W nawiązaniu do dialogu o jaskini Dominiki Kieruzal i Moniki Kostery

Tym razem dialog artystki i naukowczyni społecznej zamienił się w intymną- bo dotyczącą intensywnych uczuć- rozmowę dwóch artystek, mających wiele do powiedzenia także światu nauki. Przychodzi na myśl choćby przekonanie Paula Tillicha, iż nauka i sztuka to dwa sposoby poznania, różne, ale uzupełniające się. Nie dziwi więc, że aktualna odsłona „Dwugłosu o sztuce i przyrodzie” przynosi zarówno opis wystawy jednej z rozmówczyń, jak i wiersz drugiej, tej reprezentującej naukę.

Oczywiście za daleko posunęli się przedstawiciele anarchizmu metodologicznego- z  Feyerabendem na czele- stawiając znak równości między wynikiem artystycznego natchnienia a pracą naukową. Ale mieli rację w poszukiwaniu licznych pokrewieństw tych dziedzin, pokrewieństw umykających scjentystycznym metodologom. Sztuka często odsyła do nauki, jeszcze częściej oświetla nowymi znaczeniami interpretację jej wyników. Taj jest w wypadku najnowszej rozmowy Dominki z Moniką. Pies prowadzący człowieka do jaskini to „wypisz, wymaluj” piękna, a zarazem precyzyjna metafora pracy Briana Hare, amerykańskiego psychologa ewolucyjnego, który wykazał- na podstawie badania relacji człowieka z psem- że „przetrwają najżyczliwsi”, jak głosi tytuł według mnie najważniejszej książki przywołanego badacza. Piękne, momentami wręcz wzruszające uzupełnienie ustaleń Hare’a stanowi wcześniejsza książka- „Zażyła więź” – autorstwa Birana Fagana amerykańskiego archeologa, a zarazem mistrza słowa popularyzującego rzetelną naukę. Fagan pokazuje jak większość kluczowych wydarzeń w historii ludzkości wiąże się z procesami udomowienia kolejnych gatunków zwierząt. Jesteśmy więc winni zwierzętom wdzięczność i etyczne postawy wobec nich.

Jaskinia, do której pies przyprowadza człowieka, którą wypełniają malarstwem przodkowie współczesnych ludzi, stanowi coś więcej niż tylko rezonowanie w mroku. To poziom, czy raczej głębia relacji jako podstawowej potrzeby i podstawowego potencjału człowieka każdych czasów. Warto przypomnieć Davida Haya, biologa człowieka z Oxfordu, który już w latach 90. ubiegłego stulecia pisał, na podstawie swoich badań, o świadomości relacyjnej jako podstawowej kompetencji istoty ludzkiej. Pisał też o tym, jak współczesna kultura indywidualizmu, spotęgowana przez szeroko rozumianą kulturę biznesu, dekonstruuje świadomość relacyjną.

Przy czym, trzeba uważać ze „zwalaniem” wszystkiego na indywidualizm. Micah Sadigh, amerykański psycholog egzystencjalny, przypomniał mi niedawno sztukę Ibsena „Wróg ludu” i wyraźne echo w niej echo rozpaczliwego wołania Kierkegaarda „The Crowd is Untruh”, jak przetłumaczył na angielski tytuł duńskiego protoplasty egzystencjalizmu Charles K. Bellinger. Po polsku zazwyczaj zwrot ten oddaje się sformułowaniem „tłum nie ma racji”. Warto pamiętać oczywistość, iż indywidualizm, radykalnie rozpoczęty w dziejach kultury zachodniej reformacją, był właśnie protestem przeciw „racji tłumu”. Kierkegaard zadedykował swój esej „pojedynczej, indywidualnej osobie”. Jednak indywidualizm Kierkegaarda i dzisiaj Sadigha, który (chodzi o drugiego z wymienionych) pięknie analizuje trud stawania się indywidualnością, nie oznacza zrywania relacji. Jeśli oznacza, to – jak w tym znaczeniu z pełną racją podkreśla Dominika- staje się kłamstwem.

Siłę na przeciwstawienie się z jednej strony tłumowi, a z drugiej na pokonanie odizolowania jednostki od innych daje właśnie sztuka wyrażona tym razem przez Dominikę i Monikę za pomocą metafory jaskini oraz za pomocą przykładów konkretnych, już nie metaforycznych jaskiń.

Pozwolę sobie dodać jeszcze jeden przykład tego rodzaju. Właśnie wszedł na ekrany polskich kin film Emi Buchwald „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, pokazujący trudy dojrzewania dwudziestolatków+. Janusz, mój najstarszy syn, z którym byłem na seansie, twierdzi, że przy całej oryginalności omawianego obrazu, to taki „polski Jarmusch” (Janusz nawiązuje tu szczególnie do ostatniego obrazu Jarmuscha „Father, Mother, Sister, Brother”). Ja bym dodał jeszcze, że to film świeży, wręcz sympatycznie „niedorobiony” właśnie niczym psychika dwudziestolatka. Zadałem film Buchwald jako „lekturę obowiązkową “moim studentom z psychologii rozwoju człowieka dorosłego. Mam nadzieję, że Reżyserka mi wybaczy.  Ostatnia scena „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, rozpropagowana na plakatach promocyjnych pokazuje rodzeństwo młodych dorosłych, bohaterów filmu, przytulonych do siebie pod namiotem w ich domu. Namiot imituje jaskinię, jak zwykle to się dzieje podczas dziecięcych zabaw. Jednocześnie jest centralnym fragmentem instalacji artystycznej.

Trudno o lepszą zbieżność filmu i rozmowy Dominiki z Moniką. Trudno o lepsze wzajemne komentowanie się tekstów. Metafora jaskini przypomina, że sztuka stwarza możliwość doświadczeń indywidualnego zatracenia się w przeżyciu, a zarazem chroni relacje bliskości, bycia razem.

Niedawno moje dorosłe dzieci z przyjaciółmi odwiedziły Berlin. Wspomniany już przeze mnie Janusz, twardo stąpający po ziemi student informatyki zaginął w Muzeum Historii Niemiec. Jak się okazało, dosłownie zatracił się w oglądaniu wystawy. Rodzeństwo uruchomiło personel muzeum do szukania brata, aż się odnalazł. Nie zostawili go samego, mimo, że chodziło przecież o ludzi dorosłych.  I silny indywidualizm i równie silne relacje międzyludzkie jako istota sztuki inspirowanej naturą, tym razem wyrażoną w metaforze jaskini.

To właśnie dala mi najnowsza rozmowa naukowczyni społecznej, która jest artystką i artystki, która ma do sporo do powiedzenia nauce.

17. AfryKamera odbędzie się w dniach 30.09-9.10.2022 w warszawskiej Kinotece oraz online, w dniach 22-31.10.2022 na platformie VOD.Warszawa. Festiwal zawędruje również do innych miastach Polski: Szczecina, Wrocławia, Łodzi, Konina, Rzeszowa, Krakowa, Białegostoku, Gorzowa Wielkopolskiego.

Festiwal AfryKamera, to największe w Europie Środkowo-Wschodniej wydarzenie poświęcone kulturze afrykańskiej. Tegoroczna edycja AfryKamery, to kino artystyczne i gatunkowe, spotkania z gośćmi, debaty na temat przyszłości Afryki, wystawa artystów i artystek afrykańskich, warsztaty muzyczne i taneczne oraz zajęcia dla dzieci, market afrykański, a także koncerty zespołów afrykańskich.

Program filmowy festiwalu skupia się wokół dwóch wątków tematycznych „Africa mon amour” – to miłosne spojrzenie na kontynent, który będzie mówił o miłości między ludźmi, do kontynentu i kraju, w którym mieszkają. Pokazane zostaną najlepszy filmy roku w Afryce „The Gravedigger’s Wife”/ „Żona grabarza” Khadara Ayderusa Ahmeda (Somalia), w którym główny bohater Guled, grabarz z Dżibuti, stara się zebrać pieniądze na opłacenie operacji, gdy jego żona Nasra ciężko zachoruje na chorobę nerek, czy afrykańska odpowiedź na klasykę kina azjatyckiego „Spragnieni miłości”, czyli „Tug of War” Amila Shivji (Zanzibar / Tanzania).

 

„Żona Grabarza” – fot. materiały prasowe

Pojawi się również zwycięzca Karlowych Warów z 2021 „As Far As I Can Walk” – serbski dramat z Stefana Arsenijevića. Jest to współczesna opowieść nawiązująca do bohaterki średniowiecznej serbskiej poezji epickiej, o parze z Ghany żyjącącej jako uchodźcy w Belgradzie. Ponadczasowa adaptacja stawia pytania o tożsamość, tradycję, rasę i miłość.

Drugi wątek tematyczny festiwalu, to „Korzenie muzyki”. Spojrzenie na muzykę afrykańską i jej rozwój przez lata 60-te. Pokazane zostaną dokumenty o znaczeniu takich nurtów jak afrobeat, rumba, morna, poprzez przedstawienie największych gwiazd minionych dekad m.in. dokument produkcji Peru, Kongo pt. The Rumba Kings/ Królowie Rumby reż. Alan Brainr oraz dokument biograficzny „Cesária Évora” reż. Ana Sofia Fonseca. O sławnej w latach lat 90. pieśniarce pochodzącej z Wysp Zielonego Przylądka. Właśnie tam udaje się reżyserka filmu po śmierci Cesárii Évory, by dowiedzieć się, co kryło się za wizerunkiem diwy i w smutku wykonywanych przez nią utworów. Odpowiedź przynoszą opowieści tych, którzy byli blisko niej, i nieznane dotychczas archiwalia. Wyłania się z tego obraz kobiety boleśnie doświadczonej przez los i artystki ciągle poszukującej wolności.

„Cesária Évora” – materiały prasowe

Ciekawą propozycją jest również dokument o Nigerii ,,Zaułek Starszych” (Nigeria 2021) w reżyserii Siji Awoyinka. (Premiera polska filmy miał miejsce w sierpniu br. na festiwalu African Beats). Urodzony w Londynie młody nigeryjski fan muzyki dokonuje szokującego odkrycia, że wiele nigeryjskich ikon muzycznych nie posiada kopii swoich własnych nagrań. Wraca więc do Lagos, aby je ponownie nagrać. Film jest kroniką muzyki – od juju do afrobeatu i wszystkiego pomiędzy – oraz jej paraleli z ewolucją społeczno-polityczną Nigerii od kolonialnych lat 50. do ruchu nacjonalistycznego i niepodległości w latach 60. Rzadkie materiały archiwalne ubarwiają tę bogatą w występy wycieczkę przez historię narodowej muzyki.

,,Zaułek Starszych”, fot. materiały prasowe

Pojawi się też wątek afrofuturyzmu, do którego nawiązuje projekt plakatu autorstwa Honoraty Karapudy przy wsparciu niezwykłych afrykańskich artystów. Pokazany zostanie m.in. klasyk si-fi z 1974 r. „Space is the Place” reż. John Coney. Bohaterem jest pochodzący z Saturna Sun Ra, który wraz z orkiestrą, po kilku latach podróży w kosmosie w statku napędzanym muzyką, ląduje w Oakland, w stanie California, by zabrać ze sobą tych przedstawicieli swojej rasy, którzy zagubili się w ziemskiej rzeczywistości.

W ramach imprez towarzyszących odbędą się koncerty, prezentujące afrykańską scenę muzyczną „AFreaks by AfryKamera”. 1 października 2022 r. w Klubie DZIK wystąpią: angolsko-portugalski zespół Batida apresenta IKOQWE, szwajcarski producent Daniel Jakob, znany jako Dejot oraz Dubokaj, duet Lua Preta oraz kolektyw didżejski pod nazwą Laboratortio Tropical Crew.


Bilety na koncert do kupienia: https://goingapp.pl/wydarzenie/afreaks-by-afrykamera/pazdziernik-2022

Więcej informacji na temat festiwalu i koncertach znajduje się na stronie www.afrykamera.pl


 

Olga Tokarczuk, laureatka nagrody literackiej Nobla w sobotę, 7. 12., w Akademii Szwedzkiej wygłosiła swoją mowę noblowską zatytułowaną „Czuły narrator”.  Za zgodą The Nobel Foundation publikujemy jej treść.

Czuły narrator

1.

Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, jeszcze zanim mnie urodziła. Zdjęcie jest niestety czarno-białe, przez co ginie wiele szczegółów, stając się zaledwie szarymi kształtami. Światło jest miękkie i deszczowe, chyba wiosenne i najpewniej sączy się przez okno, utrzymując pokój w ledwie zauważalnym blasku. Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła – jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje – Warszawa, Londyn, Luksemburg albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować.

Wpatrując się w to zdjęcie jako kilkuletnia dziewczynka byłam przekonana, że mama szukała mnie, kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obszary kosmosu próbując dowiedzieć się, kiedy i skąd przybędę. Jej fryzura i ubiór (duży dekolt w łódkę) wskazują, kiedy zrobiono to zdjęcie – to początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Patrząca gdzieś poza kadr, nieco zgarbiona kobieta, widzi coś, co nie jest dostępne oglądającemu to zdjęcie. Jako dziecko rozumiałam to tak, że ona patrzy w czas. Na tym zdjęciu nic się nie dzieje, to fotografia stanu, nie procesu. Kobieta jest smutna, zamyślona, jakby nieobecna.

Kiedy ją potem pytałam o ten smutek – a robiłam to wiele razy, żeby zawsze usłyszeć to samo – mama odpowiadała, że jest smutna, bo jeszcze się nie urodziłam, a ona już do mnie tęskni.

– Jak możesz do mnie tęsknić, skoro mnie jeszcze nie ma? – pytałam. Wiedziałam już, że tęskni się za kimś, kogo się utraciło, że tęsknota jest efektem straty.

– Ale może też być odwrotnie – odpowiadała. – Jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest.

Ta krótka wymiana zdań gdzieś na zachodniej polskiej prowincji pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, wymiana zdań między moją mamą i mną, jej małym dzieckiem, utkwiła mi na zawsze w pamięci i dała zapas mocy na całe życie. Wyniosła bowiem moje istnienie poza zwyczajną materialność świata i przypadkowość, poza przyczynę i skutek oraz prawa prawdopodobieństwa. Umieściła je niejako poza czasem, w słodkim pobliżu wieczności. Zrozumiałam moim dziecięcym umysłem, że jest mnie więcej niż sobie do tej pory wyobrażałam. I nawet, jeżeli powiem: „Jestem nieobecna”, to i tak na pierwszym miejscu znajduje się: „Jestem” – najważniejsze i najdziwniejsze słowo świata.

W ten sposób niereligijna młoda kobieta, moja mama, dała mi coś, co kiedyś nazywano duszą, a więc wyposażyła w najlepszego na świecie czułego narratora.

2.

Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny – za sprawą Internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść – zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów.

To, jak myślimy o świecie i – co chyba ważniejsze – jak o nim opowiadamy, ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także (a może przede wszystkim) wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść – rządzi.

Dziś problem polega – zdaje się – na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne „teraz”, na ultraszybkie przemiany dzisiejszego świata. Brakuje nam języka, brakuje punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni. Jesteśmy za to świadkami, jak te nieprzystające, zardzewiałe i anachroniczne stare narracje próbuje się wprzęgnąć do wizji przyszłości, może wychodząc z założenia, że lepsze stare coś niż nowe nic, albo próbując w ten sposób poradzić sobie z ograniczeniem własnych horyzontów. Jednym słowem – brakuje nam nowych sposobów opowiadania o świecie.

Żyjemy w rzeczywistości wielogłosowych narracji pierwszoosobowych i zewsząd dochodzi nas wielogłosowy szum. Mówiąc „pierwszoosobowe” mam na myśli ten rodzaj opowieści, który zatacza wąskie kręgi wokół „ja” twórcy, piszącego mniej lub bardziej wprost tylko o sobie i poprzez siebie. Uznaliśmy, że ten rodzaj zindywidualizowanego punktu widzenia, głos z „ja”, jest najbardziej naturalny, ludzki, uczciwy, nawet jeżeli rezygnuje z szerszej perspektywy. Opowiadać w tak rozumianej pierwszej osobie to tkać absolutnie niepowtarzalny wzór, jedyny w swoim rodzaju, to mieć jako jednostka poczucie autonomii, być świadomym siebie i swojego losu. To jednak znaczy także budować opozycję: „ja” i „świat”, a ta bywa alienująca.

Myślę, że narracja prowadzona w pierwszej osobie jest bardzo charakterystyczna dla współczesnej optyki, w której jednostka pełni rolę subiektywnego centrum świata. Cywilizacja Zachodu jest w dużej mierze zbudowana i oparta właśnie na owym odkryciu „ja”, które stanowi jedną z najważniejszych miar rzeczywistości. Człowiek jest tu głównym aktorem, a jego osąd – mimo, że jeden z wielu – traktowany jest zawsze z uwagą i powagą. Opowieść snuta w pierwszej osobie wydaje się być jednym z największych odkryć cywilizacji ludzkiej, jest czytana z namaszczeniem i darzona zaufaniem. Ten rodzaj opowieści, kiedy widzimy świat oczami jakiegoś „ja” i słuchamy świata w jego imieniu, buduje więź z narratorem jak żaden inny i każe postawić się w jego niepowtarzalnej pozycji.

Nie da się przecenić tego, co pierwszoosobowa narracja zrobiła dla literatury i w ogóle dla ludzkiej cywilizacji – przerobiła opowieść o świecie jako miejscu działań herosów czy bóstw, na które nie mamy wpływu, na naszą indywidualną historię i oddała scenę ludziom takim samym jak my. Na dodatek, z takimi samymi jak my łatwo się zidentyfikować, dzięki czemu pomiędzy narratorem opowieści a czytelnikiem czy słuchaczem rodzi się emocjonalne porozumienie, bazujące na empatii. Ta zaś ze swej natury zbliża i niweluje granice – bardzo łatwo jest zatrzeć w powieści granice między „ja” narratora i „ja” czytelnika, a powieść, która „wciąga” wręcz liczy na to, że granica ta zostanie zniesiona i unieważniona, i to czytelnik, dzięki empatii, stanie się na jakiś czas narratorem. Literatura stała się więc polem wymiany doświadczeń, agorą, gdzie każdy może opowiedzieć swój własny los albo dać głos swojemu alter ego. Jest to przy tym przestrzeń demokratyczna – każdy może się wypowiedzieć, każdy może też dokonać kreacji „głosu, który mówi”. Chyba jeszcze nigdy w historii człowieka tak wielu ludzi nie zajmowało się pisaniem i opowiadaniem. Wystarczy spojrzeć na pierwsze z brzegu statystyki.

Kiedy odwiedzam targi książki, widzę jak wiele wydawanych książek dotyczy właśnie tego – autorskiego ja. Instynkt ekspresji – może równie silny, jak inne instynkty, które projektują nasze życie – najpełniej objawia się w sztuce. Chcemy być zauważeni, chcemy poczuć się wyjątkowi. Narracje typu: „Opowiem ci moją historię”, „Opowiem ci historię mojej rodziny”, ewentualnie „Opowiem ci, gdzie byłam” to dziś najpopularniejsze gatunki literackie. Jest to fenomen na wielką skalę także i dlatego, że dzisiaj powszechnie potrafimy posługiwać się pismem i wielu ludzi osiąga tę kiedyś zastrzeżoną dla nielicznych umiejętność wyrażenia siebie samego w słowie i opowieści. Paradoksalnie jednak wygląda to na chór złożony z samych solistów – głosy nakładają się na siebie, rywalizują o uwagę, poruszają po podobnych traktach, ostatecznie wzajemnie się zagłuszając. Wiemy o nich wszystko, jesteśmy w stanie utożsamić się z nimi i przeżyć ich życie jak swoje. Mimo to jednak doświadczenie czytelnicze zaskakująco często jest niekompletne i rozczarowujące, bo okazuje się, że ekspresja autorskiego „ja” nie daje gwarancji uniwersalności. Czego nam brakuje, to – jak się zdaje – paraboliczny wymiar opowieści. Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się Każdym i Wszędzie. Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści, może utożsamiać się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację jak swoją, w paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się tym Każdym. W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola, znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność jest świadectwem bezradności.

Być może, żeby nie utonąć w wielości tytułów i nazwisk zaczęliśmy dzielić ogromne lewiatanowe ciało literatury na gatunki, które traktujemy jak dziedziny w sporcie, a pisarzy i pisarki jak wyspecjalizowanych zawodników.

Ogólne skomercjalizowanie rynku literackiego doprowadziło do podziału na branże – odtąd odbywają się targi i festiwale literatury takiej czy siakiej, zupełnie osobno, tworząc klientelę czytelników, którzy chętnie zatrzaskują się w kryminale, fantasy czy science-fiction. Cechą szczególną tej sytuacji jest, że to, co miało jedynie pomóc księgarzom i bibliotekarzom w uporządkowaniu na półkach ogromu wydawanych książek, a czytelnikom pomagało zorientować się w wielkości oferty, stało się abstrakcyjnymi kategoriami, w które już nie tylko wrzuca się zaistniałe dzieło, ale według których zaczynają pisać sami pisarze. Coraz częściej gatunkowe dzieło przypomina foremkę do ciasta, która produkuje bardzo podobne rezultaty, ich przewidywalność uważana jest za cnotę, ich banalność za osiągnięcie. Czytelnik wie, czego ma się spodziewać i dostaje dokładnie to, co chciał.

Zawsze intuicyjnie byłam przeciwko takim porządkom, ponieważ prowadzą one do ograniczania wolności pisarskiej, do niechęci wobec eksperymentu i transgresji, która jest istotną cechą tworzenia w ogóle.
I zupełnie wykluczają z procesu twórczego wszelką ekscentryczność, bez której nie ma sztuki. Dobra książka nie musi się opowiadać za swoją gatunkową przynależnością. Podział na gatunki jest wynikiem skomercjalizowania całej literatury i efektem traktowania jej jako produktu do sprzedaży z całą filozofią brandu, targetu i tym podobnych wynalazków współczesnego kapitalizmu.

Możemy mieć dziś wielką satysfakcję, że jesteśmy świadkami powstania nowego sposobu opowiadania świata, jaki niesie ze sobą serial filmowy, a którego ukrytym zadaniem jest wprowadzić nas w trans. Oczywiście ten sposób opowiadania istniał już w mitach i opowieściach homeryckich, a Herkules, Achilles czy Odyseusz to bez wątpienia pierwsi serialowi bohaterowie. Jednak nigdy wcześniej nie zagarnął on dla siebie tak dużo przestrzeni i nie wpływał tak istotnie na zbiorową wyobraźnię. Pierwsze dwie dekady XXI wieku z pewnością należą do seriali. Ich wpływ na sposoby opowiadania (i przez to też rozumienia) świata jest rewolucyjny.

Serial w dzisiejszej postaci nie tylko rozciągnął uczestniczenie w narracji w obrębie czasu, generując jego różne tempa, odnogi i aspekty, ale wniósł także swoje nowe porządki. Ponieważ w wielu przypadkach jego zadaniem jest utrzymanie uwagi widza jak najdłużej – narracja serialowa mnoży wątki, splatając je ze sobą w najbardziej nieprawdopodobny sposób tak bardzo, iż w obliczu bezradności sięga się nawet po stary zabieg narracyjny, skompromitowany kiedyś przez klasyczną operę: „deus ex machina”. Wymyślając kolejne odcinki często zmienia się całą psychologię postaci ad hoc, żeby lepiej pasowała do pojawiających się wydarzeń. Postać łagodna i pełna rezerwy na początku zmienia się pod koniec w mściwą i gwałtowną, postać drugoplanowa staje się pierwszoplanową, zaś główny bohater, do której zdążyliśmy się już przywiązać, traci znaczenie lub wręcz znika ku naszej największej konsternacji.

Potencjalne zaistnienie kolejnego sezonu stwarza konieczność otwartych zakończeń, w których nie ma szans pojawić się i wybrzmieć do końca owo tajemnicze katharsis, które było przeżyciem wewnętrznej przemiany, spełnienia się, satysfakcją z uczestniczenia w akcie opowieści. Taki rodzaj komplikowania i niekończenia, ciągłego odraczania nagrody, jaką jest katharsis, uzależnia i hipnotyzuje. Fabula interrupta wymyślona dawno temu i znana z opowieści Szeherezady powróciła w serialach w wielkim stylu, zmieniając naszą wrażliwość i niosąc przedziwne psychologiczne skutki, odrywając nas od własnego życia i hipnotyzując niczym używka. Jednocześnie serial wpisuje się w nowy, rozwlekły i nieuporządkowany rytm świata, w jego chaotyczną komunikację, jego niestałość i płynność. Ta forma opowieści chyba najbardziej twórczo szuka dziś nowej formuły. W tym sensie odbywa się w serialu poważna praca nad narracjami przyszłości, nad dopasowaniem opowieści do nowej rzeczywistości.

Lecz nade wszystko żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury.

Nasi przodkowie wierzyli, że dostęp do wiedzy przyniesie ludziom nie tylko szczęście, dobrobyt, zdrowie i bogactwo, ale stworzy społeczeństwo równe i sprawiedliwe. To, czego według nich brakowało światu to była powszechna mądrość, płynąca z wiedzy.

Jan Amos Komenski, wielki pedagog XVII wieku, ukuł termin „pansofia”, w którym zawarł idee możliwej omniscjencji, wiedzy uniwersalnej, która pomieści w sobie wszelkie możliwe poznanie. Było to także i przede wszystkim marzenie o wiedzy dostępnej każdemu. Czyż dostęp do informacji o świecie nie zmieni niepiśmiennego chłopa w refleksyjną jednostkę świadomą siebie i świata? Czy wiedza na wyciągnięcie ręki nie sprawi, że ludzie staną się rozważni i mądrze pokierują swoim życiem?

Kiedy powstał Internet wydawało się, że idee te będą wreszcie mogły zrealizować się w sposób totalny. Wikipedia, którą podziwiam i wspieram, mogłaby wydać się Komenskiemu, podobnie jak wielu myślicielom tego nurtu, spełnieniem marzeń ludzkości – oto tworzymy i otrzymujemy ogromny zasób wiedzy nieustannie uzupełnianej, odświeżanej i demokratycznie dostępnej, praktycznie z każdego miejsca na Ziemi.

Spełnione marzenia często nas rozczarowują. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie unieść tego ogromu informacji, która zamiast jednoczyć, uogólniać i uwalniać – różnicuje, dzieli, zamyka w bańkach, tworzy wielość opowieści nieprzystających do siebie albo wręcz wrogich sobie, antagonizujących.

Na dodatek Internet, poddany zupełnie bez refleksji procesom rynkowym i oddany graczom-monopolistom, steruje gigantycznymi ilościami danych, które wykorzystywane są całkiem nie „pansoficznie”, ku szerokiemu dostępowi do wiedzy, ale przeciwnie, służąc przede wszystkim programowaniu zachowań użytkowników, czego dowiedzieliśmy się po aferze Cambridge Analytica.

Zamiast usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia, w którym rozpaczliwie próbujemy dosłuchać się jakiejś najcichszej melodii, najsłabszego chociaż rytmu. Parafraza szekspirowskiego cytatu jak nigdy pasuje dzisiaj do tej kakofonicznej rzeczywistości: Internet to coraz częściej opowieść idioty pełna wściekłości i wrzasku.

Także badania politologów przeczą niestety intuicjom Jana Amosa Komenskiego, opartych na przekonaniu, że im więcej powszechnie dostępnej wiedzy o świecie, tym politycy bardziej posługują się rozsądkiem i podejmują rozważne decyzje. Wygląda na to, że wcale nie jest to taka prosta sprawa. Wiedza może przytłaczać, a jej skomplikowanie i niejednoznaczność, powoduje powstawanie rożnego rodzaju mechanizmów obronnych – od zaprzeczenia i wyparcia, aż po ucieczkę w proste zasady myślenia upraszczającego, ideologicznego, partyjnego.

Kategoria fake newsów i fake upów stawia nowe pytania o to, czym jest fikcja. Czytelnicy, którzy wiele razy dali się oszukać, zdezinformować czy wyprowadzić w pole, nabierają powoli specyficznej nerwicowej idiosynkrazji. Reakcją na takie zmęczenie fikcją może być ogromny sukces literatury non-fiction, która w tym wielkim chaosie informacyjnym krzyczy ponad naszymi głowami: „Opowiadam wam prawdę, tylko prawdę”. „Moja opowieść oparta jest na faktach!”.

Fikcja straciła zaufanie czytelników, odkąd kłamstwo stało się niebezpieczną bronią masowego rażenia, nawet jeśli wciąż pozostaje prymitywnym narzędziem. Nader często spotykam się z tym pełnym niedowierzania pytaniem: „Czy to prawda, co pani napisała?” Za każdym razem mam wtedy wrażenie, że wieszczy ono koniec literatury.

To niewinne z punktu widzenia czytelnika pytanie, dla pisarskich uszu brzmi naprawdę apokaliptycznie. Cóż mam odpowiedzieć? Jak wytłumaczyć ontologiczny status Hansa Castorpa, Anny Kareniny czy Misia Puchatka?

Uważam tego typu czytelniczą ciekawość za cywilizacyjny regres. To upośledzenie umiejętności wielowymiarowego (konkretnego, historycznego, ale i symbolicznego, i mitycznego) uczestniczenia w łańcuchu wydarzeń zwanym naszym życiem. Życie tworzą wydarzenia, lecz dopiero wtedy, gdy potrafimy je zinterpretować, próbować zrozumieć i nadać im sens, zamieniają się one w doświadczenie. Wydarzenia są faktami, ale doświadczenie jest czymś niewyrażalnie innym. To ono, nie zaś wydarzenie, jest materią naszego życia. Doświadczenie jest faktem poddanym interpretacji i umieszczonym w pamięci. Odwołuje się także do pewnej podstawy, jaką mamy w umyśle, do głębokiej struktury znaczeń, na której potrafimy rozpiąć nasze własne życie i przyjrzeć mu się dokładnie. Wierzę, że rolę takiej struktury pełni mit. Mit jak wiadomo nigdy się nie wydarzył, ale dzieje się zawsze. Dziś działa już nie tylko poprzez przygody antycznych herosów, ale przenika do wszechobecnych i jak najbardziej popularnych opowieści współczesnego kina, gier, literatury. Życie mieszkańców Olimpu przeniosło się do Dynastii, a heroiczne czyny bohaterów obsługuje Lara Croft.

W tym gorącym podziale na prawdę i fałsz opowieść o naszym doświadczeniu, jaką tworzy literatura, ma swój własny wymiar.

Nigdy specjalnie nie entuzjazmowałam się prostym rozgraniczeniem na fiction i non-fiction, chyba, że uznamy je tylko za deklaratywne i uznaniowe. W morzu wielu definicji fikcji, najbardziej podoba mi się ta, która jest jednocześnie najstarsza i pochodzi od Arystotelesa. Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy.

Do przekonania trafia mi też rozróżnienie relacji wobec fabuły, której dokonał pisarz i eseista Edward Morgan Forster. Pisał on, że kiedy mówimy „Umarł mąż, a potem umarła żona” – to jest to relacja. Kiedy zaś mówimy „Umarł mąż, a potem ze smutku umarła żona” – to mamy fikcję. Każde fabularyzowanie jest przejściem od pytania – „Co było potem?” do próby jego zrozumienia opartym na naszym ludzkim doświadczeniu: „Dlaczego tak się stało?”

Literatura zaczyna się od owego „Dlaczego?”, nawet jeśli mielibyśmy na to pytanie odpowiadać bez przerwy zwyczajnym: „Nie wiem”.

Literatura stawia więc pytania, na które nie da się odpowiedzieć przy pomocy Wikipedii, wykracza bowiem poza same fakty i wydarzenia, odwołując się bezpośrednio do naszego ich doświadczania.

Możliwe jest jednak, że powieść i literatura w ogóle stają się na naszych oczach czymś zgoła marginalnym wobec innych sposobów narracji. Że waga obrazu i nowych form bezpośredniego przekazywania doświadczenia – kina, fotografii, virtual reality i augmented reality – stanie się poważną alternatywą dla tradycyjnego czytania. Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji. Upraszczając: Najpierw najbardziej nieuchwytna treść jest konceptualizowana i werbalizowana, zamieniana w znaki i symbole, a potem następuje jej „odkodowanie” na powrót z języka na doświadczenie. Wymaga to pewnej kompetencji intelektualnej. A przede wszystkim wymaga uwagi i skupienia, umiejętności coraz rzadszych w dzisiejszym skrajnie rozpraszającym świecie.

Ludzkość przeszła długą drogę w sposobach przekazywania i współdzielenia własnego doświadczenia, od oralności, zdanej na żywe słowo i ludzką pamięć, po rewolucję Gutenberga, kiedy opowieść została powszechnie zapośredniczona przez pismo i w ten sposób utrwalona i skodyfikowana oraz możliwa do powielania bez zmian. Największym osiągnięciem tej zmiany był moment, w którym myślenie jako takie utożsamiliśmy z pismem, czyli konkretnym sposobem używania idei, kategorii czy symboli. Dziś – to jasne – stoimy w obliczu podobnie znamiennej rewolucji, kiedy doświadczenie może być przekazywane bezpośrednio, bez pomocy słowa drukowanego.

Nie ma już potrzeby prowadzić dziennika podróży, kiedy można fotografować i wysyłać te fotografie za pomocą portali społecznościowych w świat, zaraz i każdemu. Nie ma potrzeby pisać list, skoro łatwiej jest zadzwonić. Po co czytać grube powieści, skoro można zanurzyć się w serialu? Zamiast wyjść na miasto, żeby rozerwać się przyjaciółmi, lepiej zagrać w grę. Sięgnąć po autobiografię? Nie ma sensu, skoro śledzę życie celebrytów na Instagramie i wiem o nich wszystko.

To już nawet nie obraz jest dzisiaj największym przeciwnikiem tekstu, jak myśleliśmy jeszcze w XX wieku, martwiąc się wpływem kina i telewizji. To zupełnie inny wymiar doświadczania świata – oddziaływujący bezpośrednio na nasze zmysły.

3.

Nie chcę szkicować tu jakiejś całościowej wizji kryzysu opowieści o świecie. Często jednak doskwiera mi poczucie, że światu czegoś brakuje. Że doświadczając go przez szyby ekranów, przez aplikacje, staje się jakiś nierealny, daleki, dwuwymiarowy, dziwnie nieokreślony, mimo że dotarcie do każdej konkretnej informacji jest zdumiewająco łatwe. Męczące „ktoś”, „coś”, „gdzieś”, „kiedyś” może dziś być bardziej niebezpieczne niż wygłaszane z absolutną pewnością bardzo konkretne i określone idee – ziemia jest plaska, szczepionki zabijają, ocieplenie klimatyczne jest bzdurą, a demokracja w wielu krajach nie jest zagrożona. „Gdzieś” toną jacyś ludzie, próbujący przeprawić się przez morze. „Gdzieś” od „jakiegoś” czasu trwa „jakaś” wojna. W natłoku informacji pojedyncze przekazy tracą kontury, rozwiewają się w naszej pamięci i stają się nierealne, znikają.

Zalew obrazów przemocy, głupoty, okrucieństwa, mowy nienawiści, rozpaczliwie równoważone są przez wszelkie „dobre wiadomości”, ale nie są one w stanie ujarzmić dojmującego wrażenia, które trudno jest nawet zwerbalizować: Coś jest ze światem nie tak. To poczucie, zarezerwowane kiedyś tylko dla neurotycznych poetów, dziś staje się epidemią nieokreśloności, sączącym się zewsząd niepokojem.

Literatura jest jedną z niewielu dziedzin, które próbują nas przytrzymać przy konkrecie świata, ponieważ ze swej natury jest zawsze „psychologiczna”. Skupia się bowiem na wewnętrznych racjach i motywach postaci, ujawnia ich doświadczenie w żaden inny sposób niedostępne dla drugiego człowieka lub zwyczajnie prowokuje Czytelnika do psychologicznej interpretacji ich zachowań. Tylko literatura jest w stanie pozwolić nam wejść głęboko w życie drugiej istoty, rozumieć jej racje, dzielić jej uczucia, przeżyć jej los.

Opowieść zawsze zatacza kręgi wokół sensu. Nawet jeżeli nie wyraża tego wprost, nawet kiedy programowo odżegnuje się od poszukiwania znaczenia, skupiając się na formie, na eksperymencie, kiedy dokonuje formalnej rebelii, poszukując nowych środków wyrazu. Czytając nawet najbardziej behawiorystycznie i oszczędnie napisaną opowieść, nie potrafimy powstrzymać się od pytań: „Dlaczego tak się dzieje?”, „Co to znaczy?”, „Jaki jest tego sens?’, „Do czego to prowadzi?” Możliwe jest nawet, że nasz umysł wyewoluował ku opowieści jako procesowi nadawania sensu milionom bodźców, które nas otaczają i nawet podczas snu wciąż bezustannie i niezmordowanie snuje swoje narracje. Opowieść jest więc porządkowaniem w czasie nieskończonej ilości informacji, ustalając ich związki z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, odkrywaniem ich powtarzalności i układaniem ich w kategoriach przyczyny i skutku. Biorą w tej pracy udział i rozum, i emocje.

Nic dziwnego, że jednym z najwcześniejszych odkryć dokonanych przez opowieści, było fatum, które oprócz tego, że jawiło się zawsze ludziom jako przerażające i nieludzkie, wprowadzało jednak w rzeczywistość porządek i niezmienność.

4.

Szanowni Państwo,

Kobieta ze zdjęcia, moja mama, która tęskniła do mnie, choć mnie jeszcze było, kilka lat później czytała mi bajki.

W jednej z nich, autorstwa Hansa Christiana Andersena, wyrzucony na śmietnik imbryk skarżył się, że okrutnie został potraktowany przez ludzi – pozbyli się go, gdy tylko oberwało mu się ucho. A przecież mógłby jeszcze im służyć, gdyby ludzie nie byli tacy perfekcyjni i wymagający. Wtórowały mu inne popsute przedmioty, snując prawdziwie epickie opowieści ze swojego małego przedmiotowego życia.

Będąc dzieckiem słuchałam tej bajki z wypiekami na twarzy i ze łzami w oczach, bo wierzyłam głęboko, że przedmioty mają swoje problemy, uczucia i nawet jakieś życie społeczne, całkiem porównywalne do naszego, ludzkiego. Talerze w kredensie mogły ze sobą rozmawiać, sztućce w szufladzie stanowiły coś w rodzaju rodziny. Podobnie zwierzęta były tajemniczymi, mądrymi i samoświadomymi istotami, z którymi łączyła nas od zawsze duchowa więź i głębokie podobieństwo. Ale i rzeki, lasy, drogi także miały swój byt – były żywymi istotami, które mapują naszą przestrzeń i budują poczucie przynależności, tajemniczy Raumgeist. Żywy był też krajobraz, który nas otaczał, i Słońce i Księżyc i wszystkie ciała niebieskie. Cały widzialny i niewidzialny świat.

Kiedy zaczęłam w to wątpić? Poszukuję w swoim życiu jakiegoś momentu, w którym jak za sprawą jednego kliknięcia, wszystko stało się inne, mniej zniuansowane, prostsze. Szept świata umilkł, zastąpiły go hałasy miasta, szmer komputerów, grzmot przelatujących nad głową samolotów i męczący biały szum oceanów informacji.

Od jakiegoś momentu w swoim życiu zaczynamy widzieć świat we fragmentach, wszystko osobno, w kawałkach odległych od siebie niczym galaktyki, a rzeczywistość, w jakiej żyjemy w tym nas upewnia: lekarze leczą nas według specjalności, podatki nie mają związku z odśnieżaniem drogi, którą jeździmy do pracy, obiad nijak się ma do wielkich ferm hodowlanych, a nowa bluzka do obskurnych fabryk gdzieś w Azji. Wszystko jest od siebie oddzielone, żyje osobno, bez związku.

Żeby łatwiej nam było to znieść dostajemy numery, identyfikatory, karty, toporne plastikowe tożsamości, które próbują nas zredukować do użytkowania jakiejś jednej cząstki tej całości, którą przestaliśmy już dostrzegać.

Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy. Nie zauważamy, że świat staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni, miotani czyimiś decyzjami, zniewoleni niezrozumiałym fatum, poczuciem bycia igraszką wielkich sił historii czy przypadku. Nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna. Albo po prostu stajemy się wyznawcami prostych sił – fizycznych, społecznych, ekonomicznych, które poruszają nami jakbyśmy byli zombie. I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie. Dlatego tęsknię do tamtego świata od imbryka.

5.

Całe życie fascynują mnie wzajemne sieci powiązań i wpływów, których najczęściej nie jesteśmy świadomi, lecz odkrywamy je przypadkiem, jako zadziwiające zbiegi okoliczności, zbieżności losu, te wszystkie mosty, śruby, spawy i łączniki, które śledziłam w „Biegunach”. Fascynuje mnie kojarzenie faktów, szukanie porządków. W gruncie rzeczy – jestem o tym przekonana – pisarski umysł jest umysłem syntetycznym, który z uporem zbiera wszystkie okruchy, próbując z nich na nowo skleić uniwersum całości.

Jak pisać, jak konstruować swoją opowieść, żeby umiała unieść tę wielką konstelacyjną formę świata?

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest możliwy powrót do takiej opowieści o świecie, jaką znamy z mitów, baśni i legend, kiedy przekazywana sobie z ust do ust utrzymywała świat w istnieniu. Dziś ta opowieść musiałaby być dużo bardziej wielowymiarowa i skomplikowana. Wiemy przecież rzeczywiście o wiele więcej, znamy niesamowite powiązania rzeczy pozornie odległych.

Przyjrzyjmy się pewnemu momentowi w historii świata.

Jest to dzień, kiedy od nabrzeża portu Palos w Hiszpanii, 3 sierpnia 1492 roku, odbija nieduża karawela o nazwie „Santa Maria”. Dowodzi nią Krzysztof Kolumb. Świeci słońce, po nabrzeżu kręcą się jeszcze marynarze, a robotnicy portowi ładują na statek ostatnie skrzynie z prowiantem. Jest gorąco, ale wiejący z zachodu lekki wietrzyk, ratuje żegnające rodziny przed zasłabnięciem. Mewy przechadzają się uroczyście po rampie, uważnie śledząc poczynania człowieka.

Ten moment, który teraz widzimy poprzez czas, doprowadził do śmierci 56 milionów z blisko 60 milionów rdzennych Amerykanów. Ich populacja stanowiła wtedy około 10 procent całej ludności ziemi. Europejczycy nieświadomie przywieźli ze sobą śmiertelne prezenty – choroby i bakterie, na które rodowici mieszkańcy Ameryki nie byli odporni. Do tego doszło bezpardonowe niewolenie i zabijanie. Zagłada trwała lata i zmieniła kraj. Tam, gdzie kiedyś rosła fasola i kukurydza, ziemniaki i pomidory, na nawadnianych w wyrafinowany sposób polach uprawnych, wróciła dzika roślinność. Prawie sześćdziesiąt milionów hektarów uprawnej ziemi z biegiem lat zamieniło się w dżunglę.

Roślinność regenerując się, pochłonęła ogromne ilości dwutlenku węgla, przez co osłabł efekt cieplarniany. To zaś obniżyło globalną temperaturę Ziemi.

Jest to jedna z wielu naukowych hipotez wyjaśniających nastanie małej epoki lodowej w Europie, która pod koniec XVI wieku przyniosła długotrwałe ochłodzenie klimatu.

Mała epoka lodowa odmieniła gospodarkę Europy. W ciągu następnych dekad mroźne i długie zimy, chłodne lata i intensywne opady zmniejszyły wydajność tradycyjnych form rolnictwa. W Europie Zachodniej małe rodzinne gospodarstwa produkujące żywność na własne potrzeby, okazały się niewydajne. Nastąpiły fale głodu i konieczność specjalizacji produkcji. Anglia czy Holandia najbardziej dotknięte ochłodzeniem, nie mogąc wiązać swej gospodarki z rolnictwem, zaczęły rozwijać handel i przemysł. Zagrożenie sztormami skłoniło Holendrów do osuszania polderów i przekształcania stref podmokłych i płytkich stref morskich w ląd. Przesunięcie na południe zasięgu występowania dorsza, katastrofalne dla Skandynawii, okazało się korzystne dla Anglii i Holandii – dzięki temu państwa te zaczęły wyrastać na potęgi morskie i handlowe. Znaczące ochłodzenie szczególnie dotkliwie było odczuwane w krajach skandynawskich. Urwała się łączność z zieloną Grenlandią i Islandią, surowe zimy zmniejszyły zbiory i zapanowały lata głodu i niedostatku. Szwecja zwróciła więc łakomy wzrok na południe wdając się w wojny z Polską (zwłaszcza, że zamarzł Bałtyk, przez co łatwo było się przezeń przeprawić armii) i angażując się w wojnę trzydziestoletnią w Europie.

Wysiłki naukowców, próbujących lepiej rozumieć naszą rzeczywistość, ukazują ją jako wzajemnie spójną i gęsto powiązaną sieć wpływów. To już nie tylko słynny „efekt motyla”, który jak wiemy polega na tym, że minimalne zmiany w warunkach początkowych jakiegoś procesu, mogą dać w przyszłości kolosalne i nieobliczalne rezultaty, ale nieskończona ilość motyli i ich skrzydeł, ciągle w ruchu. Potężna fala życia, która wędruje poprzez czas.

Odkrycie „efektu motyla” kończy według mnie epokę niezachwianej ludzkiej wiary we własną swoją sprawczość, zdolność kontroli, a tym samym poczucie supremacji w świecie. Nie odbiera to człowiekowi jego mocy jako budowniczego, zdobywcy i wynalazcy, uzmysławia jednak, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż kiedykolwiek mogło się człowiekowi wydawać. I że jest on zaledwie małą cząstką tych procesów.

Mamy coraz więcej dowodów na istnienie spektakularnych i czasem bardzo zaskakujących zależności w skali całego globu.

Jesteśmy wszyscy – my, rośliny zwierzęta, przedmioty – zanurzeni w jednej przestrzeni, którą rządzą prawa fizyczne. Ta wspólna przestrzeń ma swój kształt, a prawa fizyczne rzeźbią w niej niepoliczalną ilość form nieustannie do siebie nawiązujących. Nasz układ krwionośny przypomina systemy dorzeczy rzek, budowa liścia jest podobna do systemów ludzkiej komunikacji, ruch galaktyk – wir spływającej wody w naszych umywalkach. Rozwój społeczeństw – kolonie bakterii. Mikro i makroskala ukazuje nieskończony system podobieństw. Nasza mowa, myślenie, twórczość nie są czymś abstrakcyjnym i oderwanym od świata, ale kontynuacją na innym poziomie jego nieustannych procesów przemiany.

6.

Zastanawiam się tutaj cały czas, czy możliwe jest znalezienie dzisiaj podwalin pod nową opowieść uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów i jednocześnie zrozumiałą.

Czy możliwa jest taka opowieść, która wyszłaby poza niekomunikatywne więzienie własnego „ja”, odsłoniła większy obszar rzeczywistości i ukazała wzajemne związki? Która umiałaby się zdystansować od udeptanego oczywistego i banalnego centrum „powszechnie podzielanych opinii” i potrafiła spojrzeć na sprawy eks-centrycznie, spoza centrum?

Cieszę się, że literatura cudownie zachowała sobie prawo do wszelkich dziwactw, do fantasmagorii, prowokacji, do groteski i wariactwa. Marzą mi się wysokie punkty widzenia i szerokie perspektywy, w których kontekst wykracza daleko poza to, czego moglibyśmy się spodziewać. Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję, marzy mi się metafora, która przekracza kulturowe różnice, i w końcu gatunek, który stanie się pojemny i transgresyjny, a jednocześnie ukochają go czytelnicy.

Marzy mi się także nowy rodzaj narratora – „czwartoosobowego”, który oczywiście nie sprowadza się tylko do jakiegoś konstruktu gramatycznego, ale potrafi zawrzeć w sobie zarówno perspektywę każdej z postaci, jak i umiejętność wykraczania poza horyzont każdej z nich, który widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas. O tak, jego istnienie jest możliwe.

Czy zastanawialiście się kiedyś, kim jest ten cudowny opowiadacz, który w Biblii woła wielkim głosem: „Na początku było słowo”? Który opisuje stworzenie świata, jego pierwszy dzień, kiedy chaos został oddzielony od porządku? Który śledzi serial powstawania kosmosu? Który zna myśli Boga, zna jego wątpliwości i bez drżenia ręki stawia na papierze to niebywałe zdanie: „I uznał Bóg, że to było dobre”. Kim jest to, które wie, co sądził Bóg?

Wyjąwszy wszelkie wątpliwości teologiczne możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną. To punkt, perspektywa, z której widzi się wszystko. Widzieć wszystko to uznać ostateczny fakt wzajemnego powiązania rzeczy istniejących w całość, nawet jeżeli te związki nie są jeszcze przez nas poznane. Widzieć wszystko oznacza też zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności za świat, ponieważ staje się oczywiste, że każdy gest „tu” jest powiązany z gestem „tam”, że decyzja podjęta w jednej części świata poskutkuje efektem w innej jego części, że rozróżnienie na „moje” i „twoje” zaczyna być dyskusyjne.

Należałoby więc uczciwie opowiadać tak, żeby uruchomić w umyśle czytelnika zmysł całości, zdolność scalania fragmentów w jeden wzór, odkrywania w drobnicy zdarzeń całych konstelacji. Snuć historię, żeby było jasne, iż wszyscy i wszystko zanurzone jest w jednym wspólnym wyobrażeniu, które za każdym obrotem planety pieczołowicie produkujemy w naszych umysłach.

Literatura ma taką moc. Musielibyśmy porzucić te nieskomplikowane kategorie wysokiej i niskiej literatury, popularnej i niszowej, z przymrużeniem oka potraktować podział na gatunki. Zrezygnować z określenia „literatury narodowe”, wiedząc dobrze, że kosmos literatury jest jeden niczym idea unus mundus, wspólnej rzeczywistości psychicznej, w której jednoczy się nasze ludzkie doświadczenie, zaś Autor i Czytelnik pełnią równoważną rolę, pierwszy przez to, że tworzy, drugi zaś dzięki temu, że dokonuje nieustannej interpretacji.

Może powinniśmy zaufać fragmentowi, jako że fragmenty tworzą konstelacje zdolne opisać więcej i w bardziej złożony sposób, wielowymiarowo. Nasze opowieści mogłyby się w nieskończony sposób odnosić do siebie, a ich bohaterowie wchodzić ze sobą w relacje.

Myślę, że czeka nas przedefiniowanie tego, co rozumiemy dziś pod pojęciem realizmu, i poszukiwanie takiego, który pozwoliłby nam przekroczyć granice naszego ego i przeniknąć przez ten szybo-ekran, przez który widzimy świat. Potrzeba rzeczywistości jest dziś przecież obsługiwana przez media, portale społecznościowe, bezpośrednie relacje w internecie. Może to, co nieuchronnie nas czeka, to jakiś neosurrealizm, na nowo rozłożone punkty widzenia, które nie będą się bały zmierzyć z paradoksem i pójdą pod prąd wobec prostego porządku przyczynowo skutkowego. O, tak, nasza rzeczywistość już stała się surrealna. Jestem też pewna, że wiele opowieści domaga się przepisania w nowych intelektualnych kontekstach, inspirując się nowymi teoriami naukowymi. Ale równie ważne wydaje mi się ciągłe nawiązywanie do mitu i całego ludzkiego imaginarium. Taki powrót do zwartych struktur mitologii, mógłby przynieść jakieś poczucie stałości w tym niedookreśleniu, w którym dziś żyjemy. Wierzę, że mity stanowią budulec naszej psyche i nie da się ich zignorować (co najwyżej można być nieświadomym ich wpływu).

Zapewne wkrótce pojawi się jakiś geniusz, który będzie mógł skonstruować zupełnie inną, niewyobrażalną dziś jeszcze narrację, w której zmieści się wszystko, co istotne. Taki sposób opowiadania z pewnością nas zmieni, porzucimy stare krepujące perspektywy i otworzymy się na nowe, które przecież istniały gdzieś tu zawsze, ale byliśmy na nie ślepi.

W Doktorze Faustusie Tomasz Mann pisał o kompozytorze, który wymyślił nowy rodzaj totalnej muzyki będącej w stanie zmienić ludzkie myślenie. Ale Mann nie opisał tego, na czym miałaby polegać ta muzyka, stworzył tylko wyobrażenie, jak mogłaby ona brzmieć. Może właśnie na tym polega rola artystów – dać przedsmak tego, co mogłoby istnieć i w ten sposób sprawić, że mogłoby ono stać się wyobrażonym. A to, co wyobrażone, jest pierwszym stadium istnienia.

7.

Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssanego z palca. Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej. Muszę przepuścić przez siebie wszystkie istoty i przedmioty obecne w książce, wszystko, co ludzkie i poza ludzkie, żyjące i nieobdarzone życiem. Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska, z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować.

Do tego właśnie służy mi czułość – czułość jest bowiem sztuką uosabiania, współodczuwania, a więc nieustannego odnajdowania podobieństw. Tworzenie opowieści jest niekończącym się ożywianiem, nadawaniem istnienia tym wszystkim okruchom świata, jakimi są ludzkie doświadczenia, przeżyte sytuacje, wspomnienia. Czułość personalizuje to wszystko, do czego się odnosi, pozwala dać temu głos, dać przestrzeń i czas do zaistnienia, i ekspresji. To czułość sprawia, że imbryk zaczyna mówić.

Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach ani w ewangeliach, nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje. Nie ma swoich emblematów ani symboli, nie prowadzi do zbrodni ani zazdrości.

Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest „ja”.

Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym, współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu.

Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący, i od siebie współzależny.

Literatura jest właśnie zbudowana na czułości wobec każdego innego od nas bytu. To jest podstawowy psychologiczny mechanizm powieści. Dzięki temu cudownemu narzędziu, najbardziej wyrafinowanemu sposobowi ludzkiej komunikacji, nasze doświadczenie podróżuje poprzez czas i trafia do tych, którzy się jeszcze nie urodzili, a którzy kiedyś sięgną po to, co napisaliśmy, co opowiedzieliśmy o nas samych i o naszym świecie.

Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądało ich życie, kim będą. Często o nich myślę z poczuciem winy i wstydu.

Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć i któremu pragniemy się przeciwstawić, ratując świat, nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji ekonomicznych, społecznych i światopoglądowych (w tym religijnych). Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności sprowadziły świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć.

Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią.

© THE NOBEL FOUNDATION 2019

Zaczęliśmy oczekiwać coraz więcej od miast, w których przyszło nam żyć.

Mieszka już w nich ponad połowa ludności świata. Doprowadziło to do szeroko podzielanego przekonania, że większość wyzwań, z którymi musimy się mierzyć – od zmian klimatu, poprzez bezpieczeństwo i wzrost gospodarczy, aż po spójność społeczną – może być uznana za wyzwania miejskie, z którymi powinno się mierzyć przede wszystkim (choć nie wyłącznie) na szczeblu lokalnym.

Czy jednak nie grozi nam przypisywanie mu zbyt wielkiej roli w leczeniu bolączek współczesnego świata?

Miastocentryzm

Centralna rola, przypisywana dziś obszarom miejskim w kontekście myślenia o społeczeństwach i ich przyszłości nie jest zjawiskiem nowym. Większa część utopijnego (i dystopijnego) myślenia powiązana była z miejskim imaginarium – sugerując, że sposób myślenia o mieście może odzwierciedlać różnego rodzaju wizje społeczne.

W dzisiejszych dyskusjach na temat miast daje się jednak zauważyć poczucie pewnej nagłości. W świecie, który staje się być coraz mniej stabilny, a coraz bardziej podatny na rozpad, to od miast oczekuje się zbawienia świata poprzez ich zmianę w bardziej zrównoważone, sprawiedliwe, odporne na wstrząsy przestrzenie kultury, przedsiębiorczości, inteligentnego rozwoju, kreatywności oraz twórczej konkurencji, opisywane za pomocą nieskończonej ilości pozytywnych przymiotników i łatek. Czy tak właśnie wyglądają utopie nowej, miejskiej epoki?

Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta – szczególnie, gdy decydujemy się na odejście od powszechnie podzielanej wiedzy. Idee, takie jak „miasto” czy „globalna polityka miejska” są znacznie bardziej kontrowersyjne, niż wydaje się nam na pierwszy rzut oka.

Nie chodzi tu tylko o akademickie dyskusje na temat ich definicji, ale o zróżnicowane znaczenia, jakie przybierają one w różnych kontekstach geograficznych, historycznych oraz kulturalnych. To, co „wiejskie” nie jest już (jeśli kiedykolwiek było) traktowane jako coś wyróżniającego się na tle obszarów miejskich. Zachodzące na ich terenie działania gospodarcze, wzorce konsumpcji czy style życia daje się dziś zauważyć w każdej wiosce czy górskim zaciszu. W miastach z kolei widzieć możemy sporo „wiejskich” elementów, czego przykładem może być miejskie ogrodnictwo czy rolnictwo.

Nie ma dziś miejsc, które nie zostały przekształcone przez kapitalizm – niezależnie od tego, czy mówimy o głębiach oceanów, czy o wysokich partiach ozonosfery[1].

Zdaniem szeregu badaczy tego zjawiska mamy do czynienia z „planetarną urbanistyką” – trudno myśleć o przestrzeniach, które pozostają w pełni „nie-miejskie”. Obszary zurbanizowane zdecydowanie kojarzą się nam dziś z przestrzeniami globalizacji, życia społecznego oraz konfrontacji z wyzwaniami przyszłości.

Zbawienie w miastach, część I: Katastrofa ekologiczna

Myśl ekologiczna patrzyła się w przeszłości na miasta często jako na coś wielce niezrównoważonego – przestrzenie, w których skupiają się zanieczyszczenia, odpady, konsumpcja energii oraz zasobów. Ślad ekologiczny miast wykracza daleko poza ich granice, skłaniając niegdyś do określania miast jako pasożytów na środowisku. Dane statystyczne wskazują na to, że choć mieszka w nich już ponad połowa ludzkości, to ich udział w globalnych problemach ekologicznych jest znacznie większy.

Jest jednak jasne, że miliardy zamieszkujących dziś planetę ludzi nie zmienią się w eko-obywateli, preferujących wiejskie życie w samowystarczalnych, otoczonych lasami, ogrodami i dzikimi zwierzętami willach. Dużo bardziej rozsądnie jest myśleć o miastach jako o kluczu dla naszej trwałej, zrównoważonej przyszłości, co wiedzie nas w stronę kompaktowych, efektywnych miast.

Nie mówimy tu rzecz jasna o obszarach miejskich, jakimi znamy je dziś – największym wyzwaniem staje się ich zmiana i pchnięcie w nowym kierunku. W toczących się debatach te „nowe” miasta są określanie jako „zielone” czy „zrównoważone”. Używa się również określenia „odporne (na wstrząsy)” – resillient, terminu zapożyczonego z inżynierii oraz ekologii, oznaczającego zdolność danego elementu, na przykład materiału lub ekosystemu, do wstrzymywania dodatkowych napięć bez znaczących zmian w jego strukturze (takich jak deformacja czy rozpad).

W wypadku miast ich odporność oznacza zdolność do poradzenia sobie ze skutkami trzęsień ziemi, powodzi, wojen czy kryzysu gospodarczego. Jest ona rzecz jasna czymś bardzo ważnym, czasem jednak toczone debaty zdają się tworzyć wrażenie, że klęski ekologiczne (i wszelkie inne) są czymś nieuniknionym, a miasta muszą sobie po prostu z nimi radzić. Język „klęsk żywiołowych” podąża tym samym tropem.

Musimy jednak odnotować, że choć część nieszczęść istotnie może mieć naturalny charakter, to ich konsekwencje mają zawsze wymiar społeczny i polityczny, czego przykładem fakt, iż trzęsienia ziemi czy powodzie najbardziej dotykają osoby najuboższe oraz już i tak najbardziej zagrożonych członków społeczności, żyjących na obszarach największego wykluczenia.

Biorąc pod lupę politykę Unii Europejskiej centralny charakter polityki miejskiej wydaje się być czymś jasno widocznym w szeregu przygotowanych w ostatnich latach na potrzeby miast inicjatyw, inwestycji oraz projektów badawczych.

Jaka jednak wizja miasta towarzyszy ich powstawaniu i wdrażaniu? Czy pomagają one nam w radykalnym przewartościowaniu naszego sposobu myślenia o obszarach miejskich – takim, które mierzy się z zakorzenionymi przekonaniami oraz wzorcami konsumpcji, mobilności czy życia społecznego? A może zamiast tego czekamy na jakąś nową, cudowną technologię, która pozwoli nam czerpać energię z niczego, oczyści nam powietrze i wodę oraz pozwoli podróżować samochodem, żyć (albo mieć nadzieję na życie) w olbrzymich, klimatyzowanych mieszkaniach oraz pogrążać się w szale zakupów bez poczucia winy z powodu naszego wpływu na środowisko?

To zależy. W żadnym wypadku nie chcę zaprzeczać, że technologia stanowi wehikuł zmian oraz poprawy jakości naszego życia na tej planecie. Jednocześnie jednak warto pamiętać, że ryzyko związane z pokładaniem wiary w tego typu techno-utopijne rozwiązania czai się tuż za rogiem.

Niemało projektów „inteligentnych miast” zdaje się nam sugerować, że uratowanie planety jest kwestią przygotowania odpowiedniej aplikacji mobilnej, właściwego silnika elektrycznego, sieci przesyłowej czy żarówki.

Sprowadzają one wszystko do kwestii technicznej – tymczasem technologia ma wyraźnie polityczny charakter, jako że wymaga od nas podejmowania wyborów (dotyczących np. technologii, które powinny być rozwijane), wpływa na społeczeństwo oraz istniejące w nim struktury władzy (determinujące, kto ma kontrolę nad technologią) oraz generuje zwycięzców i przegranych, chociażby poprzez likwidację określonego typu miejsc pracy.

Obecne w głównym nurcie wizje smart city, widoczne w materiałach promocyjnych korporacji technologicznych oraz orędujących na ich rzecz decydentów prezentują tymczasem apolityczną wizję technologii, pozostawiającą niewiele miejsca na progresywne myślenie na jej temat – nie mówiąc już o realnych alternatywach, pozwalających wyobrażać sobie nowe sposoby miejskiego życia. Dogmat inteligentnego miasta domaga się od nas złożenia w ofierze naszej wyobraźni na ołtarzu bożka technologii oraz karmienia się nadzieją, że przyszykuje nam chroniącą nas od złego arkę przymierza.

Zbawienie w miastach, część II: Wzrost gospodarczy

Globalny kryzys ekonomiczny, którego świadkami byliśmy w roku 2008, miał istotny komponent miejski, przejawiający się w bańkach na rynku mieszkaniowym oraz spekulacjach subprime. Nie jest to zresztą niczym nowym – wiele kryzysów tego typu miało swego czasu silny związek z miastami.

Prawdą jest jednak również stwierdzenie odwrotne. Wielu okresom długotrwałego wzrostu gospodarczego towarzyszył również rozwój obszarów miejskich i postępująca urbanizacja. Związki między przepływami kapitału a tworzeniem przestrzeni miejskiej były bardzo ścisłe, co przekonująco udowadniali badacze, tacy jak David Harvey. W ostatnich dekadach mogliśmy obserwować stawianie miast w nowym świetle – jako źródeł rozwiązań dla problemu stagnacji gospodarczej, z którą wciąż boryka się niejedno społeczeństwo.

Miasta wzywa się dziś do „generowania” wzrostu gospodarczego – do bycia „silnikami”, „lokomotywami” i „katalizatorami” obiegu kapitału. Wspominane etykiety często znajdziemy w dokumentach programowych czy przekazach think tanków. Miasta mają za zadanie być konkurencyjne – co wynikać ma z założenia, że w erze globalizacji kapitał w prosty sposób przepływa z miejsca na miejsce i tym samym miasta powinny się wyróżniać w celu przyciągnięcia inwestycji, wielkich wydarzeń, zamożnych turystów czy artystów.

Zakłada się, że „bycie konkurencyjnym” oznacza cnotę. Normalizuje to wizję świata, w której bieda i wykluczenie społeczne są swego rodzaju konsekwencją porażki w dążeniu do konkurencyjności i która to wizja jest rozciągana później również na ludzi. Przykładem może tu być rozpowszechnianie się analiz rankingowych i benchmarkowych, które wyznaczają „najlepsze miasta” do życia, inwestowania w nieruchomości, wycieczek turystycznych czy ruszania z własnym biznesem.

Język miejskiej konkurencyjności, rankingów czy „dobrych praktyk” zakłada liniową, ujednoliconą wizję rozwoju miast oraz związanych z nim polityk. Zdolność do przyciągania środków finansowych traktowana jest często jako cel sam w sobie.

Zapomina się przy tym, że inwestycje mają sens wyłącznie wtedy, gdy umożliwiają poprawę jakości miejskiego życia.

Ilustracją tego stanu rzeczy jest dziś odnowa i rewitalizacja miast. Pomysł „tchnięcia nowego życia” w zaniedbane okolice brzmi obiecująco, ale rewitalizacja nie oznacza tego samego dla różnych grup ludzi i często prowadzić może do spekulacji na rynku nieruchomości, gentryfikacji oraz pozbycia się mieszkańców, którzy wydają się „nieodpowiedni” dla nowego wizerunku okolicy.

Odnowiona przestrzeń cechować się może wyższymi kosztami życia (takimi jak czynsz, ceny usług czy produktów w sklepach) oraz oferowaniem usług, które mogą być ważne i atrakcyjne dla zamożnej klasy średniej, nie zaś dla klasy pracującej, która czuć się będzie „nie na miejscu” i która zostanie przepędzona z okolicy wysokimi cenami. Przykładem takiego procesu mogą być rozliczne bulwary nad rzekami, jeziorami czy morzami, które doświadczyły budowy luksusowych (i przyjaznych dla środowiska) apartamentów, atrakcyjnych kawiarenek i restauracji czy warsztatów i galerii. Zjawisko to można było zaobserwować w najróżniejszych zakątkach Europy – od Barcelony po Kopenhagę i od Berlina do Aten.

W wypadku realizacji polityk na rzecz bardziej zielonych, inteligentnych miast mamy również do czynienia z innymi, przewijającymi się przez nie wyzwaniami społeczno-ekonomicznymi.

Rozwijanie nowej infrastruktury, poprawa jakości tej już istniejącej czy wykorzystywanie nowoczesnych technologii wiąże się z wydatkowaniem dużej ilości pieniędzy. W większości miast inwestycje tego typu finansowane są zarówno z funduszy publicznych, jak i prywatnych. Korporacje mają dziś zupełnie nowe możliwości osiągania zysku z wchodzenia do gry w budowę miast przyszłości. Oznacza to zarówno nowe szanse rozwojowe, jak i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o planowanie i sprawiedliwość społeczną.

Zbawienie w miastach, część III: Wzrost gospodarczy

Przyciąganie inwestycji prywatnych, jak już wspomnieliśmy, stało się swego rodzaju mantrą wśród decydentów. Niczym nieskrępowany kapitał tworzy jednak niesprawiedliwe miasta.

„Inteligentna infrastruktura” jest tu dobrym przykładem – jeśli jej rozwój zostanie pozostawiony prywatnym firmom, szukającym rzecz jasna zwrotu z poniesionych inwestycji, jest wielce prawdopodobne, że będą stawiać na bogatsze dzielnice – chociażby dlatego, że tworzenie infrastruktury oraz świadczenie usług na mniej zamożnych obszarach jest zwyczajnie bardziej ryzykowne oraz mniej dochodowe. Jeśli będzie to proces niekontrolowany, wówczas może on pogłębiać miejskie nierówności.

Ta „wyspowa urbanizacja” kończy się tworzeniem ograniczonej ilości rozwiniętych technologicznie enklaw[2]. Niepożądane elementy miejskiej infrastruktury, takie jak niesławne spalarnie odpadów, buduje się często w biedniejszych okolicach, charakteryzujących się niskimi cenami nieruchomości (które w ten sposób jeszcze bardziej spadają). Silna regulacja jest czymś niezbędnym w zarządzaniu naszymi miastami.

Sprawiedliwość, spójność i integracja społeczna są niezwykle ważnymi kwestiami w społecznościach miejskich.

Koncept „zrównoważonego rozwoju” jest dziś często rozbudowywany w odniesieniu do kwestii sprawiedliwości społecznej, co widać wyraźnie chociażby w kontekście przyjętych przez Organizację Narodów Zjednoczonych Celów Zrównoważonego Rozwoju. Łączą one ze sobą tematy, związane z energetyką odnawialną, zanieczyszczeniem środowiska oraz zmianami klimatu z walką z biedą i głodem.

Miasta stanowią kluczowe przestrzenie do realizacji rzeczonych celów, jednak aktualna definicja priorytetów społecznych czy strategii rozwojowych pozostaje wysoce polityczna i kontrowersyjna.

Przykładem niejednoznacznego podejścia do osiągania celów społecznych na obszarach miejskich może być kwestia rozumienia kultury. Na całym świecie miasta zmieniane są dziś w marki – inwestuje się w promowanie ich kultury i kreatywności. „Kultura” to potężne słowo, które budzi szacunek w najróżniejszych kontekstach i które kojarzone jest z progresywnymi ideami sprawiedliwości oraz inkluzji społecznej. Dla różnych ludzi oznacza ona często coś zupełnie innego – kluczowe staje się zatem pytanie o to, o czyjej kulturze tu mowa?

Bardzo specyficzna jej definicja, stojąca u podstaw większości dzisiejszych strategii jej rozwoju, staje się tożsama z potrzebami i aspiracjami miejskich elit i skupia się na wspieraniu wzrostu gospodarczego poprzez (na przykład) przyciąganie zamożnych konsumentów wydarzeń kulturalnych czy twarzy przemysłów kultury.

Rozwijanie atrakcyjnych muzeów, wykorzystywanie dziedzictwa historycznego w centrach miast do przyciągania turystów, budowanie nowych wieżowców czy centrów kultury, zaprojektowanych przez międzynarodowych „starchitektów” – to wszystko dobre przykłady strategii rozwoju kultury, które mają niewiele wspólnego ze spójnością czy inkluzją społeczną.

Musimy pamiętać, że fizyczna przestrzeń miast i konflikty wokół jej kształtu stanowią kluczowe elementy w zmaganiach o sprawiedliwość. Przykładem mogą tu być protesty w Parku Gezi w Stambule, które zaczęły się w maju roku 2013. Aktywiści sprzeciwiali się z początku planowi zagospodarowanie tego terenu – stało się jednak wkrótce jasne, że protest ten dotyczył również wielu innych kwestii politycznych, takich jak wolność i sprawiedliwość.

Globalny ruch Occupy podnosił z kolei szereg ogólnych pytań i tez z zakresu sprawiedliwości społecznej i ekonomicznej, stał się jednak najbardziej widoczny dzięki zastosowaniu strategii zajmowania przestrzeni publicznych oraz zmianie ich znaczenia i sposobu użytkowania, chociażby poprzez przekształcanie „placu” w „obóz”. Miasto jest zatem strategicznym elementem poszukiwania sprawiedliwości – i to zarówno wśród decydentów, jak i aktywistów.

Poza miejski marketing

Celem zaprezentowanych tu przemyśleń nie jest sianie defetyzmu. Miasta stanowią potężne przestrzenie dla oporu oraz eksperymentowania. Realizowane przez nie polityki mają realną szansę na poprawianie jakości życia, wzmacnianie partycypacji oraz spójności społecznej.

Triumfalne wyszukiwanie magicznych rozwiązań oraz uznawanie obszarów miejskich za „magiczne pigułki”, które uleczą wszelkie problemy społeczne, musi jednak zostać zakwestionowane. Oznacza to rezygnację z pustych sloganów, które przypominają bardziej reklamy fantazji o mieście oraz stojących za nimi ideologii niż sensowne koncepcje.

Musimy również zdać sobie sprawę z polityczności projektów, mających na celu tworzenie „inteligentnych”, „kulturalnych” i „zielonych” miast.

Innowacyjne, progresywne podejścia mogą rzecz jasna powstawać również w cieniu tego typu haseł. Różnego rodzaju eksperymenty, takie jak dobra wspólne i dzielenie się zasobami miasta, jak również alternatywne praktyki ekonomiczne, znacznie lepiej szanujące ludzkie życie i świat przyrody, pozwalają na mobilizowanie energii oporu hegemonicznych narracji indywidualizmu, konsumeryzmu oraz konkurencji.

Wspomniane eksperymenty mają jednak swoje granice – prawdopodobnie nie wystarczą niestety do zbawienia świata.

W mieście, w którym żyję – włoskim Turynie – jestem dziś świadkiem rozwoju dynamicznych, realizowanych na niewielką skalę prób z zakresu miejskiego ogrodnictwa, budownictwa społecznego, co-workingu czy dostarczania żywności osobom ubogim. Większość z nich nie mierzy się z fundamentalną logiką, stojącą u źródeł nierówności, niesprawiedliwości i walk klasowych, tak jak niegdyś robiły to osadzone w tradycji marksistowskiej ruchy protestu.

Znajdujemy się zatem w trudnej pozycji. Autonomiczne inicjatywy tego typu z jednej strony zdają się otwierać przed nami szereg nowych możliwości, pokazując istnienie alternatyw dostępnych dla nas tu i teraz. Z drugiej strony widoczne jest ryzyko ich dokooptowania do logiki kapitalizmu spekulacyjnego – idea dzielenia się mieszkaniem została na przykład wykorzystana przez strony internetowe, takie jak Airbnb, umożliwiając realizowanie przez właścicieli nowych form spekulacji rynkowej.

Podobnie mają się sprawy z Uberem, Foursquare, Facebookiem czy wieloma innymi platformami, tworzącymi innowacyjne formy wyzysku realizowanej w miastach pracy. Istnieje potrzeba upolitycznienia dyskusji dotyczącej przyszłości obszarów miejskiej, związków między miastami a gospodarką, przede wszystkim zaś debaty nad tym, jaką wizję miejskiego życia chcemy realizować w praktyce. Optymistyczne wizje inteligentnych, zielonych, innowacyjnych miast mogą okazać się mniej różowe, niż nam się do tej pory wydawało.

Przypisy:

[1] Kluczowymi badaczami tej kwestii są N. Brenner oraz C. Schmid – zob. np. http://www.urbantheorylab.net/publications/the-urban-age-in-question

[2] Zob. S. Graham i S. Marvin (2001), Splintering Urbanism. Networked Infrastructures, Technological Mobilities and the Urban Condition, Routledge, Londyn.

Artykuł „Urban Hopes: Will Cities Save the World?” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. Przemyśl, woj. podkarpackie. Archiwum redakcji

Jeśli w ciągu pierwszego tygodnia wyświetlania jakiś film obejrzało w kinach 1,73 mln widzów, to dany obraz przestaje być już zwykłym filmem, a zaczyna funkcjonować jako zjawisko społeczne.

O tym, że takim zjawiskiem stanie się najnowszy obraz Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, można było przypuszczać na długo przed premierą, gdy w sieci zaczęły pojawiać się pierwsze zwiastuny filmu. „Kler: Zobacz zwiastun! Smarzowski nie brał jeńców” napisał jeden z portali i było już jasne, że film będzie silnie oddziaływał na dyskurs publiczny.

Dla silne obecnych w naszym społeczeństwie odruchów i postaw antyklerykalnych wspomniany zwiastun natychmiast stał się narzędziem artykulacji, pewnym uprawomocnieniem obecności dla antyklerykalnego dyskursu w przestrzeni publicznej. Z kolei dla ludzi o silnie prawicowej tożsamości politycznej wspomniany zwiastun był czymś na kształt religijnego bluźnierstwa, jak i czarnym snem o fabularyzacji ostrej antyklerykalnej publicystyki znanej z Tygodnika „Nie” oraz „Faktów i mitów”.

Dyrektor programowy TVP, Piotr Gursztyn, nazwał film Smarzowskiego „mową nienawiści”, choć, jak sam później przyznał, go nie widział. W jeszcze ostrzejszym tonie o „Klerze” wypowiedział się podróżnik, Wojciech Cejrowski, który… również filmu nie oglądał. Jak to bardzo często w Polsce bywa, role zostały rozdzielone na długo przed pierwszą projekcją filmu, a jego nieznajomość nie przeszkadza w zabieraniu głosu.

Gdy jednak odłożymy emocje na bok, warto zastanowić się, jaki w istocie jest najnowszy film twórcy „Wołynia”. Nie jest to z pewnością film antyreligijny i choć przedstawiony w nim obraz kościoła katolickiego jest bardzo krytyczny, to wszyscy ci, którzy liczyli na „jazdę bez trzymanki” o złych do szpiku kości księżach, mogą wyjść z kina rozczarowani. „Kler” jest filmem ponurym, ciężkim, przygnębiającym i bardzo potrzebnym.

Trzech kumpli

Bohaterami najnowszego dzieła twórcy „Domu Złego” jest trzech zaprzyjaźnionych ze sobą duchownych: ksiądz Kukuła (Arkadiusz Jakubik), ksiądz Trybus (Robert Więckiewicz) i ksiądz Lisowski (Jacek Braciak). Duchowni po suto zakrapianej kolacji, podczas której wspominali wydarzenie z przeszłości cementujące ich przyjaźń, rozchodzą się do domów i od tego momentu śledzimy ich losy. Trybus jest ubogim wiejskim proboszczem coraz bardziej nadużywającym alkoholu. Na domiar złego gospodyni, z którą potajemnie ma romans, oświadcza mu, że jest w ciąży.

Ksiądz Kukuła prowadzący zajęcia z religii w jednej ze szkół zostaje oskarżony o molestowanie chłopca. Ksiądz Lisowski robi błyskotliwą karierę w kurii w dużym mieście, jednak marzy o wyjeździe do Watykanu. Na drodze do realizacji tego marzenia staje jednak arcybiskup Mordowicz (Janusz Gajos), który woli zatrzymać ambitnego duchownego przy sobie. Wkrótce każdy z bohaterów stanie przed wyborem, który zdefiniuje jego dalszą życiową drogę. Czy ocalą swoje człowieczeństwo, czy stoczą się w mrok?

Od strony zarówno formalnej, jak i estetycznej, nowy film Smarzowskiego przypomina jego poprzednie filmy. Ciężar opowiadanej historii oraz niektóre sceny symboliczne (arcybiskup Mordowicz idący przez błoto i z każdym krokiem coraz bardziej w tym błocie utaplany) wprost odsyłają do „Domu Złego”. Mamy również pewne nawiązania do „Drogówki” i „Wesela”. Tak naprawdę mamy tu wszystko do czego przyzwyczaił nas Smarzowski: specyficzny humor (choć dużo mniej, niż sugerowałby zwiastun), lekka groteskowość, przerysowanie, pewien surrealizm. Autor „Wesela” ma swój unikatowy styl – nie wszystkim musi się on podobać, ale ilu mamy polskich reżyserów mogących się pochwalić autorskim stylem pisma?

Zarzut propagandy

Przeciwnicy najnowszego dzieła Smarzowskiego zarzucają twórcy, że zrobił film propagandowy (w skrajnej wersji tego zarzutu porównuje się „Kler” do hitlerowskiej propagandy antyżydowskiej).

Zarzut ten jest kompletnie chybiony i może wynikać albo z nieznajomości filmu (zgodnie z modną dziś zasadą „nie widziałem, ale się wypowiem”), albo ze złej woli. Cechą kina propagandowego od zawsze było „odczłowieczanie” osoby lub grupy społecznej, przeciwko której ostrze propagandy było wymierzone. Tymczasem Smarzowski robi zabieg dokładnie odwrotny – uczłowiecza swoich bohaterów. Każda z głównych postać jest niejednowymiarowa, skomplikowana, przeżywająca moralne rozterki i rozdarta. To ludzie z krwi i kości, nie zaś święci z obrazów czy potwory z piekła rodem.

Zarzut stawiany z drugiej strony, że idzie w tym za daleko, a przez to „uczłowiecza” sprawców przestępstw, w tym wykorzystywania seksualnego dzieci, również nie wydaje mi się zasadny. Smarzowskiego wyraźnie nie interesuje kino proste i przerysowane. Choć boleśnie piętnuje wszystkie grzechy kościoła katolickiego w Polsce, to jednak zamiast filmu czysto rozliczeniowego celuje raczej w kino terapeutyczne. Poza jednym wyjątkiem duchowni w obrazie Smarzowskiego to zwykli ludzie w potwornej machinie – są zagubieni, ale często to nie są źli księża, ani źli ludzie.

W rezultacie „Kler” nie jest filmem o złych duchownych. lecz o społecznej pustce, w której istnieje tylko biurokratyczny bezwład pchający w górę hiperkoniukturalistów. Taką postacią bez wątpienia jest arcybiskup Mordowicz. W odróżnieniu od pozostałych duchownych w psychice arcybiskupa nie ma żadnego pęknięcia. Mordowicz nie zmaga się z żadnymi rozterkami, a każdy swój niegodziwy uczynek potrafi włączyć w szlachetny obraz samego siebie.

Ta chwilami nieco przerysowana figura jest dla reżysera postacią graniczną – naturalną konsekwencją złych procesów, swego rodzaju „szczytem łańcucha pokarmowego” w instytucji, która dawno zapomniała, że narodziła się jako wspólnota.

Instytucja czy wspólnota?

Ci z nas, którzy chodzili na lekcje religii, mogą pamiętać, że na jednej z pierwszych lekcji zawsze omawiany był temat „Co to jest Kościół?”.

Odpowiedź, którą dzieci musiały zanotować do zeszytów, brzmiała: „Kościół, to wspólnota ludzi wierzących”. To jest Kościół przez duże K. Poza tym słowo „kościół” funkcjonuje też jako nazwa świątyni chrześcijańskiej oraz jako nazwa hierarchicznej instytucji, ale dla chrześcijan zawsze najważniejszy jest jego wymiar jako wspólnoty. Smarzowski wyraźnie zarzuca współczesnemu kościołowi, że zatracił tę rolę, a dużo bardziej niż wspólnotą jest dziś właśnie instytucją.

W najlepszej scenie filmu oglądamy człowieka, który jako dziecko był molestowany przez księdza – człowieka, który jest częścią wspólnoty, został przez nią skrzywdzony i przychodzi do niej po sprawiedliwość. Logika wspólnoty nakazywałaby mu pomóc, logika instytucji zamieść sprawę pod dywan, by nie narażać jej „dobrego imienia”.

Gdy wspomniany człowiek spotyka się z murem biurokratycznej obojętności oraz z oskarżeniami ze strony duchownych, wysuwanymi…. w jego stronę, to w geście rozpaczy próbuje odwołać się do języka wartości, który przecież powinien dla wszystkich być „wspólny”. Mianowicie odwołuje się… do Boga. Jednak nadal bezskutecznie. Zwycięstwo kościoła jako instytucji jest zarazem jego porażką, jako wspólnoty.

Scena ta jest tym bardziej jednocześnie przerażająca i przygnębiająca, ponieważ takich rozmów, jak się domyślamy, zapewne było w rzeczywistości bardzo wiele. Film Smarzowskiego doskonale pokazuje, że kościół, który odwraca się od ofiar nadużyć seksualnych ze strony duchownych, nie różni się niczym od złowrogiej korporacji (jak ta ze słynnego filmu Jennifer Abbott i Marka Achbara z 2003 roku): wymagającej od swoich członków bezwzględnego posłuszeństwa i korporacyjnej lojalności, nastawionej jedynie na zysk i unikanie złego PR.

W filmie Smarzowskiego kościół jako wspólnota zanika nie tylko na linii duchowieństwo – wierni, ale także wewnątrz samego kościoła, Młody duchowny idealista, przeżywający swój pierwszy kryzys powołania, skarży się, że „nie ma do kogo gęby otworzyć”. Każdy z bohaterów cierpi w samotności.

Po stronie ofiar

Tomasz Golonka, przeor klasztoru w Katowicach i proboszcz katowickiej parafii Przemienienia Pańskiego, napisał w swojej recenzji „Kleru”, że dla niego film Smarzowskiego to „przede wszystkim manifest solidarności z ofiarami. One są tutaj najważniejsze, najważniejsze jest udzielenie im głosu, stanięcie po ich stronie, razem z nimi, w ich imieniu. Wszystkich ofiar. Dzieci, kobiet, mężczyzn… również księży”.

To rzeczywiście zdaje się być kluczowe w filmowej terapii, jaką przygotował dla widzów Smarzowski. Nie ma wspólnoty bez solidarności. Dlatego pomostem, na którym mogliby się spotkać ateiści, agnostycy oraz ludzie wierzący powinna być właśnie solidarność – wobec słabszych, skrzywdzonych, potrzebujących pomocy. Smarzowski w swoim filmie delikatnie (trochę zbyt delikatnie) zarysowuje taki pomost. Mimo że sam jest zadeklarowanym ateistą, nie odrzuca religii jako takiej – ostatecznie w jego filmie ten z księży, któremu udaje się wyjść na prostą, to ten, który… najlepiej zna Biblię.

Choć po drodze do finału twórcy udaje się uniknąć większych potknięć, to jednak największym potknięciem okazuje się sam finał historii. Trudno o nim napisać unikając spoilerów, więc nadmienię jedynie, że miał w sobie duży potencjał. Niestety. twórca najwyraźniej go nie spostrzegł i poszedł w niepotrzebną i potwornie kiczowatą metaforę. Szkoda, bo to zwyczajnie nie było potrzebne. Mimo tego i kilku mniejszych błędów, „Kler” to kolejny udany film w dorobku Smarzowskiego – reżysera, który wyrasta na narodowego terapeutę. I choć jego terapie nigdy nie są przyjemne, to zawsze są potrzebne.

Ocena: 8/10

Zdj. Kadr ze zwiastunu filmu

4. grudnia rusza 15. Międzynarodowy Festiwal Filmowy WATCH DOCS. Impreza ta może poszczycić się mianem jednego z największych festiwali filmowych poświęconych tematyce praw człowieka. W ciągu sześciu dni będzie można obejrzeć kilkadziesiąt pokazów filmowych oraz wziąć udział w warsztatach, panelach dyskusyjnych czy spotkaniach z dokumentalistami. Tegoroczny festiwal ma również charakter monografii eksperymentalnego filmowca Jima Finna. Wstęp bezpłatny, pokazy odbędą się w kilku warszawskich kinach od 4. do 10. grudnia. Więcej informacji na stronie internetowej http://www.watchdocs.pl/2015/f/

Dodała: Martyna Nowak

Rodzice uczyli mnie, że jesteśmy tym bardziej ludzcy, im więcej znamy języków. Ucząc się nowej mowy zmuszeni jesteśmy do zanurzenia się w świat odrębnych, politycznych wrażliwości. (więcej…)

W czwartek, 7 października 2010 roku w Muzeum Sztuki Nowoczesnej odbył się pierwszy „Departament Propozycji” w obecnej edycji festiwalu „Warszawa w budowie”. Jest to otwarta sesja projektów dla Warszawy prezentowanych przez zawodowców i amatorów, organizacje i jednostki, fantastów i realistów – mówi Magdalena Mosiewicz, pomysłodawczyni Departamentu. W odróżnieniu od branżowych konferencji tutaj spotykają się różne światy, mentalności z dość odległych galaktyk. (więcej…)

Sztuka publiczna należy do najważniejszych trendów współczesnej kultury. Czy projekty artystycznych w otwartej przestrzeni miasta, czyli w warunkach na pozór zaprzeczających wszelkiej prywatności, mogą mieć intymny charakter? Udany przykład takiej intymnej sztuki publicznej pochodzi właśnie z Polski. To projekcja artysty o międzynarodowej renomie Krzysztofa Wodiczki „Słowa i gesty wieży ratuszowej” na Rynku Starego Miasta w Krakowie.

Wodiczko stosuje technikę projekcji publicznych: na ściany budynków związanych z władzą rzutuje obrazy wykluczenia, niesprawiedliwości lub przemocy, prowadzi również poprzez swą sztukę studia nad innością i wyobcowaniem. Artysta projektował na wieżę Ratusza wideo gestykulujących dłoni, trzymających różne symboliczne przedmioty – atrybuty ludzkiego losu. Rozbrzmiewały głosy kobiety-ofiary przemocy domowej, samotnego starszego niewidomego oraz geja, który opowiadał o odrzuceniu przez bliskich.

Krzysztof Wodiczko jest także autorem projektów dla bezdomnych. Proponowany przez niego rodzaj leczącej, humanistycznej sztuki szybko się rozpowszechnił. Takie myślenie o sztuce bliskiej ludzkim sprawom i problemom to alternatywa wobec stawiania w przestrzeni miasta kolejnych pomników.

Akcentowanie praw człowieka pozwala znaleźć połączenie między publiczną sztuką a życiem prywatnym. W ten sposób sztuka wprowadza do przestrzeni publicznej intymność, co jest jednym ze sposobów jej demokratyzacji. Intymność przeciwstawia się komercyjnej prywatyzacji i podziałom. Wydobywając na pierwszy plan jednostkę i jej pluralistyczne życie wewnętrzne, taka sztuka buduje również otwarte na inność społeczeństwo. Sztuka intymnej demokracji próbuje budować przestrzeń porozumienia. Spotykają się tu estetyka, erotyka i etyka. Celem jest samo-rządność, w której aktualna okazuje się idea feminizmu: „to, co prywatne jest polityczne!”.

Do projektów, które mają w sobie emocjonalną odmienność, inną drogę życia należy również akcja „Niech nas zobaczą”. Karolina Breguła z Kampanią Przeciw Homofobii przygotowała artystyczną akcję społeczną na rzecz praw mniejszości seksualnych/uczuciowych. Trzydzieści prawdziwych par tej samej płci, kobiet i mężczyzn, pozowało jej do fotografii.

Niech nas zobacząUśmiechnięte, trzymające się za ręce pary pojawiły się w ten sposób na polskich ulicach, zostały umieszczone na billboardach w dużych miastach. Wisiały przez miesiąc, zanim zostały zniszczone. Sztuka przekroczyła zastaną rzeczywistość, ukazując wizję alternatywnego życia prywatnego, gdzie upominamy się o równe traktowanie. Polscy Zieloni stworzyli plakaty „Miłość to miłość”, a Kampania Przeciw Homofobii prezentuje obecnie projekt sztuki publicznej o prawach lesbijek i gejów „Równi w Europie”. Dzieła Wodiczki, projekty mniejszości, czy inne przykłady sztuki intymnej sztuki publicznej, takie jak Dotleniacz Joanny Rajkowskiej czy działania Pawła Althamera z mieszkańcami Bródna, to bezpośredni udział w naszej demokracji miejskiej.

Źle się dzieje w miastach polskich: dyskryminacja, podziały społeczne, bezdomność. Potrzebujemy sprawiedliwości społecznej. Równości i różnorodności. Zmieńmy miasto w przestrzeń otwartą, zazielenioną, zdrową. Popierajmy oddolne inicjatywy zachowania i pielęgnacji zieleni w mieście oraz tworzenia przyjaznej człowiekowi i przyrodzie sztuki publicznej. Ma ona do odegrania dla społeczności miejskiej wielką rolę.

Ars Homo Erotica, czyli erotyka i estetyka jako polityka emancypacji w Muzeum Narodowym
Wystawa w Muzeum Narodowym, którą można oglądać do 5 września 2010 roku, jest znakiem kulturowej i obyczajowej „transformacji”. Dzięki sztuce demokratyczna debata o prawach osób LGBTQ zostaje przeniesiona na wyższy poziom.

Problematyka praw społeczności LGBTQ jest tematem nierozwiązanych społecznych konfliktów w Polsce i wielu krajach Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie ruch emancypacyjny wciąż się rozwija i napotyka na polityczny i populistyczny opór. Ponadto kwestia homoseksualności jest nie tylko współczesną kategorią w odniesieniu do praw człowieka i mniejszości, ale i wielkim acz represjonowanym tematem w historii kultury. Dlatego Muzeum Narodowe ze swoją kolekcją dzieł z całej historii sztuki może aktywnie uczestniczyć w polityce przedstawiania tej innej kulturowej tradycji, celowo zapominanej i usuwanej. Ars Homo Erotica jest propozycją homoerotycznego spojrzenia na historię kultury, kolekcję muzeum i sztukę Europy Środkowo-Wschodniej. Dzieła wybrane ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie są zestawione ze sztuką współczesną. Kryterium selekcji nie jest tożsamość artysty lub artystki, ale temat dzieła. Aby uporządkować wielość przedstawień i metafor, ekspozycja została podzielona na dziewięć sekcji.

Ekspozycję rozpoczyna w holu głównym Czas walki poświęcony sztuce współczesnej wobec polityki seksualności i praw człowieka. W ten sposób wkraczamy w historię kultury, pokazując aktualną sytuację polityczną w Europie Środkowo-Wschodniej. Homoerotyczny klasycyzm poprzez rzeźby, kopie i cytaty antyczne prowadzi do greckich źródeł zachodniej cywilizacji, sztuki, erotyki i demokracji. Daje to wystawie historyczny i artystyczny kontekst. Akt męski przedstawia różne formuły zmysłowego aktu męskiego. Pary męskie i Ganimedes akcentują romantyczną i erotyczną ikonografię par męskich w pracach współczesnych oraz w dawnej metaforycznej sztuce mitologicznej i religijnej. Święty Sebastian to sekcja poświęcona największej homoerotycznej ikonie chrześcijaństwa i jej wcieleniom, od renesansowego malarstwa po sztukę wideo. Imaginarium lesbijskie jest kolekcją obrazów innej kobiecości w całej historii sztuki. Prezentujemy continuum kobiecego homoerotyzmu, które istnieje w kulturze wizualnej od Safony na antycznych wazach po współczesne portrety par lesbijskich. Transgender to sekcja wystawy i pojęcie dotyczące wyobrażeń tożsamości, które są pomiędzy płciami, przekraczających normatywny binarny system płciowy. Sztuka prowadzi od mitycznej androgynii do nowoczesnych maskarad i polityki podważania płci. Archiwum prezentuje polskie plakaty reklamujące słynne dzieła znanych homoseksualnych reżyserów, dramaturgów i artystów.

Zgodnie z tytułem jednej z sekcji – Transgender cała ekspozycja jest znakiem kulturowej i obyczajowej „trans-formacji”. Poprzez sztukę przenosi demokratyczną debatę o prawach LGBTQ na wyższy poziom – jest próbą zamknięcia okresu, gdy otwarta homofobia była językiem medialnych i politycznych dyskusji na ten temat. Znamienna dla odbioru wystawy może być wypowiedź jednej z artystek, młodej ukraińskiej fotografki Anastasi Mikhno. Wykonała ona niezwykle uwodzące portrety androgynicznego, młodego mężczyzny po to, aby przeciwstawić się powszechnej na Ukrainie opinii, iż osoby transgenderowe są odpychające. Ona pokazała czyste piękno. Podobnie w Polsce często słychać głosy, iż homoseksualizm jest „nieestetyczny”. Queerowe tożsamości i erotyzm łączone są ze wstrętem. W ten sposób estetykę wykorzystuje się jako politykę społeczną w celach dyskryminacji ludzi. Dlatego jako kurator wystawy, właśnie dzięki estetyce homoerotycznej sztuki, przeprowadzam proces społecznej przemiany, która otwiera na odmienność. Przeciwstawiam się też takim przekonaniom, iż ciało męskie jest nieatrakcyjne, lesbijskie wyobrażenia niewidzialne, a tematyka homoseksualna jest kulturowym marginesem. Są to wszystko opinie wynikające z heteronormatywnego systemu ideologicznego, który Ars Homo Erotica transformuje. Zapraszam do przyłączenia się do tej transformacji. Wystawę można oglądać do 5 września 2010 roku. Ale Ars Homo Erotica to dopiero początek.