Ktoś, kto kocha konie i dostanie od nich tyle, ile ja dostałam – nie jest w stanie pogodzić się z tym, że można je traktować jako „przysmak” kulinarny. (więcej…)
Zarówno w sporcie wyczynowym, jeździe rekreacyjnej, terapii osób niepełnosprawnych, koń i jeździec stanowią zgrany, rozumiejący się bez słów, zależny od siebie zespół. (więcej…)
Jazda konna to sport dla elit. Jest droga. A upadki są groźne. Czy na pewno? Ewa Krzakowska-Łazuka obala mity na temat jeździectwa. Kolejna część eseju o koniach i ludziach. (więcej…)
W pewnym momencie konie zajęły w moim życiu tak ważne miejsce, że to, co było przed nimi – wydaje mi się grubym nieporozumieniem. Konstelacja myśli, doznań, zajęć i spraw, w której są tylko niewyraźnym obłokiem niespełnionego marzenia, czymś, co niby jest i istnieje, ale jest niedostępne i nieoswojone – układa mi się teraz jako coś nierealnego.
Jeśli taki amorficzny daleki obłok w pewnym momencie zniży się na wyciągnięcie ręki, pozwoli dotknąć, a przeczuwany kształt zacznie się pod dotykiem wyostrzać – trudno o tym pisać, bo słowa trywializują i zniekształcają.
Już sama próba ubrania w słowa „poezji w ruchu” – bo tym właśnie są konie – opatrzona jest ryzykiem. Mówi się, że jeśli Bóg stworzył coś piękniejszego – ukrył to przed nami. Nie obnosiłabym się z miłością do nich, gdybym widziała w nich wyłącznie czysto zewnętrzne piękno. To znacznie więcej. Trzeba tylko zbliżyć się do nich dostatecznie blisko. „szlachectwo bez dumy, przyjaźń bez zazdrości, piękno bez próżności”… Przyszła mi kiedyś do głowy wizja zaświatów, w których zabrakło dla nich miejsca. Pomyślałam, że wybrałabym wtedy, chyba, ziemski epilog, bo byłoby to tak smutne i rozczarowujące. Jeśli odczytacie to jako przejaw egzaltacji powiem wam, że podobną myśl miał jeden z korespondentów Theodore’a Roosevelta („Boże uchroń mnie przed niebem, w którym nie byłoby koni” – pisał w liście do amerykańskiego prezydenta). Odkryłam to niedawno i pomyślałam, że nie jest jeszcze ze mną tak źle i że coś w tym musi być, skoro rozmaitym ludziom, niezajmującym się na co dzień rozpamiętywaniem wieczności, przychodzą takie rzeczy do głowy.
Dlaczego uważam, że powinnam przekonywać do koni i jazdy konnej. Bo zaczęłam późno. Pierwszy raz siedziałam na koniu po trzydziestce. Bo zawsze wydawało mi się, że jestem osobą o bardzo niskich możliwościach i tolerancji na wysiłek fizyczny. Co tu dużo mówić – fajtłapa. Bo „od zawsze” przez prawie 20 lat, dzień w dzień bardzo skutecznie uprzykrzał mi życie ból kręgosłupa i nic nie pomagało – a teraz już prawie o tym nie pamiętam. Wystarczyła godzina w tygodniu. Dłuższe przerwy pomiędzy jazdami nie powodują nawrotu dolegliwości. Przestałam się też zupełnie przeziębiać, choć jeździ się także w zimie przy -20 st. i często schodzi z konia w mokrej od potu koszulce. Dlaczego? bo choć drętwieją wtedy z zimna ręce i nogi – człowiek nie jest w stanie bez tego żyć i czekać do wiosny na lepszą pogodę. Bo zauważyłam, choć w innych sprawach mam umiarkowaną siłę perswazji, że kiedy zaczynam mówić o koniach, ludzie zaczynają słuchać. I mówią, że rozpalają mi się oczy. Bo to było marzenie, które nie miało się już spełnić. Mogłabym tak jeszcze długo. Mam jednak pragmatyczny cel. Jeździectwo w piękny sposób pogłębia kontakt z ludźmi (nie powiem o tym nic więcej, bo to materiał na traktat filozoficzny) i jest mi po prostu przykro, że część z Was może nie znać tego stanu odurzenia szczęściem, harmonią i poczuciem wolności. Część z Was dobrze wie, o czym mówię i pewnie się już uśmiecha. Wpadłam jak śliwka w kompot, czego i Wam życzę.
Dlaczego tak późno?
Właśnie. Czas bez koni w swoim życiu odbieram jako rodzaj nieświadomej ascezy przez ignorancję. Tym bardziej, że ta miłość była zawsze. Nieskonsumowana wisiała nade mną jako ten obłok. Kiedy byłam mała, a widok ciągnącego wóz konia nie był czymś niecodziennym na ulicach miast, moja mama musiała stać ze mną tak długo, aż „konik” nie zniknął z pola widzenia. Przekonywałam rodziców, żeby konia trzymać na balkonie. Dramatem mojego dzieciństwa było to, że rodzina, u której spędzałam na wsi wakacje, konia nie miała. Doprowadzałam ich do rozpaczy, znikając nie wiadomo gdzie i kiedy, zabierając się „w siną dal” na jadących na żniwa wozach. Wystawałam godzinami w stajniach, gapiąc się na konie. Do tej pory pamiętam wygląd i maść każdego z nich. Rzadko bawiłam się w sklep i tego rodzaju rzeczy. Z koleżanką bawiłam się w konia i woźnicę. Zaczyna się robić groźnie? To poprzestańmy na tym. Później był nabierający przyśpieszenia życiowy kołowrót. A jeszcze później, po kolejnych studiach, nie mając obok nikogo, kto mógłby mnie wyprowadzić z błędu, mieszkając w Warszawie w najbardziej konnej dzielnicy, stwierdziłam, że jestem po prostu „za stara na tak wymagający sport”.
Współczesna kultura prawie zupełnie wyparła konie i jazdę konną z żywego krwiobiegu. I choć daje się pod tym względem zaobserwować od jakiegoś czasu zmianę na lepsze, jakąś oddolną społeczną potrzebę, to instytucje, które powinny czuć się zainteresowane promocją jeździectwa, wciąż słabo się sprawdzają. Jeśli w rodzinie nie podtrzymywano takich tradycji lub nie miało się kogoś takiego w bliskim otoczeniu (ja nie miałam) – można dożyć swoich dni, kierując się tak fałszywym przeświadczeniem. „Jest za późno. Muszę sobie darować”. Czy zwróciliście kiedyś uwagę, kto stoi na podiach prestiżowych zawodów jeździeckich? Kobiety razem z mężczyznami (a to już w sporcie ewenement, przeczący stereotypom słabej płci). Bardzo często osoby w wieku powyżej 40-50 lat. Na Olimpiadzie w Londynie zespołowo zwyciężyła reprezentacja Wielkiej Brytanii, która składała się z zawodniczek i zawodników w wieku 31, 35, 41, 43 i 53 lat. Reprezentant Japonii Hiroshi Hoketsu wystąpił na tych samych igrzyskach w wieku 71 lat!
Jeździectwo jest sportem, w którym ogromne znaczenie ma doświadczenie. Nie ma jednak górnej granicy wieku dyskwalifikującej kandydFot. Beata Nowakata na jeźdźca (dzieci nie powinny zaczynać wcześniej niż w wieku 6-7 lat). Jedna z moich instruktorek ostatnio nauczyła jeździć od podstaw osobę 72-letnią. Znam jednak jeszcze bardziej imponujący przypadek. Byłam kiedyś na pokazie dokumentu o pewnym słynącym przed wojną z wirtuozerii w siodle, żyjącym obecnie w Anglii kawalerzyście, który dzięki swym niepospolitym umiejętnościom, mając po wojnie 50 funtów w kieszeni, w trudnej życiowo sytuacji, przeniknął do hermetycznych kręgów tamtejszej arystokracji. Po filmie połączyliśmy się z bohaterem filmu za pomocą Skype’a. Na ekranie pojawił się 89-letni dziarski starszy pan, który przeprosił nas za spóźnienie „ponieważ właśnie zszedł z konia”. Pomyślcie tylko, jak długo będziecie mogli się cieszyć tym sportem, kiedy już zaczniecie!
„Koń, jaki jest, każdy widzi”… Niezupełnie.
No więc żyłam sobie z tym swoim niespełnionym uczuciem do koni. Spacerując z psem w pobliżu jednej ze stajni, wspinałam się na palce i zaglądałam do boksów przez zakurzone okienka. Odprawiałam ten nielicujący z powagą wieku rytuał każdorazowo, gdy byłam w tym miejscu, ale nie przyszło mi do głowy, żeby zdobyć się na refleksję, dlaczego to robię i czy może jednak nie dałoby się czegoś z tym zrobić. Kiedyś weszłam do środka. W przejściu ktoś przygotowywał do jazdy dużego, karego konia. Wydał mi się przerażająco wielki. Bałam się zbliżyć. To naturalna reakcja każdego, kto nie poznał bliżej tych zwierząt. Dobrze o tym pamiętać, bo bardzo często ktoś mówi „Ja tak lubię konie, chętnie bym spróbowała, ale się ich boję”. Ważący często ponad pół tony koń z łatwością mógłby zrobić nam krzywdę. Nie robi tego, bo jest (jeśli tylko ktoś nie wyrządził mu wcześniej krzywdy) wrażliwą, przyjacielską, ufną, znajdującą satysfakcję w harmonijnym współdziałaniu z człowiekiem istotą.
To było jedno z tych nieoczekiwanych wspaniałych odkryć: koń nie różni się zasadniczo pod tym względem od psa czy kota. Potrafi sprytnie i bardzo skrupulatnie rewidować kieszenie i zakamarki toreb w poszukiwaniu marchewek. Zamierać i mrużyć oczy pod dotykiem głaszczącej ręki. Tylko dwa ze znanych mi koni, tuż po jeździe, dokładnie tak jak robią to koty, ocierają się o mnie głowami. Nie wyglądam wtedy najbardziej schludnie, ale za każdym razem cieszę się jak dziecko, bo te dwa – to te, które najwięcej mnie nauczyły i z którymi łączy mnie najsilniejsza więź. I co ważne, nie zmusicie ich, by zachowywały się tak wobec każdego. Konie mają bardzo dobrą pamięć. Są pod tym względem za słoniami. Osoby, które piszą artykuły na temat zawartości tłuszczu w koninie, powiedzą wam, że to naiwne marzycielstwo i czysto behawioralne odruchy. Nie wierzcie. Nie dalibyście sobie przecież wmówić, że relacja z waszym psem czy kotem sprowadza się do czegoś takiego.
Jedna z definicji hipoterapii mówi, że to „wieloprofilowa metoda terapeutyczna usprawniająca funkcjonowanie w sferze ruchowej, sensorycznej, psychicznej i społecznej”. Poprawa funkcjonowania w wymienionych obszarach obserwowana jest u osób z bardzo poważnymi schorzeniami układu kostno-mięśniowego, problemami neurologicznymi czy upośledzeniami umysłowymi. Rewelacyjne oddziaływanie hipoterapii widoczne jest m.in. u osób z autyzmem, zespołem Downa, stwardnieniem rozsianym, po udarach, w przypadku wad rozwojowych i amputacji kończyn.
Koń inaczej, z większą troską i ostrożnością odnosi się do osób chorych niż zdrowych (prawidłowość tę potwierdzają także polscy naukowcy zajmujący się tą problematyką). Do stajni, w której bywałam, przychodził pewien starszy pan. Jeden z koni zaliczał się do kategorii tych bardziej wymagających i potrafił zrzucić. Jedyną osobą, wobec której nigdy tego nie robił, był pan Władysław. Traktował go wyjątkowo. Pan Władysław jeździł konno lepiej niż większość z nas. Nie przyszło mi nawet do głowy, że może być osobą autystyczną, tym bardziej, że pacjenci z poważniejszymi schorzeniami i zaburzeniami korzystają najczęściej z fizjoterapii na koniu, która ogranicza się do jazdy stępem na odpowiednio przygotowanym i dobranym koniu pod okiem wykwalifikowanego hipoterapeuty. (Droma – bo tak miał na imię koń, który tak delikatnie traktował pana Władysława – w końcu wysłano do rzeźni. Za dobrą i ciężką pracę. Sporo się nagimnastykowałam, żeby ustalić, co z nim zrobili, bo oczywiście oficjalnie wysyłają konie na „wspaniałą i zasłużoną emeryturę”. Nie dali nam nawet szansy go uratować.)
Do odmian hipoterapii zalicza się także m.in. psychopedagogiczną jazdę konną i woltyżerkę, terapię kontaktu z koniem (bez konieczności dosiadania go) oraz rekreacyjną i sportową jazdę konną. Korzyści terapeutyczne każdej z wymienionych form leczniczego oddziaływania jazdy i kontaktu z koniem uzyskują także osoby zdrowe lub cierpiące z powodu mniej poważnych dolegliwości psychofizycznych. Jazda zalecana jest przy zaburzeniach emocjonalnych, uzależnieniach, depresjach, w przypadkach niedostosowania społecznego. Działa zbawiennie przy problemach układu krążenia i układu oddechowego.
Prawdziwe cuda zdziałać może hipoterapia w przypadku wad postawy, bólów pleców czy karku. To właśnie mój przypadek. Mniej więcej pół roku od rozpoczęcia przygody z jeździectwem ze zdziwieniem i ulgą stwierdziłam, że przestał mi dokuczać ból pleców. W przypadku osób cierpiących na dolegliwości związane z nieprawidłową postawą i skrzywieniami sprawą kluczową jest wymuszana przez ruch konia oraz tzw. prawidłowy dosiad kontrola pozycji siedzącej. By efektywnie współgrać z koniem, nie możemy siedzieć byle jak, ponieważ to dzięki prawidłowemu ułożeniu ciała w dosiadzie jesteśmy w stanie oddziaływać na konia (co najlepiej widać w jeździe na oklep).
Ruch konia (jazda konna to w swej początkowej fazie nauka łapania równowagi) przywraca zachwianą symetrię mięśni tułowia, uaktywnia partie mięśni odpowiedzialne za utrzymywanie kręgosłupa w pionie. Dokonujące się na skutek naprzemiennego kołysania poruszającego się stępem, kłusem i w galopie konia napinanie i rozluźnianie mięśni działa jak relaksujący masaż, czemu dodatkowo sprzyja to, że temperatura ciała konia jest wyższa niż człowieka, co potęguje efekt rozluźnienia.
Mówi się, że konia ze względu na motorykę jego chodów, do których nasze ciało musi dopasować się podczas jazdy, porównać można do bogato wyposażonego gabinetu fizjoterapeutycznego z bieżnią, wałkami, materacami, piłkami, ciężarkami, urządzeniami do stretchingu itd. To prawda. Odczujemy to już po pierwszych jazdach, kiedy po zejściu z konia ze zdziwieniem odkryjemy, że mamy mięśnie i ścięgna, o których dotychczas nie mieliśmy pojęcia. W takim przypadku dobrze sprawdza się zasada „ból bólem zabijaj”. Radzę powtórzyć lekcję jazdy i problem zakwasów znika. (Boli tylko za pierwszym razem!)
Jazda konna jest dobrodziejstwem w przypadku osób, dla których mechaniczne powtarzanie ćwiczeń na siłowni, w klubie fitness czy na dywanie w domu stanowi formę udręki. Nie tylko przez wpisany w nią kontakt z żywą istotą (argument kluczowy dla miłośników zwierząt). Jedną z fenomenalnych rzeczy w jeździectwie jest to, że w trakcie jazdy nie koncentrujemy się na wykonywanym wysiłku, choć jest naprawdę znaczny, a jazda jest jednym ze sportów, w których spalamy najwięcej kalorii (w zależności od chodów konia w ciągu godziny spalić można nawet do 800).
Stajenne fitness rozpoczyna się już od etapu czyszczenia i przygotowywania konia do jazdy (należy unikać miejsc, w których nie pozwalają wam tego robić samodzielnie). Trzeba się głęboko schylić po kopyto, oprzeć nogę konia na własnym udzie, przydźwigać z siodlarni ciężkie siodło, wspiąć się wysoko na palcach, żeby założyć konikowi ogłowie i mnóstwo innych oddziałujących na różne partie ciała ruchów, przy których nie myślimy „O matko! Długo jeszcze?! Ależ nuda”. Bardzo szybko stracicie brzuszek, przestaniecie się garbić, wzmocnicie ramiona, mięśnie pośladków, ud i łydek.
Jazda konna dokonuje cudów także w sferze poznawczo-sensorycznej i intelektualnej. Wpływa na to bogactwo bodźców takich jak zapach, dotyk, dźwięki, z którymi na co dzień człowiek nie ma już kontaktu – wszystko to stymuluje percepcję i odbiór wrażeń. Świat staje się wyrazistszy, patrzymy na różne sprawy z większym dystansem. Konieczność ciągłej obserwacji zachowań naszego konia poprawia nam także koncentrację. Po godzinnej jeździe ze wstrętem odrzucicie myśl o kolejnej filiżance kawy, bo będzie was rozsadzać energia. Wiem, co mówię, bo często schodzę z konia po 22.00.
A czy są jakieś zdrowotne przeciwwskazania? Tak. Skolioza powyżej 20 st. wg Coba, odklejanie się siatkówki, uczulenie na sierść konia. Przy poważniejszych schorzeniach niezbędna jest konsultacja z lekarzem.