W naszym ostatnim numerze Wojciech Mejor z Nyeleni Polska próbował zajrzeć pod pokrywkę etycznej konsumpcji. Czy wyłaniający się z tego artykułu krytyka sprawiedliwego handlu jest nomen omen sprawiedliwa? Prezentujemy polemikę Andrzeja Żwawy z Fairtrade Polska.

Serdecznie dziękuję, że „Zielone Wiadomości” 1/2022 (37) poświęciły tak dużo miejsca na Fairtrade:

– „Czy koronawirus stłumi modową rewolucję?”
– „Fairtrade w czasach Covid-19”
– Wojciech Mejor „Sprawiedliwość na sprzedaż”

Dziękuję panu Wojciechowi, że tak wiele uwagi poświęcił Fairtrade. Niestety jego tekst wymaga sporo wyjaśnień. Na początek przybliżmy terminologię.

W literaturze często pojawiają się zwroty „Fairtrade”, „Fair Trade”, „Sprawiedliwy Handel” a także „fair trade” i „sprawiedliwy handel”. Oto różnice między nimi:

– „Fairtrade” – określa system certyfikacji produktów będący własnością Fairtrade International.

– „Fair Trade” – jest to pojęcie szersze znaczeniowo od „Fairtrade” i odnosi się do całego ruchu Sprawiedliwego Handlu, włączając w to poszczególne organizacje oraz systemy certyfikacji organizacji i produktów.

– „Sprawiedliwy Handel” – polskie tłumaczenie zwrotu „Fair Trade”, używane zamiennie z angielskim oryginałem.

– „fair trade” pisane małymi literami oznacza uczciwość (justice), sprawiedliwość w relacjach handlowych i nie musi się odnosić wyłącznie do wyżej wymienionych ruchu, organizacji i systemów certyfikacji

– „sprawiedliwy handel”, czasem „uczciwy handel” – polskie tłumaczenie zwrotu „fair trade” w szerokim rozumieniu.

Tak więc Sprawiedliwy Handel to międzynarodowy ruch społeczny tworzony przez organizacje pozarządowe, działaczy i wolontariuszy oraz firmy, który dąży do większej równowagi w handlu światowym. Sprawiedliwy Handel powstał po to, aby mieszkańcy globalnego Południa produkujący m.in. kawę, herbatę, kakao, banany, miód, bawełnę czy nawet złoto, mogli godnie żyć z pracy własnych rąk. Podstawowe założenia Sprawiedliwego Handlu to dialog, przejrzystość i szacunek wobec rolników, pracowników najemnych i rzemieślników.

Produkty Sprawiedliwego Handlu są oznaczone certyfikatem potwierdzającym, że przy ich produkcji wypełniono standardy Sprawiedliwego Handlu, zgodnie z Międzynarodową Kartą Sprawiedliwego Handlu w ramach takich systemów certyfikacji Fairtrade, Naturland Fair, Fair for Life lub Ecocert Fair Trade oraz produkty dostarczane przez certyfikowane Organizacje Sprawiedliwego Handlu skupione w World Fair Trade Organization:

Fairtrade jest największym niezależnym systemem certyfikacji produktów Sprawiedliwego Handlu. W systemie Fairtrade działa już około 1,9 miliona drobnych rolników, pracowników najemnych i rzemieślników z ponad 70 krajów Afryki, Ameryki Łacińskiej, Karaibów, Azji i Oceanii, zrzeszonych w około 1880 organizacji producentów. Na świecie jest ponad 35 tysięcy certyfikowanych produktów Fairtrade, dostępnych w sklepach i restauracjach w ponad 125 krajach. Znakiem Fairtrade mogą być oznaczane produkty wytworzone zgodnie ze standardami Fairtrade. Standardy regulują trzy obszary zrównoważonej produkcji: ekonomiczny, środowiskowy i społeczny.

Korzyści dla rolników i pracowników w systemie Fairtrade:

Gwarantowana cena minimalna – chroni producentów na wypadek nagłych spadków cen na rynkach światowych. Jest to niezwykle pomocne w planowaniu domowych budżetów i rozwijaniu produkcji. W przypadku gdy cena rynkowa jest wyższa od gwarantowanej ceny minimalnej, producenci otrzymują za swe plony cenę rynkową.

Premia Fairtrade – dodatkowe środki wypłacane oprócz ceny skupu. Decyzje o jej przeznaczeniu podejmowane są wspólnie w drodze głosowania podczas Walnych Zgromadzeń spółdzielni lub związków pracowników plantacji. Środki z premii mogą służyć do sfinansowania budowy szkół, ośrodków zdrowia czy dostępu do wody pitnej. Jednocześnie producenci inwestują premię w modernizację produkcji, żeby podnosić wydajność i jakość plonów.

Zaliczki i stabilne, długofalowe kontrakty – pozwalają lepiej zarządzać domowym budżetem i inwestować w rozwój gospodarstw.

Ochrona środowiska lokalnego – dbałość o lokalne środowisko naturalne jest niezbędna, aby producenci Fairtrade mogli żyć i pracować w odpowiednich warunkach. Dlatego standardy Fairtrade regulują takie kwestie, jak właściwe używanie wody, gospodarowanie odpadami, stosowanie bezpiecznych środków ochrony roślin i zachowanie bioróżnorodności.

Przestrzeganie praw człowieka i praw pracowniczych – standardy Fairtrade bezwzględnie zakazują wszelkich form dyskryminacji, np. ze względu na płeć, pochodzenie czy wyznawaną religię, pracy niewolniczej i przymusowej pracy dzieci. Pracownicy najemni mają prawo tworzyć demokratyczne związki zawodowe. Oprócz zakazów Fairtrade prowadzi szereg programów mających na celu ochronę najsłabszych grup społecznych i edukację w zakresie praw.

Współdecydowanie o rozwoju Fairtrade – 50% głosów na Walnym Zgromadzeniu Fairtrade International należy do przedstawicieli sieci producentów. Dzięki temu mają oni realny wpływ na to, w jakim kierunku rozwija się organizacja.

Szkolenia – umożliwiają i przyspieszają rozwój gospodarstw i całych lokalnych społeczności. Szkolenia obejmują nie tylko poprawę wydajności i jakości produkcji, ale również zarządzanie organizacją, zdobywanie nowych umiejętności itd.

Fairtrade oferuje kilka znaków certyfikacyjnych. Są to m.in.:

Znak FAIRTRADE na czarnym tle umieszczany jest na produktach jednoskładnikowych (np. banany, kawa, orzechy nerkowca itp.), które mają certyfikat Fairtrade i są fizycznie identyfikowalne.

Znak FAIRTRADE ze strzałką umieszczany na produktach wieloskładnikowych, takich jak tabliczka czekolady czy płatki śniadaniowe. Wszystkie składniki dostępne na zasadach Fairtrade muszą być pozyskane na zasadach Fairtrade. Zdanie „Wszystkie składniki dostępne na zasadach Fairtrade” odnosi się do tego, że nie wszystkie surowce mają opracowane standardy Fairtrade. Np. mleko stosowane często do produkcji czekolady nie występuje w systemie Fairtrade (wyjaśnienie powodów tej sytuacji przekraczało by ramy tego tekstu). Natomiast jeśli dany składnik (np. kakao, cukier i wanilia) występuje w systemie Fairtrade to musi być zastosowany.

Znak ten wykorzystywany jest również na produktach jednoskładnikowych pozyskanych zgodnie z zasadami bilansu masy. Jest to możliwe tylko w przypadku kakao, cukru, soku owocowego i herbaty. Wprowadzenie tej zasady wynika z tego, że łańcuchy dostaw tych produktów (począwszy od lokalnych systemów skupu) uniemożliwiają fizyczne rozdzielenie surowców certyfikowanych i niecertyfikowanych, a więc ich fizyczną identyfikowalność. Oznacza to, że wprowadzenie do skupu np. 10% masy surowca certyfikowanego pozwala by „na wyjściu” 10% masy produktów uzyskało znak FAIRTRADE (ze strzałką) i z informacją, że surowieć został WPROWADZONY na zasadach Fairtrade tj. przy ich uprawie i skupie był przestrzegane standardy Fairtrade. Wskazana wartość procentowa nie może zostać zwiększona, tj. nie następuje „rozcieńczanie” surowca certyfikowanego surowcem niecertyfikowanym. Bezwzględne stosowanie fizycznej identyfikowalności bez oglądania się na warunki lokalne oznaczało by odcięcie rolników od korzyści z udziału w systemie Fairtrade. Oczywiście nie można takiej stosować w przypadku produktów ekologicznych – klient musi mieć pewność, że spożywany przezeń produkt powstał z surowców ekologicznych. Zasada bilansu masy jest stosowana także w innych systemach certyfikacyjnych, np. w przypadku drewna. Pomocna może być analogia związana z decyzją kupowania „zielonej energii”, choć oczywiście nie ma możliwości podpięcia się pod osobną sieć energetyczną, doprowadzającą prąd tylko z wiatraków i fotowoltaiki. Jednakże wybierając „zieloną energię”, płacimy właśnie za energię z wiatraków i fotowoltaiki a nie z elektrowni węglowych.

Znak Fairtrade na białym tle stosowany na produktach wieloskładnikowych, w których tylko wybrane składniki zostały pozyskane na zasadach Fairtrade. Aby móc stosować znak Fairtrade Sourced Ingredient, 100% wybranego składnika Fairtrade w produktach złożonych, liniach lub kategoriach produktów złożonych musi być pozyskane na zasadach Fairtrade. Niestety wymóg zastosowania np. w czekoladzie wyłącznie składników Fairtrade (np. kakao, cukier i wanilia) często bywa barierą dla firm, co zmniejszało popyt na surowce Fairtrade. Wprowadzenie tego znaku pozwoliło rolnikom uprawiającym np. kakao znacznie zwiększyć sprzedaż surowca.

Przechodząc bezpośrednio do omawianego tekstu.

Autor zadaje pytanie /…/ Tylko dlaczego pracowniczki zbierające kakao nie wiedzą, jak smakuje czekolada? Dlaczego ich na nią nie stać? /…/ Trudno na nie odpowiedzieć, gdyż nie wiadomo czy ono odnosi się konkretnie do Fairtrade czy nie. Oglądałem kiedyś film, w którym osoby uprawiające kakao były pytane do czego ono służy i okazywało się, że nigdy nie jadły czekolady i niewiele wiedzą o jej istnieniu. Pytanie, czy gdyby tę wiedzę miały, to by kupowały czekoladę, czy była by ona dostępna w ich miejscach zamieszkania, czy było by je na nią stać itd. Nie były to osoby uprawiające kakao z certyfikatem Fairtrade, jednak nie można wykluczyć, że i w spółdzielniach Fairtrade mogą się takie rzeczy zdarzyć. Trzeba sobie zdać sprawę, że poziom nierówności na świecie jest wciąż ogromny i mimo starań m.in. Fairtrade, ludzie w krajach Południa mają wciąż wiele pilniejszych potrzeb niż kupno czekolady.

Dalej Autor wspomina o /…/ duńskiej powieści „Maks Havelaar” /…/ Faktycznie jest to jednak powieść holenderska (ang. Dutch), a jej oryginalny tytuł „Max Havelaar” dał nazwę pierwszemu certyfikatowi Fairtrade, która jest wciąż używana w niektórych krajach:

Kolejne stwierdzenia Autora: /…/ żeby przeciętny konsument miał szansę zetknąć się ze sprawiedliwymi produktami, trzeba było wprowadzić je do zwykłych sklepów /…/ wymaga sprostowania. Otóż w Fairtrade nie to jest najważniejsze by konsument miał szansę zetknąć się ze „sprawiedliwymi produktami”, lecz by rolnik mógł w godziwych warunkach surowce wyprodukować i sprzedać za godziwym wynagrodzeniem, aby się utrzymać. Dlatego produkty te zaczęły trafić do masowego obiegu. Pojedyncze sklepy świata (world shops), prowadzone nierzadko przez entuzjastów i wolontariuszy i czynne w ograniczonym zakresie, absolutnie tego nie mogły zapewnić, zaś stworzenie alternatywnych kanałów masowej dystrybucji przekraczało możliwości ruchu.

Kolejne stwierdzenie Autora, które zawiera nieporozumienie to: /…/ Początkowo w ramach sprawiedliwego handlu importowano głównie rękodzieło, ale rynek szybko się nasycił /…/ bo trudno twierdzić by rynek ręcznie robionych szali, figurek, makatek itd. nasycił się produktami Sprawiedliwego Handlu. Na pewno nie są to jednak produkty, które dają utrzymanie rzeszom producentów. Nie są one masowo też kupowane. Dlatego faktycznie Fairtrade skupia się na produktach rolnych (spożywczych i bawełnie), uprawianych przez miliony ludzi od pokoleń.

Autor pisze: /…/ prywatna komercyjna spółka FLOCERT /…/ – weryfikacją spełniania standardów Fairtrade zajmuje się niezależna jednostka certyfikacyjna. Jest ona prywatna, czyli nie należy do rządu, samorządu, nie jest spółdzielnią itd. Jest komercyjna tj. osiąga zyski, ale przeznacza je na rozwój systemu Fairtrade.

/…/ Dwie inne największe organizacje certyfikujące to UTZ oraz Rainforest Alliance /…/ – na początku tekstu ujednoliciłem i wyjaśniłem terminologię, dodam jednak, że UTZ oraz Rainforest Alliance nie należą do ruchu Sprawiedliwego Handlu. Niemniej ważne: nie zajmujemy się oceną czy działania innych organizacji „są fair czy nie”, wręcz z radością witamy każdą inicjatywę wspierającą zrównoważony rozwój i poprawę losu rolników.

Dalej Autor pisze: /…/ Jednostki certyfikujące powinny stać na straży przestrzegania tych ideałów, ale w praktyce stały się wielkim, biurokratycznym pośrednikiem, a producenci często skarżą się, że nie stać ich na drogi proces certyfikacji i regularne audyty. /…/ O ile z pierwszym zdaniem trudno się spierać i jednostki certyfikujące faktycznie stoją na straży przestrzegania zasad, to już dalsza część wypowiedzi jest ogólnikiem, a z ogólnikami trudno dyskutować. Zastanawiam się jednak: pośrednikiem między kim a kim? Z jednej strony jest producent (rolnik) a z drugiej nabywca (konsument). Jednostka certyfikująca NIE pośredniczy w handlu między nimi. Certyfikuje producenta oraz firmy importujące i przetwarzające surowce i pozostaje wobec nich niezależna. Certyfikacja, aby była rzetelna, wymaga audytów czyli pracy. Nie da się ukryć, że jest to koszt i że wiąże się z pewnymi „biurokratycznymi” obowiązkami raportowania.

Zupełnie nietrafione jest zdanie /…/ Przecież normy certyfikacji ustalane są w Europie, a producenci mają się tylko podporządkować. /…/ Owszem, siedziba Fairtrade International znajduje się Europie, jednak system Fairtrade składa się z 3 kontynentalnych organizacji reprezentujących rolników z krajów Południa (Ameryka Łacińska + Karaiby, Afryka + Bliski Wschód, Południowa Azja + Oceania), które mają 50% głosów w ciałach decyzyjnych Fairtrade (pozostałe 50% należy do organizacji z krajów Północy zajmujących się propagowaniem Fairtrade). Przedstawiciele organizacji rolników z krajów Południa zasiadają również we wszelkich grupach roboczych i ciałach decyzyjnych Fairtrade. Od kilku lat to osoby z Południa pełnią funkcję Global CEO Fairtrade International. Natomiast FLOCERT posiada swe biura zarówno w Europie i Am. Północnej jak i w Ameryce Środkowej, RPA i Indiach.

/…/ gwarantuje producentom cenę minimalną i stabilniejszy zbyt niż rynkowe wahania /…/ – Fairtrade ustanawia tzw. cenę minimalną (minimalna cena gwarantowana), poniżej której nabycie surowca wyklucza możliwość oznaczenia go jako Fairtrade. Jest to więc gwarancja stabilniejszej ceny zbytu a nie stabilniejszego zbytu. Faktycznie, tak jak pisze Autor nie ma /…/ gwarancji, że całość certyfikowanej produkcji uda się sprzedać jako Fairtrade, bo nie ma wystarczającego popytu. /…/ Tak, to konsumenci decydujemy, czy rolnicy sprzedają surowce na warunkach Fairtrade. Rolnicy z pewnością są tym zainteresowani (bardziej niż tym, czy ich produkty są sprzedawane w hipermarketach, czy w Sklepach świata i kooperatywach spożywczych). Prawdopodobnie tego problemu dotyczą wspomniane przez Autora „doniesienia”, że /…/ niekiedy producentom wręcz opłaca się sprzedawać najlepszej jakości produkt bez certyfikacji, bo na logo Fairtrade jest mniejszy zbyt. /…/ Organizacje Fairtrade zajmują się propagowaniem znaku certyfikacyjnego, a nie sprzedażą oznaczonych nim produktów. Nie dają też gwarancji zbytu. O ile wiem, inne systemy certyfikacji też tego nie gwarantują. Znane mi są przypadki, gdy produkty ekologiczne sprzedawane były w cenie produktów konwencjonalnych, z którymi bywają zmieszane. Czy można za to winić organizacje ustanawiające standardy czy weryfikujące przestrzeganie tych standardów? To konsumenci są siłą napędową popytu.

/…/ Żeby certyfikowanie się opłacało, gospodarstwa muszą zrzeszać się w duże spółdzielnie (co samo w sobie jest z wielu względów bardzo korzystną praktyką dla rolników), te z kolei decydują, na co zostaną przeznaczone premie (Fairtrade Premium) /…/ – Fairtrade nie certyfikuje indywidualnych rolników lecz spółdzielnie (ale nie koniecznie duże!) nie dlatego, że ci pierwsi nie byliby w stanie zapłacić za certyfikację, lecz dlatego że nie byliby w stanie sprostać warunkom handlu międzynarodowego. Zrzeszając się w spółdzielnie, rolnicy mają szanse uzyskać efekt ekonomii skali, np. dzięki premii Fairtrade wspólnie uzyskują środku na szkolenia, podnoszenie jakości, przestawianie produkcji na ekologiczną, dywersyfikację upraw (czy to na eksport czy na własny użytek) czy w ogóle dywersyfikacji działalności (np. przyjmowanie turystów), tworzenie wartości dodanej np. przez rozpoczęcie przetwórstwa, aby wyjść ze schematu surowcowego, o którym wspomina Autor. Można twierdzić, że to spółdzielnie decydują, na co zostaną przeznaczane są premie, jednak są to przecież oddolnie zorganizowane kooperatywy, więc de facto decydują sami rolnicy. Oczywiście czasem robią to lepiej a czasem gorzej, jednak demokracja w podejmowaniu decyzji stanowi integralny element certyfikacji Fairtrade.

Autor wyraża opinię, że /…/ z reguły niewiele z wysokiej ceny certyfikowanych produktów trafia bezpośrednio do rolników /…/ – znów: trudno się odnieść do takich „reguł”. Przede wszystkim, warto pamiętać, że mitem są wysokie ceny certyfikowanych produktów – dzięki wprowadzeniu produktów Fairtrade do sieci handlowych nie są one już oferowane wyłącznie jako produkty premium – stały się dostępne dla przeciętnych konsumentów, o czym dobitnie świadczą gwałtownie rosnące wyniki sprzedaży. Należy jednak pamiętać, że na cenę produktów (nie tylko certyfikowanych) wpływa wiele czynników, nie tylko cena, którą otrzymuje rolnik: przechowywanie, transport, przetwórstwo, podatki, marże, marketing itd. itp. Nie wszystkie elementy da się wyeliminować (podatki) i nie zawsze trzeba. Część czynników wpływających na cenę to wartość dodana, którą z różnych powodów rolnik (czy szerzej: kraj producencki) nie zawsze zapewnia, przynajmniej obecnie. Autor pisze o direct trade i o krótkich łańcuchach dostaw. Jednak łańcuchy dostaw powinny być optymalne. Eliminacja pośredników nie zawsze jest łatwa ani celowa. O ile można przywieźć „w plecaku” pewną ilość kawy, wypalić i sprzedać w sympatycznej kooperatywie spożywczej, to już podobna skala w przypadku np. bananów może nie mieć sensu. Nawet jeśli się ono technicznie uda, to może mocno zawyżyć cenę (nie zadziała ekonomii skali). Nawet jeśli uda się znaleźć grupę majętnych nabywców, to pomyślmy jeszcze o tym ilu rolników obejmiemy takim systemem wsparcia. I choć Fairtrade to wciąż mały % rynku światowego, to już może się pochwalić sporym wpływem na poprawę warunków życia rolników, dzięki którym możemy ze spokojniejszym sumieniem za wciąż rozsądną cenę nabywać produkty, które od pokoleń „wrosły” w globalną gospodarkę i w styl życia mieszkańców Północy: kawa, herbata, kakao i jego pochodne, owoce tropikalne czy bawełniane tekstylia itd.

/…/ Przetwórstwo, dystrybucja i ustalanie zasad certyfikacji nadal są po stronie dużych organizacji na Globalnej Północy. Skupiając się na produktach nieprzetworzonych, bez dużej wartości dodanej, fair trade utrzymuje kolonialną logikę zarabiania na biedniejszych krajach, której krzywdy certyfikacja ma przecież łagodzić /…/ – jak wspomniałem, w Fairtrade i we Flocert głos globalnego Południa jest bardzo ważny. Natomiast jeśli chodzi o przetwórstwo i dystrybucje, to faktycznie marki z krajów Południa nie są jeszcze zbyt widoczne, choć są już jaskółki i to nie koniecznie pierwsze (przywołany przez Autora zarzut brzmi więc trochę nieświeżo). A dlaczego to tylko jaskółki? Znów: powodów jest wiele. Jednym z nich są przyzwyczajenia konsumenckie. Wprowadzenie nowej marki nie jest łatwe. Nie wszystkie spółdzielnie Fairtrade chcą i potrafią się tego podjąć. Te, które się tego podejmują mają do dyspozycji wsparcie Fairtrade, np. mogą wykorzystać otrzymaną premię Fairtrade, aby podnieść swoje kwalifikacje. Nie bez znaczenia jest również możliwość skorzystanie z doświadczeń i wsparcia innych organizacji Fairtrade.

Warto w tym miejscu przywołać ciekawy fakt, że znacząca część tekstyliów z bawełny Fairtrade szyta jest na Południu, np. w Indiach, podczas gdy polscy (ale nie tylko) klienci pytają firmy mające certyfikat Fairtrade „dlaczego nie zlecacie szycia u nas?”. Takie podejście, choć ma swoje uzasadnienia (ale to temat na inny artykuł) też nie ułatwia wyjścia ze schematu handlu surowcami.

/…/ Zależnie od systemu certyfikacji, żeby umieścić logo na produkcie, dystrybutor musi udokumentować sprawiedliwe pochodzenie tylko części składników (chociażby dlatego, że nie wszystkie składniki są dostępne z certyfikatem). Duże koncerny, takie jak Nestle czy Starbucks, z reguły zapewniają zaledwie 20 procent – absolutne minimum, żeby oficjalnie nazwać produkt „sprawiedliwym” /…/ – tu znów nie wiadomo do czego konkretnie Autor się odnosi, o jakim systemie pisze. Jak wspomniałem na wstępie, w systemie Fairtrade nie ma opisanej wyżej zasady. Nie wolno „rozcieńczać” surowców certyfikowanych niecertyfikowanymi. Inna sprawa jaki procent produktów danej marki posiada certyfikat. Tu znów: presja konsumentów to jeden z czynników, które mogą przynieść pozytywne zmiany w tym zakresie.

Pakt z diabłem” to długi fragment, który w zasadzie nie odnosi się do naszego ruchu. Opisuje niesprawiedliwości handlu światowego winiąc za to m.in. hipermarkety, w których to odbywa się większość sprzedaży produktów Fairtrade. Jednak podobne zarzuty można odnieść do sprzedawania w hipermarketach, które przyczyniają się do cierpień zwierząt, produktów vege. I podobnie: ws. sprzedawania tam produktów ekologicznych, zdrowotnych, slow, lokalnych, tradycyjnych, less waste itd. itp. Jednak większość społeczeństwa kupuje w hipermarketach. Tam jest największy obrót kawy, herbaty, bananów itd. Można pogodzić się z tym faktem i próbować wpływać na reguły TEGO handlu, godząc się jednocześnie z faktem, że jest to powolny, ewolucyjny proces. Można też skupić się na zmianach holistycznych, radykalnych, choć ograniczonych (na razie?) do węższego grona odbiorców (co można by określić właśnie „niewielkim plastrem na pocieszenie”). Można też pozostać w strefie komfortu i snuć wizje idealnego społeczeństwa i idealnej gospodarki. Rzecz w tym, że Autor nawet nie przedstawił takiej alternatywnej wizji, lepszej od tego jak DZIAŁA Fairtrade, poprzestając na ogólnikowym wytykaniu jego prawdziwych i nieprawdziwych niedoskonałości.

/…/ certyfikaty dotyczą głównie kilku wybranych surowców: kakao, bananów czy herbaty /…/ – to nieporozumienie. Tych surowców jest już kilkadziesiąt i lista stale rośnie. O ile pamiętam można by znaleźć nawet zieleninę, taką jak na zdjęciu obok tytułu. Natomiast druga ilustracja (przedstawiająca człowieka z torbą z dużym znakiem recyklingu) niezbyt pasuje do artykułu, bo może sugerować jakiś szczególny związek między Fairtrade a np. nurtem less waste. Choć oczywiście kwestie środowiska, w tym gospodarka obiegu zamkniętego, klimat itd. są dla nas ważne, to się na nich nie koncentrujemy, gdyż nie da się robić wszystkiego na raz. Stawienie zbyt wysokich wymagań nie musi sprzyjać postępowi.

/…/ Skoro więc certyfikacja Fairtrade nie jest ściśle związana z jakością produktów i ekologicznym sposobem uprawy, to nie jest prawdopodobnie brana pod uwagę, kiedy motywacją jest troska o własne zdrowie czy jakość spożywanych produktów. Ostatecznie chętniej dopłacimy do ceny produktu, jeżeli w grę wchodzi zdrowie nasze i naszych bliskich, niż kiedy chodzi o ludzi odległych o tysiące kilometrów /…/ – jak wspomniałem kwestie ochrony środowiska są istotną częścią kryteriów Fairtrade, choć należy jasno podkreślić, że punktem wyjścia jest tu prawo rolnika do zdrowego środowiska, takiego w którym on i jego potomkowie będą mogli żyć i pracować. Ponadto premia Fairtrade może zostać wykorzystania na dalsze działania proekologiczne (np. w zakresie recyklingu opakowań czy ochrony lokalnych siedlisk dzikich zwierząt), a nawet na dobrowolne przestawienie się na produkcję ekologiczną.

Po uzyskaniu certyfikatu rolnictwa ekologicznego spółdzielnia uzyskuje wyższą cenę minimalną. Skutkiem tego około połowy produktów Fairtrade ma dodatkowo certyfikat rolnictwa ekologicznego. Niemniej zrozumiała jest troska Autora, że prawa pracowników, ludzi oddalonych od konsumentów o tysiące kilometrów, mogą być mniejszą motywacją niż troska o zdrowie własne i rodziny. Bliższa koszula ciału. Mam jednak wrażenie, iż z tego faktu Autor wyciąga wniosek, że zamiast skupiać się na promowaniu odpowiedzialnej konsumpcji (np. Fairtrade) należy zająć się zmianami systemowymi. Kto jednak ma się tym zająć? Kto poprze takie zmiany (czy to w formie oddolnego aktywizmu czy na wyborach)? Czy Kowalski, który jako konsument niezbyt troszczy się o prawa pracowników, podejmie/poprze działania jako obywatel a nawet aktywista? Wątpię, choć chciałbym się mylić. Sądzę jednak, że prędzej Kowalski kupi (nawet nieświadomie) w swym ulubionym hipermarkecie produkt Fairtrade (zwłaszcza jeśli będzie on łatwo dostępny, dobry, tani) niż podejmie się działań (albo choćby je poprze), które spowodują, że certyfikaty przestaną być potrzebne, bo bycie fair stanie się dla firm obowiązkiem a nie wyróżnikiem.

/…/ O ile logo FT zawiera w sobie nominalnie obietnicę dobrego traktowania pracujących przy produkcji, to wiele innych czynników pozostaje dla konsumenta niewiadomą /…/ – znów: trudno się odnieść do tak enigmatycznej wypowiedzi. Nie rozjaśnia tego dalsza część wypowiedzi.

Chciałbym się odnieść do: /… / Inną sprawą jest popularność egzotycznych produktów. Banany, kakao i kawa zostały tak zintegrowane z zachodnią kulturą, że trudno jest sobie nawet wyobrazić sklep spożywczy bez bogatego wyboru czekolad, a kawa w papierowym kubku stała się czymś w rodzaju atrybutu miejskości i pracowitości. Podobnie jak okazjonalne loty samolotem, importowane produkty na dobre zagościły w menu szanujących się mieszczan /… / – jednak trudno zrozumieć, gdzie tu jest zarzut czy propozycja zmiany, którą dało by się potraktować serio. Kawa i kakao są z nami od pokoleń. W międzykontynentalny handel herbatą czy tzw. przyprawami korzennymi zostaliśmy „wmanewrowani” (używając określenia autora) jeszcze przed epoką wielkich odkryć geograficznych Europejczyków.

Oczywiście możemy sobie wyobrazić nasze życie bez tych produktów i wzmacniać lokalne rynki (kawa z prażonych pestek derenia naprawdę daje radę, a do tego ma alternatywy takie jak kawa z żołędzi, cykorii i orkiszu; herbatki ziołowe naprawdę bywają super, jest też pieprz ziołowy itd. itp.). Tylko, że to jest zmiana naszego życia. A co z życiem milionów rodzin utrzymujących się z produkcji Coffea L., Camellia sinensis, Saccharum officinarum L. itd.? Oczywiście ci ludzie też mogą wzmacniać swoje lokalne rynki: zastąpić cash crops zróżnicowanymi uprawami roślin zapewniającymi im zdrowe wyżywienie. Część pól będą musieli przeznaczyć pod budowę fabryk leków, maszyn rolniczych, komputerów itd., bo produkując żywność wyłącznie na własnej potrzeby nie będą mieli pieniędzy by te dobra nabywać. A teraz serio: większa samowystarczalność jest nam wszystkim potrzebna. Być może nawet zmiany te zostaną wymuszone przez kolejne kryzysy. Jednak współpraca międzynarodowa to nie tylko wady. Nawet jeśli się to neguje, to trudno oczekiwać by wszyscy zechcieli przestawić się na autarkię.

Autor twierdzi, że /…/ podejmowanie drobnych, etycznych decyzji zakupowych przy jednoczesnym ignorowaniu strukturalnych powodów destrukcyjnych modeli biznesowych nie zmieni świata na lepsze. Na pierwszy rzut oka świadomy konsumpcjonizm jest moralnie słusznym, odważnym ruchem, ale w rzeczywistości odbiera nam sprawczość. Drenuje nasze konta bankowe i odwraca uwagę od prawdziwych mechanizmów władzy. /…/ Fairtrade /…/ sam w sobie niewiele robi, żeby je rozwiązać. Nie podważa istoty systemu /…/. Oczywiście z pokorą przyjmujemy opinię Autora, że robimy niewiele. Być może jednak Autor nie ma świadomości, że Fairtrade to nie tylko certyfikat nadawany produktom spełniającym określone kryteria. Organizacje Fairtrade prowadzą i wspierają (np. poprzez Fair Trade Advocacy Office w Brukseli) rozliczne działania rzecznicze na rzecz zmian ustawodawczych obejmujących to, czego wymagają kryteria certyfikacyjne! Można by sądzić, że jest o podcinanie gałęzi, na której się siedzi. Sądzimy jednak, że mimo zwiększania się wymogów prawnych jest miejsce na certyfikaty, które wymagają od biznesu więcej niż prawo, które dają producentom i konsumentom więcej niż daje prawo.

Jeszcze raz dziękuję Autorowi i Redakcji za możliwość refleksji nt. naszych działań.

Z poważaniem
Andrzej Żwawa, CEO Fairtrade Polska


 

Kształt handlu międzynarodowego ma szanse przejść niemałe zmiany do roku 2049.
Isabelle Durant, numer dwa w agendzie ONZ ds. handlu i rozwoju (UNCTAD) prezentuje wizję czekających nas zmian, mając nadzieję na wykorzystanie ich potencjału i ograniczenie zagrożeń.

Handel to najstarsza aktywność człowieka. Od starożytności kształtował on kolejne cywilizacje, stymulował innowacje oraz wpływał na procesy produkcyjne. Determinował ścieżki oraz przestrzenie rozwoju. Bywał źródłem wojen czy niedostatku, ale również gwałtownego wzrostu dobrobytu i jakości życia. Ze wszystkich tych powodów handel – w tym ten międzynarodowy – przetrwa z nami do roku 2049.

Pytanie na przyszłość brzmi następująco – w jaki sposób ewoluować będzie system, będący dziś produktem hiperglobalizacji oraz ultraliberalizmu? Jak będzie zmieniał się w świecie, który kształtować będą zmiany klimatu, a także wzajemne powiązania technologiczne i ekonomiczne?

Udeptana trawa

Wojny handlowe, takie jak te między Stanami Zjednoczonymi, Chinami i Unią Europejską w roku 2019, zdecydowanie nie są niczym nowym. Chociaż system, kreowany przez wiele ośrodków był w stanie znieść niemało przeszłych wstrząsów, to realizowana pod hasłem „uczynienia Ameryki na nowo wielką” polityka prezydenta Donalda Trumpa zmienia dynamikę relacji między najważniejszymi, globalnymi graczami.

Chiny próbują pokazać swym przykładem, że inny model handlu jest możliwy, chociaż czynią to bez pozbywania się protekcjonistycznych nawyków czy rezygnacji z coraz mniej odpowiadającego ich sytuacji statusu państwa rozwijającego się w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO).

Realizowane za pomocą wspólnej polityki handlowej posunięcia UE, próbującej znaleźć złoty środek w relacjach z innymi partnerami wciąż generują niemałą debatę, w której nie brak głosów od protekcjonizmu aż po wolną amerykankę.

Wojna handlowa, stająca się elementem nowego rozdania w stosunkach międzynarodowych, to również wojna o technologie.

W walce o dominację w świecie cyfrowym mamy do czynienia ze starciem amerykańskich i chińskich gigantów – GAFA kontra BATX[1]. Jak głosi nowe porzekadło „dane to nowa ropa”. Mając do czynienia z ogromną konkurencją o prymat technologiczny UE stara się zdominować rynek regulacji, w tym tych związanych z prawami obywatelskimi. Nasza nadzieja powinna kierować się w stronę przeniesienia do międzynarodowych protokołów unijnych przepisów, zawartych dziś w RODO.

Czemu nie pomyśleć o tym wraz z partnerami z Afryki? Powstanie uczciwego, efektywnego partnerstwa handlowego między Unią a Afryką – takiego, które uniknie zbędnych utarczek w świecie cyfrowym, jest w ciągu najbliższego dziesięciolecia całkiem realną perspektywą.

Utworzenie wspólnej inicjatywy, sprzyjającej inwestycjom i jednocześnie opartej na sprawiedliwym handlu oraz ochronie danych, pozwoliłoby Unii Europejskiej i Afryce na zbudowanie dobrze uregulowanego obszaru cyfrowo-handlowego do roku 2049.

Tak wydeptana ścieżka wzbudziłaby zainteresowanie korporacyjnych słoni-gigantów, zmuszając ich do przyjścia do stołu negocjacyjnego z bardziej życzliwym wobec decydentów nastawieniem.

Przemyślenie szlaków handlowych

Handel międzynarodowy, nawet jeśli poddany regulacjom ekonomicznym i technologicznym, musi również w znaczący sposób zmienić swój ślad węglowy. Jego obecny rozkwit wiąże się ze wzrostem emisji dwutlenku węgla. Do roku 2049 emisje gazów cieplarnianych ze wszystkich środków transportu mogą ulec nawet potrojeniu.

Kładąc na chwilę na bok kwestie transportu lotniczego to międzynarodowy przewóz ładunków – spośród którego transport morski odpowiada za przeszło połowę jego ogólnych emisji – przeskoczy pod względem ich ilości transport pasażerski. W jaki sposób – mając na uwadze ich wpływ na klimat – możemy zmieniać oblicze handlu międzynarodowego?

Istnieje konieczność pilnego zidentyfikowania wpływu wzrostu średniej, globalnej temperatury o 2 stopnie Celsjusza na handel międzynarodowy. Jakie otworzą się nowe drogi morskie – i które porty staną się w związku z tym ważne? Którym społecznościom zagrażać będzie największe ryzyko? Jakie rodzaje rolnictwa ulegną największym zmianom? Co z miejscami pracy? Jak w takim świecie wyglądać będzie mapa globalnego handlu?

Jeśli walka ze zmianami klimatu ma się stać priorytetem, wówczas jest czymś nieodpowiedzialnym pomijanie opcji, umożliwiających lepsze prognozowanie i regulowanie.

Innym istotnym zadaniem dla społeczności międzynarodowej jest ograniczenie – a najlepiej wyeliminowanie – negatywnego wpływu handlu międzynarodowego na klimat.

Zbyt długo relacje między handlem a środowiskiem stanowiły temat tabu. Refleksja na ten ten temat musi kształtować przyszłe działania polityczne. Zmiany w systemie handlowym przyszłości muszą oznaczać wzmacnianie oraz zachęcanie do handlowania na poziomie regionalnym, a nawet lokalnym.

Zaduma nad konsumpcyjnym charakterem współczesnych społeczeństw będzie przydatna w procesie tworzenia rozwiązań, umożliwiających ludziom wypożyczanie zamiast kupowania oraz używanie zamiast podsiadania własności.

Wyprodukowano w domu?

Czy zatem rozwiązanie problemów tkwi w lokalnej produkcji i krótkich łańcuchach dostaw? To byłoby zbyt proste.

Umiędzynarodowienie handlu zawsze wiązało się z otwarciem nowych możliwości. Widząc z jednej strony sukcesy Chin, z drugiej zaś problemy krajów rozwijających się, które – dobrowolnie bądź pod przymusem – zostały odizolowane od międzynarodowych rynków wydaje się, że dobrobyt i zrównoważony rozwój nie będą mogły być osiągnięte poza globalnym systemem (oczywiście w pewnych ściśle określonych warunkach).

Dla przykładu powinny być opracowane nowe reguły, mające na celu ograniczenie protekcjonizmu w sektorach takich jak rolnictwo, tekstylia czy leki. Kwestie te leżą u fundamentów kolejnej reformy WTO, która w ostatnich latach nie była zdolna do zasypania podziałów między poszczególnymi państwami członkowskimi.

Bardziej uczciwy, włączający system handlu międzynarodowego nie będzie możliwy bez stworzenia prawdziwie wielobiegunowej alternatywy dla istniejących obecnie opcji – selektywnego otwarcia bądź normalizacji wojen handlowych. Nowym regułom będą musiały towarzyszyć nowe formy rozwiązywania sporów za pośrednictwem międzynarodowego sądu, zdolnego do rozsądzania firm i rządów.

Odejście od ostatniej chwili

Innowacje technologiczne oraz konsekwencje zmian klimatu działają szybciej niż negocjatorzy. Tworzenie świata roku 2049 będzie wymagać czegoś więcej niż ignorowania rzeczywistości czy wytykania palcami. Wymagać od nas będzie wdrażania szerokiej palety innowacji w celu stworzenia regulowanego systemu handlowego, który nie będzie szkodził klimatowi.

Aby osiągnąć ten cel musimy zmierzyć się zarówno z dzisiejszymi, jak i przyszłymi niewiadomymi.

Czy rozwój drukarek trójwymiarowych zmieni produkcję tak, jak telefon komórkowy i Internet zmieniły doświadczenie zakupowe? Czy międzynarodowy handel usługami – eufemizm, kryjący za sobą postępujący outsourcing – stanie się ważniejszy niż wymiana dóbr? Czy bardziej regionalne podejście do handlu nimi, takie, w którym łatwiej jest śledzić proces, uczestniczyć mniejszym graczom, regulować czy dzielić się jego owocami, stanie się istotniejsze od globalnych łańcuchów wartości, z którego największej korzyści czerpią podmioty z jego końca?

Pomimo tych otwartych pytań – a właściwie to właśnie z ich powodu – wymiana handlowa jutra musi być bardziej inteligentna, skupiając się na realnej wartości dodanej danego produktu. Czas, w którym bez ustanku handlowaliśmy czym popadnie, niezależnie od związanych z tym kosztów, może już być przeszłością. Zbyt często niska cena produktu odbywała się kosztem planety i naszych społeczeństw.

Obraz globalnego handlu byłby dziś zupełnie inny, gdyby reguły gry umożliwiały realne w nim uczestnictwo podmiotom różnej wielkości oraz na rozkwit regionalnych łańcuchów produkcyjnych bez uciekania się do protekcjonizmu. Nowa równowaga w handlu – co widać nawet po tym krótkim omówieniu – jest jednym z ważnych pytań na kolejne dekady.

[1] Firmy z USA – Google, Apple, Facebook i Amazon, kontra te z Chin – Baidu, Alibaba, Tencent i Xiaomi.

Artykuł „Trading Places” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Wywiad z Maude Barlow, przewodniczącą Rady Kanadyjczyków, przeprowadzony po jej wykładzie na SGH w Warszawie w kwietniu 2016 r. Maude Barlow twierdzi, że CETA, porozumienie o wolnym handlu i inwestycjach Unii Europejskiej z Kanadą, jest równie niebezpieczne co TTIP, porozumienie UE z USA. Są to jej zdaniem dwa etapy tego samego groźnego porozumienia transatlantyckiego.

Ewa Sufin-Jacquemart: Czy może nam Pani opowiedzieć o Council of Canadians? Jakim rodzajem organizacji jesteście?

Maude Barlow: Jestem przewodniczącą organizacji kanadyjskiej zwanej Council of Canadians [ESJ: Rada Kanadyjczyków]. Jesteśmy organizacją non-profit i bezpartyjną, ruchem sprawiedliwości społecznej i pro-środowiskowym. Mamy sto tysięcy członków w Kanadzie i posiadamy lokalne komórki aktywistów, grupy w ponad siedemdziesięciu społecznościach, które wykonują całą pracę u podstaw, pracę edukacyjną i wszelkie rodzaje aktywizmu. Prowadzimy duże kampanie dotyczące wpływu globalizacji i porozumień handlowych na różne aspekty życia. Mamy kampanię na rzecz sprawiedliwości klimatycznej, wodnej, handlowej, na rzecz handlu i służby zdrowia, jednym słowem wykonujemy sporą pracę na rzecz sprawiedliwości społecznej i środowiskowej. Współpracujemy także w tych kwestiach na poziomie międzynarodowym z aktywistami i społecznościami, szczególnie w kwestii wody, praw człowieka do wody i globalnego kryzysu wody.

ESJ: Czy to nowy ruch?

MB: Rada Kanadyjczyków rozpoczęła działalność trzydzieści jeden lat temu. Pojawiliśmy się, aby walczyć z porozumieniem handlowym USA-Kanada, które powstało zaraz przed NAFTA [ESJ: Nord American Free Trade Agreement – umowa pomiędzy USA, Kanadą i Meksykiem]. Zatem dosłownie trzydzieści jeden lat walczymy z porozumieniami handlowymi…

ESJ: Jakie są wasze największe zwycięstwa, a jakie porażki?

MB: Cóż, myślę, że przegraliśmy wiele walk na polu handlu, przegraliśmy z pierwszym porozumieniem o wolnym handlu USA-Kanada, przegraliśmy z porozumieniem NAFTA, teraz walczymy z CETA. Nie wiem, czy wygramy z innymi porozumieniami handlowymi, które pojawią się w międzyczasie. Jednocześnie powstrzymaliśmy poszerzenie NAFTA na Amerykę Południową i wielostronne porozumienie inwestycyjne w OECD w latach 90-tych, walczymy bardzo mocno z WTO, Światową Organizacją Handlu… Więc wie Pani, nigdy nie ma pełnej wygranej, nie można powiedzieć, że wygraliśmy wszystko, ale budujemy ruch krytyczny wobec globalnego handlu.

Mieliśmy wiele zwycięstw w kwestii wody. Dla mnie największym, a byłam mocno zaangażowana w tą sprawę, było przekonanie ONZ do uznania w 2010 roku prawa do wody i jej uzdatniania za prawo człowieka, pracowaliśmy też, aby zatrzymać prywatyzację wielu usług dotyczących wody na świecie. Od 2000 roku 235 aglomeracji miejskich, które miały sprywatyzowane usługi w tym sektorze, powróciły do zarządzania publicznego [ESJ: pisaliśmy w ZW o „rekomunalizacji” zarządzania wodą], toteż było wiele zwycięstw.

Dużym zmartwieniem, jeżeli chodzi o wodę, jest to, że jej zasoby się zmniejszają, a standardy dotyczące wody obniżają się. Gdy nie ma wiele wody dla wszystkich, zaczynamy dostrzegać, że ludzie tracą do niej dostęp, i to nie tylko w biednych krajach, ale także w Europie i Stanach Zjednoczonych. . Nadchodzi zatem wielka burza w kwestii wody: zmniejszają się zasoby, spada jakość wody, wzrasta liczba ludzi biednych, których nie stać, aby za nią płacić. Prowadzi to do prawdziwych cierpień ludzi.

ESJ: Czy Pani zdaniem ten kryzys wody jest efektem zmian klimatu, porozumień handlowych, czy może działań firm wydobywczych?

MB: Po trochu każdego z wymienionych. Kryzys wody jest po części skutkiem zmian klimatu, z powodu ogrzewania się atmosfery. Powietrze podgrzewa wodę, śnieg i lód szybciej topnieją i większe jest parowanie z jezior i rzek. Ale poza zmianami klimatu nadmiernie wydobywamy wodę. Pobieramy ją z rzek, tamujemy rzeki, wydobywamy wodę z wód gruntowych szybciej, niż natura może odbudować te zasoby, nasze metody rolne i produkcji żywności są zorientowane na wysoką konsumpcję wody, są dla niej niszczące i zatruwają ją.

Przemieszczamy też wodę z miejsc, w których powinna być, bo jesteśmy przyzwyczajeni do tworzenia „zdrowego ekosystemu” tam, gdzie jest to dla nas wygodne. W istocie jest to nadużycie koncepcji wody, gdyż uważamy ją za zasób, służący naszej wygodzie i użyteczny dla naszego zysku, podczas gdy kwestię wody należy postrzegać inaczej [ESJ: jako dobra niezbędnego do życia] i chronić jej zasoby. To bardzo ważne.

ESJ: A jaki związek widzi Pani między porozumieniami handlowymi a zasobami wody?

MB: Jeśli chodzi o porozumienia handlowe, jest kilka aspektów wpływających na wodę. Jednym z nich jest to, że wprowadzają prywatyzację, więc jeśli dane miasto nie sprywatyzowało systemu wodociągowego, te porozumienia będą wymuszały prywatyzację. Jeżeli już jest on sprywatyzowany, trudno jest od prywatyzacji odejść, ponieważ firmy mogą pozwać państwo za straty. Mówią: „nie możecie, teraz mamy prawo do zarządzania tym systemem wodociągowym, ponieważ pozwoliliście nam to robić. Nie możecie zmienić zdania, nawet jeśli wam się to nie podoba, mamy prawo robić to już zawsze”. Zatem wymuszają one prywatyzację, traktowanie wody jako produktu [ESJ: rynkowego]. Dają też korporacjom prawo do pozywania państw celem zapewnienia sobie prawa do dostępu do wody. I dają zagranicznym korporacjom prawo do podważania prawa i regulacji, które będą chronić wodę. Zatem woda jako prawo człowieka do wody albo woda jako prawo do usług publicznych może być przez te porozumienia handlowe zagrożona.

ESJ: W swoim wykładzie podała Pani przykłady firm pozywających państwa z powodu wody.

BM: Jest wiele przykładów i zebrałam je w raporcie, który napisałam, ponieważ chcę, aby ludzie mieli bardzo konkretne przykłady. Jednym, o którym słyszałam niedawno, był ten dotyczący firmy holenderskiej, która pozwała państwo estońskie, ponieważ firma zarządza systemem wodnym w oparciu o zyski i chcieli podnieść znacznie taryfy, a państwo odmówiło, ponieważ obywateli nie było na to stać, więc pozwali rząd przed międzynarodowym sądem [ESJ: prywatnym trybunałem arbitrażowym], aby rozstrzygnąć spór w Nowym Jorku. I z tego, co widzę, chodzi o miliardy euro, to duża sprawa. Chcą zadośćuczynienia do końca kontraktu za to, co zyskaliby, gdyby mogli podnieść ceny wody.

Inny przykład mamy w Quebeku, w moim kraju. Prowincja Quebec wprowadziła moratorium na szczelinowanie hydrauliczne. Teraz została pozwana przez firmę, właściwie kanadyjską, ale wykorzystującą podwykonawcę amerykańskiego, aby pozwać rząd kanadyjski. I nawet nie pozywają lokalnego rządu, tylko rząd federalny, ponieważ to on podpisał porozumienie [ESJ: mowa o porozumieniu NAFTA]. Istnieje zatem wiele, wiele sposobów, na które te porozumienia handlowe mogą uderzyć i podważyć prawo rządów do określania warunków i zasad współpracy, a powinny one mieć prawo do stanowienia o tym.

ESJ: Mówiła Pani w swoim wykładzie, że dla Pani TTIP i CETA to dwie twarze tego samego porozumienia dla Unii Europejskiej. Czy może Pani to wyjaśnić?

BM: Tak, wielokrotnie słyszałam w Europie, że ludzi martwi TTIP, a wielu nie słyszało nawet o CETA i gdy o tym myślą, myślą „Kanada to nie problem, nie martwi nas porozumienie z Kanadą, tylko porozumienie ze Stanami Zjednoczonymi”. Chcę zaznaczyć, że jeśli ktoś jest przeciwko TTIP, powinien być również przeciwko CETA, bo to jakby to samo porozumienie w dwóch etapach. Najpierw jest CETA, potem jest TTIP.

Nawet gdyby udało się uniknąć TTIP – współpracując z grupami w USA występującymi przeciwko niemu nie dopuścić do jego wejścia w życie, to CETA i tak będzie miało ten sam skutek, gdyż amerykańskie firmy będą pozywać przez Kanadę. Mogą bowiem użyć zapisu o ochronie inwestorów w CETA, aby pozywać Unię Europejską czy rządy europejskie, o co tylko będą chciały. Istnieje 42 000 amerykańskich firm, które mają holdingi lub filie w Kanadzie, więc nie muszą korzystać z TTIP, mogą wykorzystać CETA. Zatem porozumienie CETA jest ważniejsze w tej chwili jako pierwsze i myślę, że ludzie powinni odwrócić swoją uwagę od TTIP i zwrócić ją na CETA, które jest równie niebezpieczne dla nas wszystkich.

ESJ: Komisja Europejska wprowadziła do CETA nowy system ochrony inwestorów ICS. Są głosy, że jest on niebezpieczniejszy niż początkowy system ISDS.

MB: Tak, zgadzam się, w pewien sposób jest on nawet groźniejszy. Tak, jest bardziej przejrzysty i pewnie ujdzie w niektórych rozprawach, ponieważ pozwala na apelację, więc w tej kwestii może wyglądać lepiej, ale problem z nim polega na tym, że ustanawia on sąd o stałym składzie, który daje zagranicznym inwestorom prawa, których krajowe firmy nie mają. Można sprzeciwiać się tajnemu procesowi, który ma miejsce w NAFTA, ale gdy ten sąd ma stały skład i wyznaczonych sędziów, i tak będą oni prawnikami wyspecjalizowanymi w prawie handlowym. Będzie bardzo, bardzo trudno to odkręcić i myślę, że danie osobnego sądu transnarodowym korporacjom to powiedzenie: „Są ponad prawem, nie muszą przestrzegać tego samego prawa, co ty i ja. Mają swoje własne prawo.” I myślę, że to błąd. Myślę, że to groźne.

Zaraz stracę głos. Mówiłam przez cały dzień.

ESJ: Jeszcze tylko dwa pytania. Mówiła Pani w wykładzie, że TTIP i CETA po raz pierwszy są groźne dla samorządów i lokalnych społeczności. Czy może Pani powiedzieć dlaczego?

MB: Aż do teraz wszystkie te porozumienia handlowe dotyczyły tylko wydatków rządów na poziomie federalnym. W CETA i TTIP po raz pierwszy chodzi o wydatki lokalne [ESJ: lokalne zamówienia publiczne]. Prowincje, stany, regiony, miasta, systemy wodne, infrastruktura, drogi, służba zdrowia, wszystko, na co wydajemy większość pieniędzy podatników jest bardziej lokalne. Jeżeli wartość danej usługi przekracza pewien poziom, samorządy będą musiały poddać się konkurencji [ESJ: transatlantyckiej]. Nie można powiedzieć „zatrzymamy je w rękach publicznych” lub „będą one należały do społeczności lokalnych, więc zatrzymamy pieniądze w regionie”. Nie będzie można już tak robić. Zatem przyznajemy wielkim firmom żywnościowym, usługowym, opiekuńczym i wodnym prawo do narzucania swoich reguł lokalnym samorządom. W praktyce odbiera to im prawo do promowania zdrowej gospodarki lokalnej, lokalnej produkcji żywności czy lokalnych rolników.

ESJ: Ostatnie pytanie dotyczy NAFTA. Jak opisałaby Pani krótko najważniejsze konsekwencje NAFTA dla Kanady i Meksyku?

MB: Straciliśmy wiele suwerennych praw ustalania naszych własnych standardów w wielu kwestiach i nasz rząd uważał, że to gra warta świeczki, a moim zdaniem przegraliśmy, oddaliśmy te prawa. Straciliśmy kontrolę nad naszą energią czy produkcją żywności na rzecz wielkich amerykańskich firm, które teraz zarządzają naszymi farmami i naszym rynkiem żywności. Musieliśmy zrestrukturyzować sposób, w jaki produkujemy żywność, aby być bardziej konkurencyjni, co oznacza większy agrobiznes, większe przemysłowe farmy, więcej zanieczyszczeń, więcej konkurencji, więcej eksportu. Teraz chodzi głównie o tanie jedzenie i większy eksport.

Straciliśmy też naszą bazę produkcyjną dóbr, przeszliśmy od stanu, w którym produkcja przemysłowa stanowiła 26% naszego PKB, na obecne 11%. Meksyk tylko pozornie zyskał na tym porozumieniu, mówiąc: „Jesteśmy tutaj na dole, damy wam tanią siłą roboczą i prawo zrzucania zanieczyszczeń na naszą ziemię i wody, nie będziemy narzekać”. Nawet mimo że mają dobre prawa dotyczące środowiska, powiedzieli zwyczajnie „odwrócimy głowy”. Więc wielkie firmy przeniosły do meksykańskich przygranicznych stref wolnego handlu wiele, wiele dobrze opłacanych miejsc pracy [ESJ: z Kanady i USA]. Straciliśmy np. wiele miejsc pracy w sektorze samochodowym, po prostu zniknęły, i to wszystko z powodu NAFTA. Staliśmy się ponadto bardziej nierównym, niesprawiedliwym społeczeństwem, straciliśmy wiele z naszego systemu opieki społecznej na rzecz garstki bogatych ludzi, pewnej klasy społecznej. Zyskały na tym wielkie firmy wydobywcze i energetyczne, ale naprawdę uważam, że nie zyskali na tym zwykli obywatele.

ESJ: Nawet w Meksyku?

MB: Zwłaszcza w Meksyku. Meksyk ma teraz wszystkich tych miliarderów. Przekształcił się z podzielonego społeczeństwa na bardzo podzielone i pełne przemocy społeczeństwo. Miało to przynieść korzyści i pokój. Nie przyniosło żadnego z nich. Najgorsze z miejsc pracy powędrowały do Meksyku kosztem milionów meksykańskich rolników, więc myślę, że jest to ogromna strata dla obywateli wszystkich tych trzech krajów, a wielka wygrana dla korporacji.

ESJ: Bardzo dziękuję za wywiad.

MB: Cała przyjemność po mojej stronie.

Tłumaczenie: Tomasz Szustek

Maude Barlow jest prezeską kanadyjskiej organizacji Council of Canadians. Pełniła funkcję głównego doradcy ds. gospodarki wodnej przy 63. przewodniczącym Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Od wielu dekad działa jako aktywistka w walce o sprawiedliwe traktaty handlowe i o sprawiedliwość środowiskową w Kanadzie i na całym świecie.

Umowa o partnerstwie transpacyficznym (TPP) jest największym porozumieniem handlowym w historii Australii. Mimo to jest negocjowana w zupełnej tajemnicy. Co oznacza dla naszej przyszłości? (więcej…)

Czy usługi publiczne staną się niedługo przedmiotem negocjacji handlowych między Unią Europejską i jej krajami partnerskimi? Niedawno po raz pierwszy zostały objęte negocjacjami o liberalizacji handlu między Unią Europejską a Kanadą. (więcej…)