – rozbrajając mity
„(1) Każdy człowiek ma prawo swobodnego poruszania się i wyboru miejsca zamieszkania w granicach każdego Państwa. (2) Każdy człowiek ma prawo opuścić jakikolwiek kraj, włączając w to swój własny, i powrócić do swego kraju”. Te dwa paragrafy składają się na artykuł 13 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Na ich podstawie możemy stwierdzić, że odmawianie prawa do migracji jest nieludzkie. Może to wyglądać na przesadę, ale jak inaczej określić odmawianie pomocy humanitarnej ludziom uciekającym przed ekstremalną biedą, głodem czy przemocą?
Doświadczamy wycofywania się Europy z reguł, na bazie których powstała jako wspólnota – reguł kosmopolitycznej współpracy zróżnicowanych kultur, nakierowanej na budowę wspólnej przyszłości. Trwający kryzys dał paliwo nienawiści rasowej i pomógł w upowszechnieniu się mitów, którymi żywią się ksenofobiczne partie polityczne.
Mit korzeni, wedle którego tożsamości europejskich kultur zagraża celowa inwazja „innych”, którzy powinni bądź to ulec asymilacji i zupełnie porzucić dotychczasowe więzi ze swoją kulturą, bądź zostać poddani ostracyzmowi i izolacji. Mit ten opiera się na kłamstwie – ani bowiem nasze, ani imigranckie kultury nie są jednorodne.
Mit statystyczny, w którym do grona obcokrajowców wlicza się ludzi napływających z innych państw Unii, mimo iż traktat z Schengen jasno zalicza ich w obręb obywatelek i obywateli. Smutno patrzeć, gdy swobodny przepływ osób (w przeciwieństwie np. do przepływów kapitału) kwestionowany jest na bazie fałszywego postrzegania kwestii bezpieczeństwa, przyczyniającego się do wzmożenia monitoringu oraz ograniczania naszych praw i wolności.
Mit „nielegalności ludzi”, w którym potępia się nie działania, lecz ich sprawców i który przyczynia się do kryminalizowania samego aktu przekraczania granic. „Żaden człowiek nie jest nielegalny. Nadal mamy do czynienia z osobami, które są legalnie nielegalne – i powinny być. To wszyscy ci, którzy wyzyskują, którzy używają innych ludzi do tego, by powiększać swą władzę i bogactwa”. Powtarzam tu słowa portugalskiego noblisty José Saramago, dodając, że nie powinien być wykluczony nikt, kto ubiega się o azyl. Nie dość, że ucieczka z rodzinnych stron jest już dostatecznie traumatyczną próbą godności, to jeszcze później przyjmujemy takie osoby jak kryminalistów.
Mit, wedle którego w walce z „nielegalnymi migracjami” cel uświęca środki. Oznacza to przyzwolenie na obozy internowania, w których dochodzi do łamania praw człowieka i brakuje dostępu do opieki zdrowotnej, na przymusowe wydalanie z terenu Unii oraz na ściany wstydu, odgradzające hiszpańskie enklawy w Afryce Północnej – Ceutę i Melillę – przez które kraj jest regularnie skarżony w instytucjach takich jak Międzynarodowa Organizacja Pracy (ILO), Rada Europy czy ONZ. Różnica w ochronie podstawowych praw osób biednych i bogatych jest w praktyce ogromna. Dowodem na jej występowanie jest fakt, że wśród sygnatariuszy Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie ochrony praw wszystkich pracowników-imigrantów oraz ich rodzin nie znajdziemy żadnego kraju Europy Zachodniej.
Świat współzależności
Zachód musi zaakceptować dwa założenia. Nie może mieć dwóch różnych koncepcji praw człowieka dla dwóch, różnych od siebie pod względem zamożności grup ludzi. Musi też pamiętać, że w świecie wzajemnych zależności nasze działania – zarówno jeśli chodzi o jednostki, jak i poszczególne państwa – mają globalne konsekwencje. Powiązane są ze sobą m.in. bieda i zanieczyszczenie środowiska. Wystarczy rzut oka i porównanie danych takich, jak Wskaźnik Rozwoju Społecznego (HDI) i ślad ekologiczny.
Uchodźcy ekologiczni są jednak niewidoczni dla instytucji międzynarodowych – mimo iż ich szeregi mogą sięgnąć nawet ćwierci miliarda osób do roku 2050. Zauważenie ich istnienia wymagałoby przyznania, że istnieje związek między zanieczyszczeniami, zakwaszeniem oceanów, niedoborami surowców, zasoleniem gruntów ornych, pustynnieniem a głodem, problemami z dostępem do wody pitnej, utratą bioróżnorodności, niepokojami społecznymi, wojnami i migracjami.
Działania na rzecz bardziej zielonej, kosmopolitycznej Europy wymagają pamiętania o tych powiązaniach oraz wskrzeszenia ius migrandi (prawa do migracji) i jego trzech perspektyw: prawa do pozostania w dotychczasowym miejscu zamieszkania w godnych warunkach życiowych, prawa do emigracji oraz zapomnianego dziś prawa do osiedlenia się w dowolnym miejscu. Ma to istotne znaczenie dla osób napływających do Europy z krajów Maghrebu.
Zielona alternatywa – koniec z neoliberalizmem
Ekopolityczne spojrzenie na relacje między Europą a krajami Maghrebu wymaga spojrzenia na problemy tego regionu z perspektywy ekologicznej. Dotychczasowe modele rozwojowe są niemożliwe do utrzymania, jeśli mamy uniknąć załamania stanu środowiska. Przyszłość Afryki Północnej nie tkwi w imitowaniu „modelu angolańskiego” – wydobycia surowców na potrzeby wielkich, realizowanych przez Chiny projektów infrastrukturalnych. Kraj ten traktuje dziś Afrykę jak rezerwuar zasobów, których potrzebuje do zaspokojenia swych rosnących poziomów konsumpcji.
Nie ulega wątpliwości, że Afryce potrzebna jest ekonomiczna dekolonizacja. Źródła dochodów państw Maghrebu są bądź to ograniczone (gaz, ropa naftowa, żelazo, fosforyty), bądź też ściśle powiązane ze stanem środowiska (rolnictwo, turystyka, ogrodnictwo). Zorientowane na perspektywę krótkookresową modele neoliberalne czy neokeynesowskie nie są w stanie poradzić sobie z kwestią ograniczonej ilości dostępnych zasobów i nie uwzględniają pogarszającego się stanu środowiska w regionie.
Problemy ekologiczne doświadczane w Afryce Północnej przyczyniają się do problemów społecznych, mających wpływ na gospodarkę. Susza, która dotyka Mauretanię i stwarza ryzyko niedożywienia 12 milionów ludzi, jest dowodem na kruchość obecnej równowagi. W tym samym czasie procesy pustynnienia zagrażają mauretańskim wybrzeżom – regionowi, w którym nadal można znaleźć dziewicze przestrzenie i który już dziś uzależniony jest od eksportu zbóż.
Wydobycie gazu łupkowego w Algierii wzbudziło z kolei szerokie protesty społeczne, wiąże się ono bowiem ze zużyciem sporych ilości wody – zasobu, którego w tym kraju brakuje. Przykład ten powinien nam uzmysłowić, że myślenie o kwestiach ekologicznych w regionie obecne jest nawet wśród osób najuboższych oraz uzależnionych od kondycji sektora wydobywczego. Powinien nam również przypomnieć, że gdziekolwiek żyją ludzie narażeni na szkodliwe dla nich praktyki biznesowe, tam znajdziemy sojuszników na rzecz podnoszenia świadomości i nawoływania do zmian, które ulżą naszej planecie.
Błędne koła
Zdarza się nam zapominać, że przyczyny niedoborów, doświadczanych w krajach wydobywających się z kolonializmu, wywodzą się często z tamtejszych elit społecznych, grabiących zasoby, dzięki którym Globalna Północ może się rozwijać i kumulować władzę – w efekcie mamy do czynienia z „błędnymi kołami”, a więc opisanymi przez badaczy problematyki rozwojowej Darona Acemoglu oraz Jamesa A. Robinsona problemami, które napędzają kolejne problemy.
Dla przykładu – Maroko i Algieria utkwiły w postępach na rzecz demokratyzacji, pozostając zależnymi od „silnych ludzi” u władzy, takich jak marokański król Mohamed VI czy prezydent Abdelaziz Bouteflika. Zinstytucjonalizowana korupcja oraz brak demokracji tworzą klimat braku stabilności, który uniemożliwia rządy prawa, wyklucza bowiem zmiany instytucjonalne, skazuje społeczeństwa na biedę i nierówności społeczne i czyni je żyzną glebą dla fundamentalizmu i konfliktu. Nie tworzy warunków, by uczyć o regionalnych różnicach kulturowych czy religijnych, wspierać emancypację kobiet czy powstawanie silnego społeczeństwa obywatelskiego.
Jakby tego było mało, Libia pogrążona jest w kolejnej wojnie domowej, w związku z czym wskaźniki jakości życia w tym kraju pikują. Zapomina się o tym, gdy tylko wznawiane są dostawy ropy do Europy. Sahara Zachodnia jest nadal nielegalnie okupowana przez Maroko – w tej materii brakuje woli politycznej ze strony Hiszpanii, sprawy nie ułatwiają również napięcia między Marokiem a Algierią. Król Maroka włada kopalniami fosforytów na tym terytorium, Algieria z kolei broni jego niepodległości, powtarzając żądania narodowowyzwoleńczego ruchu Polisario. Obozy dla uchodźców w regionie, takie jak Tindouf czy M’Bera, rosną z dnia na dzień, a ich mieszkańcy czekają na rozwiązanie ich problemów, które niestety nie nadchodzi.
Biorąc to wszystko pod uwagę, nie dziwi fakt, że projekty współpracy regionalnej takie jak Unia Arabskiego Maghrebu pozostają w wyniku regionalnych konfliktów. Maroko stara się zdystansować od Algierii i spozycjonować jako wierny sojusznik Unii Europejskiej, uczestnicząc we wspólnych projektach dotyczących bezpieczeństwa, zawierając porozumienia w dziedzinie rybołówstwa czy poprzez udział w programie wsparcia finansowego MEDA. Sytuacja ta zmusza Unię Europejską do współpracy z każdym krajem regionu osobno, co z kolei uniemożliwia wdrażanie wspólnych projektów regionalnych.
Zachód musi słuchać i działać
Jeśli zależy nam na współpracy z Afryką Północną, musimy zmienić sposób myślenia o polityce międzynarodowej. Współpraca wymaga wzajemności oraz zrozumienia, że w naszym interesie jest dobrobyt nie tylko we własnym kraju, ale na całym świecie. Nie tylko dla obecnego, ale i dla przyszłych pokoleń. Musimy na nowo przemyśleć dotychczasowe formuły, zmniejszyć zużycie zasobów w krajach o już wysokim śladzie ekologicznym i wdrożyć bardziej efektywne nadzorowanie przestrzegania praw człowieka w rejonach najbardziej zagrożonych ich łamaniem.
Formuła konsensusu waszyngtońskiego, wedle którego wprowadzenie neoliberalnej gospodarki rynkowej zagwarantuje rozwój instytucji demokratycznych, okazała się błędna. Nierówne traktowanie kultur innych niż zachodnia, odmawianie im zdolności do podejmowania do dialogu i rozwiązywania problemów przypomina o europocentryzmie i utrudnia wymianę kultury i wiedzy między Północą a Południem.
Nie można dopuścić do tego, by marzenia mieszkanek i mieszkańców Południa nadziewały się na druty kolczaste Ceuty i Melilli i tonęły w odmętach Morza Śródziemnego. Północ musi skupić się na zmniejszaniu swojego śladu ekologicznego, tworzyć kulturę wzmacniającą podmiotowość i zwiększającą świadomość ekologiczną obywatelek i obywateli, jak również domagać się uczciwego traktowania Afryki Północnej przez Europę. Cytując słowa muzułmańskiego poety z Sewilli Az-Zubaidiego „cała ziemia w swej różnorodności stanowi jedno, a wszyscy jej mieszkańcy to ludzie i sąsiedzi”. Wspólnymi siłami pozbądźmy się zasieków.
Artykuł Cooperation to Removed the Barbed Wire: Europe and the Maghreb ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.
Doświadczenie Francji z imigracją uczy, że bez zapewnienia prawdziwej równości, w tym praw politycznych i społecznych, nasze społeczeństwa zawsze będą z trudem przystosowywać się do zmieniających się warunków demograficznych. Aby to umożliwić, musimy wykroczyć poza kontekst narodowy i spojrzeć na imigrację jako kwestię, którą trzeba rozwiązać na poziomie europejskim. Oznacza to również globalne spojrzenie na problemy ekologiczne i społeczne.
Francuski departament Seine-Saint-Denis zamieszkuje więcej narodowości, niż ONZ liczy sobie państw członkowskich. W Sevran, mieście, którego jestem merem, mieszkają przedstawiciele 73 narodowości ze wszystkich stron świata. Używam tych liczb, aby pokazać, że w naszym kraju kwestia migracji jest historyczną i ekonomiczną stałą. Zagadnienie imigracji oraz (najszerzej rozumianych) praw imigrantów lub ich braku, nie dotyczy tylko Europejczyków. Ciągłość społeczeństwa zbudowana jest na dziejach migracji. Nie ulega wątpliwości, że Francja się zmieniła, nie tylko wskutek reform wprowadzanych przez różne siły polityczne, ale przede wszystkim z powodu historycznej ewolucji społeczeństwa i zmian ludnościowych po II wojny światowej.
Zmienna kwestia migracji
Francja jest historycznie krajem migracji, a także, jak mawiał Foucault, krajem inwazji oraz krajem konfrontacji regionalnych. Właśnie dlatego Francuzi są narodem politycznym, nie zaś etnicznym – stosuje się prawo ziemi (ius soli). Republika Francuska jest „jedna i niepodzielna”, jest aktem wiary politycznej, nieomal religią. Usiłując podtrzymać narodowość francuską pomimo naszej różnorodności, powiedziałbym wręcz – wbrew naszej różnorodności, jakobinizm, który odziedziczyliśmy, chcąc tego czy nie chcąc, okazuje się ciągłym zagrożeniem dla swobód kulturowych i mniejszości.
Każda nowa fala imigracji powoduje wznowienie debaty nad narodem politycznym. Wskutek sztywności obecnego systemu prawnego legalność każdej kolejnej fali imigrantów jest podawana w wątpliwość. Dziś są to Romowie, wczoraj mieszkańcy Afryki Zachodniej, wcześniej Afryki Wschodniej, Włosi… nie wspominając o wrażliwej kwestii algierskiej.
Każda z tych odsłon naszej historii ponownie wydobywa na wierzch napięcie między etnicznością i obywatelstwem. Innymi słowy, żadnego z tych problemów nigdy w pełni nie rozwiązano.
Narodowość i europejskość
Migranci „wewnątrzeuropejscy” przybyli do Francji w dwóch falach: stara fala obejmowała m.in. Polaków i Włochów, nowa fala była efektem wojny na Bałkanach oraz migracji Romów.
Ludność ze starszych fal imigracji często uważa się za lepiej zintegrowaną, mającą wpływ na lokalne sprawy. Ma ona wpływ na politykę poprzez udział w wyborach lokalnych i europejskich, co jest fundamentalne dla poczucia integracji z krajem. Inaczej wygląda kwestia niedawnej fali europejskiej imigracji. Sytuacja Romów pochodzących z Rumunii zależy od rzeczywistej integracji Rumunii z Unią Europejską. Ta właśnie kwestia pokazuje, że imigracji nie można traktować odrębnie w różnych krajach, że potrzeba w tej dziedzinie wspólnej europejskiej polityki. Dzisiejszym wyzwaniem jest umiejętność myślenia innymi kategoriami niż poziom narodowy, wyjścia poza terytorialne egoizmy oraz przejścia do wizji bardziej europejskiej i bardziej kosmopolitycznej.
Skrajnie prawicowe ruchy, takie jak Front Narodowy we Francji, wyrażają ciągłość ubolewania nad wielokulturową Francją, która nigdy tak naprawdę nie istniała. Jakobinizm nieustająco odtwarza iluzję wielokulturowego narodu.
Po pierwsze: równość
Jednak Europa stawia jakobinizm pod znakiem zapytania, co jest sprawą fundamentalną – inaczej nastąpi powrót do nacjonalizmu, a wówczas Marine Le Pen stanie na czele koalicyjnego rządu ze znaczącą częścią republikańskiej prawicy.
Dlatego jestem absolutnie przekonany, że Europejczycy we Francji muszą cieszyć się tymi samymi prawami, co Francuzi. Stoi za tym historyczna potrzeba promowania obywatelstwa europejskiego, rozszerzania demokracji i przełamania ruchów nacjonalistycznych, które paliły i topiły we krwi nasz kontynent i świat. Kroki muszą jednak podjąć obie strony.
Dyskusję o „polskim hydrauliku” w 2005 r., podczas sporu o dyrektywę Bolkesteina (która była prawdziwą prowokacją) uważałem za skandaliczną. Z jednej strony mamy postdemokratyczne zarządzanie Europą przez Komisję Europejską, z drugiej – istnieje społeczna i prawna obrona suwerenności, która jest przeszkodą w dalszej integracji kontynentu. Potrzebujemy odgórnej harmonizacji praw [obywatelskich], ale również każde państwo członkowskie musi podjąć własne działania w tym kierunku. Musi istnieć wspólne uznanie globalnego świata, w którym poszczególne państwa już nie pośredniczą.
Dobry przykład tego, co należy robić, daje europejska młodzież: duża liczba młodych ludzi podróżuje przez Europę, aby wypoczywać, uczyć się lub pracować. Pytanie nie brzmi dziś, czy wszyscy w Unii Europejskiej powinni mieć te same prawa, tylko jak możemy to osiągnąć.
Asymilacja czy współintegracja
Czy powinniśmy trzymać się idei integracji, w której oczekujemy od „obcego”, aby przystosował się do zasad lokalnego życia, czy raczej powinniśmy stworzyć nowe postrzeganie integracji, np. jako współintegracji, w ramach której obie strony przystosowują się do siebie? Na razie w naszym kraju jedyną wizją integracji jest asymilacja.
Każdy lub każda, kto przyjeżdża ze swoją historią, filozofią i kulturą, musi się jej wyrzec. Chcemy rozpuścić kulturę imigranta w kulturze narodowej, nie rozumiejąc, że demokratyczne społeczeństwo zbudowane jest przede wszystkim na tym, co nas łączy, oraz że każda nowa kultura stanowi nieodzowny wkład we wspólną kulturę. We Francji dominującą wizją jest asymilacja; polega ona na uświadamianiu imigrantom, że muszą porzucić swoje kulturowe dziedzictwo, aby stać się wnukami Hugona Wielkiego.
Wizja asymilacyjna, której historia sięga czasów Pierwszej Republiki Francuskiej (nawet, jeśli jej korzenie pochodzą sprzed Rewolucji Francuskiej), stanowi narodowo-republikańską podstawę zjednoczenia ludu. Jest to jednak wizja oderwana od realiów współczesnego społeczeństwa, od jego miejskiego charakteru, od jego różnorodności i kosmopolityzmu. Żyjemy w czasach, w których ta rzekomo inkluzywna, centralistyczna wizja, która po większej części maskuje dziedzictwo kolonializmu, przeciwstawia się współczesnemu światu i jego zmianom. Odmawiając zerwania z jakobinizmem, Francja marginalizuje się i wypływa na nieznane wody nieakceptowanych społecznie podziałów. Musimy przeprowadzić rewolucję kulturową, aby grać naszą rolę w globalnym ruchu.
Republika na miarę potrzeb społeczeństwa
Republikańska integracja nie działa i bez wątpienia zawsze działała tylko jednostronnie. Oskarżamy szkoły o to, że nie pomagają w integracji, a nauczycieli, że nie są już „czarnymi huzarami” Republiki. Jednak nigdy nie pytamy samych siebie, czy Republika jest przystosowana do społeczeństwa, które ma za zadanie organizować i chronić. Jeśli spojrzymy na imigrację Polaków czy Włochów, przekonamy się, że asymilacja zajęła dziesięciolecia. Mieliśmy konflikty etniczne, wojny, całe grupy ludności odsyłano do krajów pochodzenia, jak w przypadku polskich górników w latach 30. XX w.
W jaki sposób działać ma dziś asymilacja, podczas gdy wszyscy zaprzeczają istnieniu wspólnoty? Nie chodzi tu o obronę komunitaryzmu; chodzi o kulturowe i religijne realia naszych krajów.
Konfrontacja między państwem republikańskim i Kościołem katolickim jest już nieaktualna. Dziś to muzułmanie tworzą drugą największą religię, zatem i sekularyzm jest czym innym, niż był do tej pory. Nie chodzi już o walkę z Kościołem jako centralną zasadą organizacji społeczeństwa, aby zepchnąć go do sfery prywatnej; chodzi o zjednoczenie społeczeństwa, tym razem wielokulturowego. Musimy zlikwidować konflikty, które generuje otwarte społeczeństwo, poprzez demokrację, a to nie może być zrobione na poziomie narodowym.
Aby iść naprzód, musimy zrozumieć, że konieczne jest budowanie federalnej Europy, ciągłej i zdecentralizowanej demokracji. Tak więc opowiadam się za polityką, która nie jest asymilacyjna, ale kosmopolityczna, zbudowana na uznaniu indywidualnej drogi każdej osoby i różnorodności kulturowej… polityką integracji kosmopolitycznej, która bierze pod uwagę te indywidualne historie i cechy. Nie oznacza to bezgranicznie plastycznej Europy, oznacza Europę, która wybiera swoją historię: która przestaje cierpieć w imię realiów ekonomicznych, ksenofobii czy uszczęśliwiania na siłę.
Od globalizacja do migracji ekologicznych
Co jednak z migrantami pochodzącymi spoza Unii Europejskiej? Odpowiedź wymaga dyskusji o globalizacji. Konferencja Berlińska w 1885 r. i pierwsza wojna światowa oznaczały koniec pierwszej ery globalizacji. Otwarto rozdział historii, który doprowadził do dwóch wojen światowych, Holokaustu i wielu innych zbrodni. Horror XX w. był możliwy jedynie w wyniku kombinacji ekstremalnego współzawodnictwa imperiów i frustracji nacjonalizmu. Był możliwy jedynie w wyniku dominacji Zachodu, dalekiej od budowania pokoju i cywilizacji, napędzającej masową wojnę, która doprowadziła w efekcie do masowego zniszczenia.
Rozdział ten zamknął upadek muru berlińskiego. Globalizacja ruszyła na nowo. Możemy nad nią ubolewać, krytykować ją, nawet z nią walczyć, ale nie zmienia to niczego w naturze człowieka, w dążeniu do globalizacji relacji międzyludzkich, w tym, co tworzy istotę naszego ruchu.
A zatem, kwestia migracji z krajów spoza Unii Europejskiej jest integralną częścią tego ruchu. Ten rodzaj migracji ma dziś podstawowe znaczenie. Ważne, by pamiętać, że większość migracji ma miejsce nie z Północy na Południe, lecz z Południa na Południe. Europejczycy są nazbyt skupieni na samych sobie. Uważają, że są obiektem ataku, choć w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Istnieje nowa wizja internacjonalizmu, zwłaszcza, że za migracjami ekonomicznymi i politycznymi idzie migracja ekologiczna. Czy odmówimy azylu ekologicznego ofiarom globalnego ocieplenia, za które to my przede wszystkim jesteśmy odpowiedzialni?
Potrzeba nowego renesansu
Europa, nie wyłączając Wielkiej Brytanii, ma problem: jest nim jej niedawna dominacja nad światem, żal za splendorem przeszłości. Europa postrzega imigrację z Południa jako osłabiającą, jako swego rodzaju zemstę historii. Najechaliśmy ich, teraz oni najeżdżają nas. Są duchami kolonizacji. Nie oznacza to, że Europa musi przyjąć wszystkich. Oznacza to, że sercem polityki migracyjnej musi być niebudzący żadnych wątpliwości kosmopolityzm. Musi on stanowić wkład w tworzenie kontynentalnych biegunów stabilności demokratycznej, ekonomicznej, ekologicznej i społecznej. Stabilność ta umożliwi zniesienie dzisiejszych ograniczeń. Każdy będzie mógł obrać własną drogę: pozostać we własnym kraju czy go opuścić.
Spójrzmy na młodych Europejczyków, którzy żyją coraz częściej w ruchu. Dotyczy to też miasta Sevran, Młodzi pracujący dotychczas dla miasta wyjeżdżają z naszego kraju, by pracować za granicą. Europa musi zatem przyspieszyć, aby znowu być atrakcyjną, oraz aby rozwinąć przyjazną politykę na wszystkich frontach, niezależnie od tego, czy chodzi o szkolnictwo, gospodarkę, środowisko, społeczeństwo, kulturę czy sport… Potrzebny jest swego rodzaju nowy renesans.
Z punktu widzenia ochrony środowiska te bieguny stabilności są fundamentalne, ponieważ sprzyjają lokalnej autonomii zamiast regułom produktywnej pracy zarządzanej przez zglobalizowane światowe korporacje, które handlują i wyczerpują zasoby ludzkie, kulturowe i naturalne. Migranci muszą stać się eko-obywatelami świata, mile widzianymi, szanowanymi i przyjmowanymi jako ci, których kultura i praca współtworzy społeczeństwa gospodarzy.
Artykuł Migrants must become eco-citizens of the world ukazał się na stronie „Green European Journal”. Przeł. Tomasz Szustek.