W Londynie oraz innych europejskich miastach jesteśmy świadkami nowego trendu – krótkoterminowego wynajmu prewencyjnego.

Opuszczone mieszkania komunalne, stacje policyjne, biblioteki, biura, magazyny czy szkoły chronione są przed zamianą w skłoty w zupełnie nowy sposób, stając się domem dla strzegących ich osób. Choć z pozoru wydaje się to sytuacją, w której wszyscy korzystają, tak naprawdę jest ona przejawem kiepskiego stanu miejskich rynków mieszkaniowych i koniec końców przyczynia się do normalizacji niestabilnych warunków życia.

Stukot klawiatury wypełnia zakurzoną przestrzeń londyńskiego lokum. Dwie stare sofy, które stoją w jego rogu, odsłaniają 70 metrów kwadratowych otwartej przestrzeni biurowej. Matthew, trzydziestoparoletni twórca filmów dokumentalnych, pracuje zdalnie z domu. Piętro niżej, w dawnej recepcji, może skorzystać z prowizorycznej kuchni, którą dzieli z 12 innymi osobami.

Matthew pełni funkcję strażnika tej przestrzeni – jednego z wielu tysięcy podobnych mu osób, żyjących w europejskich miastach takich jak Londyn. Zjawisko to pojawiło się w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku w Holandii jako sposób na walkę ze squattersami. Właściciel budynku zatrudniał wyspecjalizowaną firmę do zarządzania nim aż do czasu jego sprzedaży, wyburzenia lub przeprojektowania. Firma ta znajdowała ludzi – najczęściej studentów lub artystów, potrzebujących taniego dachu nad głową oraz przestrzeni do pracy – chętnych do wprowadzenia się i płacenia czynszu poniżej wartości rynkowej w zamian za możliwość szybkiego wypowiedzenia umowy w razie potrzeby.

Budynek pozostawał zajęty, a tym samym odporny na ryzyko zesquattowania. Część ze wspomnianych firm powołanych została do życia wyłącznie w tym celu, podczas gdy inne zaoferowały tego typu formę ochrony mienia jako jedną z opcji w swoim portfolio. Przez lata zdążyły one rozprzestrzenić się w innych krajach Europy – jeden z pionierów tego sektora, Camelot Europe, chwali się biurami w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Belgii, Niemczech oraz Francji.

Zjawisko, uznawane na początku za marginalne, tymczasowe rozwiązanie dla studentów bądź artystów, stało się z czasem coraz bardziej rozpowszechnione, sformalizowane – i drogie.

Ciesząc się dobrymi opiniami ze strony mediów spotkało się jednak z krytyką prawników, ale także samych zainteresowanych, którzy dołączyli do squattersów oraz organizacji lokatorskich, zwracających uwagę na zajmowanie przez nich prawnej szarej strefy. Nie są oni bowiem ani ochroniarzami, ani mieszkańcami, co grozi im wyzyskiem wynikłym ze zdegradowania do roli sublokatorów.

Trend ten jest również przejawem szerszego problemu – problemu, który próbowano przedstawić jako rozwiązanie innych bolączek.

Co z moimi prawami?

Tego typu strażnicy mienia są w Wielkiej Brytanii uznawani przez prawo za licencjobiorców, nie zaś lokatorów – płacą zatem opłatę licencyjną, a nie czynsz. Nie są oni objęci takimi prawami lokatorskimi, jak prawo do prywatności czy gwarancja okresu najmu. Typowa umowa między strażnikiem a firmą zawiera między innymi jej prawo do sprawdzania całości budynku w dowolnym momencie – i to bez ostrzeżenia, zakaz trzymania w nim zwierząt lub przebywania w nim dzieci (nawet przez jedną noc), a także zakaz gości w budynku bez obecności „strażnika”.

Niektóre z tych nieruchomości nie obowiązują zasady, regulujące jak dużo łazienek czy pryszniców powinno przypadać na określoną ilość mieszkańców. W niegdysiejszym gabinecie lekarskim na południu Londynu dziewięciu jego mieszkańców dzieliło ze sobą jeden prysznic i jedną kuchnię. Wiele z tych nieruchomości nie oferuje dostępu do Internetu czy telefonu, a zamieszkujące je osoby nie mogą podłączyć zmywarkę czy kuchenkę. Krótki okres wypowiedzenia oznacza, że inwestycja tego typu często w ogóle się nie opłaca.

Wymagany przez firmę wobec „licencjobiorców” depozyt, mogący sięgać nawet 800 funtów, nie jest chroniony prawnie.

Firmy takie jak Camelot znane są z opieszałości w ich zwracaniu. Zamieszkującym daną nieruchomość zdarzało się otrzymywać wypowiedzenia dające im 24 godziny na wyprowadzkę – zostały one zakwestionowane przez prawników jako niezgodne z prawem, dzięki czemu minimalny okres wypowiedzenia urósł do 28 dni. Wiele z umów zabrania podpisującymi rozmawiania z mediami na temat ich doświadczeń.

W celu zapewnienia sobie ochrony przed koniecznością przestrzegania praw lokatorskich, opiekujące się nieruchomościami firmy odmawiają przebywającym w nim osobom wyłącznego prawa do danej przestrzeni – jednego z kluczowych warunków bycia uznawanym za lokatora. W praktyce oznacza to niezapowiedziane wizyty w mieszkaniach i pokojach mieszkańców, zdarzające się często raz-dwa razy w miesiącu.

Milena, zajmująca się zdrowiem psychicznym pielęgniarka z Rumunii, tłumaczy nam, jak to jest. – Nie czuję się komfortowo w sytuacji, w której do mojego pokoju wchodzi jakaś obca osoba, o czym dowiaduję się, gdy wracam do domu i czytam pozostawioną w nim kartkę. Ktoś tu był. Czuję, że naruszana jest moja przestrzeń, a jako że staram się zachować porządek nie chcę, by ktokolwiek wiedział, kiedy nie posprzątałam swoich ubrań. Płacę za wynajem, więc dajcie mi chociaż prawo do prywatności.

Osoby strzegące nieruchomości są narażone na gwałtowne wzrosty wysokości czynszu. Pewnego ranka Matthew dowiedział się z maila, że jego miesięczna opłata za mieszkanie wzrośnie w przyszłym miesiącu z 350 do 550 funtów. Zamieszkujące je osoby nie mają pojęcia, czy zostaną w nich przez miesiąc, czy może przez trzy lata.

Alice, pracująca w sektorze turystyki absolwentka archeologii, poproszona została o opuszczenie mieszkania w dwa tygodnie po tym, gdy się do niego wprowadziła, co wiązało się z olbrzymią stratą czasu i pieniędzy, na którą nie mogła sobie pozwolić. Wbudowany w model tego typu mieszkania brak bezpieczeństwa wpływa na sposób użytkowania przestrzeni. Zajmujące ją osoby wkładają mniej wysiłku w jej porządkowanie, kupują mniej mebli.

Niewielki wkład pracy i poczucie tymczasowości wiążą się z brakiem poczucia zadomowienia, odczuwanym nawet po wielu latach zamieszkiwania danego miejsca.

Wrażenie to potęgowane jest przez świadomość, że obca im osoba może właściwie w każdym momencie wkroczyć do ich pokoju. Skutki tego stanu rzeczy mocno widoczne zauważalne są w większych nieruchomościach, takich jak dawne domy opieki czy nieużywane przestrzenie biurowe. Zamki w szafkach, duża rotacja mieszkańców, poczucie anonimowości – wszystko to upodabnia je do hostelu.

Wiele osób, mających doświadczenie bycia strażnikami nieruchomości za sobą opowiada o niepokoju, związanym z wiszącą nad nimi koniecznością wyprowadzki oraz o wynikłym z braku jakichkolwiek praw i prywatności dyskomforcie. Alice wspomniała nam, że nigdy nie czuła się w takich warunkach bezpiecznie i nigdy nie kojarzyła ich z poczuciem stabilności.

Ludzie tymczasowi

Patrząc się na oczekiwania, stawiane przed potencjalnymi strażnikami nieruchomości, możemy zaobserwować, w jaki sposób trend ten łączy się z innymi trendami społeczno-ekonomicznymi, odciskającymi swe piętno na sektorze mieszkalnictwa. Wiarygodność, elastyczność, możliwość szybkiego pozbycia się kogoś lub czegoś – cechy te pokrywają się z charakterystyką grupy ludzi, tworzących opisywany przez ekonomistę Guy’a Standinga prekariat.

Dla tej tworzącej się klasy praca staje się czymś niepewnym, krótkotrwałym i elastycznym. Wzrost znaczenia kontraktów typu zero-hour (niegwarantujących minimalnej ilości godzin pracy i tym samym stałego wynagrodzenia – przyp. tłum.) jest tego najlepszym przykładem – 1,7 miliona tego typu umów zawartych jest obecnie w Wielkiej Brytanii. Stanowią one 6% wszystkich umów związanych z zatrudnieniem. To cztery razy wyższy wskaźnik niż w roku 2000.

Ten zwrot w stronę pracy czasowej i kontraktowej stanowi rdzeń tego, co opisywane jest jako „ekonomia (współ)dzielenia” (sharing economy), a co lepiej opisuje termin „ekonomia dostępu” (access economy). Jej elementem są platformy, które umożliwiają ludziom zarobienie na czasowym udostępnianiu znajdujących się w ich posiadaniu zasobów, takich jak mieszkanie (Airbnb) czy samochód (Uber, Lyft), lub też na wiązaniu producentów z dostawcami – na przykład Deliveroo.

Strzeżenie nieruchomości jest usługą, dzięki której potencjalni użytkownicy łączeni są z zarządzającymi nieruchomości po to, by czerpać wartość z tymczasowego użytkowania pustych przestrzeni. Dostarczanie usługi osobom z niestabilnymi warunkami pracy stało się jednym z symboli tego trendu.

Pomieszkujący w opuszczonych lokalach są przejawem często przez nas niezauważanych procesów, które w coraz bardziej kreatywny sposób urynkawiają kolejne aspekty naszego życia i umożliwiają czerpanie z nich zysków.

W efekcie mamy do czynienia z sytuacją, w której nawet okresy między różnymi formami użytkowania danej przestrzeni, w trakcie których do tej pory pozostawała ona nieużywana, można wykorzystać do zarabiania pieniędzy. Osoby decydujące się na taki układ płacą za „przywilej” strzeżenia obiektów, w których pomieszkują.

Prawa należących do tej grupy osób uległy rozmyciu, a może wręcz zupełnemu zawieszeniu. Będąc „strażnikami” nie przysługują im prawa lokatorskie – analogicznie do sytuacji kierowców Ubera czy kurierów Deliveroo, którzy jako niezależni współpracownicy ponosić muszą koszty inwestycji oraz ryzyka działania, nie mogąc liczyć na ubezpieczenie bądź płatne chorobowe. Tak jak Uber, który w przeciwieństwie do tradycyjnych firm taksówkarskich nie ponosi odpowiedzialności za swoich kierowców, tak samo firma oferująca tymczasowe lokum nie ma takich samych obowiązków, jak zwykły wynajmujący wobec lokatora.

Patrząc się na problem w szerszej perspektywie dostrzec możemy powstawanie nowych wzorców życia i pracy, które – choć z pozoru takie same jak dawniej – nie dają jednak dotychczasowego poziomu ochrony prawnej, wymagając przy tym akceptacji daleko posuniętej elastyczności i niepewności. W zjawisku strażników nieruchomości niczym w soczewce widoczne są postępy procesów uelastyczniania, prekaryzacji oraz ograniczonej ochrony prawnej w mieszkalnictwie.

W wyniku jego upowszechniania się, będącego dobrym przykładem sukcesów logiki neoliberalnej, dach nad głową przestaje być prawem, a staje się skutkiem ubocznym świadczenia usługi.

Idące na taki układ osoby przechodzą proces utowarowienia, w którym ich ciała zastępują infrastrukturę (na przykład kamery monitoringu). Strażnicy tacy jak Matthew, Alice czy Mirela zmieniają się w gotowe do reklamowania właścicielom nieruchomości produkty, których sloganem może być „zapewnianie godnej zaufania ochrony”, jak buńczucznie deklaruje firma Ad Hoc Property Guardians. Chętni często muszą pochwalić się referencjami, a czasem wręcz udowadniać swoją wrażliwość społeczną oraz gotowość do zaangażowania w życie społeczności lokalnej (wymóg stawiany przez Dotdotdot Property Guardians).

Czyje miasto?

Londyn, bardziej wyraziście niż większość innych miast w Europie, pokazuje nam skalę kryzysu mieszkaniowego, z którym musimy się dziś mierzyć. Prywatni najemcy potrafią tu wydawać nawet 70% swoich dochodów na czynsz, sterylne apartamenty pojawiają się na obszarach znanych niegdyś z przystępnych cen i bujnego życia lokalnego, a mieszkania komunalne popadają w ruinę i są wyburzane, ustępując miejsca prywatnym inwestycjom mieszkaniowym.

Młodzi profesjonaliści coraz bardziej wypierają przedstawicieli klasy robotniczej. Strażnicy nieruchomości odgrywają swoją rolę w tych procesach.

Analiza zielonej radnej Zgromadzenia Wielkiego Londynu, Sian Berry, wskazała, że aż 24 z 32 dzielnic korzystało z usług strażników przestrzeni do ochrony pustostanów, co w roku 2016 przełożyło się na tysiąc osób pomieszkujących w 200 budynkach publicznych. Ikona budownictwa komunalnego na wschodzie Londynu, Balfron Tower, została niedawno przekazana w ręce spółdzielni mieszkaniowej.

Od czasu, gdy w roku 2014 przestali tam mieszkać lokatorzy z mieszkań socjalnych ich miejsce zajęli „strażnicy remontowi”. Sama spółdzielnia ogłosiła niedawno, że we współpracy z deweloperem planuje ona poddać mieszkania renowacji i sprzedać na rynku. Pomieszkujący tam strażnicy, chroniąc przez lata nieruchomość przed niszczeniem oraz zeskłotowaniem, spełnili nieświadomie istotną rolę w procesie przejścia nieruchomości z rąk publicznych do prywatnych, pozwalając spółdzielni na siedzenie całymi latami z założonymi rękami i samemu będąc ofiarami dokładnie tych samych procesów.

Trendy te są aktywnie wspierane przez państwo poprzez niedawne zmiany prawne, takie jak kryminalizacja squattingu nieruchomości mieszkalnych, rozluźnienie przepisów, regulujących zmianę przeznaczenia nieruchomości z komercyjnej w mieszkalną (co umożliwia pomieszkiwanie w niej strażników) czy deregulacja rynku mieszkaniowego, która rozpoczęła się za rządów Margaret Thatcher w latach 80. XX wieku. Niemal wszystkie obiekty, zarządzane przez firmę Ad Hoc, należą do władz dzielnicowych.

Zjawisko strażników nieruchomości przesłania i normalizuje skalę pustostanów w Londynie (i to zarówno tych w budynkach publicznych, jak i prywatnych), wyczyszczonych z lokatorów w celu ich sprzedaży prywatnym deweloperom.

Musimy w tym miejscu powiedzieć, że strażnicy nieruchomości nie są jakąś naturalną, nieuchronną konsekwencją działania sił rynkowych, poprzez które osoby potrzebujące dachu nad głową gładko wchodzą w puste przestrzenie. Są częścią procesu, w trakcie którego czyści się budynki z dotychczasowych mieszkańców i zamienia się je w narzędzia do osiągania astronomicznych zysków. Zyski te możliwe są dzięki decyzjom politycznym, takim jak ułatwianie czerpania coraz większych korzyści finansowych przez właścicieli nieruchomości czy rezygnacja z zapewniania ochrony oraz niskich czynszów lokatorom.

Dla części „strażników” pomysł życia w przestronnych, nietypowych przestrzeniach wydał się całkiem interesujący. Dla większości spośród naszych rozmówców motywacją jest jednak przede wszystkim kwestia wysokich kosztów czynszu w mieście. Poszukujący w Londynie mieszkania na wynajem zmuszeni są do rezygnacji z ochrony prawnej i stabilności zamieszkania w celu zostania strażnikami nieruchomości w zamian za niższe opłaty, na które ich stać.

Choć państwo jest głównym inicjatorem tego procesu, to dla prywatnych graczy i firm miasto stało się dojną krową. Czerpią z niego zyski poprzez wykup publicznego zasobu mieszkaniowego i zmienianie go w niedostępne dla szarego człowieka apartamenty, ale też dzięki strażnikom nieruchomości. Zajmująca się tym procederem firma Camelot Europe chwali się rocznymi obrotami rzędu 5-6 milionów funtów.

Stopniowe przejmowanie publicznych zasobów przez sektor publiczny (przy wsparciu państwa) jest klasycznym przejawem neoliberalizmu i potwierdza tezę Naomi Klein że doktryna ta, zamiast osłabiać państwo, jest od niego silnie zależna w zakresie jej wprowadzania w życie.

Mylenie objawów z rozwiązaniami

Strażnicy nieruchomości są przejawem dysfunkcji londyńskiego rynku mieszkaniowego. Zjawisko to bywa tymczasem traktowane jako rozwiązanie, na którym wszyscy korzystają – rozwiązywać ma bowiem problem pustostanów, a także zapewnia tani dach nad głową. Takie postawienie sprawy zaciemnia jednak prawdziwy obraz sytuacji, stanowiąc dla polityków wymówkę do wstrzymania się z działaniem.

Posiadanie pustostanu do niedawna wiązało się z kosztami – dziś jednak okazuje się całkiem dochodowym biznesem, co z pewnością mieć będzie wpływ na zachowania właścicieli analogiczny do wzrostu wysokości czynszów, odnotowanego po upowszechnieniu się Airbnb. Choć wykorzystuje się je do pokazywania roli „niewidzialnej ręki rynku”, która rozwiązać ma wszelkie nasze problemy, to instytucja strażników nieruchomości istnieje dzięki państwu, będąc częścią problemu, nie zaś jego rozwiązaniem.

Przyczynia się do wzrostu ich nasilenia poprzez normalizację kontroli rynku mieszkaniowego przez korporacje, ograniczenia praw lokatorów i niestabilności wynajmu. Ułatwia ona procesy gentryfikacyjne i maskuje skalę realnych problemów. Staje się nowym sposobem czerpania zysków z nieruchomości, wykorzystując kiepską sytuację na rynku mieszkaniowym osób takich jak Mirela, Alice czy Matthew.

David Harvey w swej książce „Zbuntowane miasta” pisał o mieście jako przestrzeni nowego typu walk klasowych, które przyczynią się do narodzin prawdziwie rewolucyjnych ruchów.

Jego zdaniem powstaną one jako sprzeciw wobec nowym typom czerpania zysków (renty) z ludzkiej niedoli, takim jak strażnicy nieruchomości. Miasta stanowią inkubator nowych eksperymentów społecznych i politycznych – nie można jednak zrozumieć ich powstawania bez wiedzy o tym, w kontrze do czego się tworzą.

Choć kluczową charakterystyką prekariatu – w tym również strażników – jest jego fragmentacja, rozproszenie oraz brak zakorzenienia, co utrudnia mu organizowanie się i walkę o swoje prawa, to jednak znajdujący się w tym położeniu pracownicy, tacy jak kurierzy Deliveroo czy kierowcy Ubera zaczynają domagać się głosu, a strażnicy pokoju Rexa Duis publikują własne projekty zasad, którymi powinny kierować się firmy zarządzające nieruchomościami.

Tocząca się w brytyjskim Bristolu rozprawa stawia pod znakiem zapytania przyszłość instytucji strażników nieruchomości w tym kraju. Niezależnie od ostatecznego werdyktu praktyka ta unaoczniła nam istnienie pewnych trendów w europejskich miastach, takich jak stawianie potrzeb firm wyżej od takich fundamentalnych wartości, jak prawo do godnego mieszkania. Każe nam ona zadać pytania o samą przestrzeń miasta – o to w jaki sposób na jej kształt wpływają neoliberalne procesy ekonomiczne, które zmieniają i ograniczają dostęp do przestrzeni publicznych.

W jaki sposób możemy go zachować? Co się stanie z i tak już ograniczoną wolą polityczną w kwestii rozwiązania głębokiego kryzysu mieszkaniowego, który trapi Londyn i inne europejskie miasta, jeśli uzna się strażników nieruchomości za element rozwiązania problemu? Zamiast traktowania tego trendu jako odpowiedzi na stojące przed nami wyzwania powinien on stać się przyczynkiem do zbadania pogarszającego się kryzysu i udzielenia na niego wiarygodnych odpowiedzi.

Artykuł „Guardians of the Property: Pop-Up Housing for Pop-Up People” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. Archiwum redakcji

Wybory samorządowe zbliżają się wielkimi krokami. Przypominają nam o tym kandydaci, którzy ponoć nie prowadzą kampanii wyborczej oraz obietnice, które wprawiają w zdumienie.

Więcej mostów? Odgrzebanie starej, niezbyt praktycznej wizji metra? W roku 2014 wydawało się, że okres kuszenia wielkim, polskim laniem betonu mamy już za sobą. Kiełkujące wówczas ruchy miejskie rozkwitały dzięki coraz szerzej podzielanej myśli, że nadszedł już czas na postawienie przede wszystkim na inwestycje poprawiające jakość życia.

Start POPiSów

Pierwsze wystrzały w wielomiesięcznej batalii o Warszawę postronnych obserwatorów głównie zdumiewały. Patryk Jaki z osoby, delikatnie mówiąc, sceptycznej wobec osób nieheteronormatywnych zmienił się w piewcę in vitro oraz budowniczego otwartego, europejskiego miasta. Rafał Trzaskowski mierzyć się musi z niewdzięcznym zadaniem tłumaczenia, dlaczego będzie zmianą w stosunku do poprzedniej prezydent miasta, wywodzącej się z tej samej partii politycznej.

Byłoby nieuczciwe stwierdzić, że dwójka jak do tej pory dominujących debatę publiczną w Warszawie polityków nie miewa również dobrych pomysłów i zobowiązań. Miło patrzeć, jak deklarują oni choćby tańszą komunikację publiczną czy zwiększenie ilości miejskich żłobków. Z ich wypowiedzi trudno jednak na tym etapie… powiedzmy, że okresu przedwyborczego zauważyć jakąś spójną wizję tego, jak wyglądać powinno współczesne miasto.

Być może taką wizję poznamy za klika tygodni lub miesięcy. Być może zaprezentują ją przedstawiciele innych formacji, które z pewnością nie będą chciały ograniczenia tej debaty do starcia kandydatów dwóch największych partii.

Przed podobnymi wyzwaniami staną walczący o najwyższe urzędy również w innych miastach. To dobry czas by sprawdzić, czy potrafią korzystać z pozytywnych doświadczeń z innych zakątków świata.

Doświadczenia tworzenia wizji dobrego miasta coraz częściej opierają się nie tylko na eksperckich opracowaniach, ale również na bezpośrednich rozmowach z samymi zainteresowanymi – ich mieszkankami i mieszkańcami. Z tego założenia wychodziły chociażby budżety partycypacyjne, które w ostatnich latach w tej czy innej formie (i z różnym powodzeniem) rozprzestrzeniły się w polskich samorządach.

Głos mieszkańców

Z tego też założenia wyszedł brytyjski think tank Compass, który postanowił zaprosić osoby mieszkające w Londynie do dyskusji o tworzeniu lepszego miasta do życia. Choć to spora, tętniąca życiem metropolia to nie brakuje tu problemów – od zanieczyszczenia powietrza aż po wysokie koszty życia, wypychające z miasta osoby mniej zamożne.

Jak wielokrotnie pokazywaliśmy na łamach „Zielonych Wiadomości” brytyjska kultura intelektualno-polityczna, której owocami są ciekawe, nieszablonowe raporty organizacji pozarządowych czy całościowe manifesty partyjne ma się czym pochwalić. Compass postanowił jednak nie ograniczać się do dyskusji za zamkniętymi drzwiami i zadbać o różnorodność głosów w dyskusji o stolicy Zjednoczonego Królestwa.

Podsumowaniem tego projektu stała się publikacja „Good London. A vision for the city we want to live in”. Do jej opracowania wykorzystane zostały zróżnicowane narzędzia, takie jak panele czy interaktywne warsztaty.

Organizatorzy postanowili zadbać o to, by wśród uczestników byli zarówno „zwykli ludzie”, jak i przedstawiciele organizacji społecznych, artystki czy politycy z różnych opcji. Pozwoliło to na twórczy ferment i na opracowanie rekomendacji, które cieszyły się szerokim poparciem osób uczestniczących.

Jakie tematy leżały im na sercu? Ich zestaw nie powinien zaskakiwać. Mieszkający w Londynie chcą, by ich głos był słyszany nie tylko w okresie kampanii wyborczej. Uważają, że dostępność do sprawnie działającej, przystępnej cenowo komunikacji publicznej jest ważna dla jakości ich życia. Zależy im na tętniącej życiem sąsiedzkim i kulturalnym okolicy, w której nie brakuje mieszkań komunalnych. Uważają również, że miasto powinno promować godne warunki pracy i płacy.

Tematy te bardzo często się ze sobą zazębiają.

Troskliwa metropolia

Przykładem może być planowanie przestrzenne i polityka mieszkaniowa, która z perspektywy mogących chcieć dobrze decydentów zbyt często kojarzy się jedynie z budową jak największej ilości zestandaryzowanych mieszkań.

Podejście to na dłuższą metę grozi jednak nie tylko inwestycjami w nietrafionych miejscach (generujących korki lub wymagających poświęcenia terenów zielonych), ale też niezaspokojeniem potrzeb, na które miały odpowiadać.

Przykładem tego typu potrzeby jest tworzenie przestrzeni dostępnych dla osób z niepełnosprawnościami. Znoszenie barier architektonicznych na przystankach komunikacji miejskiej czy zagwarantowanie, by co najmniej 10% nowych mieszkań spełniało standardy dostępności ma być na nią odpowiedzią.

Inną ważną kwestią w Londynie jest zapewnienie większej stabilności i bezpieczeństwa na tamtejszym rynku mieszkaniowym.

Poza postulatem szerzej zakrojonych konsultacji społecznych wypracowane zostały również inne pomysły, takie jak pobudzanie przez miasto rozwoju różnego rodzaju spółdzielczych rozwiązań mieszkaniowych czy wynajmowanie mieszkań u prywatnych właścicieli przez specjalną, miejską agencję mieszkaniową, która następnie wynajmowałaby je indywidualnym najemcom, kontrolując wysokość czynszów, skalę ich wzrostów czy oferowany standard mieszkaniowy.

Co wolno, co można, co trzeba

Jest jasne, że samorząd o własnych siłach nie rozwiąże wszystkich problemów tego świata. W jednych dziedzinach może mieć on więcej kompetencji, dzięki czemu może np. zmniejszyć koszty życia mieszkających na obrzeżach Londynu, obniżając im ceny komunikacji zbiorowej.

W innych może głównie promować dobre standardy, mogące minimalizować negatywne skutki zjawisk takich jak „pracujący ubodzy” – w tym wypadku poprzez przyznawanie zamówień publicznych wyłącznie firmom, płacącym swoim pracownikom wyższą od płacy minimalnej „living wage”.

Ważne, by będąc świadomym swych ograniczeń był w stanie wykorzystać dostępne mu narzędzia to pobudzania pozytywnych trendów (jednym z postulatów z konsultacji Compassu było zbudowanie do roku 2025 zeroemisyjnej floty autobusowej i taksówkowej, a także zakaz wjazdu do Londynu samochodów z silnikiem diesla) oraz do ograniczania negatywnych skutków zjawisk, na które ma bardziej ograniczony wpływ.

Jak zresztą w innej publikacji, „Green Economy at a Community Scale”, przekonują jej autorzy – Tim Jackson i Peter A. Victor – mają one zdolność do tworzenia podwalin trwałego, zrównoważonego rozwoju najbliższej okolicy poprzez inwestowanie w ludzi i środowisko.

Lokalny Nowy Ład

W przeciwieństwie do raportu Compassu skupia się ona mniej na suflowaniu konkretnych rozwiązań (choć i tych w niej nie brakuje), co na strategicznym przeformułowaniu kierunków rozwoju lokalnych społeczności. Zmiana optyki władz lokalnych jest ich zdaniem niezbędna do odblokowania możliwości, związanych z budową lokalnej zielonej gospodarki – wymaga to jednak przedefiniowania mierników jej sukcesu.

Jako przykład alternatywy podają Kanadyjski Indeks Dobrostanu, w skład którego wchodzi aktywność lokalnej społeczności, demokratyczne zaangażowanie, stan systemu edukacyjnego, środowiska oraz zdrowia, jakość życia kulturalnego, standardów życia oraz ilość dostępnego nam wolnego czasu.

Patrząc się na tak szczegółowe zestawienie (a warto dodać, że na każdą z powyższych kategorii składa się po kilka wskaźników) widzimy, że jakości życia nie da się zamknąć w liczbach takich jak długość wyremontowanych dróg czy nowych miejsc pracy w okolicznej specjalnej strefie ekonomicznej.

Właśnie dlatego potrzebujemy całościowych wizji rozwoju lokalnych społeczności – i o takie wizje warto będzie w najbliższych miesiącach pytać walczących o fotele wójtów, burmistrzów czy prezydentów.

Wizja dobrych społeczności, zaprezentowana przez autorów raportu kanadyjskiej Metcalf Foundation, jest wyjątkowo szeroka. Olbrzymią rolę odgrywa wspieranie w niej oddolnej aktywności społecznej – od spółdzielni produkcyjnych, mieszkaniowych czy energetycznych, poprzez wspólnotowe zarządzanie dobrami społecznymi takimi jak woda, aż po tworzenie instytucji finansujących lokalne inwestycje czy wspierających pozostawanie pieniędzy w lokalnej gospodarce (waluty lokalne).

Czas przewartościowań

Warto zwrócić uwagę, że obok zredefiniowania wskaźników rozwoju mamy tu również do czynienia z umieszczeniem pozornie znanych nam terminów w nowych kontekstach.

Tak jest chociażby w wypadku przedsiębiorczości, która w wizji Jacksona i Victora w żadnym wypadku nie ogranicza się do własnej działalności gospodarczej i obejmuje zarówno inne formy własności (spółdzielnie), jak i alternatywne modele biznesowe (oferowanie usług związanych z energią zamiast jedynie jej dostarczania).

Podobnego przemyślenia wymaga ich zdaniem również nasza wizja pracy. Istotnym jej elementem ma być dążenie do ciągłego wzrostu efektywności, co ich zdaniem przynosi efekty w postaci przepracowania, stresu, chorób cywilizacyjnych czy mniejszej ilości czasu wolnego.

Zamiast kontynuować tego typu scenariusz powinniśmy zacząć eksperymentować chociażby ze skracaniem czasu pracy, co zresztą proponują w Polsce partie takie jak Razem (zbierające podpisy pod stosowną inicjatywą ustawodawczą) czy Zieloni. Warto rozważyć, czy podobne eksperymenty nie czas już przeprowadzić – nawet testowo – w podległych lokalnym samorządom instytucjach.

Nowe otwarcie nad Wisłą?

Ze wspomnianych publikacji wyciągnąć można jeden wniosek, istotny również w polskim kontekście – lokalne życie polityczne i ekonomiczne kręcić się powinno wokół dobrostanu lokalnych społeczności.

Szeroko pojęte środowiska progresywne, walcząc o sprawniejsze działanie instytucji publicznych powinny jednocześnie pamiętać, że proces ich wyrywania z rąk różnego rodzaju grup interesu może się nie powieść bez żywego, oddolnego zaangażowania obywatelskiego.

W obliczu wielokrotnie badanego i wyrażanego poczucia kryzysu aktywności społecznej w naszym kraju wniosek ten może nie napawać optymizmem. Z drugiej strony jednak, patrząc na ilość podpisów pod różnego rodzajami petycji, osób uczestniczących w ostatnich latach w demonstracjach czy w głosowaniach nad budżetami partycypacyjnymi być może patrzymy się na samych siebie nieco zbyt surowym okiem.

W tym też warto pokładać w tym roku nadzieję.

Zdj. Fragment okładki raportu „Green Economy at a Community Scale”

W poszukiwaniu nowych trendów ekopolitycznych zaglądamy do stolicy Wielkiej Brytanii. Już 5 maja wybierać będzie swojego burmistrza i radnych. (więcej…)

O polityce mieszkaniowej, wyciąganiu policjantów zza biurka i jakości miejskiego powietrza opowiada Jenny Jones, kandydatka Zielonych na burmistrza Londynu, w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)