Partia, która do niedawna walczyła o fotel lidera opozycji oraz ugrupowanie, które mozolnie odbudowuje swoje poparcie po wypadnięciu z Sejmu pokazały swoje programy samorządowe.

Ta pierwsza współtworzy dziś Koalicję Obywatelską, mając cichą nadzieję, że nie zostanie w całości skonsumowana przez PO. Ta druga pragnie skonsolidować swoją pozycję trzeciej siły politycznej w Polsce. Na przykładzie zaprezentowanych przez nich dokumentów programowych widać wyraźnie, że pojedynek o samorządy ma jak najbardziej polityczno-ideowy wymiar – szczególnie na szczeblu wojewódzkim.

Kampanię czas zacząć

Nie ulega wątpliwości, że pierwsze z czterech wyborów, jakie czekają nas w najbliższych latach wyznaczać będą pozycje startowe poszczególnych partii w kolejnych głosowaniach. Choć sporo mówi się na temat zmian na scenie politycznej, które mają nastąpić już po nich (spośród których najważniejszą wydaje się rysująca na horyzoncie nowa, lewicowa partia Roberta Biedronia) to jednak wyniki jesiennego starcia mogą znacznie szybciej wpłynąć na morale – szczególnie w partiach opozycyjnych.

Rządzące krajem Prawo i Sprawiedliwość ma w ich wypadku przewagę wynikającą z wyniku, jakie partia osiągnęła cztery lata temu. Po wyborach w 2014 udało się mu objąć władzę jedynie w jednym sejmiku – podkarpackim. Mimo nie najgorszych wyników swoich kandydatek i kandydatów w niektórych większych miastach również i one pozostały dla niego poza zasięgiem.

Każdy dodatkowy mandat, urząd prezydencki czy przejęty sejmik będzie z perspektywy PiS sukcesem – a o ten może nie być tak trudno.

Dobre wyniki gospodarcze, transfery socjalne i ogólne poczucie prosperity (kwitowane z drugiej, liberalnej strony utyskiwaniami na brak rąk do pracy za oferowane, najczęściej niskie, stawki) nie mobilizują do głosowania przeciwko ekipie „dobrej zmiany”. Kogo z kolei miały przekonać argumenty o postępującym autorytaryzmie władzy i dusznej atmosferze politycznej w kraju, ten przekonany już najpewniej został.

Choć – jak zawsze – kampania wyborcza może odwrócić aktualnie obserwowane trendy, to na dzień dzisiejszy całkiem realistyczne wydaje się przejęcie przez PiS co najmniej części sejmików na terenach dawnej Galicji i Kongresówki. Patryk Jaki toczy bardzo ostrą kampanię w Warszawie, w obliczu której jego główny oponent, Rafał Trzaskowski, zepchnięty został do póki co do defensywy. Przykład karuzeli kandydatów liberalnej opozycji na stanowisko prezydenta Wrocławia mógł nie dodać otuchy wspierającemu ten obóz elektoratowi.

Niebiesko-czerwona konkurencja

W wypadku stolicy Dolnego Śląska górą mogła się przez chwilę poczuć liderka Nowoczesnej, Katarzyna Lubnauer. To jej partia bardzo nie chciała, by wspólnym z PO kandydatem był wyraźnie konserwatywny Kazimierz Michał Ujazdowski.

To prawdopodobnie jeden z nielicznych tego typu momentów dla .N po długim ciągu sondaży, które po odejściu założyciela, Ryszarda Petru, dają jej poparcie krążące w okolicach pięcioprocentowego progu wyborczego. W najbliższych wyborach okaże się, jak wiele podmiotowości będzie w stanie zachować w ramach Koalicji Obywatelskiej.

Gdzieś w tle tych zmagań próbuje odbudowywać swoje poparcie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Włodzimierz Czarzasty nie ma tu łatwego zadania, jako że po drodze wysłuchiwać musi tradycyjną litanię zarzutów, kierowanych pod adresem jego ugrupowania ze strony ideowej lewicy z Razem.

Ewentualny powrót Roberta Biedronia do ogólnopolskiej polityki wcale nie musi skończyć się, jak prognozują niektórzy analitycy, wzięciem na pokład nowego projektu Sojuszu.

Scenariusz, w którym kolejna „nowa jakość w polityce” zdobywa 10% głosów i podbiera na tyle dużo wyborców SLD, że ponownie nie wchodzi on do Sejmu, na pewno nie jest liderowi tej partii przesadnie miły.

Obu formacjom zależy zatem na dobrym wyniku wyborczym. Obie – choć mają odmienne strategie na start wyborczy – chcą zachować polityczną podmiotowość.W wypadku Nowoczesnej widoczne jest to w dodatkowym, własnym programie samorządowym. W wypadku dokumentu, pokazującego polityczne priorytety Sojuszu, dostrzegalna jest chęć udowodnienia lewicowej wrażliwości partii i jej wyraźnego odróżnienia od Koalicji Obywatelskiej, z którą rywalizować będzie o głosy.

Zestawiając ze sobą wspomniane dwa programy można zobaczyć, jak różne wizje samorządu prezentują – a tym samym w jaki sposób nasze jesienne wybory wpływać będą na logikę działania władz lokalnych w naszej okolicy.

Dobrze i tanio?

W wypadku Nowoczesnej widać wyraźnie, że pragnie ona pozostać w konsekwentnie liberalnym nurcie programowym – również w zakresie swych postulatów samorządowych. Bodaj najwyraźniej widać to w postulacie uelastycznienia możliwości przekazywania realizacji zadań publicznych organizacjom pozarządowym czy podmiotom prywatnym.

Postulat ten grozi faktycznym rozmyciem odpowiedzialności władz samorządowych, które już w obecnych warunkach potrafią posuwać się do likwidowania placówek szkolnych lub umywania rąk w kwestii zapewniania dostępu do wysokiej jakości transportu zbiorowego – szczególnie poza większymi ośrodkami miejskimi.

Choć można zrozumieć argument o przyznaniu samorządom prawa do tworzenia bardziej elastycznej struktury organizacyjnej podległych im instytucji (co miałoby pewne zalety z poziomu realizowania spójnej polityki międzysektorowej) zasadnym wydaje się zadanie pytania o to, czy w obrębie już istniejących ram prawnych nie ma możliwości stymulowania współpracy między urzędami czy między samorządem a jego otoczeniem społecznym – słowem czy problem leży bardziej w praktyce działania niż w ograniczeniach legislacyjnych. Przykłady prowadzenia już dziś placówek kulturalnych czy mających organizować lokalną społeczność przez organizacje pozarządowe zdają się potwierdzać zasadność tych wątpliwości.

Innym nietrafionym politycznym priorytetem wydaje się również pomysł na górny pułap świadczeń socjalnych na gospodarstwo domowe.

Wpisuje się on w logikę limitowania dostępu do – i tak nieszczególnie hojnej, poza wpisywanym w obręb polityki rodzinnej programem 500+ – pomocy społecznej, która przez lata hodowała warunki do nawrotu prawicowego populizmu. Logiki, która długo pozostawała nieczuła na fakt, że do dziś mocno ograniczony jest chociażby dostęp do zasiłku dla bezrobotnych i która długo nie dopuszczała do siebie myśli, że przypadki przepijania pieniędzy z programu 500+ okazały się sięgać ułamka procenta pobierających świadczenie pieniężne.

Z logiki samorządowej elastyczności wywodzą się również i inne postulaty programowe o różnym poziomie atrakcyjności. Interesująco brzmi postulat umożliwienia ustalania podstawowej stawki podatku dochodowego w obrębie ściśle ustalonych ram (3 punkty procentowe mniej lub więcej niż bazowa stała ogólnopolska).

Z jednej strony mógłby on dać bardziej ambitnym władzom lokalnym więcej środków do prowadzenia aktywnej, progresywnej polityki. Z drugiej strony nie da się lekceważyć obaw, że nawet tak nieduża swoboda może skończyć się podatkowym równaniem w dół, którego negatywnych skutków nie zminimalizowałoby nawet postulowane przez Nowoczesną przeznaczenie środków z drugiej stawki podatku PIT na specjalną subwencję wyrównawczą.

Do postulatów skupionych na efektywności dodajmy jeszcze te „oszczędnościowe”. Część wydaje się symboliczna, jak chociażby zmniejszenie liczby radnych. Inne świadczą o dużo większych aspiracjach partii Lubnauer, tak jak w wypadku zachęcania do łączenia się gmin czy rozpoczęcia dyskusji o zasadności funkcjonowania powiatów.

Z pewnością składają się one na spójną wizję samorządu – choć niekoniecznie musi być ona atrakcyjna dla osób o lewicowych czy progresywnych poglądach. Ogólnie słuszne postulaty, dotyczące promowania zielonej energetyki, naturalnych barier przeciwko hałasowi zamiast wszędobylskich ekranów czy zwiększania ilości objętych ochroną obszarów przyrodniczo cennych to za mało, by rozwiać zastrzeżenia i wątpliwości co do sztandarowych pomysłów tej partii.

Socjalne priorytety

W wypadku SLD formacja ta z pewnością nie uniknie pytań o swoją wiarygodność czy skuteczność w realizowaniu własnych postulatów. Jeśli jednak brać zaprezentowany w tym roku program samorządowy na poważnie to wypada co najmniej ostrożnie pochwalić Sojusz za umiejętny dobór priorytetów oraz proponowanych rozwiązań.

Najbardziej zauważalnym zobowiązaniem – które zapewne będzie również najtrudniejsze w realizacji – to przeznaczanie 10% dochodów własnych gminy na remonty i budowę mieszkań komunalnych. W ofercie znaleźć się mają mieszkania dostosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami czy dla seniorek i seniorów, a zasady planowania przestrzennego mają być realizowane tak, by 20% danego planu zagospodarowania przeznaczone było na przestrzenie publiczne – w tym tereny zielone.

Przez dokument programowy przewija się trop obniżania kosztów życia na poziomie lokalnym.

Powszechne i darmowe mają w wizji Sojuszu nie tylko przedszkola, ale i żłobki. Upowszechniać się mają programy darmowych przejazdów transportem publicznym dla uczniów i osób po 65. roku życia, a już po sześćdziesiątce działać mają Karty Seniora, umożliwiające korzystanie ze zniżek i darmowych usług.

Najbardziej zauważalną różnicą programową w porównaniu z Nowoczesną wydaje się końcowy postulat realizacji większej ilości zadań i usług publicznych przez same samorządy, nie zaś firmy zewnętrzne. Wydaje się on być pokłosiem doniesień o kiepskich warunkach pracy i płacy, które jeszcze do niedawna panować miały w sektorze sprzątania czy ochrony.

Jeśli jakaś firma chciałaby pozyskać zamówienie, musiałaby zobowiązać się nie tylko do zatrudniania na podstawie umów o pracę (czego samorząd może wymagać już dziś), ale również płacenia co najmniej 3.000 zł brutto pensji swym pracownikom.

Wszystko to – podobnie jak i hasło opieki dentystycznej czy ciepłych posiłków w szkołach – to jak najbardziej lewicowe postulaty, skierowane do osób zainteresowanych aktywną rolą samorządów w zapewnianiu dostępu do wysokiej jakości usług społecznych.

Wyzwaniem – jak już wspomniałem – będzie przekonanie elektoratu do skutecznego ich wcielania w życie. Przy założeniu, że najczęstszym koalicjantem Sojuszu po wyborach będzie najpewniej Koalicja Obywatelska będzie to wymagać niemałych zdolności negocjacyjnych, jak również umiejętności efektywnego komunikowania sukcesów, kiedy już zacznie się je osiągać.

Demokracja – reaktywacja?

Jeśli opozycyjne partie polityczne na serio chcą ratować demokrację, wówczas muszą one umiejętnie realizować dwie, nierzadko pozostające ze sobą w niemałym napięciu kwestie.

Po pierwsze muszą być w stanie pokazać, że traktują swoje postulaty na serio i nie tworzą programów wyborczych wyłącznie dla sportu. Po drugie, powinny pokazać zdolność do negocjowania i zawierania produktywnych kompromisów.

W wypadku niezdolności do osiągnięcia porozumienia kluczowe staje się pokazanie źródeł podziału oraz jego wagi, na przykład w kontekście przyświecających im wartości.

Zasady te brzmią być może banalnie, ale w obliczu spowodowanego przez PiS moralnego wzmożenia nigdy dosyć ich przypominania – no, chyba że jesteśmy zainteresowani nie tyle odnową demokracji, co zastąpieniem nieliberalnego jej wariantu niedemokratyczną odmianą liberalizmu, odrzucającą rolę sporu o wizje świata i preferującą złożenie władzy w ręce „oświeconych” i „wiedzących więcej” technokratów.

Oby w trakcie – i już po – obecnej kampanii partie opozycyjne nie poszły w tę stronę.

Zdj. Łukasz Kamiński na licencji CC BY-SA 3.0 / Adrian Grycuk na licencji CC BY-SA 3.0

Cała ludność Nowej Zelandii (4,45 mln – przyp. red.) zmieściłaby się w mieście wielkości Melbourne. Mały kraj? Być może, ale i tak pełen wielkich idei i nowatorskich pomysłów. Kampania wyborcza Zielonych w 2011 r. nie była tu wyjątkiem. Nowozelandzkim Zielonym udało się zwiększyć poparcie aż o 65% – z 6,6 do 11,1% (za cel stawialiśmy sobie zdobycie co dziesiątego głosu). Parlamentarna reprezentacja urosła z 9 do 14 osób. Na kampanię udało się zebrać ponad milion dolarów nowozelandzkich (ponad 2,5 mln zł), co jest bardzo istotne w kraju, w którym nie ma publicznego finansowania partii politycznych.

Podstawą sukcesu było pokazanie, że mamy sprecyzowane cele, a nasz przekaz wyborczy odpowiada na podstawowe troski ludzi, dotyczące stanu gospodarki. Podsumowywał go zwrot „czysta, zielona pomyślność dla wszystkich w Nowej Zelandii”. Nasz program wyborczy pokazywał zielone spojrzenie na kwestie ekonomiczne, które okazały się kluczowym tematem dla wszystkich wyborczyń i wyborców, nie wyłączając zielonego elektoratu.

Za kampanię Zielonych podczas wyborów w 2008 i 2011 r. odpowiadał 10-osobowy sztab kampanii. Jego zadaniem było opracowanie strategii wyborczej (wraz z budżetem), zatwierdzanej przez zarząd partii. Gdy strategia otrzymywała zielone światło, sztab miał właściwie wolną rękę w kształtowaniu partyjnego przekazu, ustalaniu kalendarza działań oraz zatrudnianiu personelu. Dało nam to możliwość posługiwania się nowatorskim dizajnem i narzędziami marketingowymi, ale bez narażania partii na ryzyko utraty kontroli nad własnym przekazem.

Nasze postulaty podsumowywaliśmy w oświadczeniach prasowych i przemówieniach przy użyciu hasła: „zielona gospodarka, która pracuje dla wszystkich”. Sednem naszego przekazu były kwestie trwałego rozwoju oraz sprawiedliwości społecznej. W przekazie reklamowym kondensowaliśmy je jeszcze bardziej za pomocą sloganu „Aby Nowa Zelandia była bogatsza” (For a richer New Zealand), ubranego w starannie dobrany komunikat graficzny. Kombinacja słów i obrazów odwoływała się do najważniejszych wyzwań gospodarczych, ale zachęcała również do tego, by jej odbiorcy zastanowili się nad tym, co czyni ich życie prawdziwie bogatym.

Badania przeprowadzone po naszej udanej kampanii „Głosuj za mnie” z 2008 r. (w której wykorzystano apelujące do dorosłych postaci dzieci – przyp. red.), pokazały, że udało nam się skutecznie pobudzić emocje wyborców, ale musieliśmy uzupełnić przekaz obietnicami, które przypieczętują nasz „pakt”. Okazało się, że bardzo potrzebują oni emocjonalnej więzi z ugrupowaniem, przy którym postawią krzyżyk na kartce wyborczej. W kampanii wyborczej skupiliśmy się zatem na trzech priorytetach: rzekach, pracy i dzieciach. Trójka okazała się dla szczęśliwą liczbą: chwyciła w mediach, była łatwa do „obsłużenia” przez osoby kandydujące z ramienia Zielonych, a przede wszystkim łatwa do zapamiętania przez wyborców.

Nasze priorytety:

  • ŚRODOWISKO: Każda rzeka dostatecznie czysta, by móc w niej pływać
  • GOSPODARKA: Pobudzanie tworzenia zielonych miejsc pracy przy pomocy zachęt dla biznesu oraz przedsięwzięć publicznych
  • RÓWNOŚĆ: Wydobycie z ubóstwa stu tysięcy dzieci
  • Postulaty te – którym towarzyszyły staranne wyliczenia dotyczące kosztów ich realizacji – wskazywały, co trzeba zrobić, aby uczynić Nową Zelandię krajem autentycznie bogatszym dla wszystkich, pozwalając zarazem na przestawienie gospodarki na bardziej zielone tory. Odsłaniając nasze priorytety, mieliśmy czas na przekonanie ludzi, że możemy za ich pomocą wzbogacić kraj. Pomogliśmy w ten sposób również kandydatkom i kandydatom w posługiwaniu się prostym, optymistycznym i zrozumiałym językiem, co przyniosło nam rekordowe poparcie.

    Kampania miała trzy etapy:

    1. Pobudka dla partii i wyborców – to rok wyborczy!

    Zaczęliśmy do od „kampanii otwierającej”, mającej na celu pobudzenie naszych struktur oraz zaangażowanie opinii publicznej. W jej trakcie mogliśmy zorientować się, nad jakimi problemami organizacyjnymi musimy jeszcze popracować. „Czego pragniesz od przyszłości?” – to pytanie umieściliśmy na rozdawanych ludziom ulotkach. Z całego kraju spłynęły do nas zdjęcia z ludźmi trzymającymi te ulotki z napisanymi na nich odpowiedziami. Umieściliśmy je na naszym koncie na Facebooku, tak by ludzie mogli udostępniać je i dzielić się własnymi przemyśleniami.

    2. Mówimy czego chcemy – tworzymy naszą tożsamość

    Po zakończeniu kampanii otwierającej skupiliśmy się na budowie wizerunku naszej partii jako niezależnej i wyjątkowej formacji na scenie politycznej. Zadeklarowaliśmy, że po wyborach będziemy preferowali współpracę z (lewicową) Partią Pracy, nie wykluczając jednak możliwości szukania wspólnych punktów z (prawicową) Partią Narodową. Podkreślaliśmy zarazem, że między nami a prawicą istnieją olbrzymie różnice programowe, poważnie utrudniające współpracę tego typu.

    Ogłosiliśmy to stanowisko w czerwcu, tuż po przyjęciu go przez doroczny kongres partii. Było ono wiarygodne, zdarzała się nam już bowiem współpraca z Partią Narodową w konkretnych sprawach (takich jak publiczne wsparcie dla termorenowacji czy stworzenie krajowej sieci rowerostrad). Nie przeszkadzało nam to jednak w byciu bardzo krytycznymi wobec polityki tej rządzącej krajem partii, np. w kwestii wydobywania surowców naturalnych na obszarach parków narodowych, co zresztą dzięki naszym wysiłkom udało się powstrzymać. Nasza niezależna, oparta na zielonych wartościach pozycja zwiększyła wiarygodność naszych propozycji i pozwoliła na pokazanie, że naprawdę zależy nam na wdrożeniu dobrych, zielonych rozwiązań zamiast utrzymywania status quo. Zielony przekaz był jasny – chcemy konkretnych zmian na lepsze i będziemy działać na rzecz ich realizacji, niezależnie od tego, która partia będzie rządziła.

    3. Przypieczętowujemy pakt wyborczy – wszyscy są po naszej stronie, a Ty?

    Wczesne ogłoszenie naszych trzech priorytetów było kluczowym dla naszej kampanii posunięciem. Dzięki temu uniknęliśmy kolizji z ważnymi przedsięwzięciami sportowymi, takimi jak mistrzostwa świata w rugby na przełomie września i października. Między czerwcem a wrześniem zorganizowaliśmy wydarzenia wokół odkrywanych przez nas kolejno kart – priorytetów programowych dotyczących dzieci, rzek i miejsc pracy. Połączyliśmy je z pocztową dystrybucją ulotek, w trakcie której wprowadziliśmy w obieg hasło „bogatsza Nowa Zelandia”, przybliżyliśmy nasze trzy priorytety, potwierdziliśmy nasze pozycjonowanie na scenie politycznej i przypomnieliśmy nasze dotychczasowe osiągnięcia. Jasny, prosty przekaz bardzo pomógł w prowadzeniu kampanii w cieniu mistrzostw świata w rugby, które skończyły się na miesiąc przed wyborami. Dzięki wcześniejszemu startowi mogliśmy skupić się na nieustającym powtarzaniu naszego hasła oraz priorytetów.

    Trzymaliśmy rękę na pulsie, jeśli chodzi o wykorzystanie nowych technologii. Wiedzieliśmy, że nasi wyborcy są na ogół młodsi niż wyborcy innych partii i łatwiej ich spotkać w internecie. Wykorzystując doświadczenia z kampanii, która Zielonym w Australii dała pierwszego w historii posła (w Melbourne), wykorzystaliśmy hasło „Make History Tomorrow” i zainwestowaliśmy sporo środków w jego promocję. Aby dotrzeć do wyborców, korzystaliśmy zarówno bezpośrednio z naszych list kontaktowych, jak i z reklamy w internecie. Na dzień przed wyborami nasz baner wisiał na głównej stronie internetowego wydania dziennika „New Zealand Herald”.

    Wzbudzenie w ludziach poczucia mocy oraz wpływu na rzeczywistość było wielkim sukcesem naszej kampanii i ludzi w nią zaangażowanych. Udało się nam zgromadzić rekordową liczbę wolontariuszek i wolontariuszy. Nasz „zielona maszyna” – specjalna platforma internetowa – pozwalała im na zalogowanie się i wypełnianie różnorodnych misji, od polubienia naszego profilu na Facebooku począwszy, po zapisanie się do partii, pomoc w rozdawaniu ulotek koło zakładów pracy, kampanię „od drzwi do drzwi”, pisanie listów do prasy i inne zadania, które zmieniały się w zależności od aktualnego zapotrzebowania. Zrealizowanie zadania sprawiało, że wolontariusz/ka otrzymywał/a gwiazdkę – rywalizacja o nie była gorąca!

    Stworzyliśmy również internetowy „silnik dzwoniący”. Projekt ten wykorzystywał naszą bazę kontaktową i pozwalał członkom i sympatykom na jej wykorzystanie do dzwonienia z własnych domów w dzień wyborczy do sympatyczek/sympatyków i nawoływanie ich do pójścia na głosowanie, jako że nie jest ono w Nowej Zelandii obowiązkowe. W ten prosty sposób udało się im obdzwonić 3 tysiące osób. To oczywiście tylko niewielka część wszystkich działań, które sprawiły, że kampania skończyła się dla nas takim sukcesem.

    Po wyborach stało się jasne, że Nową Zelandię czekają kolejne trzy lata konserwatywnego rządu sprzyjającego interesom wielkich korporacji. Musi on teraz jednak mierzyć się z silniejszą, zieloną reprezentacją parlamentarną, pokazującą alternatywy dla jego polityki i dotrzymującą obietnicy pamiętania o rzekach, miejscach pracy i dzieciach. Silny zielony głos walczy z cięciami w świadczeniach społecznych, prywatyzacją, manią wydobywania surowców na obszarach chronionych przyrodniczo, promując jednocześnie wizję „współczującej ekonomii” i proponując inteligentne, zrównoważone i trwałe alternatywy, będące znakiem rozpoznawczym zielonej polityki.

    Artykuł pochodzi z czasopisma australijskich Zielonych „Green Magazine”. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk. Przeł. Bartłomiej Kozek.

    Czy wiesz, że…

  • Kampania wyborcza w dzień wyborów jest w Nowej Zelandii nielegalna, podobnie jak rozdawanie materiałów nazbyt podobnych do kart wyborczych. Rozdawanie materiałów instruujących „jak głosować” jest przestępstwem.
  • Nowa Zelandia ma Mieszany System Proporcjonalny (Mixed Member Proportional – MMP), co w praktyce oznacza, że liczba miejsc w parlamencie w wypadku Zielonych zależy od liczby głosów oddanych na listę partyjną (część miejsc przydzielana jest w ramach jednomandatowych okręgów wyborczych – przyp. red.). Spędzamy dużo czasu zachęcając wyborców, by zamiast na naszych kandydatach, skupili się na głosowaniu na listę partyjną.
  • Głosowanie w Nowej Zelandii nie jest obowiązkowe, a frekwencja rośnie wraz z wiekiem, co dla Zielonych oznacza dużą pracę nad mobilizacją swojego – głównie młodego – elektoratu.
  • Wybory w 2010 r. obwołano pierwszymi naprawdę „internetowymi” wyborami w Australii. David Paris, koordynator zielonej kampanii w internecie, opowiada, w czym pomaga Facebook, w czym Twitter, a w czym może pomóc niepozorny email. (więcej…)