Regeneracja – odnowa czy coś więcej?
Regeneracja to nie tylko powrót do stanu sprzed kryzysu. To świadome odbudowywanie – w gospodarce, samorządzie, środowisku – tego, co wymaga naprawy i wzmocnienia. Kongres Regeneracja! w Dąbrowie Górniczej to miejsce, gdzie ta idea staje się praktyką. 5 i 6 września 2025 roku spotkamy się, by rozmawiać o konkretnych sposobach na mądrą zmianę.
Dlaczego warto być częścią Kongresu?
Kongres Regeneracja! to dwa dni paneli, warsztatów i rozmów z ludźmi, którzy nie boją się myśleć inaczej. To przestrzeń, w której nauka, aktywizm i biznes spotykają się, by szukać rozwiązań dla najważniejszych wyzwań:
-
Jak zapewnić dostępne i stabilne mieszkania?
-
Jak wzmacniać lokalne wspólnoty i samorządy?
-
Jak uniezależnić gospodarkę od taniej pracy i zewnętrznych środków?
-
Jak budować odporność miast i wsi na zmiany społeczne i klimatyczne?
-
Jak rozwijać energetykę społeczną i spółdzielczość?
Wśród uczestników znajdziesz samorządowców, naukowców, przedsiębiorców, aktywistów i mieszkańców, którzy chcą działać, a nie tylko słuchać. To okazja, by poznać inspirujących ludzi, zdobyć praktyczną wiedzę i nawiązać kontakty, które zostaną na dłużej.
Konkret, nie slogan
Kongres Regeneracja! to nie kolejna konferencja pełna ogólnych haseł. Organizatorzy – Polska Sieć Ekonomii (PLSE), Miasto Dąbrowa Górnicza oraz partnerzy społeczni i naukowi – stawiają na praktyczne rozwiązania i otwartą dyskusję. Spotkania odbędą się w Pałacu Kultury Zagłębia i Fabryce Pełnej Życia – miejscach, które symbolizują przemianę i nowe otwarcie.
Jak dołączyć?
Udział w Kongresie jest bezpłatny, wystarczy się zarejestrować:
👉 Formularz rejestracyjny
Nie musisz być ekspertem ani liderem opinii. Wystarczy, że chcesz rozmawiać o przyszłości i szukać rozwiązań, które mają sens.
Do zobaczenia w Dąbrowie Górniczej
Kongres Regeneracja! to miejsce dla tych, którzy wierzą, że zmiana zaczyna się od rozmowy – i że regeneracja to coś więcej niż powrót do punktu wyjścia. Przyjedź, zainspiruj się i sprawdź, jak wygląda praktyczna rozmowa o przyszłości, która naprawdę ma znaczenie.
Gospodarka węglowa wzmacnia nierówności rasowe, społeczne i gospodarcze, tworząc system zasadniczo nie do pogodzenia ze stabilną przyszłością.
Od głęboko zakorzenionego rasizmu po pandemię COVID-19, od skrajnych nierówności po upadek ekosystemów – nasz świat staje przed strasznymi katastrofami o wspólnych korzeniach. Ale obecna chwila, w równym stopniu jak boleśnie uwypukla słabości naszego systemu gospodarczego, daje nam wyjątkową szansę na to, by go wymyślić od nowa. A pragnąc przebudowy naszego świata, możemy, i musimy, pożegnać się z gospodarką napędzaną paliwami kopalnymi.
Nawet w chwili, gdy załamanie klimatu jest już tuż za rogiem, presja powrotu do starej gospodarki opartej na węglu jest realna, i tym bardziej niebezpieczna, gdy wziąć pod uwagę fundamentalną niestabilność gospodarki zakorzenionej w niesprawiedliwości. Źródła ludzkiego cierpienia na dużą skalę, takie jak nieurodzaj, niedobory wody, wzrost poziomu wód morskich, pożary, ekstremalne zjawiska pogodowe, przymusowa migracja i pandemie, idą ramię w ramię z ociepleniem świata. Na przykład narażenie na zanieczyszczenie powietrza zwiększa ryzyko powikłań chorób takich jak COVID-19, a wylesianie i rosnące temperatury zwiększają prawdopodobieństwo pojawiania się w przyszłości chorób zakaźnych. Kiedy te konsekwencje się ujawniają, nie jest przypadkiem, że są one nieproporcjonalnie bardziej odczuwane przez społeczności kolorowe, społeczności o niskich dochodach, a także przez najbardziej narażone narody i ludy oraz inne, historycznie marginalizowane grupy.
Źródła ludzkiego cierpienia na dużą skalę, takie jak nieurodzaj, niedobory wody, wzrost poziomu wód morskich, pożary, ekstremalne zjawiska pogodowe, przymusowa migracja i pandemie, idą ramię w ramię z ociepleniem świata.
Na przykład, to Czarni w Ameryce należą do najbardziej narażonych na zanieczyszczone powietrze. Gospodarka oparta na węglu wzmacnia nierówności rasowe, społeczne i ekonomiczne, tworząc system zasadniczo nie do pogodzenia ze stabilną przyszłością. Jeśli nie podejmiemy działań teraz, chwila obecna może się okazać jedynie zapowiedzią tego, co nadchodzi, ponieważ sytuacje i wybory, jakich przyjdzie nam dokonywać, będą coraz bardziej bolesne. Co więcej, naiwnością jest wyobrażanie sobie, że możemy po prostu popchnąć przemysł paliw kopalnych – branżę, która od dziesięcioleci kłamie na temat zmian klimatycznych, aktywnie sprzeciwia się poważnym rozwiązaniom klimatycznym i nadal planuje przyszłość zależną od paliw kopalnych – do właściwych zachowań.
Zamiast tego powinniśmy dostrzec, że obecna chwila stwarza okazję do zbudowania lepszej przyszłości dla nas i naszych dzieci. Przejmując kontrolę nad gospodarką węglową, możemy rozpocząć wytyczanie ścieżki prowadzącej do ożywienia gospodarczego, jednocześnie budując sprawiedliwszy i bardziej zrównoważony świat.
Rządy muszą aktywnie wycofać się z przemysłu paliw kopalnych. Dotacje i subsydia dla wielkich koncernów naftowych, gazowych i węglowych tylko dodatkowo opóźniają niezbędną transformację energetyczną, zakłócając rynki, a jednocześnie skazując nas na przyszłość, na którą nie możemy sobie pozwolić. Zamiast tego skoordynowane wycofywanie się z poszukiwań i wydobycia paliw kopalnych umożliwi rządom przesunięcie środków na zielone technologie, infrastrukturę, programy społeczne i dobre miejsca pracy, pobudzając transformację gospodarczą, która przynosi korzyści ludziom i planecie.
Instytucje finansowe muszą zakończyć swoje inwestycje i finansowanie w zakresie paliw kopalnych. Stawiając na sukces branży wydobywczej, nasze największe banki, najbardziej wpływowi inwestorzy i najbardziej prestiżowe uniwersytety zapewniają jej kapitał gospodarczy i społeczny niezbędny do utrzymania niebezpiecznego status quo. Zamiast tego instytucje te powinny wycofać się ze spółek wydobywczych i zakończyć finansowanie ich dalszej działalności, jednocześnie inwestując zasoby w sprawiedliwą i stabilną przyszłość.
Ludzie muszą zbudować siłę polityczną, aby stanąć po stronie bardziej sprawiedliwego systemu gospodarczego. Próbując odbudowywać gospodarkę, której naczelną zasadą jest powrót do „biznesu jak zwykle”, zastąpimy po prostu jeden kryzys drugim. Zamiast tego musimy zdać sobie sprawę, że kiedy dochodzi do kryzysu, katastrofa nasila się wzdłuż linii podziału społeczeństwa, a gdy nie przygotujemy się na katastrofę, koszty tej bezczynności spadną przede wszystkim na najsłabszych. Zielone ożywienie może i musi podnieść na duchu tych, którzy go najbardziej potrzebują, w kraju i na całym świecie, tworząc w ten sposób bardziej odporne i regenerujące się społeczeństwo.
Udana wielkoskalowa transformacja gospodarcza, która doprowadzi do demontażu gospodarki węglowej i stworzenia świata bardziej przyjaznego dla środowiska naturalnego, da nam szansę rozpoczęcia procesu naprawy gospodarczej, pracując jednocześnie nad usunięciem niesprawiedliwości, które stanowią dzisiaj serce naszego systemu. Jako niżej podpisani eksperci ekonomiczni wzywamy naszych decydentów do uznania roli, jaką w odbudowie naszego świata mają do odegrania znaczące działania pro klimatyczne – do uznania, że zdrowa gospodarka i zdrowe społeczeństwo wymagają zdrowej planety.
List ten został podpisany przez ponad 100 ekonomistów:
Joseph E. Stiglitz, Columbia University
Gabriel Zucman, University of California, Berkeley
Robert B. Reich, University of California, Berkeley
Dani Rodrik, Harvard University
Mariana Mazzucato, UCL
Jeffrey D. Sachs, Columbia University
Darrick Hamilton, The Ohio State University
Gernot Wagner, New York University
Erik Brynjolfsson, Stanford University
Emmanuel Saez, University of California, Berkeley
Dean Baker, Center for Economic and Policy Research
Ann Pettifor, Policy Research in Macroeconomics
Michael Ash, University of Massachusetts Amherst
Jessica Gordon-Nembhard, John Jay College – CUNY
Douglas Almond, Columbia University
Stephen A. Marglin, Harvard University
Clair Brown, University of California, Berkeley
Juliet Schor, Boston College
Jonathan Isham, Middlebury College
José-Antonio Espín-Sánchez, Yale University
Thomas Herndon, Loyola Marymount University
Indivar Dutta-Gupta, Georgetown University
Elliott Sclar, Columbia University
Monique Morrissey, Economic Policy Institute
Arthur MacEwan, University of Massachusetts Boston
Henry M. Levin, Columbia University
David Barkin, Universidad Autónoma Metropolitana
Chris Tilly, University of California, Los Angeles
Deepankar Basu, University of Massachusetts Amherst
Thomas Michl, Colgate University
Nancy Folbre, University of Massachusetts Amherst
Herbert Gintis, Santa Fe Institute
Hans Despain, Nichols College
Peter H. Bent, Trinity College
Gautam Sethi, Bard College
Jeffrey Shrader, Columbia University
Margaret C. Levenstein, University of Michigan
Steven Hail, University of Adelaide
Raj Patel, The University of Texas at Austin
Steve Keen, UCL
Hendrik Van den Berg, University of Nebraska-Lincoln and University of Massachusetts Amherst
John Miller, Wheaton College
Amanda Novello, The Century Foundation
Mar Reguant, Northwestern University
Imraan Valodia, Wits University
Mary A. Taft, University of Massachusetts Amherst
Fabrizio Zilibotti, Yale University
Gerald Epstein, University of Massachusetts Amherst
Pavlina R. Tcherneva, Bard College and Levy Economics Institute
Stephanie Kelton, Stony Brook University
Lawrence Mishel, Economic Policy Institute
Brad DeLong, University of California, Berkeley
Kathy Zilch, University of Massachusetts Amherst
Sunanda Sen, Jawaharlal Nehru University
Richard D. Wolff, The New School
Tim Jackson, University of Surrey
Gregor Semieniuk, University of Massachusetts Amherst
Jason Hickel, Goldsmiths, University of London
Fadhel Kaboub, Denison University and Global Institute for Sustainable Prosperity
Anders Fremstad, Colorado State University
Randall Wray, Bard College and Levy Economics Institute
Nina Eichacker, University of Rhode Island
Larry Allen, Lamar University
Elissa Braunstein, Colorado State University
Bogdan Prokopovych, University of Massachusetts Amherst
Ramaa Vasudevan, Colorado State University
Mark Paul, New College of Florida
Yeva Nersisyan, Franklin and Marshall College
Michael Carlos Best, Columbia University
Erik K. Olsen, University of Missouri Kansas City
Kimberly Oremus, University of Delaware
Tracy Mott, University of Denver
Eban Goodstein, Bard College
Eileen Appelbaum, Center for Economic and Policy Research
Mark Campanale, Carbon Tracker Initiative
Carol E. Heim, University of Massachusetts Amherst
Timothy Koechlin, Vassar College
William Mitchell, University of Newcastle
Akhil Rao, Middlebury College
Andrew Fieldhouse, Middlebury College
Peter Hans Matthews, Middlebury College
Richard Parker, Harvard University
Shouvik Chakraborty, University of Massachusetts Amherst
Jay Hamilton, John Jay College – CUNY
Gerald Friedman, University of Massachusetts Amherst
Matthew Johnson, Duke University
Kate Raworth, Oxford University
Markus Wissen, Berlin School of Economics and Law
William Lazonick, The Academic-Industry Research Network
Bryan Snyder, Bentley University
Tilman Altenburg, German Development Institute
Yavuz Yaşar, University of Denver
Sarah Jacobson, Williams College
Mary C. King, Portland State University
Lawrence P. King, University of Massachusetts Amherst
Rob Larson, Tacoma Community College
Mark Witte, Northwestern University
Wendy Carlin, UCL
Geoff Schneider, Bucknell University
Thomas Masterson, Levy Economics Institute
Julia Cagé, Sciences Po Paris
Jacqueline Klopp, Columbia University
Howard Botwinick, SUNY Cortland
Stephen O’Connell, Swarthmore College
W. Mason, John Jay College – CUNY
Randy Albelda, University of Massachusetts Boston
Michael Reich, University of California, Berkeley
John Womack, Harvard University
Ben Zipperer, Economic Policy Institute
Benjamin Wilson, SUNY Cortland
Justin A. Elardo, Portland Community College
Joan Hoffman, John Jay College – CUNY
Jack Willis, Columbia University
Robert A. Nakosteen, University of Massachusetts Amherst
José Blanco, Universidad Autónoma de México
(Powiązania instytucjonalne wyłącznie do celów identyfikacyjnych).
Tłumaczenie: Janusz Allina
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Jednym z marzeń niejednej osoby o szeroko pojętych progresywnych poglądach jest to, że wystarczy chłodno przedstawić fakty, by przekonać do swoich racji. Prawicowi populiści lubią to. (więcej…)
O gospodarce, społeczeństwie i środowisku naturalnym na przestrzeni wieków w redakcyjnej rozmowie z dr hab. Grzegorzem Myśliwskim.
Jan Chudzyński: Czy można powiedzieć, że początkiem rozwoju gospodarczego w Europie był XV wiek?
Dr hab. Grzegorz Myśliwski: Wielki rozwój gospodarczy przeżyła Europa średniowieczna wcześniej, przede wszystkim w okresie od X–XI w. do początku XIV w. W Polsce zaczął się on później, w XII w., i trwał przez całą epokę. Natomiast to, czy wiek XV stanowił okres odrodzenia gospodarczego porównywalnego z najpomyślniejszym wiekiem XIII, było przedmiotem wielkiej dyskusji. Niektórzy twierdzili, że w XV w. trwała stagnacja po kryzysie wieku poprzedniego, jednak częściej przyjmuje się dzisiaj, że XV wiek był rzeczywiście okresem „odbicia” gospodarczego. Tu pojawia się oczywiście pytanie o skalę, bo nie mamy tak dokładnych danych, żeby obliczyć na przykład wzrost PKB. Dodatkowo trzeba pamiętać, że nie cała Europa Zachodnia przeżywa wówczas rozkwit, gdyż przez część XV wieku toczyła się choćby wojna stuletnia Francji z Anglia. Sądzę, że wiek XV jest najbardziej zagadkowym stuleciem z punktu widzenia historii gospodarczej średniowiecznej Europy.
Jak można scharakteryzować relacje, na jakich opierała się ówczesna gospodarka? Były to relacje feudalne, czy może protokapitalistyczne?
Może wyjaśnijmy, co oznacza pojęcie „feudalny”, bo feudalizm to jeden z najbardziej wieloznacznych terminów w nauce. Budzi więc wiele kontrowersji, stąd pojawiały się nawet postulaty, by w ogóle przestać go używać. Jest jednak użyteczny i z powodu długiej tradycji stosowania ostał się mimo intelektualnych ataków. W znaczeniu marksowskim oznacza on po prostu stosunki oparte na poddaństwie (głównie chłop–szlachcic), w przeciwieństwie do znaczenia alternatywnego, gdzie ta zależność wynikała z umowy lennej zawartej wyłącznie przez „ludzi miecza” (wojowników, później rycerzy o różnym znaczeniu). Status ludności w XIV czy XV wieku był oczywiście różny, czego dobrym przykładem są wsie na ziemiach polskich. We wsiach na prawie niemieckim chłopi byli wolni osobiście, mieli odrębny status prawny i podlegali pewnej zależności, ale raczej ekonomicznej. Mieli namiastkę samorządu w postaci ławy sądowej, no i rozliczali się na nowocześniejszych zasadach (doroczny czynsz zamiast wielu danin w naturze). We wsiach, które nie przyjęły prawa niemieckiego, działo się podobnie, z tą różnicą, że nie było namiastki samorządu, tylko sądownictwo pańskie. Chłopi w tych wsiach byli formalnie bardziej zależni od właściciela wsi. Natomiast pracownicy spółek handlowych w większych miastach, choć często tytułowali właściciela firmy „panem”, byli ludźmi wolnymi, członkami samorządnej gminy miejskiej, których obowiązywała indywidualna, na ogół niespisana umowa z właścicielem.
Czyli w tej kwestii sytuacja na ziemiach Polski nie odbiegała znacznie od warunków na zachodzie Europy?
W średniowieczu sytuacja ludności wiejskiej w Polsce była porównywalna do sytuacji chłopów na zachodzie i północy Europy. To zaczęło się zmieniać później. Klasyczna teza mówi o dualizmie społeczno-gospodarczym Europy i wykształceniu się jej podziału na dwie części mniej więcej wzdłuż rzeki Łaby. Wedle tej tezy na Zachodzie przetrwała wolność osobista chłopów, natomiast tutaj na „wschodzie” doszło do refeudalizacji, czyli po prostu do uzależnienia chłopów, których zmuszono do darmowej pracy w folwarku pańszczyźnianym. Jednak w ostatnich dziesięcioleciach ten podział poddaje się rewizji, zwracając uwagę na to, że część Europy na wschód od Łaby nie była jednolita, a wewnętrzne różnice były znaczne. W niektórych krajach (Czechy, część Węgier) przez długi czas przeważały chłopskie gospodarstwa indywidualne, a nie folwarki. W związku z tym część historyków uważa wręcz, że ta tradycyjna teza o dualizmie gospodarczym Europy w okresie nowożytnym jest po prostu błędna.
Jak ten podział przekładał się na sferę materialną?
Różnice były widoczne już wcześniej, choćby pod względem cen. Europę łacińską dzielą one nie na dwie, lecz na cztery strefy cenowe. Ten podział mówi także o zamożności mieszkańców danej strefy. Europa Środkowa w XV wieku, łącznie z państwem krzyżackim, to strefa najniższych cen. Niemcy i Skandynawia miały już ceny wyższe, a reszta Europy Zachodniej była trzecią strefą – cen jeszcze wyższych. Z kolei Włochy i świat śródziemnomorski to strefa cen największych. Różnice w poziomie bogactwa widać także porównując kapitały największych spółek. Dla przykładu, największa firma we Wrocławiu w XV wieku dysponowała kapitałem około 21 tys. florenów, spółka Diesbach &Watt ze Szwajcarii miała dwa razy większe zasoby, a kapitały Medyceuszy szły już w setki tysięcy florenów.
Te różnice w rozwoju gospodarczym z czasem doprowadziły do widocznego gołym okiem podziału na centrum i peryferie.
Pamiętając o podważaniu teorii o podziale Europy na dwie części, rzeczywiście zbyt generalizującej, rozwój przemysłu czy rzemiosła oraz handlu na Zachodzie przebiegał dynamicznie (także dzięki wielkim odkryciom geograficznym). Natomiast w Europie Środkowo–Wschodniej działo się inaczej. Kontynuowano to, co było w średniowieczu, niewiele rozwijano. Jeśli chodzi o podział na centrum i peryferie, to dodajmy, że peryferie nie były marginesem bez znaczenia, lecz stanowiły niezbędną część międzynarodowego systemu gospodarczego. Ziemie polskie odgrywały rolę jako eksporter głównie zboża, drewna, kopalin i niewiele więcej. Jedną z przyczyn takiego obrotu spraw oczywiście był uwiąd miast, który zaczął się od uzależniania mieszczaństwa i miast od szlachty. Jej część na przełomie XV i XVI wieku przenosiła się do miast, by jeszcze aktywniej, bezpośrednio prowadzić handel, ale wskutek antymiejskich ustaw sejmowych w XVI w. ten trend ustał. Później zadowalała się eksploatacją swoich folwarków i poddanych, nie inwestując w inne dziedziny gospodarki. A w miastach prosperity skończyła się po XVI w. (wyjątkiem jest Gdańsk) i nie było komu inwestować, tym bardziej że mieszczaństwo miało zakaz nabywania dóbr ziemskich. To wszystko miało dalekosiężne skutki.
Jeszcze w XVI wieku sytuacja zdaje się wyglądać nieźle, ale gospodarka polska była, patrząc z punktu widzenia całej Europy, monokulturowa. Gdy kończyła się koniunktura na zboże, nie było za bardzo czym go zastąpić. Można było tylko bardziej wyzyskiwać chłopów, by nadrobić spadek koniunktury zwiększonym eksportem zboża. Ale i to przestało wystarczać.
Zresztą opowiem panu ciekawostkę. Dziennikarz poprosił kiedyś profesora Henryka Samsonowicza o ułożenie rankingu stuleci w dziejach Polski od najlepszego do najgorszego. Profesor Samsonowicz za najgorszy w dziejach Polski uznał wiek XVII, choć dawniejsza tradycja historiograficzna nazywa go „srebrnym wiekiem”. Oczywiście nie chodziło tu o zaprzeczanie polskim osiągnięciom w dziedzinie literatury, sztuki czy pozycji politycznej kraju w Europie, w sumie nadal znaczącej. Jednak zdaniem Samsonowicza był to okres, kiedy dziejePolski zaczęły biec w innym kierunku niż historia wielu krajów Europy Zachodniej. W części państw zachodnich następuje wówczas rozkwit nauki i kultury, również rozwój gospodarczy, czego sztandarowym przykładem jest Francja czasów Ludwika XIV w. A tu u nas właściwie ciągle wojny, fanatyczna kontrreformacja, która choć mniej drastyczna i mniej okrutna niż w innych krajach, to kulturowo szkodliwa, bo tolerancję poprzednich stuleci i tę różnorodność kulturową właściwie zniszczyła. Również jej wpływ na edukację był fatalny. To wszystko składa się na początek długiej drogi do upadku Rzeczypospolitej.
A na zachodzie Europy już niedługo miał nastąpić przełom. Poza rozwojem gospodarki rewolucja przemysłowa miała jednak swoje negatywne konsekwencje dla ludzi i środowiska.
XVIII wiek to okres rewolucji przemysłowej w Anglii, no i oczywiście początek jej bardzo dynamicznego rozwoju. Przy czym zwróćmy tutaj uwagę za Witoldem Kulą na to, że był to jedyny kraj, gdzie te procesy na tak wielką skalę nastąpiły w sposób spontaniczny, naturalny. Wszędzie indziej rewolucja przemysłowa była narzucana odgórnie, po to, żeby po prostu Anglii czy rozwijającym się później innym krajom dorównać.
To oczywiście wpływało na życie ludzi w różny sposób. My postrzegamy rewolucję przemysłową nie tylko jako wielką transformację, ale też jako proces, który miał i swoją ciemną stronę. Oprócz wielu opracowań przywołać tu można wstrząsające sceny z filmu Andrzeja Wajdy „Ziemia obiecana”, gdzie widać jak fabrykanci traktowali robotników. Rewolucja przemysłowa wiąże się też oczywiście z wielkim karczunkiem lasów i zmianami w krajobrazie naturalnym, z ogromnym wzrostem ludności miejskiej w stosunku do wiejskiej. Te rozrastające się miasta nie były czymś, czym są dzisiaj, to były brudne, cuchnące molochy. To rzeczywiście okres nieliczącego się z niczym dzikiego kapitalizmu.
Wracając do dojrzałego i późnego średniowiecza, jaki wpływ na środowisko miała ludzka działalność w tamtym okresie?
Kolonizacja skutkowała przekształceniami krajobrazu naturalnego, wycinkami lasów na wielką skalę. Odkrycia kopalin prowadziły do powstania miast i budowy nie tylko kopalń, ale i zatruwających środowisko kuźnic i hut. Ale już w XIII wieku pojawia się pierwsza refleksja na ten temat, a w południowych Niemczech zaczyna się planowe zalesianie. W Austrii, w okolicach Salzburga, gdzie znajdowały się wielkie zasoby soli, do której warzenia potrzebowano masy drewna, zorientowano się, jakie są tego konsekwencje ekologiczne i zaczęto zalesianie. Niestety, w tym przypadku nie dało to dużych efektów, bo warzenie solanek wymagało ogromnych ilości opału. Z kolei w XIII wieku w Anglii zamiast węgla drzewnego próbowano stosować węgiel kamienny, ale w 1307 roku w Londynie zakazano jego stosowania, gdyż w czasie spalania dymił, emitował fetor, i do tego jeszcze wolno się palił. Wrócono więc do węgla drzewnego. Do węgla kamiennego wrócono kilkaset lat później, gdy wykarczowano już tyle lasów, że drewna po prostu zabrakło… Słowem, rozwój gospodarczy miał swoją wysoką ekologiczną i społeczną cenę.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
O źródłach powstawania idei ekonomicznych i współczesnej matematyzacji ekonomii z Jędrzejem Malko rozmawia Jan Chudzyński.
Jan Chudzyński: Chciałbym porozmawiać z tobą o tym, jak ekonomia i ekonomiści widzą świat. Zaczynając od A. Smitha.
Jędrzej Malko: Zacznijmy od tego, że nie ma jednej ekonomii. Szkół myślenia o gospodarce jest wiele, i różnią się od siebie diametralnie. Natomiast można powiedzieć, że zarówno w przeszłości, jak i dziś, w debacie dominują te szkoły, które nie starają się zrozumieć świata, tylko na niego wpłynąć. Ekonomiści kreują wyobrażone światy zaludnione przez modele i metafory często po to, by uzasadnić jakąś politykę.
Zauważmy przy tym, że Adam Smith żadnym ojcem ekonomii nie był. To duża strata, że wrabiamy Smitha w ojcostwo i zapominamy o tym, co się działo wcześniej. Przed nim także zastanawiano się, jak działa gospodarka i co robić, aby działała sprawniej. Już u Ksenofonta, ucznia Sokratesa, znajdziemy rozważania nad tym, jak poradzić sobie z ateńskim deficytem.
Czyli źródeł współczesnej ekonomii powinniśmy szukać w Grecji?
Zastanówmy się lepiej, po co w ogóle chcemy szukać tych źródeł. Myślę, że warto porzucić myślenie o historii idei ekonomicznych w kategoriach linearnego rozwoju: od pierwszych, archaicznych intuicji do współczesnych, twardych ustaleń naukowych. Natomiast warto studiować wielowiekową historię debat o gospodarce, ponieważ dzięki temu można dostrzec, jak raz za razem w podobnych warunkach gospodarczych pojawiają się podobne dyskusje. Mamy więc do czynienia nie tyle z liniowym rozwojem ekonomii, co z historią powtarzających napięć społecznych, którym towarzyszą powtarzające się idee.
Jakie okoliczności doprowadziły do powstania nowożytnej ekonomii?
Bardzo rzecz upraszczając, nowe motywy w refleksji ekonomicznej zaczęły się pojawiać wraz z dynamizacją życia gospodarczego. Choć dopiero po rewolucji przemysłowej europejska gospodarka poznała zjawisko wzrostu, to jeszcze w średniowieczu, na długo przed wynalezieniem maszyny parowej i latającego czółenka, w wielu miastach handel był żywy, a zjawiska rynkowe powszechne. Żyjący w tych miastach akademicy, ludzie zajmujący się administracją pierwszych uniwersytetów, pobieraniem opłat od studentów, a więc bardzo zanurzeni w praktyce, zaczęli w pewnym momencie odchodzić od myślenia o świecie i gospodarce w statycznych, konserwatywnych kategoriach.
Konserwatywne chrześcijaństwo w tamtym czasie opisywało świat w sposób dość czarno-biały. Był grzech i zbawienie, prawda i fałsz, cena sprawiedliwa i cena złodziejska – stany pośrednie były w pewnym sensie niewyobrażalne. W tej wizji świata, jeżeli kupiłeś bochenek chleba za 10 szylingów, a sprzedałeś go za 11, to zgrzeszyłeś, byłeś oszustem. Sprawiedliwa cena była rozumiana jako wyraz prawdziwej natury tego bochenka – jego wewnętrzną, prawdziwą, wartością było albo 10 szylingów, albo 11, wartość nie mogła być raz taka, a raz taka.
Potem cena zaczyna być elementem gry między stronami. Ktoś chce kupić, ktoś chce sprzedać i chodzi o to, aby oni między się sobą dogadali. Z naszej perspektywy wydawać się to może czymś banalnym, ale pojawienie się sprawiedliwości, która nie wynika z rozpoznania wewnętrznej prawdy o bochenku chleba, ale z dynamicznej gry sił pomiędzy piekarzem a kupującym, było rewolucyjne.
Czyli uwolnienie cen pozwoliło zwiększyć dynamikę.
Myślę, że przejście od gospodarki statycznej do dynamicznej i narodziny ekonomii nowożytnej lepiej od historii cen ilustruje ewolucja podejścia do lichwy. Mało który temat emocjonował ludzkość dłużej i bardziej niż pożyczanie na procent. Przez wieki „pieniądz, który rodzi pieniądz” był postrzegany jako godne potępienia wynaturzenie. Jeśli pieniądz ma umożliwiać wymianę, musi być neutralny, jeśli ma być miarą wartości, nie może sam swojej wartości zmieniać. Jeżeli ktoś pożyczał ci 10 szylingów, a żądał z powrotem 11 szylingów, to ewidentnie naruszał naturę rzeczy – podobnie jak z tym bochenkiem chleba. Szyling musiał być wart nie mniej i nie więcej jak szyling.
W średniowieczu metafizyczne obiekcje przeciwko lichwie splatały się z interesami największego w Europie posiadacza ziemskiego, czyli kościoła katolickiego, a w pewnym sensie także z interesem rolniczych społeczności. Ogłaszając procent składany diabelskim wynalazkiem i żądając kary śmierci dla lichwiarzy, kościół bronił się przed konkurencją, czyli rodzącym się mieszczaństwem. Zarazem w gospodarce nieznającej zjawiska wzrostu pożyczanie na procent istotnie uderzało w biedniejszych. Kiedy pożyczka służyła nie wzbogacaniu się, a pokryciu nieplanowanych wydatków, często wynikających z nieszczęścia, na przykład gdy potrzebne były pieniądze, bo spaliła się stodoła czy ktoś zachorował, oprocentowanie pożyczki raziło jako niemoralne. Obowiązkiem bliźniego jest przecież pomóc drugiemu w chorobie, a nie zarabiać na cudzym nieszczęściu.
Wraz z rozwojem handlu i rozpowszechnianiem się zjawisk rynkowych uznano jednak, że gospodarka nie musi być grą o sumie zerowej, a pieniądz może stać się kapitałem, który przynosi zysk, a więc można oczekiwać od niego procentu. Myślę, że przemiana pieniądza w kapitał i uznanie prawomocności oprocentowanego kredytu to kamień węgielny nowożytnej ekonomii. Wraz dostrzeżeniem produktywności kapitału pojawiło się bowiem pytanie, jak się tym nowym bogactwem dzielić.
Jednak prawdziwa wartość w ekonomii pochodzi z ziemi, przynajmniej tak twierdzili fizjokraci.
Tak. Dla nich jedynym prawdziwie produktywnym sektorem był sektor rolniczy. Reszta zajmowała się tylko przetwarzaniem tego, co dała natura. To jest zresztą idea, która szybko zniknęła z głównego nurtu myśli ekonomicznej, a może szkoda, bo dziś mogłaby pomóc nam przemyśleć kwestię ekologii. To natomiast, co od fizjokratów z nami zostało, to przekonanie, że skoro natura jest źródłem wartości ekonomicznej, to rządzi się ona się prawami naturalnymi, analogicznymi do praw chemii czy fizyki. Do dziś takie przekonanie trzyma się mocno.
Co się potem wydarzyło? Teraz możemy wrócić do Adama Smitha, który argumentując, że wartość bierze się z pracy, atakował post-feudalne, gwarantowane przez państwo monopole, które według niego nie pozwalały na taki właśnie „naturalny” rozwój i sprawiedliwe wynagradzanie pracy. W swoich czasach był uważany za rewolucjonistę, inspiratora rewolucji francuskiej i burzyciela porządku społecznego. Kilka tygodni przed ukończeniem „O bogactwie narodów” policja przechwyciła jego rękopis. Podobno tylko cudem ocalał z rąk cenzorów. Ludzie mieli świadomość, że Smith uderza w interesy klas uprzywilejowanych. Zanim więc jego myśl została wykastrowana z emancypacyjnego potencjału i wciągnięta na sztandary brytyjskiego kolonializmu, Smith był uważany za przyjaciela biedoty.
Kontynuując tę przebieżkę po stuleciach debat gospodarczych: potem mamy kolejnego rewolucjonistę, Karola Marksa. Ten z kolei dowodził, że tak jak feudalizm nie wynagradzał ludzi za to, co wytwarzali, tak nie robi tego kapitalizm. Bo kapitalista wyzyskuje, okrada pracowników, jak wampir wysysający wartość z żywej ludzkiej pracy.
Koncepcja wartości pracy pomogła w rozbijaniu paternalistycznych, konserwatywnych argumentów przeciwko kapitalizmowi. Gdy starcie to zostało rozstrzygnięte na korzyść kapitalizmu, zagadnienie wartości pracy zniknęło z centrum myśli ekonomicznej. Bardzo rzecz upraszczając, można powiedzieć, że potencjał polityczny teorii wartości opartej na pracy został wyzyskany do momentu, w którym służyła ona rozwojowi kapitalizmu. Gdy zaczęła mu zagrażać, została odrzucona na margines. W dwudziestowiecznej ekonomii wartość nie jest już obiektywna. To po prostu wszystko to, co ktoś z pełnym portfelem uzna za wartościowe.
Wspomniałeś, że o gospodarce myślano jak o naturalnym systemie, poszukując rządzących nią praw. Czy dzisiaj jest podobnie?
Ekonomia nigdy nie była nauką eksperymentalną, więc siła argumentacji zawsze była w niej budowana na różnych chwytach retorycznych. Przez wieki, aby się uprawomocnić, rozważania nad ekonomią były wyrażane w języku teologii, potem anatomii, później fizyki, jeszcze później matematyki. Ślady tego są widoczne w ekonomii do dziś. Inflacja czy konsumpcja to terminy przyjęte z medycyny, oznaczały kolejno opuchliznę i gruźlicę. Pierwsze modele cyrkulacji pieniądza wprost odwoływały się do odkrytego przez Williama Harvey’a krwiobiegu. Z fizyki została nam np. metafora equilibrium. O religijnym rodowodzie „niewidzialnej ręki rynku” nie wspominając.
Każdy z tych etapów odcisnął się nie tylko w języku, ale też w sposobie myślenia. Z metafor medycznych zostało nam postrzeganie gospodarki jako organizmu, który działa, bo taka jest jego natura, a kłopoty mogą pojawiać się jedynie wtedy, gdy organizm jest atakowany przez jakieś zewnętrzne czynniki: wirusy, bakterie, polityków, coś co zakłóca naturalne działanie rynku. Gdy mówimy o kryzysie roku 1997 jako o „azjatyckiej grypie” to sugerujemy, że kryzys jest przychodzącą z zewnątrz chorobą, anomalią, a nie wynika z wewnętrznej dynamiki kapitalizmu. Z fizyki newtonowskiej zostało nam myślenie w kategoriach atomistycznych, przez pryzmat których ludzie zdają się być całkowicie od siebie odrębnymi ciałami, które mogą na siebie oddziaływać, ale nigdy nie są związane w bardziej trwały sposób. Mógłbym tego typu przykładów podać znacznie więcej.

Zbudowana przez Williama Philipsa w 1949 r. maszyna MONIAC. Hydrauliczny system i przepływająca plastykowymi rurkami woda miały przedstawiać zależności występujące w gospodarce. (Fot. Flickr.com/LSE Library)
Dzisiaj najciekawsze wydaje mi się to, jak bardzo ekonomia się zmatematyzowała. A matematyka jest czystą formą. Odwołuje się wyłącznie sama do siebie. Podobnie, zmatematyzowana ekonomia nie legitymizuje się już poprzez otwarte apele do autorytetu teologii, medycyny czy fizyki. Jak gdyby nie potrzebowała szukać swojego uprawomocnienia gdzieś na zewnątrz. Natomiast coraz częściej obserwujemy, że inne nauki zaczynają szukać swojego uprawomocnienia, stosując ekonomiczną metaforykę maksymalizacji zysku. Widać to w dziedzinach tak od siebie różnych, jak historia, kryminologia czy biologia.
Matematyzacja w ekonomii jest krytykowana, zresztą tak jak prymat głównego nurtu, który pomija szereg ujęć. W ostatnich latach pojawiają się postulaty zwiększenia pluralizmu w nauczaniu ekonomii.
I dobrze, że się pojawiają, bo wielogłos wciąż jest usuwany z ekonomii. Na uniwersytetach udajemy, że jest tylko jedna ekonomia, a nie dziesięć skłóconych ze sobą szkół ekonomicznych. Każda z nich ma swoje założenia i metodologię i ukazuje inne aspekty rzeczywistości gospodarczej. Czasem szkoły te dochodzą do podobnych wniosków, często jednak do zgoła odmiennych. Tymczasem żyjemy w złudzeniu, że albo ktoś się po prostu na ekonomii zna, albo nie.
Na głębszym poziomie pluralizm usuwany jest z ekonomii także w tym sensie, że eliminowana jest z niej świadomość istnienia sprzecznych interesów i politycznych napięć. Wielowymiarowe zjawiska gospodarcze są spłaszczane do opowieści o gospodarce, której produkt krajowy brutto ma po prostu rosnąć. Tymczasem PKB to gigantyczne uogólnienie. Sprowadza każdą aktywność do wspólnego mianownika i sumuje wszystko ze wszystkim. A my, kiedy się zapatrzymy w schludny wykres produktu krajowego, tracimy z oczu różnorodną, zagmatwaną i fascynującą materię życia społecznego.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
O finansjalizacji i jej wpływie na gospodarkę oraz życie codzienne z Nataschą van der Zwan rozmawia Jan Chudzyński. (więcej…)
Tekst jest zapisem wystąpienia podczas seminarium Climate Ethics and Economic Growth, które odbyło się w dniach 30-31 stycznia 2017 roku w Manchesterze. Tytuły w tekście pochodzą od redakcji.
Pojęcie „degrowth” brzmi jak zaprzeczenie wzrostu, stąd można odnieść wrażenie, że opowiadamy się za ujemnym wzrostem PKB (produkt krajowy brutto). Jednak degrowth to nie tylko propozycja zmniejszenia PKB, można bowiem wyróżnić trzy główne elementy, które przewijają się przez literaturę i nasze dyskusje. Podsumowaliśmy je w wydanej dwa lata temu książce (Degrowth. A vocabulary for a new era).
Po pierwsze, degrowth jest bezwzględną krytyką dogmatu wzrostu gospodarczego i towarzyszącej mu ideologii. Idee, które uprawomocniają wzrost gospodarczy, są też ideami, które starają się nas przekonać, że jego konsekwencje są zawsze korzystne, oraz że możliwe jest pogodzenie ciągłego wzrostu z istnieniem równościowego, zrównoważonego środowiskowo społeczeństwa.
Po drugie, degrowth jest hasłem, wokół którego skupiają się badania i poszukiwanie alternatyw. Skoro odrzucamy przyszłość podporządkowaną wzrostowi gospodarczemu, to co dalej? Jak rozwiązywać kwestie zatrudnienia, jak ma wyglądać praca, a jak polityka społeczna? I jak to zrobić w gospodarce, która nie tylko nie rośnie, a nawet może maleć?
I w końcu chyba najbardziej kontrowersyjny punkt. Twierdzimy, że zmniejszenie gospodarki nie tylko jest uzasadnione ze względu na negatywne konsekwencje dalszego wzrostu gospodarczego, ale jest też, co chciałbym stanowczo podkreślić, nieuniknione. Przyszłość wygląda ponuro i w perspektywie stu lat gospodarka w jakiś sposób pewnie i tak ulegnie zmniejszeniu. Tylko czy stanie się tak wskutek katastrof wywołanych zmianami klimatu, czy będzie to wynik przemyślanego przekształcenia? Oto jest pytanie.
Ograniczenie PKB nie jest zatem głównym postulatem degrowthu. Naszym bowiem zdaniem jest ono nieuniknione, zarówno jeśli chcemy „zazielenić” gospodarkę, jak i w razie ziszczenia się najgorszych scenariuszy. Hipoteza degrowthu zakłada, że dokonując pewnych zmian, możemy pomyślnie doprowadzić do zmniejszenia gospodarki. „Pewne zmiany” brzmią, jakby to było proste, choć oczywiście w rzeczywistości jest to bardzo trudne. Chodzi bowiem o głębokie przeobrażenie społeczeństwa, które sprawi, że ograniczenie gospodarki odbędzie się w sposób społecznie zrównoważony.
Jak naprawdę działa gospodarka
Większość ekonomistów twierdzi, że gospodarka może rosnąć nawet bez wzrostu w obrębie sektorów emitujących duże ilości dwutlenku węgla (carbon intensive). Oznaczałoby to, że wzrost tak zwanej nieważkiej części gospodarki (weightless economy), a więc gospodarki cyfrowej, usług informatycznych itp., mógłby zrekompensować spadek wzrostu w „cięższych” sektorach. W ramach ekonomii neoklasycznej i standardowego paradygmatu w ekonomii oczywiście ma to sens, ponieważ sposób, w jaki PKB łączy wszystkie dobra i usługi w jeden wskaźnik, sprawia, że mogą się one wydawać doskonale wymienne. Oczywiście teoretycznie może istnieć gospodarka, w której wzrost wywołany zwiększającą się liczbą masaży i usług językowych będzie w stanie zrekompensować spadki w produkcji przemysłowej. Jest to jak najbardziej możliwe, posługując się logiką PKB, ale coś tu chyba musi być nie tak. Przecież wiemy, że gospodarka wcale tak nie działa. Jest to złożony system, w którym nie jest możliwe, by same usługi napędzały wzrost PKB, podczas gdy przemysł i rolnictwo się kurczą.
Może was to zaskoczy, jeśli nie studiowaliście ekonomii, ale w klasycznej teorii wzrostu gospodarczego nie ma miejsca dla zasobów. Głównymi czynnikami produkcji, o których się naucza, są praca i kapitał. W nowych teoriach wzrostu dodatkowo uwzględnia się idee, innowacje i kapitał ludzki. I to by było na tyle. Dlatego właśnie wśród ekonomistów ekologicznych mówi się, że zgodnie z wywodzącym się z ekonomii głównego nurtu modelem do wypieku ciast i ciasteczek potrzeba tylko pieca i piekarza. Nie potrzeba paliwa do rozgrzania pieca ani mąki do wyrobienia ciasta. To jest właśnie standardowa funkcja produkcji w teoriach wzrostu gospodarczego.
Ekonomia ekologiczna, a więc dziedzina, z której się wywodzę, zupełnie inaczej postrzega gospodarkę. To podejście biofizyczne, zgodnie z którym proces gospodarczy polega na wydobyciu i przetworzeniu energii i zasobów oraz „zatopieniu” ich w produktach i usługach. Jest to zatem proces przetwarzania materii. Takie ujęcie zawdzięczamy Nicholasowi Georgescu-Roegenowi, na którego pracy opierają się badania wielu ekonomistów ekologicznych.
Usługi w ramach „nieważkiej” gospodarki także zawierają w sobie energię i zasoby. Bez wątpienia zawiera je w sobie komputer, zresztą ja jako wykładowca też wyrażam sobą całą energię i zasoby zużyte w procesie edukacji. Nauka, uniwersytet, przeloty, energia elektryczna używana w moim liceum itp. Wszystkie te procesy uosabiają sobą energię, dlatego z punktu widzenia ekonomii ekologicznej mówienie o usługach jako czymś „nieważkim” jest, podkreślam, bez sensu.
Czym z punktu widzenia ekonomii ekologicznej jest wzrost? Gospodarka jest przede wszystkim napędzana przez pracę – zarówno tę wykonywaną przez ludzi, jak i tę, którą za nas robią paliwa kopalne. I tak, gdy mówimy o wyrażanej w koniach mechanicznych mocy silnika, chodzi o pracę koni, którą dziś wykonuje paliwo, a z którą jeszcze wcześniej to my się mierzyliśmy. Oczywiście paliwo jest w stanie zrobić dużo więcej niż jakikolwiek człowiek, i dlatego to ono jest siłą napędzającą naszą gospodarkę. Wzrost opiera się właśnie na wykorzystywaniu wypracowanych w ten sposób nadwyżek. Produkuje się i pracuje dużo więcej, niż wraca do nas, pracowników. Ta nadwyżka przypada kapitaliście, który inwestuje w dalszy wzrost, pracę i dalsze wydobycie paliw kopalnych. O to chodzi we wzroście.
Wzrost nie jest zielony
Zdaniem ekonomistów ekologicznych wzrost jest uzależniony od ciągłego dostarczania tzw. energii netto. Chodzi o energię pomniejszoną o energię konieczną do jej wytworzenia, to właśnie ona napędza gospodarkę. Dlatego z punktu widzenia ekonomii ekologicznej nie jest zaskoczeniem, że wzrost PKB idzie w parze z emisją dwutlenku węgla. W końcu powstała w XIX wieku gospodarka kapitalistyczna była oparta na paliwach kopalnych i to one umożliwiły ten niesamowity i wyjątkowy etap w dziejach ludzkości. Oczywiście oprócz paliw kopalnych stały za tym również kapitalistyczne instytucje i rozwiązania, które wprowadziły innowację umożliwiającą przechwycanie nadwyżek i zasilanie nimi dalszego wzrostu.
O to chodzi – wykorzystywanie nadwyżek z nowych źródeł energii i zasilanie nim dalszego wzrostu. Myślę, że musimy zrozumieć ten proces, żeby uzmysłowić sobie, gdzie jesteśmy. Bo jeśli patrzeć na niego w taki sposób, jak robi to ekonomia neoklasyczna, bardzo trudno byłoby dojść do argumentów, jakie formułujemy. Z neoklasycznego punktu widzenia przecież wszystko jest możliwe, nawet zielony wzrost. Skoro można piec ciasteczka bez mąki i ciepła…
Kto ma rację? Oczywiście to otwarta kwestia. Nie twierdzę, że to my na pewno mamy rację, a neoklasyczni ekonomiści się mylą. Ale myślę, że warto spojrzeć na dane, a te zdają się potwierdzać nasze spojrzenie.
Jeśli wziąć pod uwagę emisje dwutlenku węgla wywołane przez handel międzynarodowy, widać, że gospodarka nie ulega dematerializacji. PKB idzie w parze z przepływem produktów, a tzw. ślad materialny krajów pokazuje, że im większa jest gospodarka, tym więcej materiałów zużywa. Relacja światowego PKB i emisji dwutlenku węgla wynosi jeden do jednego, i choć tzw. intensywność węglowa spada, to w tempie zaledwie 1% rocznie. Niektórzy powiedzą, że rok 2015 był pierwszym, w którym bez kryzysów i recesji udało osiągnąć się wzrost PKB bez zwiększania emisji. Możliwe, ale jeśli to w ogóle prawda, to odbywa się to bardzo, bardzo powoli.
Zestawiając PKB krajów z ich emisjami dwutlenku węgla okazuje się, że 1% wzrostu PKB powoduje zwiększenie emisji o 0,6-0,7%. Oczywiście są też inne czynniki wpływające na poziom emisji dwutlenku węgla, ale to wielkość gospodarki okazuje się statystycznie najistotniejsza. Odnawialne źródła energii budzą ogromne nadzieje, jednak przeszłość pokazuje, że wcale nie prowadzą one do dekarbonizacji gospodarki, a jedynym znanym sposobem ograniczenia emisji jest spadek PKB. OK, mogę się mylić i może w przyszłości to się zmieni i uda nam się doprowadzić do dematerializacji gospodarki i rozdzielenia wzrostu gospodarczego od emisji dwutlenku węgla (decoupling), ale w tym momencie najrozsądniej jest planować działanie na podstawie rzeczywistości, a nie naszych nadziei lub marzeń.
Ekonomiści mówią, że tak jak dzięki technologii wzrasta wydajność pracy, tak samo nowe rozwiązania pozwolą na wydajniejsze wykorzystywanie zasobów. OK, ale mówiąc o wyższej wydajności pracy wcale nie przewidują oni zmniejszenia zatrudnienia – to przecież oznaczałoby, że technologia tworzy bezrobocie. Tymczasem twierdzi się, że zatrudnienie wciąż rośnie. Dlaczego? Z powodu wzrostu. To ma sens i działa tak samo w odniesieniu do wydajności zasobów. Nadwyżki uzyskane dzięki wyższej wydajności są inwestowane w dalszy wzrost, czyli kolejne działania gospodarcze wykorzystujące zasoby. Nazywamy to paradoksem Jevonsa, od nazwiska Stanley’a Jevonsa, który jako pierwszy zauważył, że wzrost wydajności produkcji energii osiągnięty dzięki wykorzystaniu silnika parowego doprowadził do wzrostu, a nie ograniczenia zużycia węgla.
Nie uważam, żeby to był paradoks. Tak po prostu działa kapitalizm, i robi to dobrze. Nowe technologie podnoszą wydajność pracy i zasobów, i w ten sposób tworzy się wzrost. A co robi wzrost? Zużywa coraz więcej pracy i zasobów. Oto proces, który ekomoderniści, lub raczej postenvironmentaliści, próbują przedstawić nam jako nowinkę mająca uratować naszą przyszłość. Twierdzą, że w jakiś sposób dzięki nowej technologii zaczniemy zużywać mniej zasobów.
Inny argument wywodzący się z ekonomii mówi, że brudne źródła energii możemy zastąpić czystymi. Jednak w rzeczywistości mamy do czynienia z systemem, który stale dokonuje ekspansji poprzez dodawanie nowych źródeł energii. Stosowanie drewna jako paliwa wcale nie zostało ograniczone, gdy odkryto węgiel, gaz i ropę naftową. System zachowa się tak samo, gdy nadejdą odnawialne źródła, po prostu dodając je jako kolejne źródło energii. Naprawdę nie ma powodu, żeby przypuszczać, że cokolwiek zastąpi ropę, jeśli nie zadziałamy aktywnie w celu usunięcia jej z gospodarki. Ekomoderniści mówią, że „naturalnie zawsze zastępujemy”. Oczywiście zastępujemy, ale jak się okazuje zarówno zastępujące, jak i zastępowane źródła energii pozostają z nami.
Pozwólcie, że zadam ostateczny cios idei wzrostu gospodarczego, bo tak jak powiedziałem na początku, degrowth jest przede wszystkim jego bezwzględną krytyką. Wzrost wykładniczy brzmi niewinnie, a 2% rocznie nazywane jest zdrowym tempem wzrostu i uważane za umiarkowane i rozsądne. Choć czasem określa się je także jako „niski” wzrost. Ale te 2% wzrostu rocznie oznacza, że gospodarka podwoi się po 35 latach, po 70 latach będzie cztery razy większa, a po 105 latach urośnie ośmiokrotnie itd. Idea wzrostu wykładniczego polega właśnie na tym, że coś rośnie szybko i aż do nieskończoności. To jednak niemożliwe, bez względu na to, co podlega temu procesowi. Nawet jeżeli to coś jest nieważkie i tylko odrobinę materialne, po odpowiednim czasie i tak zbliży się do nieskończoności. Na tym właśnie koncentrowała się krytyka zawarta w raporcie Klubu Rzymskiego i w pracach Paula Ehrlicha na temat populacji i wzrostu gospodarczego. Hipoteza nieskończonego wzrostu jest nielogiczna, dlatego musimy zastanowić się jak ma wyglądać „lądowanie”. Oczywiście moglibyśmy schować głowy w piasek i uznać, że pomyślimy o tym za 50 lat, kiedy dalsze podążanie tą ścieżką nie będzie już możliwe, ale od pytania o sposób „lądowania” nie uciekniemy i któreś pokolenie musi okazać się wystarczająco odważne, by na nie odpowiedzieć.
Gdyby od 1960 roku roczna stopa wzrostu światowego PKB była niższa o 1%, to przy zachowaniu tej samej historycznej intensywności węglowej wyemitowalibyśmy 300 Gt (gigaton) dwutlenku węgla mniej. Z kolei wzrost wyższy o 1% oznaczałby wyemitowanie do atmosfery dodatkowych 442 Gt, co prawdopodobnie sprawiłoby, że dzisiaj zbliżalibyśmy się już do wzrostu temperatury o 2°C. To pokazuje, jak istotny wpływ na poziom emisji ma stopa wzrostu PKB. Oczywiście możemy założyć, że uda się ograniczyć intensywność węglową do zera, a przez to wzrost PKB przestanie mieć znaczenie. Ale nie tym powinniśmy się zajmować. Zajmujmy się rzeczywistością gospodarczą, a tę pokazuje nam dotychczasowy sposób funkcjonowania gospodarki.
W kierunku transformacji
Inżynierowie mówią, że dysponujemy już technologiami, których użycie mogłyby obniżyć emisje do pożądanego przez nas poziomu. Nie potrzebujemy zatem więcej innowacji i nowych technologii, mamy je, ale ich nie używamy. Dlaczego? Ponieważ nie przynosi to wystarczająco wysokich zysków i nie tworzy wystarczająco wysokiego wzrostu dla tych, którzy kontrolują gospodarkę. Wyzwaniem jest więc zmiana systemu i rozpowszechnienie tych technologii, nawet jeśli jest to nierentowne.
W ramach społeczności zajmującej się degrowthem dyskutujemy na temat kształtu systemu technologicznego, jaki mógłby funkcjonować w gospodarce bez wzrostu. Jest sporo interesujących pomysłów, wywodzących się z ruchu commons, jak otwarte oprogramowanie i otwarte zasoby wiedzy, a szerzej – zmiana systemu ochrony własności intelektualnej. Takie dyskusje są w tym momencie potrzebne i wymagają zaangażowania interdyscyplinarnej społeczności, świadomej ograniczeń, jakie nakłada na nas budżet węglowy (carbon budget). Nie powtarzajmy po raz kolejny, że aby uzyskać odpowiednią technologię, potrzebujemy wzrostu gospodarczego, zastanówmy się, jak zmienić system jej tworzenia i rozpowszechnienia.
Możecie twierdzić, prawdopodobnie słusznie, że degrowth jest pomysłem politycznie niemożliwym i że politycznie niemożliwe jest wyobrażenie sobie sugerowanej przeze mnie transformacji, prowadzącej do zmniejszenia gospodarki. Oczywiście dziś trudno wyobrazić sobie jakikolwiek projekt polityczny o charakterze przekształcającym rzeczywistość, a jeszcze trudniej taki, który zakłada łagodne zmniejszanie gospodarki. Nie zgadzam się jednak, że z tego powodu powinniśmy przestać o tym mówić, bo to doprowadzi do samospełniającej się przepowiedni. Myślę, że powinniśmy być wierni naszej diagnozie i nie powinniśmy jej dostosowywać do politycznych realiów. W polityce nie ma bowiem żelaznych praw – przecież nikt się nie spodziewał Francuskiej Rewolucji. Ale odróżnieniu od polityki, takie prawa działają we wszechświecie i mogą dotyczyć biofizycznego wymiaru gospodarki, sprawiając że, odwrotnie niż w polityce, nie wszystko jest możliwe.
Najpierw jednak powinniśmy zgodzić się co do diagnozy. Bowiem jeśli ktoś się z nią nie zgadza i jego zdaniem wzrost gospodarczy jest nieodzowny i do tego może być zielony, wtedy nic nie osiągniemy. Rozmowa na temat rozwiązań jest możliwa tylko jeśli zgodzimy się co do podstaw.
Kończąc pesymistycznie, przypomnę że jesteśmy na najlepszej drodze, żeby doprowadzić do podniesienia się temperatur o 2ºC, a może nawet o 4ºC. Niestety szybkie wprowadzenie w życie odpowiednich technologii wydaje się naprawdę trudne, szczególnie w ramach obowiązujących reguł. Poza tym nie ma raczej perspektyw na szybką zmianę społeczną, która zmieniłaby sposób używania energii. Wszystko to każe się zastanowić, jaki świat tworzymy. W razie upadku – o ile nadal pozostaniemy na powierzchni ziemi – gospodarka szybko się dostosuje, a PKB nadal będzie szło w parze z emisjami dwutlenku węgla, tyle że tym razem w dół. Pozostaje więc pytanie: jakie sposoby transformacji jesteśmy sobie w stanie wyobrazić mimo tak ponurej przyszłości?
* Zdecydowaliśmy się pozostać przy terminie angielskim „degrowth” (dosłownie: „de-wzrost”), ponieważ nie ma on na razie polskiego odpowiednika. Przyjęło się tłumaczyć go jako „post-wzrost” , co jednak nie jest do końca właściwe, ponieważ angielski termin „post-growth” ma nieco odmienne znaczenie (przyp. red.).
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Rozmowa z Gail Tverberg, badaczką energii i gospodarki. Jako aktuariuszka zajmowała się do roku 2007 modelowaniem finansowym branży ubezpieczeniowej. Ze względu na swoje doświadczenie zagadnienia energetyczne rozpatruje z innej perspektywy niż większość analityków. Pisze regularnie na swojej witrynie OurFiniteWorld.com. Publikuje również artykuły naukowe i jest częstym prelegentem na konferencjach międzynarodowych.
Redakcja: Najnowsze dane wskazują, że cywilizacja przemysłowa wykroczyła poza środowiskową pojemność planety o ponad 60%. Jakie są ekonomiczne symptomy tych realiów?
Gail Tverberg: Gospodarcze objawy przekroczenia nośności środowiska naturalnego odbiegają od naszych oczekiwań. Z jednej strony młodym ludziom jest coraz trudniej zdobyć odpowiednie dochody i założyć własną rodzinę. Z drugiej – bogactwo w coraz większym stopniu koncentruje się w rękach stosunkowo wąskiej grupy osób. Powiązaną kwestią jest to, że bardzo wysokie poziomy zadłużenia zmuszają do utrzymania niskich stóp procentowych, aby nie pojawił się problem ogromnej liczby upadłości przedsiębiorstw i państw.
Obserwujemy deflację surowców naturalnych. Dlaczego?
Koszty produkcji ropy i innych zasobów naturalnych rosną. Równocześnie ma miejsce stagnacja płac pracowników spoza kręgu elit. Ekonomiczna „pompa”, którą powinien napędzać wzrost zadłużenia i uposażeń, spowalnia, co wyhamowuje wzrost światowej gospodarki. Anemiczny wzrost zmniejsza z kolei popyt na surowce wykorzystywane do budowy domów i fabryk, produkcji samochodów i innych towarów. Spowolnienie gospodarki przynosi niskie ceny surowców.
Zaciąganie długów nie przynosi już spodziewanych efektów?
Nie moglibyśmy obsługiwać naszej aktualnej gospodarki bez długu. To on stymuluje gospodarczy wzrost. Dzięki niemu wydobywamy z ziemi paliwa kopalne czy tworzymy urządzenia takie jak turbiny wiatrowe i panele słoneczne. Co najistotniejsze, zadłużenie pomaga podnieść ceny wszelkiego rodzaju materiałów i towarów (w tym ropy naftowej i prądu), gdyż pozwala, by większą liczbę klientów stać było na wykonane z ich użyciem produkty. Prawdziwą bolączką konsumentów są niewystarczające zarobki; dodawanie zadłużenia (przy niskich stopach procentowych) może w pewnym stopniu ukryć kwestię niskiej płacy. Jednakże z biegiem czasu niedopasowanie staje się coraz większe. Ostatecznie piętrzenie długów nie może tak po prostu go zatuszować. Niskie ceny ropy, jakie obserwujemy od połowy 2014 roku, są znakiem, że świat nie dodaje dość pensji, aby nadążyć za rosnącymi kosztami produkcji energii.
Jednocześnie borykamy się z nadmiarem zadłużenia.
Trudno jest z nim się uporać, ponieważ zmniejszenie długu zmniejsza popyt i powoduje dalszą redukcję cen surowców. Niskie ceny prowadzą do obniżenia poziomu produkcji towarów i eksploatacji surowców. Na przykład produkcja żywności uzależniona od wkładu paliw kopalnych odnotuje z czasem ogromny spadek, podobnie jak produkcja ropy, gazu i węgla.
Czy oznacza to, że idea nieskończonego wzrostu gospodarczego – fundament naszego konsumpcyjnego modelu życia – jest urojeniem?
Istotnie trudno sobie wyobrazić dalsze trwanie nieskończonego wzrostu. Jest niemal pewne, że wpadniemy w finansowe kłopoty, najprawdopodobniej powiązane z zadłużeniem lub derywatami. Problemy, których byliśmy świadkami w 2008 roku, są prawdopodobnie preludium tego, co nadchodzi. Żyjemy na świecie, który ma naturalne granice. Nie jest rozsądne spodziewać się, iż nieskończony wzrost naprawdę się urzeczywistni. Wiemy z historii, że wiele cywilizacji przez jakiś czas przeżywało wzrost, po którym nastąpił ich nagły upadek. Najwyraźniej następował on wówczas, gdy zwrot z ludzkiej pracy był zbyt niski. Jego odpowiednikiem są teraz niskie płace pracowników spoza kręgu elit. Ilość surowców przypadająca na osobę ulega zbyt dużej redukcji. Zwiększanie zadłużenia mogło tymczasowo ukryć tę sytuację. Redukcja średniej płacy, zwłaszcza wśród ludzi młodych, jest jedną z oznak, że nasza gospodarka zmierza w stronę upadku śladem wcześniejszych gospodarek.
Wielu analityków i działaczy środowiskowych jest zdania, że odnawialne źródła energii będą zasilać gospodarkę przemysłową w nieskończoność i pozwolą nam utrzymać obecny poziom konsumpcji. Czy ich nadzieje są uzasadnione?
Wykorzystując wyłącznie odnawialne źródła energii, niewiele zdołamy zdziałać. Jeśli chcemy wyprodukować „nowoczesne” źródła odnawialne lub dostateczną ilość metalowych narzędzi i drutów, musimy sięgnąć po paliwa kopalne. Jedną część problemu stanowi wydobycie rud w odpowiedniej ilości, zaś drugą ich stopienie i nadanie uzyskanemu metalowi odpowiednią formę. Oba te procesy są niezwykle intensywne pod względem energetycznym. W pewnym zakresie możliwe jest uzyskanie wysokich temperatur koniecznych do wytopienia rud. Teoretycznie część uzyskanej energii może zostać wykorzystania do celów wydobywczych. Haczyk polega na tym, że oddając się tym praktykom, szybko wytniemy wszystkie lasy. Gdy Brytania zapoczątkowała eksploatację węgla w XVI i XVII wieku, głównym powodem było położenie kresu problemom związanym z wylesianiem. Nasza populacja jest obecnie znacznie liczniejsza. Zanim zaspokoilibyśmy zapotrzebowanie na metalowe narzędzia i części, zabrakłoby nam lasów na operacje hutnicze. Ponadto potrzebowalibyśmy ogromnej ilości energii na gotowanie, ogrzewanie domów i firm. Najprostszym i najtańszym sposobem na dostarczenie ciepła byłoby wycięcie drzew, które wywarłoby dodatkową presję na lasy.
Elektrownie wodne postrzegamy jako źródło energii odnawialnej, ale są one budowane przy pomocy paliw kopalnych. Beton wytwarza się dzięki intensywnemu ciepłu. Jego pozyskanie bez kopalin ponownie byłoby poważnym problemem. Maszyny zasilane ropą usuwają ziemię z miejsca przyszłej lokalizacji zapory. Gdy później sąsiadujący z hydroelektrownią obszar „zamula się”, warunkiem jej funkcjonowania jest usunięcie szlamu sprzętem napędzanym ropą. Brak paliw kopalnych oznaczałby utratę istniejących zapór, ponieważ nie bylibyśmy zdolni produkować części zamiennych oraz likwidować zamulenia.
Wykonanie nowoczesnych turbin wiatrowych i paneli słonecznych byłoby niemożliwością bez energii ze złóż węglowodorowych, częściowo z uwagi na obfitość ciepła niezbędną do wyprodukowania metali, betonu i materiałów wchodzących w skład tych urządzeń. Elektryczność można w teorii wykorzystać do uzyskania wysokiej temperatury, o ile źródła odnawialne byłyby w stanie same z siebie wytworzyć wystarczającą ilość energii elektrycznej pożądanego typu. Gdybyśmy spróbowali wygenerować potrzebną energię poprzez spalanie drewna i biomasy, zasoby leśne szybko uległyby wyczerpaniu. Co więcej, transport turbin i paneli do miejsca przeznaczenia zapewniają pojazdy na naftę.
Nie trzeba dodawać, że to paliwa kopalne utrzymują działanie sieci elektrycznej. Chociażby pozyskanie i zainstalowanie części zamiennych byłoby bez nich skomplikowane.
Czyli dodawanie źródeł odnawialnych do sieci elektrycznej nie ma sensu.
Jest to próba utrzymania dłużej stanu obecnego. Ale skoro tenże upada, cały plan jest daremny. Skończy się na wydobyciu większej ilości węgla i ropy, ażeby dodać turbiny wiatrowe lub panele słoneczne do tego, co wkrótce stanie się bezużytecznym systemem elektrycznym. Otrzymamy przede wszystkim krótkoterminowe niedogodności, bez spodziewanych korzyści długoterminowych.
Wśród coraz liczniejszej rzeszy decydentów istnieje przeświadczenie, że kolejna rewolucja przemysłowa jest tuż za rogiem. Robotyzacja ma przynieść niewyobrażalny dobrobyt dla wszystkich. Zastąpieni przez maszyny robotnicy będą otrzymywać od rządów darmowe pieniądze, by konsumować owoce automatyzacji i cieszyć się wypoczynkiem, rozwojem osobistym i głębokimi relacjami.
Próżno by szukać potwierdzenia tych założeń w dotychczasowej praktyce. Zamiast tego dzieje się tak, że korporacje unikają płacenia podatków ze względu na międzynarodowy zasięg, a swoją podatkową ojczyzną czynią państwa o niskim poziomie opodatkowania. Właściciele robotów bez wątpienia skorzystaliby z podobnego podejścia. Zatem jest co najmniej wątpliwe, by tego typu działalność przyniosła znaczące dochody z podatków. Przemysł paliw kopalnych zawsze płacił wysokie podatki. Sektor energii wiatrowej i słonecznej wymaga aktualnie dużych dopłat, które pochodzą pośrednio z bogactwa generowanego przez paliwa kopalne. Odejście od kopalin zredukuje wpływy podatkowe, co utrudni rządom realizację programów dla bezrobotnych. Pomysł, że ludzie będą mogli pozostać w domach, otrzymywać świadczenia i czerpać korzyści z automatyzacji jest jedynie pobożnym życzeniem.
Czy dezintegracja naszego systemu przemysłowego nastąpi szybciej niż upadki minionych cywilizacji?
Tak. Dawne cywilizacje nie były zależne od paliw kopalnych, energii elektrycznej i międzynarodowego handlu. Wszystkie te składowe są teraz bardzo istotne. Zaburzenie którejkolwiek z nich może zablokować całość. Na przykład bez systemu finansowego zasadniczo nie działa nic: wydobycie ropy naftowej, przesyłanie prądu, system emerytalny, zdolność giełdy do utrzymania swojej wartości. Przypomina to utratę systemu operacyjnego komputera lub wyłączenie lodówki z kontaktu. W przypadku zaprzestania podaży energii elektrycznej żaden z banków nie będzie mógł zrealizować wypłat pracowniczych. Co więcej, instytucje finansowe utraciłyby również informacje dotyczące bilansów obywateli i firm. Innym przykładem jest system dostaw handlu międzynarodowego bazujący na logistyce „dokładnie na czas” (ang. 'just-in-time’, JIT). Jego zakłócenie zatrzymałoby produkcję dóbr konsumenckich. Natomiast zmiany w zaopatrzeniu w paliwa kopalne mogą nadejść z niespodziewanej strony. Zmniejszenie wydobycia ropy może wyglądać na podyktowane sytuacją rynkową – nadprodukcją lub niskimi cenami. Ludzie reagują na nie entuzjastycznie, ale nie zdają sobie sprawy, że jego „cofnięcie” stanie się później niemożliwe ze względu na niedostateczne inwestycje długoterminowe.
Przewiduje pani, że rozkład światowej gospodarki przyspieszy w tym roku. Które symptomy wskazują na taki rozwój wydarzeń?
Chociażby gwałtowne zmiany w polityce, jakie obserwujemy. Wyborcy z coraz mniejszą aprobatą odnoszą się do kwestii przyjmowania imigrantów. Wzbiera w nich niepokój związany z różnicami w wynagrodzeniach. W minionym sezonie widzieliśmy zwycięstwa zarówno Donalda Trumpa, jak i zwolenników Brexitu. Globalizacja coraz mniej przypomina korzyść, a coraz bardziej brzemię. Źle rokuje znacząca redukcja chińskiej konsumpcji węgla w latach 2015-2016. Ilość zużywanej na świecie energii, przypadająca na osobę, jest ważnym czynnikiem determinującym gospodarczy wzrost. Jeśli jest niska lub spada, gospodarka światowa najpewniej się skurczy. Kolejnym negatywnym sygnałem są aktualnie niskie ceny paliw kopalnych i uranu. Mimo odnotowanego w ostatnim czasie nieznacznego ich wzrostu, nadal są zbyt niskie dla wielu producentów, którzy mierzą się ze stale rosnącymi kosztami wydobycia. Wielu pracowników (oraz potencjalnych pracowników) nie stać na dobra kapitałowe wytworzone przy udziale paliw kopalnych i uranu. Dzieci dłużej mieszkają z rodzicami, bo nie mają własnego mieszkania lub domu. Istnieje także duże prawdopodobieństwo, iż nastąpi spadek dostaw paliw kopalnych, ponieważ niskie ceny pozbawiają producentów środków na wymagane inwestycje eksploracyjne. Zmartwieniem są również wysokie poziomy zadłużenia – i komplikacje z nimi związane – w Europie, Chinach i Japonii.
Politycy, analitycy finansowi, klasyczni ekonomiści i inni eksperci wydają się być całkowicie nieświadomi tych dramatycznych trendów, ignorują kluczowe badania. Co jest przyczyną tej zbiorowej ślepoty?
Ogólny poziom wiedzy na temat samego funkcjonowania gospodarki oraz zależności między energią i gospodarką jest fatalnie niski. Większość analityków sądzi, że światowa gospodarka operuje dzięki zdyskontowanym przepływom pieniądza. A jej paliwem jest przecież energia. Nasza gospodarka to samo-organizujący się system sieciowy, który nieustannie rozprasza energię. Ekonomia zwykła negować bezpośredni związek między energią a gospodarką. Od 1800 roku populacja świata wzrosła od miliarda do ponad 7 miliardów, między innymi dlatego, że paliwa kopalne pozwoliły zwiększyć produkcję żywności i leków. Co gorsza, modelowanie ekonomii opiera się na analizie sposobu działania gospodarki z czasów, kiedy byliśmy daleko od granic środowiskowej pojemności planety. Wskazówki z tego modelowania w ogóle nie podlegają generalizacji, ponieważ zderzamy się z tymi granicami. Odwołując się do minionych warunków, ekonomiści oczekują, iż ceny wzrosną wraz z pojawieniem się niedoborów. Są w błędzie, ponieważ podstawową kwestią jest wspomniany brak odpowiednich wynagrodzeń pracowników spoza kręgu elit. Zwyczajnie nie stać ich na konsumpcję kosztownych towarów wytwarzanych przy użyciu surowców naturalnych. Niedostatecznie wysokie płace zamieniają się z kolei w „sprzężenie zwrotne” systemu w postaci niskich cen surowców. Sytuacja ta stanowi całkowite przeciwieństwo prognoz standardowych modeli ekonomicznych.
Na domiar złego badacze podążają śladami swoich poprzedników. Nie zaczynają od zgłębienia całego problemu. Istnieje mnóstwo badań, które sprawiały wrażenie trafnych, gdy je pisano, ale rozpatrywane w szerszej perspektywie okazują się całkowicie błędne. Publikacje naukowe bazujące na dotychczasowych ustaleniach po prostu powielają przeszłe błędy. Trudno to naprawić, gdyż dziedzina energii i gospodarki obejmuje liczne obszary dociekań badawczych. Zrozumienie pełnego obrazu nie jest rzeczą prostą.
W kwestii energetyki i gospodarki bardzo kuszące jest mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć. Jeżeli analityk nie rozumie, w jaki sposób działa system energii i gospodarki, a staje przed koniecznością zgadywania, z najbardziej przychylnym przyjęciem spotkają się następujące sformułowane przezeń domysły: „Wszystko jest w porządku. Uratuje nas innowacja”. Albo: „Uratuje nas substytut”. Prowadzi to do tendencyjnych badań ukierunkowanych na „Wszystko jest w porządku”. Dostępność dotacji finansowych na zagadnienia, które budzą nadzieję, wzmacnia ten efekt.
Jakie będą natychmiastowe konsekwencje rozpadu naszego systemu globalnego? Czego mogą spodziewać się zwykli ludzie?
Nigdy wcześniej nie zetknęliśmy się z tą sytuacją, dlatego tak naprawdę nie wiemy, czego oczekiwać. Konfrontujemy się z upadkiem globalnym, podczas gdy upadki wcześniejsze miały wymiar lokalny. Jedną z możliwości jest stopniowa likwidacja organizacji międzyrządowych, takich jak Unia Europejska. Kraje zmuszone będą w coraz większym stopniu radzić sobie same. Pozyskiwanie surowców, a nawet importowanej żywności, może stanowić coraz większe wyzwanie. Innym prawdopodobnym rezultatem jest krach finansowy i zamknięcie banków. Mógłby wówczas nastąpić rządowy paraliż i rozwiązanie władz centralnych, do jakiego doszło w Związku Radzieckim w 1991 roku. Pozostałyby jedynie samorządy. Możliwe zatrzymanie produkcji prądu byłoby równoznaczne z utratą dostępu do usług bankowych. Firmy nie realizowałyby pracowniczych wypłat. Funkcjonowanie wodociągów i kanalizacji zostałoby upośledzone na wiele sposobów. Być może niektóre społeczności korzystałyby nadal z instalacji grawitacyjnych, ale pompowanie i uzdatnianie wody pitnej byłoby problematyczne. Oczyszczanie ścieków zależy głównie od sieciowej elektryczności i dyspozycji pracowników, których wynagrodzenia przelewane są na bankowe konta. Ludzka populacja odnotowałaby spadek, przypuszczalnie o wiele procent.
Powiązane badania/raporty:
W swojej pięcioletniej prognozie rynku naftowego z 6 marca 2017 Międzynarodowa Agencja Energetyczna (International Energy Agency) poinformowała, że okrojenie inwestycji wywołane niskimi cenami ropy może w znacznym stopniu spowolnić podaż surowca i doprowadzić do jego niedoborów. Jeżeli trend rekordowej zapaści finansowania nie zostanie odwrócony, wzrost światowego zaopatrzenia zatrzyma się przed rokiem 2020. Globalne inwestycje w poszukiwania i produkcję „czarnego złota” uległy redukcji o 25% w 2015 i kolejne 26% w 2016. Odkrycia nowych złóż ropy są na najniższym poziomie od lat 40. XX wieku. Ich tempo i charakter odnotowały na przestrzeni ostatnich dekad drastyczny spadek. Tymczasem raport banku HSBC z 2016 ustalił, iż 81% całkowitej światowej produkcji paliw ciekłych znajduje się już w fazie schyłkowej i wydobycie niekonwencjonalnej ropy łupkowej – które w głównej mierze odpowiada za obecną nadpodaż – po prostu nie zdoła w przyszłości wypełnić nieuchronnej luki w zaopatrzeniu.
https://www.iea.org, www.hsbc.com
Nawet częściowe załamanie globalnej gospodarki wywrze natychmiastowy wpływ na klimat. Aerozole przemysłowe blokują faktyczną wartość antropogenicznego ocieplenia Ziemi. Analiza opublikowana 20 maja 2013 przez Journal of Geophysical Research: Atmospheres dowiodła, że wystarczy zaledwie 35-procentowa redukcja globalnych emisji aerozoli – wywołana upadkiem gospodarczym jednego z motorów globalizacji (USA, Europy lub Chin) – aby średnia temperatura planety podniosła się o dodatkowy 1°C. Próg ocieplenia o wartości 2°C zostałby przekroczony. W grudniu 2013 czasopismo PLoS ONE udostępniło wyniki kompleksowej analizy, obejmującej szeroką gamę dyscyplin, której autorzy z zespołu Jamesa Hansena, byłego głównego klimatologa NASA, stwierdzili, iż wzrost średniej temperatury planety o 2°C w stosunku do epoki preindustrialnej to „przepis na katastrofę”.
http://agupubs.onlinelibrary.wiley.com/hub/jgr/journal/10.1002/(ISSN)2169-8996/
http://journals.plos.org/plosone/
W swoim raporcie opublikowanym w Energy Journal badacze z Uniwersytetu A&M w Teksasie poinformowali, że szybkie tempo wdrażania alternatywnych źródeł energii nie spowolni zmiany klimatu i nie ograniczy wzrostu średniej temperatury Ziemi do 2°C. Naukowcy Centrum Międzynarodowych Badań nad Klimatem i Środowiskiem w Oslo (Center for International Climate and Environmental Research) podkreślili 30 stycznia 2017 w Nature Climate Change identyczny rezultat własnego dochodzenia: ekspansja energii odnawialnej nie zapobiegnie katastrofalnej zmianie klimatu. Nawet jeśli wydajność energii słonecznej i wiatrowej będzie rosła w zawrotnym tempie, nie uda się zatrzymać wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie poniżej 2°C.
https://www.iaee.org/en/publications/scope.aspx
Badanie Camilo Mory i Petera F. Sale’a, ekologów morskich, zamieszczone 28 lipca 2011 w piśmie Marine Ecology Progress Series, wykazało, że gdyby dzisiejszy model konsumpcji w świecie uprzemysłowionym miał zostać zachowany do roku 2050, skumulowane wykorzystanie zasobów naturalnych odpowiadałoby wówczas produktywności 27 planet Ziemia.
http://www.int-res.com/journals/meps/meps-home/
Analiza przedstawiona 14 grudnia 2016 w Technological Forecasting and Social Change stwierdziła, iż postęp technologiczny nie zdoła zmniejszyć zużycia materiałów i zapewnić zrównoważonego rozwoju świata. Naukowcy Instytutu Technologicznego w Massachusetts (Massachusetts Institute of Technology – MIT) ustalili, że nawet najbardziej wydajny i nierozbudowany proces wytwarzania danego produktu ostatecznie pomnoży całkowite nakłady materiałowe. Badacze odkryli te same tendencje w przypadku 56 tworzyw, towarów i usług – od podstawowych surowców, takich jak aluminium i formaldehyd, po akcesoria komputerowe i technologie energetyczne, takie jak dyski twarde, tranzystory, turbiny wiatrowe i panele słoneczne. Nie ma żadnych dowodów na obniżenie zużycia i eksploatacji materiałów, pomimo technologicznych udoskonaleń w ich produkcji i efektywności. Według stanowiska techno-optymistów zmiany technologiczne naprawią środowisko naturalne. Nasze ustalenia mówią, że raczej nie, powiedział Christopher Magee, współautor pracy, profesor systemów inżynieryjnych Instytutu Danych, Systemów i Społeczeństwa w MIT.
https://www.journals.elsevier.com/technological-forecasting-and-social-change/
Raport Międzynarodowego Zespołu ds. Zasobów Naturalnych (International Resource Panel – IRP), będącego częścią Programu Środowiskowego ONZ, ujawnił 19 maja 2016, że ilość surowców wydobywanych przez cywilizację przemysłową wzrosła z 22 miliardów ton w 1970 do 70 miliardów ton w 2010. Dane dotyczą zasobów, czyli materiałów podstawowych, i obejmują biomasę, paliwa kopalne, rudy metali i minerałów niemetalowych. Autorzy ostrzegli, że wzrost zużycia ostatecznie doprowadzi do wyczerpania kluczowych materiałów, wywoła konflikty zbrojne i pogorszy zmianę klimatu – głównie z powodu potężnego wkładu energetycznego, który warunkuje ich wydobycie, wykorzystanie, transport i usunięcie. Konkluzja sformułowana przez 1203 naukowców, setki instytucji naukowych oraz ponad 160 rządów: Niszczenie i eksploatacja światowych zasobów naturalnych przez człowieka postępuje tak szybko, że wyprzedza zdolność planety do absorbowania szkód. Tempo degradacji rośnie na całym świecie.
http://web.unep.org/resourcepanel/
Badanie upublicznione 4 marca 2016 w czasopiśmie Environmental Research Letters wykazało, że wysiłki łagodzące skutki zmiany klimatu podejmowane przez system energetyczny doprowadzą do zwiększenia presji na zasoby wodne. Sektor energetyczny już teraz odpowiada za 15% światowego zużycia wody. Według autorów analizy globalne wykorzystanie wody w procesie generowania energii może zwiększyć się w tym stuleciu o ponad 600% w stosunku do roku bazowego (2000).
Zachowawcza prognoza ONZ z 21 marca 2016 alarmuje, iż przed rokiem 2025 około 1,8 miliarda ludzi stanie w obliczu braku wody, natomiast dwie trzecie populacji świata będzie żyć w warunkach regularnych jej niedoborów.
http://iopscience.iop.org/journal/1748-9326
Jak donoszą naukowcy Uniwersytetu Georgii (University of Georgia – UGA) w czasopiśmie Proceedings of the National Academy of Sciences z 8 czerwca 2015, dalsza przemysłowa destrukcja planety zniszczy cywilizację globalną. O Ziemi można myśleć jako baterii, która była bardzo wolno ładowana przez miliardy lat, powiedział John Schramski, główny autor i profesor Wydziału Inżynierii UGA. Energia słoneczna jest magazynowana w roślinach i paliwach kopalnych, lecz tempo jej wyczerpywania przez ludzi znacznie przewyższa tempo jej naturalnego uzupełniania. Badacze oszacowali, że 2000 lat temu planeta zawierała około 1 000 miliardów ton węgla w żywej biomasie. Od tamtej pory zredukowaliśmy tę ilość o blisko połowę. Nawet jeśli nasz gatunek nie wymrze całkowicie za sprawą spadku biomasy poniżej zrównoważonych progów, nastąpi drastyczne zmniejszenie populacji i zostaniemy zmuszeni powrócić do egzystencji łowców-zbieraczy lub prostych ogrodników. Ziemia znajduje się w stanie poważnej nierównowagi energetycznej ze względu na ludzkie zużycie energii. Ta nierównowaga określa nasz najbardziej ewidentny konflikt z przyrodą. Rzeczywiście mamy do czynienia z konfliktem w tym sensie, że obecny brak równowagi energetycznej – kryzys bezprecedensowy w historii planety – jest bezpośrednią konsekwencją technologicznej innowacyjności. Po raz pierwszy w dziejach ludzkość stoi w obliczu globalnego limitu energii chemicznej. Żyjąca biomasa stanowi energetyczny kapitał, który napędza biosferę i utrzymuje człowieczą populację i gospodarkę. Po prostu nie istnieje zapasowy zbiornik biomasy Ziemi. Prawa termodynamiki nie mają litości. Równowaga jest czymś nieprzyjaznym, sterylnym i ostatecznym, napisali autorzy.
http://www.pnas.org/content/112/31/9511.abstract
Wywiad ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr. 028/lipiec 2017, do ściągnięcia w formacie pdf: http://zielonewiadomosci.pl/wp-content/uploads/028.pdf
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
O szerszym, antropologicznym spojrzeniu na sferę gospodarowania oraz współczesny kapitalizm z dr Kacprem Pobłockim rozmawia Jan Chudzyński.
(więcej…)
Platforma Obywatelska miała swoją „Polskę 2030”. Prawo i Sprawiedliwość wybrało „Plan na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. (więcej…)
Ministerstwo Finansów ogłosiło założenia dwóch wariantów podatku od handlu detalicznego, zwanego niedawno „podatkiem od hipermarketów”, które to warianty będą dyskutowane z handlowcami.
Pierwszym jest podatek liniowy z wysoką kwotą wolną oraz podatek progresywny z niższą. Dotychczasowa propozycja MF zakładała podatek progresywny z dwoma progami, w wysokości 0,7% (dla sklepów o przychodzie do 300 mln zł) oraz 1,3% (dla tych, których przychody są wyższe niż 300 mln zł). O 0,6 punkta procentowego wyższe stawki mają obowiązywać od przychodó weekendowych. W tej wersji kwota wolna ma wynosić 18 mln zł, co, według ministerstwa, wyłączy z podatku małe sklepy.
Przedstawiciele MF nie boją się także sprzeciwu UE, gdyż wysokość podatku ma wynosić mniej niż 2%. Węgry, które miały problem z Komisją Europejską w tej materii, przyjęły podatek w wysokości 6%.
Część handlowców jednak krytykuje projekt, który ich zdaniem nie chroni małych sklepów przed dominacją wielkich graczy, a przeciwnie – zadusi mały handel detaliczny. Pojawiają się też uwagi co do krótkiego, bo tylko czternastodniowego, vacatio legis.
Dodał: Łukasz Markuszewski
Polska Agencja Prasowa nieoficjalnie poznała szczegóły nowego planu gospodarczego dla Polski, który wypracowuje otoczenie ministra Morawieckiego.
Opiera się ono o pięć filarów: reindustrializacja, rozwój innowacyjnych firm, kapitał dla rozwoju, ekspansja zagraniczna oraz rozwój społeczny i terytorialny. Szczegóły planu mają być omówione podczas posiedzenienia Rady Ministrów we wtorek. Jego celem jest wzmocnienie polskiego kapitału i wzrost konkurencyjności polskich firm.
Podstawą reindustrializacji mają być partnerstwo dla strategicznych działów gospodarki, Krajowe Inteligentne Specjalizacje, infrastruktura sprzyjająca rozwojowi przemysłu oraz inwestycje zagraniczne.
Innowacyjność ma być wprowadzona przez stworzenie przyjaznego otoczenia prawnego i reformę instytutów naukowo-badawczych.
Kapitał dla rozwoju ma pochodzić głównie ze źródeł unijnych. Państwo chce także wspierać krajowe firmy za pomocą dyplomacji i budowy silnej marki krajowej. W planie są też elementy związane z e-administracją i reformą polityki energetycznej Polski.
Dodał: Łukasz Markuszewski