Lobbing kojarzy się zazwyczaj z wielkimi korporacjami, podczas gdy o wpływach kancelarii prawnych wiadomo niewiele. W tej chwili wśród 7910 organizacji wpisanych do unijnego rejestru służącego przejrzystości jest tylko 90 kancelarii prawnych, ale spacerując przez dzielnicę instytucji europejskich w Brukseli nie sposób nie zauważyć licznych biur międzynarodowych firm prawnych. Wskazywałoby to, że liczba takich firm zajmujących się lobbingiem w instytucjach kształtujących unijną politykę, w interesie własnym lub klientów, jest znacznie wyższa niż owe 90 zarejestrowanych podmiotów.

Lobbing dotyczący kwestii arbitrażu inwestycyjnego (ISDS) w ramach negocjowanego transatlantyckiego partnerstwa handlowo-inwestycyjnego (TTIP) jest sprawą szczególnie kontrowersyjną, a jednak o tajnej działalności lobbingowej w tej dziedzinie wiemy bardzo mało. Kancelarie prawne mogą bez przeszkód robić swoje w cieniu unijnego rejestru lobbystów, korzystając z faktu, że nie przewiduje on ani obowiązku rejestracji, ani żadnych kontroli.

O jaką stawkę grają kancelarie prawne w sprawie TTIP?

Trwające rozmowy w sprawie TTIP są bardzo obiecujące dla kancelarii prawnych. Jeśli do porozumienia zostanie wpisany mechanizm ISDS, będzie to z korzyścią dla firm prawniczych.

Podstawą prawną sporów sądowych między inwestorami i państwami, rozstrzyganych przez trybunały arbitrażowe, są dwustronne traktaty inwestycyjne zawierające klauzule o ochronie inwestycji. Umowy o wolnym handlu, takie jak kompleksowa umowa gospodarczo-handlowa (CETA), TTIP czy partnerstwo transpacyficzne (TPP) stworzą nową podstawę dla takich pozwów, obejmującą ogromny obszar gospodarki, co może doprowadzić do znacznego wzrostu liczby postępowań arbitrażowych.

A trzeba wiedzieć, że już teraz są one niezwykle lukratywne dla kancelarii prawnych, które zarabiają na nich reprezentując powodów, występując w charakterze obrońców pozwanych i desygnując arbitrów. Za godzinę takiej pracy kancelarie prawne liczą sobie do 1000 dol. Kancelaria Shearman & Sterling zarobiła 70 mln dol. na zaledwie jednym postępowaniu arbitrażowym.

Pierwsza dwudziestka międzynarodowego arbitrażu

W 2012 r. organizacja Corporate Europe Observatory (CEO) sporządziła listę 20 kancelarii prawnych najbardziej aktywnych w dziedzinie międzynarodowego arbitrażu. Wszystkie one mają świetne koneksje na szczeblu międzynarodowym i działają w wielu innych dziedzinach poza arbitrażem.

Spośród tej dwudziestki 13 kancelarii ma biura w Brukseli. Nie musi to koniecznie oznaczać, że prowadzą one lobbing w instytucjach europejskich, ale jeśli przyjrzeć się sprawie bliżej, wydaje się bardzo mało prawdopodobne, że tego nie robią.

Pięć studiów przypadku: Freshfields , K&L Gates, Hogan Lovells, Sidley Austin, Covington

Brytyjska kancelaria Freshfields Bruckhaus Deringer jest jednym z największych graczy w dziedzinie ochrony inwestycji, ale nie jest to jedyny obszar jej działalności. Na swojej stronie internetowej firma chwali się „bliskimi relacjami z instytucjami tworzącymi unijne prawo” i zdolnością do wpływania na jego kształt w interesie klienta. Mimo że Freshfields wyraźnie przyznaje się do prowadzenia lobbingu w instytucjach UE, nie widzi potrzeby wpisania się do rejestru lobbystów.

Amerykańska kancelaria K&L Gates broni obecnie Niemiec w sprawie wniesionej przez firmę Vattenfall przeciwko państwu niemieckiemu po decyzji Berlina o wycofaniu się z energetyki atomowej w następstwie katastrofy w elektrowni jądrowej w japońskiej Fukushimie. K&L Gates utrzymuje, że posiada największy departament ds. lobbingu spośród wszystkich kancelarii prawnych na świecie, ale mimo to firma nie figuruje w rejestrze lobbystów. Jest za to członkiem Transatlantyckiej Rady Biznesu (TABC), jednej z organizacji najbardziej entuzjastycznie lobbujących na rzecz TTIP. Dzięki temu zyskuje dodatkowe możliwości wpływania na regulacje i prawodawstwo.

Hogan Lovells, kolejna firma, której nie ma w rejestrze lobbystów, ma nawet swojego człowieka, Hugo Paemena, na stanowisku jednego z dwóch przewodniczących TABC. Nie dziwi zatem, że firma promuje TTIP w kilku swoich publikacjach. Według informacji na stronie internetowej Hogan Lovells doradza „firmom i stowarzyszeniom handlowym, jak „skutecznie kontaktować się z instytucjami UE w celu wpływania na kształt dyrektyw i innych regulacji”. Działalność lobbystyczna firmy obejmuje też pisanie projektów regulacji i przepisów prawnych w imieniu klientów.

Sidley Austin określa swój brukselski oddział jako „lidera pośród firm pomagających przedsiębiorstwom, stowarzyszeniom przemysłowym i rządom w poruszaniu się wśród unijnych przepisów i wpływaniu na ich kształt”. Firma otwarcie prowadzi również działalność lobbystyczną dotyczącą TTIP. Partner Sidley Austin oferuje doradztwo w kwestii TTIP oraz lobbowanie negocjatorów w interesie biznesu. Firma Sidley Austin była też jednym z głównych sponsorów Konferencji Handlowej UE-USA zorganizowanej w lutym 2015 r. przez Forum Europe, której głównym tematem był TTIP. Pisaliśmy o tym wydarzeniu, podczas którego firmy mogły „kupować” możliwość wymiany zdań z unijnymi decydentami za dość niewygórowaną cenę. W konferencji brali udział i mogli być lobbowani zarówno unijna komisarz ds. handlu Cecilia Malmström, jak i Bernd Lange, przewodniczący Komisji ds. Handlu w Parlamencie Europejskim. Mimo prowadzenia oczywistej działalności lobbingowej firma Sidley Austin nie jest wpisana do rejestru lobbystów.

Kolejną firmą oferującą swoim klientom podobne usługi lobbingowe jest Covington & Burling. Dzięki swoim dobrym koneksjom (Wim van Velzen, obecnie „starszy doradca ds. polityki europejskiej” w firmie, był wiceprzewodniczącym grupy parlamentarnej chadecji w Parlamencie Europejskim przez 15 lat) Covington utrzymuje bliskie relacje z instytucjami UE i dopiero od niedawna figuruje w rejestrze lobbystów. Firma deklaruje, że na lobbing wydaje od 900 tys. do 1 mln euro.

EFILA: Nie pobrudź sobie rąk!

W lipcu 2014 r. grupa kancelarii prawnych działających na skalę międzynarodową powołała Europejską Federację na rzecz Prawa Inwestycyjnego i Arbitrażu (European Federation for Investment Law and Arbitration, EFILA), będącą think tankiem, który miałby służyć za platformę „obiektywnej debaty” na temat arbitrażu inwestycyjnego.

Żeby ocenić obiektywizm EFILA, wystarczy spojrzeć na jej skład. Wszyscy członkowie Federacji zarabiają na arbitrażu inwestycyjnym. Wpisanie do umowy TTIP klauzuli o ISDS byłoby zatem dla nich bardzo korzystne. Nic zatem dziwnego, że EFILA intensywnie promuje umieszczenie w TTIP zapisów o prywatnych trybunałach arbitrażowych i podkreślała to w ramach zorganizowanych przez Komisję Europejską konsultacji dotyczących ochrony inwestycji.

Zaledwie dwóch spośród dziewięciu członków EFILA (Shearman & Sterling, Linklaters) figuruje w rejestrze lobbystów, gdzie podają oni mgliste informacje na temat swojej działalności lobbingowej. Sama EFILA jest wpisana do rejestru i deklaruje tam, że jej budżet na drugą połowę 2014 r. wynosi 51 tys. euro, z czego na wydatki lobbingowe przypada 10 tys. euro.

Amerykańska kancelaria prawna White & Case, również członek EFILA, z dumą chwali się, że jeśli chodzi o unijne regulacje i prawo, „nie tylko je stosuje, ale też pomaga je kształtować”. Mimo że takie oświadczenie jasno wskazuje na prowadzenie przez White & Case działalności lobbingowej, firma nie jest wpisana do rejestru lobbystów. Pojawia się tam tylko jako klient firmy konsultingowej APCO Worldwide. Do EFILA należy również niemiecka kancelaria Luther oraz szwedzka firma Mannheimer Swartling, które wspólnie prowadzą sprawę Vattenfalla przeciwko Niemcom dotyczącą wycofania się z energetyki atomowej. Istnieją jednak jasne dowody na to, że Mannheimer Swartling prowadzi również lobbing polityczny. W dniu 28 stycznia 2015 r. przedstawiciele kancelarii spotkali się z dwoma członkami gabinetu unijnej komisarz ds. handlu.

Dalsze informacje na temat EFILA zawiera raport przygotowany przez Corporate Europe Observatory (CEO), Friends of the Earth Europe oraz Transnational Institute (TNI).

Unijne zasady dotyczące przejrzystości: wyraźnie niewystarczające

Obywatele mają prawo wiedzieć, kto wpływa na kształtowanie polityki i w jakim zakresie. Obecnie obowiązujące regulacje nie gwarantują przestrzegania tego prawa. Za sprawą luk prawnych, z których korzystają kancelarie, prawie nic nie wiemy na temat lobbingu na rzecz umieszczenia w umowie TTIP zapisów o kontrowersyjnych trybunałach arbitrażowych. Może to mieć poważne konsekwencje: TTIP może osłabić mechanizmy demokratyczne i wzmocnić wpływy korporacyjnych lobbystów.

Dopóki firmy, które publicznie chwalą się swoimi skutecznymi strategiami lobbingu, nie mają obowiązku wpisać się do unijnego rejestru lobbystów, wysiłki Komisji na rzecz zwiększenia przejrzystości są tylko farsą. Obecne podejście opiera się na rejestrze, w którym uczestnictwo nie jest prawnie wymagane, i który jedynie oferuje firmom zachęty do zapisywania się – w ten sposób nie da się zapewnić większej przejrzystości działań lobbingowych prowadzonych przez kancelarie prawne, zatem podejście to jest porażką.

Artykuł Law Firms: the most underrated lobbyists przedrukowujemy za Corporate Europe Observatory. Tekst na licencji CC-BY-NC-SA. Przeł. (iz).

STOP_TTIP_tlo

Nauka o klimacie od końca lat 80. mówi politycznym decydentom jasno: rosnące zużycie paliw kopalnych doprowadzi do zmian klimatycznych, które mogą się stać groźne dla ludzkości. Polityczni liderzy zawiedli, jeśli chodzi o konkretne działania – i to z wielu powodów. Jednym z nich jest ostry lobbing w interesie przemysłu paliwowego. Przybierał on wiele form, od zwykłej obrony status quo do finansowania masowych kampanii dezinformacyjnych na temat naukowych podstaw nauki o klimacie.

Stanowisko płynące ze strony przemysłu jest bardzo jednostronne. Nowe, dynamiczne, energetycznie efektywne firmy są na ogół zajęte zwiększaniem swej innowacyjności oraz sprzedażą swych dóbr i usług. Mają one mniej czasu na zaangażowanie się w sprawy związane z energetyką i klimatem.

Pozostawia to sporą przestrzeń dla przestarzałych zakładów, zależnych od taniej i brudnej energii czerpanej ze źródeł kopalnych. Starzy giganci często dominują w organizacjach zrzeszających przemysł i tworzą fałszywy przekaz tego sektora.

Przykładem jest grupa lobbingowa Business Europe. Mimo reprezentowania tysięcy firm, poprzez ich narodowe stowarzyszenia, pozwala tworzyć agendę grupy swoim największym i najpotężniejszym członkom, takim jak Shell, BP czy Rio Tinto. Doprowadziło to do sytuacji, w której lobby to blokuje każdą szansę na bardziej efektywną i ambitną politykę klimatyczną i energetyczną UE.

Innym przykładem jest zdumiewający sponsoring szczytu COP19 przez firmy takie jak Arcelor Mittal, Alstom, PGE, Lotos, BMW i General Motors. Niestety, firmy, które mają najwięcej do zyskania na bezczynności w kwestiach klimatycznych, podchwyciły szansę na specjalny dostęp i większą rozpoznawalność jako partnerzy COP19. Wszyscy oni posiadają interes w (tanich) paliwach kopalnych oraz sprzeciwie wobec skutecznych działań przeciwko zmianom klimatu i na rzecz redukcji emisji.

Dlaczego trzeba ograniczyć wpływy lobby paliw kopalnych? Bo jeśli klimat ma pozostać w bezpiecznych granicach wzrostu średniej globalnej temperatury nieprzekraczającego 2 st. Celsjusza, większość paliw kopalnych musi pozostać w ziemi. Rok temu jasno dała to do zrozumienia Międzynarodowa Agencja Energii, a stanowisko to potwierdził we wrześniu Międzyrządowy Panel ds. Zmiany Klimatu.

W celu stworzenia skutecznej globalnej i narodowej polityki klimatycznej musimy położyć kres nadmiernemu lobbingowi prywatnych koncernów. Ramowa Konwencja Kontroli Rynku Wyrobów Tytoniowych (FCTC) Światowej Organizacji Zdrowia dostarcza w tym przypadku ważnej inspiracji. Twierdzi ona, że w sprawie ustanawiania polityki kontroli rynku tytoniowego rządy „powinny podjąć działania w kierunku ochrony tej polityki przed interesami komercyjnymi prywatnych firm przemysłu tytoniowego”. Wytyczne dotyczące tej części prawa międzynarodowego oznaczają w praktyce, że twórcy polityki „powinni współpracować z przemysłem tytoniowym tylko w niezbędnie koniecznym zakresie, który umożliwi im przyjęcie efektywnych regulacji przemysłu tytoniowego i jego produktów” oraz że „tam, gdzie współpraca z przemysłem tytoniowym jest konieczna, strony powinny się upewnić, że taka współpraca jest prowadzona w przejrzysty sposób”.

Istnieje oczywista analogia pomiędzy tytoniem a paliwami kopalnymi: ich przedłużające się używanie jest śmiertelnie niebezpieczne. FCTC podtrzymuje, że nie istnieje bezpieczny sposób używania tytoniu. Wiemy, że nie istnieje również bezpieczny sposób emitowania gazów szklarniowych, będących efektem spalania paliw kopalnych. W kwestii tytoniu wiemy, że zabija co drugą używającą go przez całe życie osobę. W przypadku paliw kopalnych nasilające się upały, powodzie i burze będą stale powodować niszczenie siedlisk ludzkich i śmierć wielu ludzi. Tempo to może być wolniejsze i trudniejsze do zaobserwowania, ale wpływ na zmianę klimatu pewnego dnia przyćmi wpływ tytoniu.

W październiku 2013 r. Parlament Europejski zwrócił uwagę na rolę lobby paliw kopalnych w formułowaniu rezolucji poświęconych zmianom klimatu. Konstatuje on, że istnieje „potrzeba czujności wobec wysiłków graczy gospodarczych, odpowiadających za emisje znaczących ilości gazów cieplarnianych lub czerpiących zyski ze spalania paliw kopalnych, w celu podkopania albo wręcz zniweczenia wysiłków dotyczących ochrony klimatu”.

Potrafię sobie wyobrazić zapis w umowie klimatycznej 2015, który uniemożliwiłby przemysłowi opartemu na paliwach kopalnych wpływanie na politykę klimatyczną. W celu ochrony przejrzystości negocjacji klimatycznych i regulacji wprowadzanych na wszystkich szczeblach nie powinniśmy pozwolić na to, aby stanął on na przeszkodzie temu procesowi. Powinniśmy mieć odwagę powiedzieć, tak jak w przypadku tytoniu, że czyni on niebywałą szkodę społeczeństwu i powinien być wykluczony z konsultacji na temat ram polityki klimatycznej. Umieszczenie takiego zapisu w przyszłym protokole uczyniłoby przyszłe negocjacje klimatyczne wolnymi od ich zgubnych wpływów.

Lobbing 350 organizacji reprezentujących interesy rynków finansowych w Brukseli odgrywa ważną rolę w budowaniu wśród europejskich polityków i polityczek przekonania o bezalternatywności neoliberalnego kapitalizmu. Czy jest na to sposób? (więcej…)

Ludziom nie mówi się, że powodem chorób cywilizacyjnych mogą być produkty wysoko uprzemysłowionego rolnictwa. Grzegorz Kuczek, reporter programu TVN “Uwaga!”, twórca filmu dokumentalnego Obcy gen, w rozmowie z Joanną Szewczyk.

Jak to się stało, że zajął się pan tematem GMO?

Przyszedł do mnie pewien człowiek, który zapytał, czy znam temat GMO, mówił o różnych nieprawidłowościach. Zainteresowało mnie to. Zacząłem czytać na ten temat i stwierdziłem, że sam dotąd niewiele o tym wiedziałem. Na kolegium redakcyjnym powiedziałem, że chcę się tym zająć i dostałem zielone światło. Zacząłem czytać opracowania naukowe, głównie w internecie…

Z jakich opracowań pan korzystał?

Przez dwa miesiące, dzień w dzień wieczorami czytałem wszystko, co na ten temat znalazłem: polskie informacje, dane z urzędów, badania, różne publikacje zagraniczne. Trafiłem np. na prace Charlesa Benbrooka ze Stanów Zjednoczonych pokazujące, że tak naprawdę plony GMO nie rozwiązują problemów świata. Znalazłem dane mówiące o tym, że w stanach, w których się stosuje GMO, spadają plony. Dużo tego było, naprawdę. Musiałem mieć jakąś wiedzę, żeby rozmawiać z ludźmi.

Czy dla pana jako dziennikarza ten temat był trudny? Czy łatwo było dotrzeć do niezależnych ekspertów?

Tu nie ma niezależnych ekspertów, każdy prezentuje jakąś opcję. Jedni są za żywnością ekologiczną, inni za przemysłową. Było trudno. Kiedy zaczynałem z kimś rozmawiać na ten temat, zawsze słyszałem pytanie: „Po co pan to robi? Przecież i tak panu tego nie puszczą…”. Mówiono mi, że temat dotyka interesu wielkich firm, że to jest silne lobby itd., itp. Do dzisiaj mam w pamięci rozmowę z jednym profesorem, który powiedział, że chętnie ze mną porozmawia, ale wie, że ten materiał i tak pójdzie do kosza… To chyba wynika z doświadczeń w innych krajach europejskich i w USA, gdzie dziennikarze zajmujący się tematem żywności spotykają się z różnymi szykanami. Okazało się jednak, że film bez żadnych przeszkód został wyemitowany.

A jak było z gromadzeniem materiałów? Ludzie chętnie wypowiadali się do kamery?

Są naukowcy, którzy zajmują się tym tematem od lat, ale nie chcą o nim rozmawiać. Jeden naukowiec powiedział mi wprost, że nie będzie rozmawiał o GMO, ponieważ zaszkodziłoby to firmom agrochemicznym i on mógłby stracić pracę albo pieniądze na badania. Jego uczelnia korzysta z pieniędzy, które firmy agrochemiczne za pośrednictwem różnych fundacji i innych podmiotów przekazują uczelniom na badania. Jeśli chodzi o przedstawicieli przemysłu biotechnologicznego, to dokładnie wiedziałem, co powiedzą, bo to jest po prostu mantra, którą powtarzają przy każdej okazji. I to są często informacje nieprawdziwe. Bardziej mi zależało na rolnikach, którzy się tym zajmują, czy na przedstawicielach handlowych, ale ich trudniej było namówić do rozmowy. Jeden rolnik zgodził się wystąpić i do dzisiaj ma do mnie pretensje, że pokazałem to tak, a nie inaczej. A ja po prostu z nim rozmawiałem i pokazałem, czym się zajmuje. Pokazałem, że dla niego liczy się tylko biznes. Pytałem go, czy zdaje sobie sprawę z konsekwencji stosowania kukurydzy modyfikowanej genetycznie…

Takich rolników było więcej?

Rozmawiałem z kilkoma rolnikami, ale tylko jeden zgodził się wystąpić w filmie.

Czy oni są gdzieś zrzeszeni? Zastanawiam się, jak można zdobyć informację, że ktoś uprawia GMO.

Pocztą pantoflową. Długo szukałem tych rolników, ponieważ informacje o tym, że uprawiają GMO, nie są nigdzie dostępne. Mówi się, że w Polsce jest produkowane bardzo dużo żywności transgenicznej, ale jeśli chodzi o konkrety, to nie ma oficjalnych danych. Od różnych informatorów dowiadywałem się, w jakich miejscach Polski znajdują się uprawy. To jest delikatna sprawa, ponieważ z prawnego punktu widzenia kwestia upraw GMO w Polsce nie jest jednoznaczna. I jeśli ktoś ma występować przed kamerą, to z reguły odmawia, bo nie wie, jak zareagują sąsiedzi itd. Dlatego ciężko było dotrzeć do tych ludzi.

A jakie były pana wrażenia ze spotkania z rolnikami ekologicznymi?

Wrażenie zrobili na mnie bardzo dobre. Natomiast nie wiedziałem, że mają aż tak poważne problemy. Dopiero rozmowy z nimi uświadomiły mi wiele rzeczy, np. zagrożenie wynikające z przepylania się roślin genetycznie modyfikowanych z tradycyjnymi. W Niemczech znaleziono śladowe ilości roślin GMO nawet w produktach BIO. To pokazuje, z jakim ogromnym zagrożeniem mamy do czynienia, z agresywną technologią. Ci rolnicy są w naprawdę kiepskiej sytuacji. To ludzie pozostawieni sami sobie, zrozpaczeni. Nie mają żadnego wsparcia w naszych władzach, nie robi się wiele, żeby im coś ułatwić i pomóc. Jedyna nadzieja, że ludzie pójdą po rozum do głowy i zaczną kupować produkty naturalne i zdrowe.

Mnie zaskoczyła informacja, że polskie firmy nasiennicze są prywatyzowane i wykupowane przez ogromne światowe koncerny. W rezultacie rolnicy muszą sprowadzać ekologiczne pasze zza granicy, podczas gdy kiedyś produkowały je polskie małe firmy.

Chodzi o koncerny, które w USA, Argentynie albo Brazylii mają wielkie pola z uprawami GMO, także na ziemiach, gdzie specjalnie pod te uprawy wykarczowano Puszczę Amazońską. Produkują tam paszę dla zwierząt. Więc te koncerny przejmują polskie firmy po to, żeby sprzedawać swoje produkty, a nie polskie. I koło się zamyka.

W Indiach dziesiątki tysięcy rolników popełniły samobójstwo po tym, jak wprowadzili uprawy bawełny transgenicznej. Ich plony drastycznie spadły, podpisali umowy z Monsanto na zakup ziaren. Firma także udzielała im pożyczek i zostali uzależnieni. Ci ludzie nie mieli za co wykarmić swoich rodzin. Ich bezwzględnie wykorzystano i oszukano. Ta historia jest w Polsce nieznana, można o niej przeczytać w książce Świat według Monsanto napisanej przez francuską dziennikarkę Marie–Monique Robin…

Ci rolnicy uwierzyli w to, co mówiły firmy biotechnologiczne – że będzie lepiej. Tutaj się też ludziom mówi, że będzie lepiej. Oczywiście nikt nie wspomina o tym, że po polach będą chodzić ludzie i sprawdzać, czy rolnicy zapłacili za patent. Teraz nasiona są też opatentowane i płaci się za nie, ale nie są GMO.

Czy czuł pan, że zetknął się z dużym lobby? W niektórych wypowiedziach bohaterów pana reportażu pojawia się strach.

Bo to jest silne lobby. Ci ludzie się boją, bo w grę wchodzą duże pieniądze, które firmy agrochemiczne przeznaczają na badania naukowe i potem chcą zarabiać na patentach. Zrobią wszystko, żeby te uprawy tutaj były i żeby były legalne. Jeżeli nie od razu, to metodą małych kroczków. Zagrożenie dla naturalnych upraw jest ogromne. Jest przecież mnóstwo dowodów na to, że uprawy GMO przepylają się z naturalnymi i je zdominowują. Ale ludzie boją się narażać dużym koncernom.

Spotkał pan lobbystów pracujących na rzecz zmian korzystnych dla firm agrochemicznych?

Byłem na publicznym wysłuchaniu ustawy o GMO w Sejmie. Przyszła tam przedstawicielka ambasady amerykańskiej. Mówiła, że USA są zainteresowane tym, co dzieje się w rolnictwie. Wiadomo też, że amerykańska firma Monsanto wspiera różnych polityków w USA podczas wyborów, te informacje można znaleźć na ich oficjalnych stronach internetowych. Więc ta pani nie przychodzi bez powodu na takie spotkania, nawet jeśli mówi, tak jak na filmie, że przyszła prywatnie.

Mówił pan, że nie było kłopotów z emisją filmu. A czy miał pan jakieś problemy w gromadzeniu materiału?

Mieliśmy trudności, gdy chcieliśmy sfilmować wpływający do portu w Gdańsku statek, który przywozi do Polski genetycznie modyfikowaną śrutę. Dzwoniłem do zagranicznych firm, które sprowadzają taką śrutę i oni mi nie chcieli powiedzieć, kiedy i gdzie taki statek wpływa do portu. A rocznie do Polski sprowadza się ok. 2 mln ton śruty sojowej, więc takich statków musi trochę być… Dowiedziałem się o tym zupełnie przypadkiem podczas rozmowy z przedstawicielką młynów czy spichlerzy z Pomorza. Podczas rozmowy rzuciła nazwę statku i datę, którą ja sobie zanotowałem. Potem się wycofała i nie zgodziła się na nagranie, ale nazwę statku zachowałem i dzięki temu udało się go namierzyć. Do ostatniej chwili informacje o tym, czy statek wpłynął, czy nie, była nieznana. Przez prawie całą noc siedziałem na łączach z dyżurnym portu, aby ustalić, czy statek wpłynął już na polskie terytorium. Oni bardzo długo nie mieli tej informacji.

Statek widmo…

Tak, statek widmo (śmiech). I dopiero o 8.00 rano dowiedzieliśmy się, że ok. 16.00 statek będzie wchodził do portu.

Czy to zawsze tak wygląda?

Nie wiem, niech pani spróbuje sprawdzić pod pretekstem, że chce pani coś sfilmować. Ciekawe, czy podadzą pani rzeczywistą datę, czy nie.

A co się dalej dzieje z przywiezioną śrutą?

Zostaje załadowana na samochody dostawcze, jedzie do mieszalni pasz, a potem trafia do zwierząt. Głównie do świń i kurczaków. Trafia na nasze stoły w postaci mięsa. Dobrze, że o tym mówimy. Niech ludzie wiedzą, że te 2 mln ton rocznie genetycznie modyfikowanej śruty sojowej nie rozpływa się w powietrzu, tylko my ją zjadamy w mięsie z chowu przemysłowego. Trzeba im to uświadamiać. Najgorsze, że ludziom się nie mówi, że powodem chorób cywilizacyjnych mogą być produkty wysoko uprzemysłowionego rolnictwa. Lobbyści mówią: „Dlaczego mamy zakazywać sprowadzania tej soi, skoro już i tak tyle się jej sprowadza?”. To jest działanie na zasadzie faktów dokonanych.

Czy można coś z tym zrobić?

Osobiście staram się świadomie robić zakupy. Zajmuje mi to sporo czasu. Zwracam uwagę na to, co jest w środku, czyli na skład, datę ważności, wszystkie etykiety. Oczywiście na etykietach nie ma tych najważniejszych informacji. Jeśli na opakowaniu jest napisane „skrobia kukurydziana”, to ja nie wiem, czy ona jest modyfikowana genetycznie, czy nie. Myślę, że nie jest trudno o nadużycia i oszukiwanie klientów.

Oszukują?

Niejednokrotnie w naszych programach ujawnialiśmy, że na żywności się oszukuje. Zresztą to mówią też ludzie, którzy w tej branży pracują, że to jest najlepsze miejsce do oszukiwania ludzi, ponieważ ludzie muszą jeść, to jest podstawowa czynność życiowa. Czy pani sobie wyobraża, że przez tydzień pani nie będzie jadła? Długo pani nie pociągnie. Każdy jedzenie kupuje i chce kupować tanio, i firmy robią, co mogą, żeby sprostać tym oczekiwaniom i jednocześnie jak najwięcej zarobić. Niewiele ludzi sprawdza, co kupuje, niewielu mamy świadomych konsumentów. A organizacje konsumenckie nie są w Polsce zbyt silne. Gdyby było tak, jak we Francji czy w Niemczech, że ludzie zwracają uwagę na to, co kupują i jedzą, i oszuści ponoszą konsekwencje… Może nie byłoby takich problemów, jak np. różne przypadki „odświeżania” wędlin.

Na podpis prezydenta czeka przyjęta przez Sejm ustawa nasienna. Dużo mówi się o tym, że ona tylnymi drzwiami może zalegalizować uprawy GMO w Polsce.

Dziennikarze mogą o tym pisać i mówić, ale ci, którzy za to odpowiadają, urzędnicy i politycy, którzy powinni stać na straży naszego bezpieczeństwa żywnościowego, nic z tym nie robią. Na co dzień zajmują się tym aktywiści, a poza tym mało kogo to interesuje. Mam wrażenie, że ludzie w Polsce sobie nie zdają sprawy, co to jest GMO. Tylko niektórzy zwracają uwagę na opakowania, na informacje umieszczone na produktach… Ale nadal nie ma dyskusji o tym, jak to wygląda na świecie, czy rzeczywiście plony są lepsze, czy ta żywność jest zdrowa, bezpieczna. A to jest przecież temat, którym powinni się zajmować wszyscy dziennikarze, ponieważ to dotyczy naszego zdrowia i naszych dzieci. Nie można tego tak zostawić.

Czy ma pan w planach kolejne tematy ekologiczne?

Tak, dwa. Ale to jest tajemnica redakcyjna i nie mogę nic powiedzieć, poza tym, że one się pojawią już wkrótce…

Program Uwaga! TVN pt. Lobbing na rzecz GMO można obejrzeć na stronie stacji.