MOTTO:

Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.

Jednym z układów w pokerze w polskiej akademii jest ręka znana jako Polak Wielki Zagranicą. Jest to odpowiednik pokera, hasło-klucz do stratosferycznej kariery. Nic dziwnego, że jego tajemnica jest strzeżone z taką zaciekłością. W sumie stosunkowo łatwo jest sprawdzić, co się dzieje – oczywiście, jeśli ktoś wie, czego szukać i gdzie. Ale jeśli wie, to na ogół siedzi cicho i gra w to samo, bo pewnie trzeba być frajerem żeby z tego zrezygnować, albo żeby się narażać zabierając głos? Albo mieć inny system wartości. Wbrew pozorom, sporo polskich uczonych ma inne wartości niż akademiccy pokerzyści i obchodzi ich nauka – nie chcą grać w pokera, w ogóle nie chcą w nic grać, tylko spokojnie pracować. Rozjuszeni pokerzyści przeszkadzają jednak w pracy. Zerknijmy więc na tych graczy. Jak to jest że ci Wielcy Zagranicą tak często są za granicą praktycznie nieznani? Ba, jak to jest, że to co oni opowiadają, że zagranicą się dzieje, często nie ma rąk, ani nóg ani nie trzyma się kupy?

Odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta. Gra w pokera nie bez powodu kojarzy się z blefem. Ci Wielcy często blefują aż dudni, mniej lub bardziej elegancko, naciągają fakty, bezczelnie dopisują sobie afiliacje, ze zbiorowego projektu wyciosują w CV visiting professorshipy, wciskają się na stypendia dla dla młodych pracowników nauki, a potem głoszą, że byli na profesorskim megawypasie, cytują durne strony fejsbukowe, tak jakby naprawdę znali sławne zagraniczne koleżanki i kolegów i jakby sobie przy piwie pogadywali to o „żurnalach”, to o tym, kto z kim śpi. Opowiadają legendy o tym, jak to znana zagraniczna uczelnia prosiła ich, by się na niej zatrudnili, oczywiście na stanowisku profesora (takie rzeczy może się i zdarzały w latach 1980, teraz na każde stanowisko są dziesiątki, a nawet setki kandydatów i polskie podania nie bywają nawet „longlistowane” głównie z powodu braku jakiejkolwiek polityki akademickiej naszego państwa od kilkudziesięciu lat). Bywa, że wchodzą w wielki świat postkolonialnym półgębkiem, publikując z kimś znanym tekst, który potem jest cytowany przez pokolenia doktorantów i wystukują sobie parametry – jednak nie chce im się nauczyć, jak naprawdę pisać i publikować, ani uczestniczyć w życiu środowiska, więc dalej jadą już na wyłącznie gapę. Wyjeżdżają za publiczne pieniądze swoich polskich uczelni na staże i konferencje, plotą trzy po trzy, nikt ich nie słucha, a potem wracają i odpowiadają o swoich niebotycznych sukcesach. Trudno się dziwić. To nadal jest najprostszy przepis na sukces.

Swoich prawdziwie wielkich zagranicą Polacy nie lubią, skazują na naukową banicję – bo Żyd, bo baba, bo o co tu kurka chodzi. Niestety, trzeba czytać, żeby na bieżąco rozumieć „o co cho” w nauce, a komu by się chciało? O ileż łatwiej bez czytania wielbić celebrysorów, co to wypowiadają się w gazetach na każdy możliwy temat. Jesteśmy po prostu narodem prekursorów feniomenu cancel culture. Mistrzowie kancelacji przy rosole. Jeszcze gorzej jest z tymi Polakami, którzy nigdzie nie są szczególnie sławni, ale za to autentycznie uczestniczą w życiu naukowym zagranicą, na zaproszenie i z finansowaniem z zagranicznych instytucji akademii. Elity polskiej akademii wychodzą po prostu z siebie, by ich jakoś uciszyć, unieważnić, „zniknąć”. Nie jest to szczególnie dziwne w kontekście tego co napisałam tu wyżej. Ich głos jest poważnym zagrożeniem dla blefujących graczy. Jeszcze – nie daj Boże! – ktoś usłyszy, posłucha, a potem sam sprawdzi i zobaczy, co naprawdę ściskają w garści ci wszyscy pokerowi Polacy Wielcy Zagranicą.

To nie jest, niestety, tylko parada złotych Neronów, na którą można przymknąć oczy, albo nawet się z niej pośmiać i wrócić do własnej pracy. Przede wszystkim to potwornie demoralizuje. System celebrujący fałsz, zań nagradzający, wysyła mocne i bardzo niewłaściwe sygnały uczestnikom. Co bardziej sprytni szybko się uczą naśladować Neroniczne wzorce – o wiele szybciej niż zajmuje nauka pisania porządnego tekstu. Pozostali mają do wyboru cichą desperację, wieczne rozgoryczenie, albo znalezienie sobie innej pracy. Poza tym ktoś tych Neronów musi dźwigać na swych barkach. Oni sami nie tylko autentycznie nie mają jak się ruszać, ani nie mają w tym kierunku skłonności. Robią to inni, na ogół sprekaryzowani i młodsi uczestnicy systemu. Uczelnia zapisuje się na milion doskonałych programów sukcesu zwieńczonych megapublikacjami w superpismach. Ktoś jednak musi te badania wykonać i te teksty napisać. Z projektowych środków zatrudnia się na groszową umowę zlecenie lub na nędzny czas określony osoby, które wiedzą jak to zrobić i które to zrobią. Zrobią i mogą odejść (wiemy z brzydkiego przysłowia, o kim tak mówiono – to jest ta właśnie rola społeczna). Neronowie zostaną i będą obsypani złotymi nagrodami, honorami, zaszczytami, pieniędzmi – ponownie, bo już gratulowano im gdy dostali te programy i projekty do realizowania. Dostaną pod opiekę kolejne instytucje i struktury, będą uczyć innych jak robić badania, jak pisać teksty, jak publikować. Będą puszyć się i wystawiać pierś do kolejnych nagród. Prekaryjni pracownicy, którzy wykonali całą pracę znikną, pójdą sobie gdzieś, może do korpo, może w niebyt. Może za granicę. I znowu nikt nie powie „sprawdzam”, a zresztą – kto za kilka lat będzie jeszcze wiedział, czym się różni kareta asów od dwóch par. Co jest asem, a co nie definiuje ten, kto został nagrodzony za asy. I tyle.

–––––––––––

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.

MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.

Skoro mamy merytokrację i zarządzanie różnorodnością w jednej wspaniałej pigułce – także w akademii jest to naszym celem i ideałem – to czemu, do stu tysięcy mizerii, wszyscy ludzie sukcesu są bardziej podobni do siebie niż żołnierze terakotowej armii Pierwszego Cesarza Qin?

Zauważyliście jak bardzo podobni są do siebie „sławni i wielcy ludzie” naszych czasów? Autorytety? Eksperci? Elity? Niby mamy te wszystkie „różnorodności” i o tym się ciągle mówi, jaki to postęp, że takie kategorie jak: „kobieta”, „czarnoskóry”, „LGBT” są reprezentowane w ważnych instytucjach społecznych, że trzeba dołożyć wszelkich starań, by ich udział procentowy był jak najwyższy. Ale gdzie mamy dzisiaj tych wszystkich Johnów Bergerów, Pole Negri, Himilsbachów, Piafki, Armstrongów, gdzie Kariny Boye, gdzie Fridy Kahlo? Gdzie są te wszystkie perły znalezione, odkryte, wspierane przez mentorów i odkrywców talentów? Gdzie te burzliwe życiorysy, wielkie próby i kolosalne błędy, niecenzuralne biografie, nieposkromione marzenia? Czyż nie jest miło i spokojnie w elitach, a poza nimi burzy się i wichrzy tłuszcza? Czyż może wręcz nie jest tak, że ta sama warstwa społeczna wypączkowała swoje własne różnorodności: klony-kobiety, klony-czaroskórych, klony-lewicowców, klony-postępowców? Obsadza nimi wolne miejsca, może nawet na pięknych i szczytnych zasadach parytetów. Ale jednak – w świecie gdzie „najlepsi wygrywają” i panuje diversity management wszyscy są zadziwiająco house clean i kończą te same szkoły.

Prawdziwa różnorodność wymaga pracy systemu i jego otwartości na własne marginesy, na to co odmienne, niespodziewane, nieprawdopodobne. Prawdziwy postęp społeczny polega na demokratyzacji i używaniu wielu talii kart, nie na dobieraniu mniejszości z tej samej talii. Powinna istnieć funkcja społeczna polegająca na poszukiwaniu osób z wartościowym potencjałem do wykonywania pracy w różnych ważnych dla systemu miejscach, takich jak akademia. Powinno się szukać szeroko i głęboko – to jest prawdziwe zarządzanie różnorodnością. Na różnych marginesach, w różnych przestrzeniach, które pomijane były w tradycyjnej akademii. To jest demokratyzacja. Merytokracja ani jednego, ani drugiego nie zapewni. Socjolog Michael Young ukuł ten termin jako opis indywidualistycznej dystopii o ostrych i twardych podziałach między klasami. Co więcej, taki system tworzy szczególny rodzaj negatywnej kultury, charakterystyczny dla współczesnej akademii, także polskiej.

Ludzie, którzy wygrywają w merytokratycznych wyścigach – „winnersi” – bywa, że czują podświadomie, że coś się nie zgadza, że wygrywają nie w tym, w czym startowali. Są różne sposoby żeby sobie radzić z tym dysonansem. Farmaceutyki to jeden z nich, poza tym stare i nowe używki, pomysły na ugłaskanie pustki takie jak impostor syndrome (to się leczy, a lecząc płaci, a nie uczy i pracuje, żeby przestać być „impostorem”). W Polsce często dochodzi do tego agresja, impuls by nie patrząc w tę stronę skąd pochodzą inne głosy, sięgnąć i zabić. Nie widząc efektu prawdziwej pracy w dziedzinie gdzie jest się „winnersem” (prawda, że lepsze słówko niż „dziaders”?), można bardziej zawzięcie próbować udawać, że jest się najlepszym i zasłużonym. Gdy wszyscy królowie ubrani są w takie same nowe szaty, cały biznes mody opiera się na tym, jak skutecznie oczyszczono z dzieci ulice miast.

Inna metoda to nagrody i wyróżnienia za wszystko, łącznie z rzeczami, które jeszcze niedawno były honorowe. Jest to praca społeczna dla społeczności i spłacanie długu wobec społeczności, połączone z uczeniem się profesji. Jakiś czas temu powstał pomysł, by wystawiać dyplomy uznania za każdą wspólnotową działalność. Jest to coś w rodzaju uścisku dłoni prezesa i jako takie ma swój sens. Jednak w momencie, gdy czyni się z tego brylantowe osiągnięcie, którym elita się szczyci i za które jest obsypywana nagrodami (takie nagrody wysyłają bardzo silny sygnał w system: „idźcie tą drogą”, o nagrodach napisze innym razem). To poprawia samopoczucie elitom – nawet nie muszą już „cierpieć” na impostor syndrome. Ale za jaką cenę? Nieważne, tej ceny nie muszą płacić oni, płacimy my wszyscy, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nie wiemy, czego nam ubywa, nie wiemy w jakiej walucie. A co z oczu, to z serca. W głębokim znieczuleniu i z daleka od dzieci mogących wykrzyczeć to i owo pod adresem paradujących monarchów, budujemy terakotową armię.

–––––––––––

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.

MOTTO
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.

Za co nas, naukowców społecznych z centralnej (i wschodniej) Europy cenią w świecie? Hmm, pewnie za to, że wreszcie „mamy indeksy”? Że „publikujemy coraz lepiej, w „żurnalach”? Albo, że „zapełniamy sloty”? Zaraz zaraz, na pewno za lajki w gugleskolarze! Za „zlikwidowanie akademickiego planktonu”? Za „wejście w pierwsze setki rankingów”? Zimno, zimno, zimno, nie trzeba klimatyzacji ani nawet lodówki. Może jednak za coś innego… Tak wygląda wielka pochwała pracy naukowej opublikowanej przez uczonego z Polski przez wybitnie szanowanego uczonego:

„Publikacja uosabia umysł uczonego w stylu środkowoeuropejskim, nie ograniczonego granicami tematycznymi i bibliometrią, który wykorzystuje nauki społeczne jako sposób myślenia o tym, co to znaczy być człowiekiem, jak społeczeństwo jest i jakie można sobie wyobrazić”.

Tak, to jest pochwała. Próżno doszukiwać się tu ironii ani cynizmu więc czytajmy tak, jak jest napisane. Słowo po słowie i powoli. Te słowa zostały napisane niedawno, mimo że idea „wschodnioeuropejskiego uczonego” o której mowa już od bardzo dawna nie występuje w rzeczywistości materialnej. Ale nadal jest żywotną częścią akademickiego imaginarium. Wschodnioeuropejska uczona, erudytka i humanistka, człek żyjący wśród idei, oddany nauce, dla którego są sprawy, które nie mają miary. Ktoś z odwagą myślenia, kto umie widzieć dalej, bo nie ograniczają go granice dyscyplin. Ktoś, komu przyszłość ludzkości leży na sercu bardziej niż własna kariera.

Takich przebłysków z innego świata widziałam i nadal widuję sporo, i wcale nie tylko wśród starszych zachodnich akademików. Wprawdzie już bardzo dawno tak nie jest, że wschodnioeuropejscy uczeni zatrudniani są na pniu – ba, na ogół wypadają bez recenzji poza pulę – ale to nie uczeni w ostateczności dokonują selekcji i nie ich normy i wartości są wiodące w zachodniej akademii. Gdyby były, to być może częściej by się zdarzało to, co było normą w latach 1980-tych, czyli zachodni książę pada na kolana przed wschodnioeuropejskim Kopciuszkiem. Ta uroda nadal się śni po nocach. Dlaczego? Bo, używając języka podejścia systemowego francuskiego filozofia Bernarda Stieglera, to były ogródki negentropii – czegoś całkiem innego, niespodziewanego, co przynosi nadzieję na zwycięstwo bioróżnorodności i życia nad ujednoliceniem przez procesy entropii, nad zoptymalizowaną jednostajnością prochu, nad śmiercią.

Co jakiś czas miewamy w Polsce nadal takie przebłyski świetlistych ogrodów. Przykład? Proszę bardzo: mieliśmy do niedawna coś, co było piękne i dobre, i co wywoływało głęboki szacunek u zachodnich kolegów – osobną dyscyplinę naukową zwaną nauki o zarządzaniu w dziedzinie nauk humanistycznych. Był to negentropijny ogródek, instytucja pasująca idealnie do definicji powyżej, stworzona przez środowisko naukowe wokół prof. Emila Orzechowskiego z Krakowa, zorientowana na badania organizacji kultury i sztuki oraz zarządzania opartego na wartościach Oświeceniowego humanizmu. Programy edukacyjne też były bardzo ciekawe. Składały się na nie kursy z filozofii, kulturoznawstwa, filmoznawstwa, a także z zarządzania pojętego inaczej, niż w większości innych polskich uczelni. Ustawa 2.0 zlikwidowała tę dyscyplinę, bez protestów ze strony środowiska, a jej specyfika i odrębność ulega szybkiej i nieodwracalnej erozji.

Jeśli nie likwidowaniem tego co oryginalne i polskie, to czym, w takim razie, powinna się zajmować polityka akademicka (a czym nie zajmowała się w naszym kraju bodajże nigdy, przynajmniej za mojej pamięci)? Przede wszystkim uzgadnianiem standardów i dbaniem o międzynarodowe uznanie naszych stopni i tytułów naukowych. Czyż nie byłoby pięknie, gdyby nie trzeba było zdobywać uprawnień profesorskich od nowa w każdym kraju, gdzie bierze się udział w konkursie? Gdyby inne kraje, gdzie istnieje habilitacja, z marszu uznawały polską habilitację? Podobnie jak ukończone studia drugiego stopnia liczą się we wszystkich krajach Europy? Albo gdyby nas szanowano za to co mamy: polski profesor, polska doktor habilitowana, każdy Francuz by wiedział, że co najmniej równie dobra gwarancja jakości jak rodzime tytuły? Po co komu tytuły w innym wpisie. Ale nie – lepiej położyć się na pleckach i pokazać brzuszek: „och, och, jacy jesteśmy beznadziejni, najgorsi na świecie, nie warci żeby nas kopnąć, bo na Zachodzie wszystko jest fajne, a u nas wszystko niefajne”.

Nieodmiennie nie ma nic bardziej polskiego niż paw i papuga. Oczywiście metaforyczne, bo żywe zwierzątka są śliczne i Bogu ducha winne.

–––––––––––

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.