W opowieści Sandman Neila Gaimana, realizowanej obecnie w formie popularnego serialu, jedna z kluczowych postaci – Śmierć – zna wszystkich ludzi. Spotyka istoty, które się rodzą i spotyka je, gdy umierają. Jest czymś znacznie więcej, niż końcem.
Księga Koheleta ogłasza:
Wszystko ma swój czas,
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem.
Jest czas rodzenia i czas umierania,
czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono.
Wszystko – wszystkie żywe systemy, mają swój czas: rośliny, zwierzęta, ludzie, ekosystemy. Także wielkie systemy ekonomiczno-społeczne. Na tym polega życie.
Nie wierzę w postęp ludzkich idei i technologii. Nie wierzę w końce historii. Wierzę w fale, w przychodzenie i odchodzenie, w wielką i nieprawdopodobną sensowność życia – coś co jest większe niż ktokolwiek z nas i niż nasze największe choćby systemy. W wielką negentropię życia, w której wszystko co żyje uczestniczy, a wszystko co świadome przyczynia się do stawania się, dzięki miękkim granicom świata. Te miękkie granice Gregory Bateson nazywał Umysłem, a Mistrz Eckhart Boskością (Gottheit).
Systemy społeczne też są żywe i mają swój czas. System, w którym żyjemy, zmienia się. Miał swój okres rodzenia się, dojrzewania, czas rozkwitu – a teraz schyłku. Rozmawialiśmy o tym wiele razy z Zygmuntem Baumanem; mówiliśmy, że neoliberalizm nie wydaje się nam być ideologią ani nawet względnie spójną polityczną strategią, ale raczej fazą schyłkową kapitalizmu. Neoliberalizm – to wielka systemowa demencja, przynosząca poczucie rozpadu i bólu, o którym pisał w 2016 roku Joe Brewer. Nasz, funkcjonujący od kilku stuleci wielki system, stracił swą pamięć krótkookresową. Zmyśla, konfabuluje. Wywołuje w sobie i w nas wspomnienia ze swej młodości, które na ogół są mocno podkolorowane lub fałszywe („Make America Great Again”, „Wielikorossija”… wstaw inne mniejsze i bardzo małe kraje z analogicznymi narracjami). Politycy zdają się zajmować głównie projektami zemsty, samouwielbienia i całkowitego braku odpowiedzialności za dobro wspólne.
Joe Brewer wyjaśnia, że w tym czasie wiele osób czuje rosnącą beznadzieję. Bardzo potrzebujemy odnowy – od tego zależy przyszłość nie tylko ludzkości, ale i całej planety, coraz bardziej systemowo niszczonej. Jednak odnowa nie przychodzi. Dzieje się tak, ponieważ system stracił zdolność do regeneracji. Dynamiczne, rozwijające się systemy zawierają w sobie dużą różnorodność, która tworzy potencjał zmian, możliwych i niemożliwych scenariuszy. Zdrowy system ma dzięki temu zdolność do regeneracji, nawet jeśli odrzuca, mniej lub bardziej brutalnie, część tych zalążków przyszłości. Obecnie wygląda jakby dopadła nas plaga identyczności. Pisze o tym Byung Chul Han i wyjawia negatywne konsekwencje dla ludzkiej motywacji, jakie ma koszmar tego samego – cierpimy na społeczne wypalenie, niemoc, niesprawczość.
Konserwatyści i postępowcy tradycyjnie spierają się, czy „kiedyś było lepiej”, czy „kiedyś było gorzej”. Jako systemowiec proponuję, że w obecnej fazie ani jedno ani drugie stwierdzenie nie opisuje w głębszy sposób tego, co się wokół nas dzieje. Wiele rzeczy było „lepiej”, a wiele ”gorzej”, ale to co w najbardziej zasadniczy sposób definiuje naszą sytuację mieści się poza tymi kategoriami. Z punktu widzenia przemijania, różnych czasów, było – inaczej. Kiedyś było więcej możliwych przyszłości. Innymi słowy: kiedyś marzyliśmy lepiej, nawet jeśli bywało gorzej. Teraz istnieje jakby przemożna dynamika wiodąca w jakimś jednym jedynym kierunku, wykluczająca tak marzenia jak marzycieli. Kierunek ten budzi niepokój. Wiele osób, szczególnie ekologicznie świadomych, widzi tę dynamikę w czarnych kolorach. Mamy do czynienia z postępującą katastrofą ekologiczną, a do tego z globalnym kryzysem gospodarczym, pandemią, kryzysami społecznymi i permanentna wojną. Potrzebujemy nowych form, nie reprodukcji starych.
„Poza niemocą i władzą, poza fragmentacją społeczeństwa na miriady sprzecznych elementów, poza niepewnym frakcjonowaniem pracy, wiedza jest tym wymiarem społecznym, w którym zły sen o kapitalizmie może zostać w końcu rozwiany: nie po prostu odwrócony, mam na myśli całkowicie porzucony jako pusta przestrzeń, zapomniana jak koszmar senny” – pisze Franco Bifo Berardi w swojej książce Futurability. Tymczasem na horyzoncie nie świta radość przebudzenia. Śnimy kolejne sny, w których poszukujemy rozwiązań w historycznych modelach, czy to u Hayeka, czy u Keynesa. W dodatku system jako całość stracił zdolność uczenia się.
Skąd jednak weźmiemy inspirujące do uczenia się i generowania nowych treści? W ramach koszmaru identyczności, zarządzania przy pomocy odcinania wszystkiego co choćby trochę odmienne, wypełnienia do nieprzytomności czasu produktywnością, i zamiast marzeń – idei-klatek – w tych czasach mamy algorytmiczny chów klatkowy twórców. Nie ma miejsca ani na zaskakującą zmianę trasy ani na bunt.
Czy z tych klatek nie ma wyjścia, nie ma innej drogi niż do śmierci ludzkości, ekosystemu, planety? Czy jesteśmy więźniami umierającego systemu społecznego z zaawansowaną demencją?
Myślę, że niekoniecznie. System musi umrzeć, ale my nie musimy, jeszcze nie teraz, ani nie musi umierać nasza przecudna żywa planeta. Bo nasz czas, jej czas – jest inny, niż czas kapitalizmu. Nie musimy umierać z kapitalizmem, na kapitalizm, za kapitalizm. Czas bywa gorszy, bywa lepszy. Wszystko ma swój czas.
W lepszych czasach…
W lepszych czasach śmialibyśmy się częściej w niebo, jak kundle,
nosilibyśmy spodnie w ciapki, ręce w kieszeniach,
w gębie fajkę, na głowie czapkę
w ciemki, w motylki, dla hecy.
Ci spośród nas, którzy mają cięższą rękę, nie rzucaliby
krzesłem w osobę im podwładną – raczej
opowiadaliby o wakacjach spędzonych na sianie,
w lepszych czasach.
W lepszych czasach nasi bracia ze smutkiem pod żebrami
nie wypełnialiby każdego snu własnym głodem,
własną niepowstrzymaną żądzą chwały –
milczeliby częściej pod gruszami, wybuchali potokiem
trudnych słów nad stawem.
Lew spałby czasem obok baranka,
bo tak też może być,
wilk przebierałby się
w owczą skórę dla czczej próżności, dla fantazji.
Młodość byłaby szumna, człek zachłysnąłby się
marzeniem o długiej drodze, o wznoszącym się kurzu.
Dziecko biegałoby z uniesionymi rękami,
dorosły czasem też, orzech bywałby
niekiedy świeży i cierpki.
W lepszych czasach liczylibyśmy mniej,
a kochali więcej. Zawiść byłaby zawiścią,
a wdzięczność – niekiedy wdzięcznością;
rano, wśród jaśminów biegacz nie mógłby się oprzeć wierszom.
Lubilibyśmy szelest, gołębie, landrynki, pełnię księżyca, długie słowa,
przecudną ludzką słabość, wielką kruchość chwili,
co cesarskie oddalibyśmy cesarzowi, co ludzkie – człekowi.
Każdy mógłby kiedyś zabłądzić, zagapić się w rzekę, zaczytać.
W lepszych czasach.
(Sheffield, 2018)
Po czterdziestu latach neoliberalnych rządów, podczas których państwo aktywnie starało się zlikwidować rozgraniczenie między rynkiem, społeczeństwem obywatelskim i rządami, czyniąc racjonalność ekonomiczną kamieniem węgielnym każdej ludzkiej działalności, zaawansowany kapitalizm – jak się zdaje – znalazł się na rozdrożu z powodu ekonomicznych i społecznych skutków pandemii COVID-19. Tak zwany „wielki rząd” zanotował spektakularny powrót, a nawet konserwatywni przywódcy zerwali z niektórymi podstawowymi ortodoksjami neoliberalizmu.
Czy jesteśmy w trakcie fundamentalnych i trwałych zmian w relacjach między państwem a rynkiem? Czy jesteśmy świadkami schyłku neoliberalizmu? Czy pandemia doprowadziła do wyłonienia się nowej odmiany kapitalizmu?
W tym wywiadzie światowej sławy uczony i intelektualista publiczny Noam Chomsky, wraz z dwoma wybitnymi ekonomistami lewicy – Costasem Lapavitsasem z Uniwersytetu Londyńskiego i Robertem Pollinem z Uniwersytetu Massachusetts Amherst – dzielą się swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami na temat ekonomii i kapitalizmu w dobie pandemii i nie tylko.
C.J. Polychroniou: Noam, era neoliberalna ostatnich 40 lat została w dużej mierze zdefiniowana przez rosnące nierówności, powolny wzrost i degradację środowiska. W istocie nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy przyznał kilka lat temu, że neoliberalizm poniósł klęskę. Jednak trzeba było dopiero wybuchu pandemii, aby pojawił się konsensus co do niepowodzeń neoliberalizmu. Dlaczego neoliberalizm w ogóle zatriumfował i przetrwał, i czy w ogóle jest już martwy?
Noam Chomsky: Moje odczucie jest takie, że pewna wersja neoliberalizmu zatriumfowała, ponieważ umożliwiła wielki sukces swym projektantom. Ich władza została znacznie wzmocniona przez takie przewidywalne konsekwencje, jak skrajne nierówności, ograniczenie demokracji, zniszczenie związków zawodowych i atomizacja ludzkich zbiorowości, tak więc obrona przed tą wersją neoliberalizmu, realizowaną z imponującym oddaniem w tej najnowszej fazie wojny klasowej, została ograniczona.
Mówię „wersja”, ponieważ państwowo-korporacyjni zarządcy systemu naciskają na istnienie bardzo silnego państwa, które może chronić ich interesy na arenie międzynarodowej i zapewniać im potężne bailouty i subsydia, gdy ich programy upadają, co regularnie się zdarza.
Z podobnych powodów nie sądzę, by ta wersja była martwa, choć w odpowiedzi na rosnący gniew i niechęć – w dużej mierze napędzane przez sukcesy neoliberalnych ataków na ludzkie zbiorowości – jest dziś na nowo dostosowywana do sytuacji.
Polychroniou: Bob, pandemia pokazała nam, że neoliberalny kapitalizm jest więcej niż nieadekwatny do radzenia sobie z kryzysami gospodarczymi i zdrowotnymi na dużą skalę. Czy zasoby zmobilizowane przez państwa narodowe podczas kryzysu pandemicznego są prostym przypadkiem keynesizmu kryzysowego, czy też stanowią fundamentalne przesunięcie w tradycyjnej roli rządu, która polega na maksymalizacji dobrobytu społeczeństwa? Ponadto, czy polityki, które zostały dotychczas wdrożone na wszystkich szczeblach rządowych, są wystarczające, aby zapewnić podstawę dla progresywnego programu gospodarczego w erze post-pandemicznej?
Robert Pollin: Neoliberalizm to odmiana kapitalizmu, w której polityka gospodarcza silnie ciąży w stronę wspierania przywilejów wielkich korporacji, Wall Street i najbogatszych. Neoliberalizm stał się doktryną dominującą na świecie od około 1980 r., począwszy od wyborów Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii i Ronalda Reagana w USA. Główne priorytety neoliberalizmu, praktykowane na całym świecie, obejmowały obniżenie podatków dla bogatych oraz wydatków publicznych dla osób niezamożnych, osłabienie ochrony zarówno ludzi pracy, jak i środowiska naturalnego, a także osłabienie wszelkich pozorów zaangażowania w pełne i godne zatrudnienie, oraz umożliwienie szalejącej spekulacji finansowej przy jednoczesnym ratowaniu spekulantów, gdy rynki nieuchronnie pogrążają się w kryzysie.
Neoliberalizm stanowił kontrrewolucję przeciwko socjaldemokratycznemu/Nowo-Ładowemu/prorozwojowemu kapitalizmowi w wariancie państwowym, który wyłonił się przede wszystkim w wyniku skutecznej walki politycznej postępowych partii politycznych, związków zawodowych i sprzymierzonych z nimi ruchów społecznych, trwającej od kryzysu lat 30. ubiegłego wieku do wczesnych lat 70. Oczywiście socjaldemokratyczny/Nowo-Ładowy/prorozwojowy kapitalizm państwowy był nadal kapitalizmem. Nierówności dochodowe i majątkowe oraz różnice w możliwościach pozostawały niedopuszczalnie wysokie, podobnie jak rak rasizmu, seksizmu i imperializmu. Niemniej jednak szeroko pojęte modele socjaldemokratyczne wytworzyły znacznie bardziej egalitarne wersje kapitalizmu niż neoliberalny reżim, który je wyparł. Model neoliberalny z kolei odniósł wielki sukces w osiąganiu swojego najbardziej podstawowego celu, którym jest obsypywanie coraz większymi przywilejami już i tak uprzywilejowanych. Na przykład, w ramach neoliberalizmu w Stanach Zjednoczonych w latach 1978-2019 średnia płaca dyrektorów generalnych wielkich korporacji wzrosła dziesięciokrotnie w porównaniu z przeciętnym pracownikiem nie pełniącym funkcji nadzorczych.
Wraz z nadejściem pandemii COVID w marcu 2020 roku rządy krajów o wysokim dochodzie podjęły określone działania, by zapobiec całkowitemu załamaniu gospodarczemu, tak jak to stało się w latach 30-tych XX wieku. W zależności od kraju środki te obejmowały bezpośrednie wsparcie pieniężne dla osób o niższych i średnich dochodach, znaczne zwiększenie środków na ubezpieczenia od bezrobocia bądź duże programy subsydiowania płac, aby zapobiec zwolnieniom. Jednak najostrzejszymi interwencjami politycznymi zdecydowanie były bailouty na rzecz wielkich korporacji i Wall Street.
W USA na przykład między marcem 2020 a lutym 2021 roku prawie 50 procent całej siły roboczej złożyło wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. Jednak w tym samym okresie ceny akcji na Wall Street wzrosły o 46 procent, co stanowi jeden z najgwałtowniejszych jednorocznych wzrostów w historii. Ten sam wzorzec dominował na całym świecie.
Międzynarodowa Organizacja Pracy poinformowała, że „w 2020 r. nastąpił bezprecedensowy globalny spadek zatrudnienia o 114 milionów miejsc pracy w stosunku do 2019 r.”. W tym samym czasie globalne rynki akcji gwałtownie wzrosły – o 45 procent w całej Europie, 56 procent w Chinach, 58 procent w Wielkiej Brytanii i 80 procent w Japonii, a indeks Standard & Poor’s Global 1200 wzrósł o 67 procent.
Tak więc, choć podczas pandemii COVID miało miejsce rozpaczliwie potrzebne rozszerzenie programów opieki społecznej, pomagające ludziom przetrwać, to środki te zostały wprowadzone w ramach jeszcze większych wysiłków na rzecz wsparcia wciąż dominującego porządku neoliberalnego.
Oczywiście w czasie pandemii dotkliwość kryzysu klimatycznego się pogłębiała. W lutym Sekretarz Generalny ONZ António Guterres powiedział: „Rok 2021 jest rokiem przełomowym, jeśli chodzi o stawienie czoła globalnemu kryzysowi klimatycznemu (…) Rządy nigdzie nie zbliżyły się do poziomu niezbędnego do ograniczenia zmian klimatycznych o 1,5 stopnia i osiągnięcia celów Porozumienia Paryskiego. Najwięksi emitenci muszą podjąć znacznie ambitniejsze cele redukcji emisji do 2030 r. (…) na długo przed listopadową konferencją klimatyczną ONZ w Glasgow.”
Mamy już październik w „roku przełomu”, a mimo to niewiele zostało osiągnięte od czasu, gdy Guterres przemawiał w lutym. To prawda, że w krajach o wysokim dochodzie ruchy społeczne i aktywiści klimatyczni – pod hasłem globalnego Zielonego Nowego Ładu – walczą o programy łączące stabilizację klimatu z egalitarnym programem społecznym. Od tego, w jakim stopniu im się to uda, zależy, czy uda nam się stworzyć podstawy dla progresywnego programu gospodarczego i skutecznej polityki klimatycznej w erze post-pandemicznej. Nie wiemy jeszcze, jak skuteczne będą te wysiłki. Jak ostatnio obszernie dyskutowaliśmy, propozycja dotycząca infrastruktury społecznej i klimatu, nad którą debatuje się obecnie w Kongresie USA, sama w sobie nie jest wystarczająco ambitna, by mówić o prawdziwej transformacji. Jeśli jednak zostanie uchwalona, będzie stanowiła znaczące zerwanie z neoliberalną dominacją, jaka ma miejsce od czasów Thatcher i Reagana.
Polychroniou: Costas, pandemia COVID obnażyła liczne strukturalne wady kapitalizmu, a neoliberalny porządek może rzeczywiście znajdować się na skraju upadku. Czy jednak możemy mówić o „kryzysie kapitalizmu”, skoro nie widzimy opozycji na szeroką skalę wobec bieżącego systemu?
Costas Lapavitsas: Nie ma wątpliwości, że szok pandemiczny stanowi potężny kryzys globalnego kapitalizmu, ale zalecałbym dużą ostrożność w kwestii upadku neoliberalizmu. Okres od Wielkiego Kryzysu lat 2007-2009 przypomina raczej interregnum (termin zaproponowany w duchu Antonio Gramsciego), kiedy stare nie chce umrzeć, a nowe nie może się narodzić. I jak wszystkie takie okresy, jest on podatny na potwory, w tym faszyzm.
Wielki Kryzys lat 2007-2009 został przezwyciężony przez państwo, które użyło swojej ogromnej siły, by bronić sfinansjalizowanego kapitalizmu i globalizacji. Ale to, co nastąpiło później, to dekada niskiego wzrostu, skąpych inwestycji, słabego wzrostu produktywności, utrzymujących się nierówności i częściowo ożywionych zysków. Wyniki gospodarcze w głównych krajach były słabe, co stanowiło kolejny dowód na porażkę neoliberalizmu. Pomimo trwałego wzrostu rynków akcji w poprzedniej dekadzie, złota era finansjalizacji dobiegła końca. Jednak wyniki gospodarcze w Chinach również były mierne, co odzwierciedla słabość akumulacji produkcyjnej na całym świecie.
Kiedy wybuchł COVID-19, stało się jasne, że współczesny kapitalizm jest całkowicie zależny od masywnej interwencji państwa. Główne państwa zachodu były w stanie interweniować na bezprecedensową skalę głównie dzięki monopolistycznej władzy banków centralnych nad pieniądzem fidukcyjnym. Jednak w przeciwieństwie do lat 2007-2009, państwo wykorzystało pieniądz fidukcyjny* również do złagodzenia polityki zaciskania pasa, w ten sposób angażując się w milczącą nacjonalizację płac oraz rachunków zysków i strat tysięcy przedsiębiorstw.
Nieporozumieniem jest twierdzenie, że neoliberalizm nieodłącznie oznacza marginalizację państwa i prowadzenie polityki zaciskania pasa. Chodzi raczej o wybiórcze wykorzystywanie państwa do obrony interesów niewielkiej elity, oligarchii, powiązanej z wielkim biznesem i sektorem finansowym.
Zasadniczo oznacza to przesunięcie równowagi sił na korzyść kapitału poprzez usunięcie kontroli nad jego działalnością. Gdy szok pandemiczny zagroził podstawom klasowego panowania, w mgnieniu oka zrezygnowano z polityki zaciskania pasa i powstrzymywania się od bezpośredniej interwencji ekonomicznej. Neoliberalni ideolodzy szybko dostosowali się do nowej rzeczywistości, choć zawsze istnieje możliwość, że programy oszczędnościowe powrócą. Nie doszło natomiast do instytucjonalnej zmiany na korzyść interesów pracowniczych, która ograniczyłaby swobodę kapitału. To przede wszystkim w tym sensie stare nie chce umrzeć.
Pandemia pokazała również, że relacje między potężnymi państwami a wewnętrzną akumulacją kapitału są bardzo zróżnicowane. Główne państwa Zachodu, opanowane przez ideologię neoliberalną, czerpią swoją siłę przede wszystkim z panowania nad pieniądzem fidukcyjnym. Dla kontrastu, państwo chińskie pozostaje bezpośrednio zaangażowane zarówno w akumulację produkcyjną, jak i finanse, a także posiada ogromne zasoby. Ich reakcje na pandemię znacznie się różniły.
Nieuchronnie nastąpiła ogromna eskalacja rywalizacji o globalną hegemonię, również na polu militarnym. Co więcej, po raz pierwszy od 1914 r. rywalizacja o hegemonię ma od początku również wymiar ekonomiczny. Związek Radziecki był dla Stanów Zjednoczonych wyłącznie konkurentem politycznym i militarnym – Łada nigdy nie mogła konkurować z Chryslerem. Ale Chiny mogą konkurować z USA pod względem gospodarczym, co znacznie pogłębia walkę i usuwa wszelkie oczywiste punkty równowagi. Rządzący USA zdają sobie sprawę, że popełnili strategiczny błąd w obliczeniach i to tłumaczy ich obecną nieugiętą agresywność. Uwarunkowania występujące na arenie międzynarodowej są nadzwyczaj niebezpieczne.
Globalna walka o hegemonię jest jednak pozbawiona treści ideologicznych. Zachodnie neoliberalne demokracje są wyczerpane, upadłe i pozbawione nowych idei. Próby przedstawiania przez amerykańskich rządzących swojej agresywności jako obrony demokracji są puste i niedorzeczne. Z drugiej strony, chiński (i rosyjski) autorytaryzm ma znaczne poparcie wewnętrzne, ale nie jest w stanie globalnie zaoferować atrakcyjnej perspektywy społecznej i politycznej.
Cechą charakterystyczną bezkrólewia od lat 2007-2009 jest ideologiczny impas. Niezadowolenie z kapitalizmu jest ogromne, zwłaszcza że degradacja środowiska naturalnego i ocieplenie planety wzbudziły wielki niepokój wśród młodych. To zaniepokojenie nie przełożyło się jednak na szeroką mobilizację na rzecz świeżych socjalistycznych idei i rozwiązań. Jest to wyzwanie na przyszłość, zwłaszcza że skrajna prawica już to wykorzystuje.
Polychroniou: Postkapitalizm (definiowany szeroko jako system społeczny, w którym siła rynków jest ograniczona, działalność produkcyjna opiera się na automatyzacji, praca jest oddzielona od wynagrodzenia, a państwo zapewnia powszechne usługi publiczne i dochód podstawowy) według niektórych ekspertów jest możliwy dzięki zmianom w technologii informacyjnej. Czy lewica powinna zbijać kapitał polityczny na wyobrażaniu sobie postkapitalistycznej przyszłości?
Lapavitsas: Podczas kryzysu pandemicznego działania wewnętrzne państw narodowych wyparły nakazy i recepty neoliberalnego kapitalizmu, koncentrując się na zdrowiu publicznym i higienie narzuciły inwazyjne środki na życie społeczne i osobiste, oraz nałożyły poważne ograniczenia na wolności obywatelskie i działalność gospodarczą. Państwo zaogniło napięcia polityczne, zwiększyło polaryzację społeczną i ograniczyło swobody.
Największą cenę zapłacili robotnicy – poprzez utratę dochodów, wzrost bezrobocia i redukcję świadczeń publicznych. Ale i warstwy średnie zostały pozostawione na lodzie, co zadało poważny cios sojuszom klasowym, wspierającym neoliberalny projekt. Głównymi beneficjentami okazały się gigantyczne oligopole w dziedzinie nowych technologii – Google, Amazon, Microsoft i cała reszta. Ich działania stopniowo zacierają figurę obywatela, jako że tożsamości osobiste są w coraz większym stopniu organizowane wokół powiązań rynkowych z oligopolami. Równocześnie wzmocniła się skrajna prawica – trend, który rozpoczął się przed pandemią i przyspieszył dzięki pośrednictwu potężnych oligarchii.
Nie brakowało oddolnych reakcji na te wydarzenia. Ostre działania państwa, oficjalne kultywowanie strachu, zawieszenie praw i swobód, niebezpieczeństwo permanentnych represji oraz miażdżenie robotników i warstw średnich w trakcie lockdownów wywołały różne reakcje, często o charakterze libertariańskim.
Należy pamiętać, że w nadchodzących latach utrzymanie na całym świecie kapitalistycznej akumulacji będzie niezwykle trudne. Niełatwo jest stawić czoła słabościom akumulacji, które leżą u jej podstaw. Oczywiste jest również, że interwencja państwa w pandemię spowodowała poważne trudności związane z przerwaniem łańcuchów dostaw, wzrostem inflacji, która pochłania dochody pracowników, i ogromnym wzrostem długu publicznego. A wszystko to nie wspominając nawet o szerszych kwestiach środowiska i klimatu.
Utrzymanie wzrostu gospodarczego jest prawie niemożliwe bez rozległej interwencji państwa po stronie podaży poprzez inwestycje publiczne. Pociągają one za sobą również głębokie zmiany w dystrybucji dochodów, z których korzystają pracownicy. Jeszcze mniej prawdopodobne wydaje się, by stało się to bez poważnych zmian w prawach własności, które by redystrybuowały bogactwo i zasoby produkcyjne na korzyść pracowników i ubogich.
Sama technologia nigdy nie stanowi rozwiązania dla złożonych problemów społecznych. Jednym z aspektów rewolucji technologicznej ostatnich czterech dekad jest jej niezdolność do poprawy ekonomicznych warunków akumulacji, ponieważ jej wpływ na średnią wydajność pracy jest skromny. Na tym etapie nie widzę powodu, by oczekiwać, że sztuczna inteligencja okaże się znacząco inna. Być może tak się stanie, ale nie ma na to żadnych gwarancji.
Zachodnie neoliberalne demokracje są ideologicznie wyczerpane, a ich kapitalistyczne gospodarki borykają się z problemami. W tej sytuacji konieczne jest, aby socjaliści i postępowcy pomyśleli o postkapitalistycznej przyszłości i określili jej szerokie parametry. Musimy myśleć o wykorzystaniu technologii cyfrowych, ekologizacji produkcji i ochronie środowiska. Ale wszystko to powinno odbywać się w warunkach społecznych, które sprzyjają ludziom pracy, a nie kapitalistom, z nowym instynktem społecznym, zbiorowym działaniem i spełnieniem jednostki poprzez więź ze społecznością. Odmłodzenie socjalistycznej obietnicy jest najważniejszą potrzebą naszych czasów
Polychroniou: Bob, w erze neoliberalnej ekonomia głównego nurtu łatwo popadła w ideologizację. Dość łatwo jest pokazać, że polityka gospodarcza głównego nurtu jest pełna przeinaczeń rzeczywistości. Pytanie brzmi: w jaki sposób rzekoma nauka staje się ideologią? I na ile prawdopodobne jest, że pandemia koronawirusa, w połączeniu z wadami neoliberalizmu i naglącym charakterem kryzysu klimatycznego, doprowadzi do zmiany intelektualnego paradygmatu „ponurej nauki”?
Pollin: Uznajmy, że wszyscy ekonomiści są pod silnym wpływem ideologii, lub tego, co wielki konserwatywny ekonomista Joseph Schumpeter bardziej trafnie nazwał ich „wizją przedanalityczną”. Lewicowi ekonomiści, w tym ja, są tak samo winni jak wszyscy inni. Nasza ideologia wpływa na to, jakie pytania uznajemy za najważniejsze. Ideologia dostarcza nam również wstępnych przypuszczeń co do tego, jakie mogą być odpowiedzi na te pytania. Jeśli jednak jako badacze ekonomiczni staramy się być choć trochę naukowi lub choćby minimalnie uczciwi, będziemy poddawać nasze przeczucia i preferowane odpowiedzi próbie dowodów i będziemy otwarci na wyzwania.
Myślę, że uczciwie jest powiedzieć, że nie wszyscy, ale duży procent ekonomistów głównego nurtu nie był zaangażowany w przestrzeganie tych minimalnie obiektywnych standardów naukowych. Byli raczej tak całkowicie zanurzeni w swoich ideologicznych uprzedzeniach, że nie byli w stanie nawet pomyśleć o tym, jak mogliby zadawać pytania inaczej. Ich uprzedzenia zostały wzmocnione przez fakt, że stanowią one wsparcie dla reżimów politycznych, które, jak zauważono powyżej, przynoszą korzyści osobom i tak już uprzywilejowanym.
Joan Robinson, znana ekonomistka z Uniwersytetu Cambridge, która pracowała w czasach Wielkiego Kryzysu i po II wojnie światowej, pięknie ujęła powab ortodoksyjnej ekonomii: „Jednym z głównych efektów (nie powiem, że celów) ortodoksyjnej tradycyjnej ekonomii był (…) plan wyjaśnienia klasie uprzywilejowanej, że ich pozycja jest moralnie słuszna i konieczna dla dobrobytu społeczeństwa”.
Jednocześnie w czasie trwania ery neoliberalnej nie brakowało progresywnych ekonomistów, którzy przeciwstawiali się ortodoksji głównego nurtu, reprezentowanych na przykład przez 24 osoby, z którymi przeprowadził pan wywiady w nowej książce „Economics and the Left: Interviews with Progressive Economists”. Moim zdaniem to, jak duży wpływ będą mieli ekonomiści tacy jak oni, będzie zależało przede wszystkim od tego, jak skuteczne będą ruchy progresywne w promowaniu Zielonego Nowego Ładu i powiązanych z nim programów w nadchodzących miesiącach i latach.
Są znaki dające nadzieję. Pod koniec ubiegłego miesiąca Rezerwa Federalna opublikowała dokument autorstwa Jeremy’ego Rudda, starszego członka swojego personelu, który zaczyna się od spostrzeżenia, że „ekonomia głównego nurtu jest pełna idei, o których „wszyscy wiedzą”, że są prawdziwe, ale które w rzeczywistości są oczywistą bzdurą”.
Na pierwszej stronie, Rudd zauważa również, że pomija w tym dokumencie „głębsze obawy, że podstawową rolą ekonomii głównego nurtu w naszym społeczeństwie jest dostarczanie apologetyki dla kryminalnie opresyjnego, niezrównoważonego i niesprawiedliwego porządku społecznego”. Może być więcej takich Jerem’ich Rudd’ów, gotowych wyjść z cienia profesjonalnego mainstreamu. Byłoby to bardzo pozytywne zjawisko. Powiedziałbym, że nadchodzi na to czas.
Polychroniou: Noam, zbyt wielu mówi, że łatwiej jest wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu. Biorąc pod uwagę, że kapitalizm faktycznie niszczy Ziemię, jak – po pierwsze – zareagowałbyś na powyższe stwierdzenie, a po drugie – jak wyobrażasz sobie gospodarkę i społeczeństwo po kapitalizmie?
Chomsky: Wolałbym przeformułować pytanie tak, aby odnosiło się do kapitalizmu państwowego. Ci, których Adam Smith nazwał „panami ludzkości”, czyli dominujące klasy biznesowe, nigdy nie tolerowaliby kapitalizmu, który wystawiłby ich na zniszczenia powodowane przez rynek. One są dla ofiar. Dla panów potrzebne jest potężne państwo – o tyle, o ile mogą je kontrolować i utrzymywać „ludność bazową” (ironiczny termin Thorsteina Veblena) w stanie podporządkowania i bierności.
Nie wydaje mi się zbyt trudne wyobrażenie sobie przynajmniej poważnego złagodzenia destrukcyjnych i represyjnych elementów tego systemu, a także jego ostatecznej transformacji w o wiele bardziej sprawiedliwe i uczciwe społeczeństwo. Tak naprawdę musimy nie tylko wyobrazić sobie takie programy, ale przystąpić do ich realizacji, w przeciwnym razie wszyscy będziemy skończeni – mistrzowie również.
Całkiem realistyczne jest nawet wyobrażenie sobie – i wdrożenie w życie – odrzucenia podstawowej zasady państwowego kapitalizmu: wynajmowania się panu (w bardziej łagodnym sformułowaniu: posiadania pracy). W końcu od tysiącleci uznawano – przynajmniej co do zasady – że podporządkowanie woli pana jest niedopuszczalnym atakiem na ludzką godność i prawa.
Koncepcja ta nie jest odległa od naszej własnej historii. Pod koniec XIX wieku w Ameryce radykalni farmerzy i robotnicy przemysłowi dążyli do stworzenia „wspólnot spółdzielczych”, w ramach których byliby wolni od dominacji nieprawowitych szefów okradających ich z pracy oraz bankierów i managerów z północnego wschodu. Te potężne ruchy zostały tak skutecznie zdławione przez państwowo-korporacyjną siłę, że dziś nawet te bardzo popularne idee brzmią egzotycznie. Ale nie leżą one zbyt głęboko pod powierzchnią, a nawet na wiele istotnych sposobów się odradzają.
Krótko mówiąc, są powody, by mieć nadzieję, że to, co musi być zrobione, może być zrobione.
* (red.) Wartość pieniądza fidukcyjnego ma źródło z reguły w dekretowanym prawnie monopolu oraz w popycie generowanym przez instytucje państwowe (przede wszystkim przez pobór podatków. Kluczowa dla wartości tej waluty jest siła rządu i prowadzona przez niego polityka).
Tłumaczenie: Paweł Gliniak
Wywiad ukazał się pierwotnie po angielsku na stronie Truthout: https://truthout.org/articles/chomsky-pollin-and-lapavitsas-are-we-witnessing-the-demise-of-neoliberalism/
Fot. Augusto Starita
„Czy jest ktoś bardziej od nas zaangażowany w ochronę klimatu?” – pytał Marcin Korolec, ówczesny minister środowiska, w wywiadzie dla „BusinessGreen” z lipca 2013 r. Minister podał przykład największej w Europie plantacji biomasy (projekt dwóch amerykańskich korporacji International Paper i GreenWood Resources), gdzie na 10 tys. hektarów zasadzone zostaną topole. Wcześniej firma kupowała drewno od Polskich Lasów. Nie tylko lasy płoną, by ocalać atmosferę. Plantacja topoli powstaje w ramach leasingu ziemi od rolników.
Zielone miejsca pracy, flagowy projekt zielonej gospodarki, zostaną zlikwidowane w rolnictwie i produkcji żywności, by tworzyć nowe zielone miejsca pracy w przemysłowych plantacjach biomasy – jak się twierdzi, po to, by stopniowo redukować emisje gazów szklarniowych do atmosfery,zmniejszając udział węgla w spalaniu i zastępując go odnawialnymi źródłami energii (OZE), aby przejść do gospodarki niskoemisyjnej. Takie też są proklamowane cele polityki klimatycznej, zaprojektowanej jako system pozytywnych bodźców, które mają zachęcić korporacje i kraje do redukcji emisji i przejścia „do konkurencyjnej, niskoemisyjnej gospodarki”. Polityka ta opiera się na trzech filarach podarunków i korzyści, przyznawanych największym emitentom gazów szklarniowych.
Pierwsza zachęta to subsydia, bezzwrotne dotacje i rabaty podatkowe. W nowej perspektywie finansowej 20% budżetu Unii Europejskiej ma być przeznaczone na „inwestycje w klimat”, co otwiera nowe rynki finansowane ze środków publicznych. Druga „nagroda” dla największych emitentów gazów szklarniowych to pozwolenia na emisje oraz kredyty, aby je rozliczyć. Firmy otrzymują (lub kupują) ekocertyfikaty za udział energii z odnawialnych źródeł (OZE), za energooszczędność czy za współspalanie. Pozwolenia na emisje do określonego pułapu są przydzielane firmom nieodpłatnie. Powyżej tego pułapu, jeśli nie podejmą inwestycji w redukcję zanieczyszczeń, muszą kupić je od innych firm, które dokonały „inwestycji w klimat” i mają nadwyżkę pozwoleń.
Logika tego rozwiązania opiera się na niezachwianej wierze w doskonały mechanizm rynkowy oraz na ekonomicznej teorii praw do zanieczyszczania środowiska, która zakłada, iż z czasem konkurencja na rynku pozwoleń doprowadzi do optymalizacji kosztów zanieczyszczeń, toteż ilość ścieków i emisji do środowiska zostanie zredukowana. Wszystko to wygląda świetnie w teorii – i zupełnie nie sprawdza się w rzeczywistości.
W wykładni prawa handlowego pozwolenia na emisje stanowią prawa majątkowe korporacji. Praktycznie można powiedzieć, iż są tytułem własności do ziemskiej atmosfery i powietrza, którym oddychamy. Najlepiej być właścicielem, który zarabia zarówno na zanieczyszczaniu, jak i na ochronie przyrody. Takie optymalne dla biznesu wyjście z sytuacji gwarantuje nowa polityka klimatyczna, w tym opisany powyżej Europejski System Handlu Emisjami (EU ETS) wprowadzony w życie w 2005 r., jak i Protokół z Kioto (1997).
Aby ułatwić firmom i krajom rozliczanie się z zanieczyszczeń, powstał system kredytów. W żargonie polityki klimatycznej są to „mechanizmy offsetowe” (Clean Development Mechanism i pokrewne programy). Działają one w ten sposób, iż np. firma emitująca CO2 w Holandii czy w USA pozyskuje ziemię w Tanzanii i sadzi tam eukaliptusy, aby z tego kredytu rozliczyć emisje w swoim kraju. W ten sposób można nie redukować emisji u źródeł, kontynuować „biznes jak zwykle” i jeszcze zarobić. Jak piszą autorzy raportu Carbon Watch, dzięki projektom offsetowym Unia Europejska „może osiągnąć cele redukcji emisji do r. 2020, nie podejmując w tym celu żadnych działań w państwach członkowskich”.
Trzeci zestaw korzyści dla korporacji – emitentów węgla do atmosfery oraz dla firm inwestycyjnych i banków, to tworzone widzialną ręką państw i instytucji międzynarodowych nowe wirtualne rynki handlu wirtualnymi produktami, tj. pozwoleniami na emisje czy innymi ekocertyfikatami. Point Carbon i WWF oszacowały dochody przemysłu energetycznego w latach 2008–2012 z tytułu ETS na 23 do 73 mld euro.
Pozwolenia na emisje i inne ekocertyfikaty otwierają kuszący zestaw możliwości dodatkowych, w tym wirtualnie księgowanych zysków. Weźmy przykład Dalkii Łódź, która otrzymała ekocertyfikaty za modernizację sieci na sześciu ulicach w mieście. Koszt inwestycji, podobnie jak koszt ekocertyfikatów, które musi kupić, by wirtualnie udokumentować np. udział biomasy w spalaniu, dopisuje do rachunku ostatecznych użytkowników. Pozwolenia na emisje z kolei księguje nad kreską jako przychody i aktywa. Może także zarobić na handlu pozwoleniami, które dostała nieodpłatnie. W perspektywie finansowej 2013–2020 spółki Dalkii w Polsce otrzymały przydział zielonych certyfikatów (w ramach EU ETS) wartości 96,2 mld euro.
Toteż nic dziwnego, iż Dalkia, podobnie jak inne firmy i ich przedstawicielskie organizacje, w tym Konfederacja Prywatnych Pracodawców Lewiatan, GreenEffort Group czy podobne organizacje na całym świecie, uprawiają medialną perswazję i dzielą się rolami dobrego i złego policjanta, by zabezpieczyć stabilność tych rozwiązań i ich globalny zasięg.
Aby takie rynki mogły powstać, tworzona jest nowa publiczno-prywatna biurokracja czy przemysł klimatyczny (eksperci zarządzania środowiskiem, ekonomiści, prawnicy, księgowi, bankierzy), która szacuje i weryfikuje emisje oraz kreuje, certyfikuje, księguje i prowadzi obrót nowymi wirtualnymi produktami. Obrót uprawnieniami do emisji i ekocertyfikatami otwiera nowe możliwości spekulacji przyrodą. Dla rynków finansowych woda, powietrze, bioróżnorodność to nowe horyzonty zysków, „ziemia niczyja” do zagospodarowania, tym razem przy pomocy inżynierii finansowej. Jak wskazuje analiza Fundacji im. Heinricha Bölla What Future for International Climate Politics? A Call for a Strategic Reset, polityka klimatyczna została opanowana przez kompleks finansowo-energetyczny.
Polska polityka klimatyczna: ekonomiczny nacjonalizm i globalizacja handlu emisjami
Polityka ochrony środowiska, w tym klimatyczna, nie byłaby przedmiotem zainteresowania kolejnych polskich rządów, gdyby nie zobowiązania wynikające z członkostwa w Unii Europejskiej oraz płynące od unijnych podatników środki. Już w r. 1992 na Szczycie Ziemi w Rio polski minister ochrony środowiska mówił, iż najpierw musimy się wzbogacić, a potem będziemy chronić przyrodę. Tak zostało do dzisiaj.
Po kryzysie z 2008 r. i fiasku nadziei na wzrost zagranicznych inwestycji polski rząd zmodyfikował wcześniej przyjętą strategie rozwoju, według której Polska miała stać się światową gospodarczą potęgą do 2030 r. Wraz z tymi planami odłożono do lamusa retorykę harmonizacji polityki klimatycznej i energetycznej za pomocą inwestycji w nowe technologie wydobycia i spalania węgla, inwestycje w OZE i energooszczedność oraz w energetykę atomową. W Narodowym Programie Rozwoju Gospodarki Niskoemisyjnej z r. 2011 ochrona środowiska ujęta jest jako „uzyskanie korzyści środowiskowych”. W zmodyfikowanej strategii ze stycznia 2013 r. bezpieczeństwo energetyczne zostało zdefiniowane na nowo jako „zapewnienie optymalnej ilości energii po możliwie niskich cenach i dywersyfikacja źródeł”.
„Przyszłość Polski i Europy to węgiel” – mówił Donald Tusk na konwencji PO w 2013 r. – „Na OZE będzie tyle pieniędzy, ile trzeba na ochronę środowiska i zrównoważony miks energetyczny, ale nic więcej. Nie będziemy wmawiali Polakom, że baterie słoneczne i wiatraki to jest energetyczna przyszłość Polski… Nasze źródła energii będą polskim źródłem energii i polskiej niepodległości energetycznej na długie lata”.
„Polskie” źródła energii to węgiel, gaz i gaz łupkowy (nowe eldorado) oraz energetyka atomowa, gdzie nowym politycznym hitem jest są lokalne elektrownie atomowe do kogeneracji prądu i ciepła. Wystąpienie Tuska należy czytać na tle rozkwitu dyskursu na temat bezpieczeństwa narodowego, który tworzy nową ramę porozumienia elit zarządzających niekończącą się neoliberalną transformacją (jest jeszcze tyle do sprywatyzowania…). Postawiono w nim na militarną, policyjną i gospodarczą moc Polski, na płodność Polek (wzrost demograficzny) oraz spięto razem bezpieczeństwo energetyczne, militarne i gospodarcze.
Politycy z rządzącej koalicji grają na dwie ręce. W wywiadzie z lipca 2013 r. minister gospodarki Janusz Piechociński zapowiadał, iż trzeba renegocjować pakiet klimatyczny i zmodyfikować wskaźniki dla wschodzących gospodarek. Wtórują mu polskie firmy energetyczne i przemysł ciężki. Politycy i media podkreślają, iż Polska dużo traci na polityce klimatycznej. Tymczasem tylko z tytułu sprzedaży nadwyżek uprawnień emisji CO2 (dla Kioto odniesieniem była redukcja emisji w porównaniu do r. 1998, dla EU ETS od r. 2005) Polska zarobiła 800 mln zł. W Polsce pozwolenia będą przyznawane wielkim firmom energetycznym bezpłatnie do r. 2019, w starych krajach UE od r. 2013 do 2027 są zastępowane systemem aukcyjnym. Nie widać więc, aby gospodarka upadała pod ciężarem polityki klimatycznej. Ale takie argumenty są przydatne do utrzymania korzyści.
Z kolei minister środowiska w licznych wywiadach krytykuje nierówny podział obciążeń między krajami i wypowiada się na rzecz paktu globalnego. W tle tej agendy są projekty Banku Światowego na rzecz tworzenia instytucjonalnych rozwiązań, które pozwolą na globalizację modelu EU ETS.
Niestety, EU ETS jak kula śniegowa będzie się toczyć dalej, dopóki nie rozpuści jej globalne ocieplenie, o ile wcześniej nie dojdzie do „resetu polityki klimatycznej”. Słuchając globalnych decydentów i polskich polityków, w tym ministra Korolca, można domniemać, że taki reset jest przygotowywany. Nie chodzi jednak o likwidację handlu emisjami, ale o jego globalizację.
NGO-sy i urynkowienie klimatu
Większość polskich NGOosów albo ewangelizuje politykę klimatyczną z Kioto i z Brukseli (w kadrze zły rząd i dobra Unia Europejska), domagając się więcej tego samego (Koalicja Klimatyczna, InE), albo znajdują sobie niszę w postaci skupienia na OZE i lirycznych opisach zielonego miasta, demokracji energetycznej i zielonego ładu (Zielony Instytut, Fundacja Przestrzenie Dialogu).
Raporty tych organizacji okazjonalnie posługują się lewicową retoryką, ale w konkretnych argumentach skupiają się na rozwiązaniach z neoliberalnego dekalogu (kapitał kreatywny, edukacja jak w strategii Europa 2020, czyli urynkowienie badań i edukacji w imię konkurencyjności, więcej flexicurity w polityce społecznej, gdzie prawa socjalne to usługi, czy ekoinnowacje jako rozwiązanie kryzysu ekologicznego i ucisku pracowników). W tychże raportach na dachu każdego domu zielonego miasta jest fotowoltaika i nie ma ludzi, których nie stać na te urządzenia. Jest postulat godzenia ról i dzielenia się pracą opiekuńczą w domu, ale nie ma kobiet, które chodzą pracować w cudzych domach za grosze ani rodzin, których dochody (płaca minimalna i poniżej) wystarczają na tyle, by nie umrzeć, ale są zbyt niskie, by zapewnić podstawowe potrzeby.
Także dyskurs akademicki zamyka się w ramach narodowego interesu, dostarcza deskryptywnych opisów polityki klimatycznej albo ewangelizuje system handlu emisjami. Szczególnym tego przykładem jest wykładnia prawna EU ETS dr. Leszka Karskiego, w której przedstawia on fiskalno-prawne narzędzia handlu emisjami jako instrument prawa globalnego, który służy człowiekowi i gwarantuje realizację praw człowieka zarówno przyszłym, jak i obecnym pokoleniom, zapewnia rozwój społeczny oraz globalny pokój poprzez wydzielenie części atmosfery dla biznesu, w przeciwieństwie do zbrojnych konfliktów o surowce. Można ironizować, iż taka retoryka będzie użyteczna, żeby uzasadnić globalny system handlu emisjami.
Polskie spory o klimat nie wychodzą więc poza repertuar z Kioto i Brukseli (inwestycje w nowe technologie, OZE, handel emisjami). Prawie nikt nie chce zobaczyć „króla bez ubrania”. Nie ma krytyki założeń polityki, która prywatyzuje przyrodę, tak jak niemal nie ma krytyki neoliberalizacji polityki społecznej. Co najwyżej NGOsy i ekopolitycy wzywają do podwyższenia poprzeczki. Pytania o to, kto zarabia na truciu i „ocalaniu”atmosfery oraz kto za to podwójnie płaci, nie są zadawane.
We wszystkich krajach UE dostawcy energii mają dwa cenniki: jeden z wyższymi cenami dla gospodarstw domowych, a drugi dla firm. W Polsce gospodarstwa domowe płacą za energię blisko dwukrotnie więcej niż firmy (zob. www.energy.eu), a na straży takiego cennika stoi Urząd Regulacji Energetyki. Przyjmuje się założenie, iż za ochronę środowiska powinien płacić ostateczny użytkownik. Gospodarstwa domowe płacą także za koszt energii ucieleśnionej w produktach i usługach.
Jak w żadnym innym dyskursie, polityka klimatyczna wywołała niebywałą troskę o jej skutki dla ubogich gospodarstw domowych. Firmy, które dopisują koszt „ochrony klimatu” do rachunków ostatecznych użytkowników, a także politycy, międzynarodowe i krajowe think tanki oraz NGOsy, które dyskursywnie wspierają rynkowy model polityki klimatycznej, nagle zapałały troską o gospodarstwa domowe – na które przerzucają odpowiedzialność za klimat.
Nowa narracja
We wspomnianym wyżej raporcie Fundacji im. Heinricha Bölla oceniającym stan polityki klimatycznej pada wezwanie do „resetu” i nowej narracji ze strony NGO-sów. W Polsce jednym z warunków powstania nowej narracji jest zakwestionowanie neoliberalnej normatywności w jej różnych wariantach (lewicowym i konserwatywnym) i w różnych punktach aplikacji jednocześnie: w polityce ekologicznej, społecznej, edukacyjnej, ochrony zdrowia, komunalnej.
Na to, co nazywamy „klimatem”, składa się wielość (uklasowionych, urasowionych i upłciowionych) relacji między ludźmi a powietrzem, coraz szerzej i gęściej zapośredniczanych przez relacje kapitału. Jeśli w ogóle można wyznaczyć widzialny horyzont politycznych marzeń, to celem mogłoby być zbudowanie nowych dóbr wspólnych: zasobów wiedzy krytycznej i sieci relacji między i wśród różnych ruchów społecznych – pracowniczych, prawoczłowiekowych, kobiecych, ekologicznych, lokatorskich – wokół warunków reprodukcji życia codziennego. Z doświadczeń takich walk i sieciowania powstanie nowa narracja, w której opieka i przyroda to dobra wspólne i podstawowe potrzeby życiowe. Patrząc z perspektywy reprodukcji życia codziennego, ludzie, aby żyć, potrzebują wzajemnej opieki, instytucji, które ją zapewniają i podtrzymają wzajemne więzi, a także materialnych środków do reprodukcji życia własnego i zależnych bliskich osób. Wszystkie środki do życia, nawet postrzegane jako „praca niematerialna”, zapośredniczone są w relacjach z przyrodą.
W europejskich kulturach obowiązek opieki spoczywał na kobietach, a praca reprodukcyjna była nieodpłatna bądź nisko wynagradzana. Na materialnej i emocjonalnej pracy reprodukcyjnej opiera się fundament państwa. Bez niej ludzie nie mogliby świadczyć płatnej pracy, firmy nie miałyby pracowników i konsumentów. Począwszy od lat 80., acz w różnym tempie i na różne sposoby, we wszystkich krajach Europy i gdzie indziej szeroko rozumiana sfera opieki ulega urynkowieniu. Ochrona zdrowia, edukacja, emerytury, mieszkalnictwo komunalne, polityka miejska i polityka państwa przeobrażane są zgodnie z regulatywnym ideałem rynku, analogicznie jak w polityce klimatycznej. Podobna ekspansja przeobraziła inne dobro wspólne – internet. Toteż „nowa narracja” nie może się odnieść do polityki klimatycznej jako takiej – musi połączyć różne walki, w których wspólną stawką jest życie.