Tam, gdzie czas miał inny wymiar

W sercu australijskiego Pilbara, pośród czerwonych skał i żelaznych wzgórz, istniała jaskinia, która była czymś więcej niż tylko schronieniem. Wąwóz Juukan – miejsce, gdzie życie tętniło nieprzerwanie przez ponad 46 tysięcy lat. W jaskiniach  znajdujących się w  korycie wyschniętej rzeki, odnaleziono niezwykły artefakt – warkocz z ludzkich włosów, który liczył około 3000–4000 lat. Analiza DNA wykazała, że włosy należały do bezpośrednich przodków dzisiejszych członków społeczności Puutu Kunti Kurrama i Pinikura (PKKP), co stanowi jeden z najbardziej namacalnych dowodów nieprzerwanej obecności i ciągłości kulturowej Aborygenów na tym terenie

Dla PKKP miejsce to, było sercem duchowości i tożsamości. W kulturze Aborygenów ziemia nie jest własnością, lecz dziedzictwem – łączy ludzi, przodków i duchy, a opieka nad nią to święty obowiązek. Każdy kamień, każda jaskinia, każda rzeka ma swoje miejsce w opowieści o powstaniu świata i jest nierozerwalnie związana z przeszłością i teraźniejszością.

Gdy logika zysku zderza się z dziedzictwem

W maju 2020 roku, mimo apeli PKKP i nowych odkryć archeologicznych, a także pełnej świadomości, że ta ziemia stanowi integralną część kultury i duchowości rdzennych mieszkańców, Rio Tinto zdecydowało się na wysadzenie schroniska skalnego Juukan, realizując rozbudowę kopalni rudy żelaza. Zniknęło miejsce starsze niż piramidy i Stonehenge, a wraz z nim tysiące artefaktów i ślady codzienności, duchowości oraz historii ludzi, którzy byli tam od zawsze.

Eksplozja wywołała szok w Australii i na świecie. Parlamentarne śledztwo wykazało, że Rio Tinto wiedziało o wyjątkowej wartości miejsca, a mimo to zdecydowało się na jego zniszczenie. Firma poniosła poważne konsekwencje – ze stanowisk odeszli trzej kluczowi członkowie zarządu: dyrektor generalny Jean-Sébastien Jacques, szef działu wydobycia rudy żelaza Chris Salisbury oraz szefowa ds. relacji korporacyjnych Simone Niven. Rio Tinto publicznie przeprosiło PKKP, zobowiązało się do wypłaty odszkodowań, wsparcia projektów kulturalnych i powołania fundacji na rzecz ochrony dziedzictwa. Wprowadzono obowiązkowe szkolenia z zakresu ochrony dziedzictwa dla tysięcy pracowników i zmieniono procedury konsultacji z rdzennymi społecznościami.

Zdjęcie: Canva

Konsekwencje: gniew, śledztwo i zmiana

Eksplozja wywołała szok w Australii i na świecie. Parlamentarne śledztwo wykazało, że Rio Tinto wiedziało o wyjątkowej wartości miejsca, a mimo to zdecydowało się na jego zniszczenie. Firma Rio Tinto poniosła poważne konsekwencje po zniszczeniu świętych jaskiń w wąwozie Juukan – ze stanowisk odeszli trzej kluczowi członkowie zarządu: dyrektor generalny Jean-Sébastien Jacques, szef działu wydobycia rudy żelaza Chris Salisbury oraz szefowa ds. relacji korporacyjnych Simone Niven. Rio Tinto publicznie przeprosiło PKKP, zobowiązało się do wypłaty odszkodowań, wsparcia projektów kulturalnych i powołania fundacji na rzecz ochrony dziedzictwa. Wprowadzono obowiązkowe szkolenia z zakresu ochrony dziedzictwa dla tysięcy pracowników i zmieniono procedury konsultacji z rdzennymi społecznościami.

Krzywda, która trwała pokolenia

Aby zrozumieć, jak głęboka była strata, trzeba spojrzeć na szerszy kontekst krzywd, jakie spotkały Aborygenów ze strony białych osadników. Od chwili przybycia Europejczyków, rdzenni mieszkańcy byli traktowani z pogardą i brutalnością. Przemoc, masakry, wysiedlenia i przymusowe prace stały się codziennością.  Aborygeni byli zmuszani do pracy przy uprawie roli, wypasie bydła,  gospodarstwach domowych oraz przy ciężkich pracach fizycznych na farmach i ranczach, często w bardzo trudnych warunkach i z dala od rodzin i w warunkach urągających ludzkiej godności.

Ich życie było ściśle kontrolowane przez kolonialne i stanowe władze: decydowano, gdzie mogą mieszkać, pracować, ile zarabiają i czy mogą zachować własne dzieci. Między 1910 a 1970 rokiem tysiące dzieci zostało siłą odebranych rodzinom – to tzw. „skradzione pokolenia”, którym odebrano język, tożsamość i więzi rodzinne. Ich prawa obywatelskie i ludzkie były systematycznie odbierane, a głos – ignorowany.

Od tragedii do partnerstwa – nowy rozdział

W pięć lat po katastrofie, po długich negocjacjach i odbudowie wzajemnego zaufania, 2 czerwca 2025 roku PKKP i Rio Tinto zawarły przełomową umowę o wspólnym zarządzaniu wszystkimi działaniami wydobywczymi na terenach PKKP. „Traditional Owners” (czyli tradycyjni właściciele ziemi, rdzenni opiekunowie i strażnicy dziedzictwa kulturowego danego terenu) zyskali realny wpływ na decyzje dotyczące kopalń, ochrony środowiska i dziedzictwa – od planowania po zamknięcie kopalni. Wspólne zarządzanie obejmuje m.in. wczesne konsultacje, tworzenie stref buforowych, zarządzanie wybuchami i aktywną ochronę miejsc o szczególnym znaczeniu.

Jak podkreśla Grant Wilson, dyrektor PKKP Aboriginal Corporation:

„To przełomowa i nowatorska umowa. Wierzę, że zmieni ona sposób prowadzenia wydobycia – z pewnością w Pilbarze, a mam nadzieję, że także w całej Australii. Społeczność PKKP jasno dała mi do zrozumienia, że nie sprzeciwia się wydobyciu, pod warunkiem że odbywa się ono w sposób wrażliwy kulturowo, z Rdzennymi Właścicielami na pierwszym planie. W tej umowie zawarliśmy zasadę wczesnej i otwartej komunikacji dotyczącej dziedzictwa oraz planów kopalni, a także zasadę wolnej, uprzedniej i świadomej zgody”.

To partnerstwo nie wymaże bólu po stracie, ale daje nadzieję na nowy model relacji – oparty na szacunku, współpracy i wspólnej odpowiedzialności za przyszłość. Dla PKKP to także szansa na odzyskanie wpływu na losy własnej ziemi i dziedzictwa, które przetrwało tysiące lat.

Lekcja dla świata

Historia zniszczenia wąwozu Juukan to nie tylko tragiczne wydarzenie, ale przede wszystkim ważna lekcja dla całego świata. Pokazuje, jak łatwo można zniszczyć bezcenne dziedzictwo, które przetrwało dziesiątki tysięcy lat, jeśli priorytetem staje się wyłącznie krótkoterminowy zysk ekonomiczny. To ostrzeżenie, że bez głębokiego szacunku dla historii, kultury i duchowości rdzennych ludów, a także bez realnej współpracy z nimi, ryzykujemy utratę nieodwracalnych wartości.

Prawdziwa ochrona dziedzictwa wymaga uznania, że rdzenni mieszkańcy są nie tylko strażnikami swojej ziemi, ale także kluczowymi partnerami w procesach decyzyjnych dotyczących ich terytoriów. Ich głos musi być słyszalny i respektowany, a ich prawa – chronione. To wymaga zmiany paradygmatu, w którym ekonomia i rozwój nie stoją ponad ochroną środowiska i kultury, lecz są z nimi zrównoważone.

Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, świat stoi przed wyzwaniem pogodzenia rozwoju gospodarczego z ochroną naszej wspólnej planety i jej dziedzictwa. Każda decyzja inwestycyjna – od wydobycia surowców po budowę infrastruktury – powinna być podejmowana z myślą o długofalowych skutkach dla ludzi, środowiska i przyszłych pokoleń.

Źródło: PKKP Aboriginal Corporation, raporty parlamentarne Australii, komunikaty Rio Tinto, The Guardian, ABC News Australia

Podczas najbliższego posiedzenia Sejmu Posłanki i Posłowie będą głosować nad projektem nowelizacji ustawy regulującej zasady pomocy publicznej dla kopalń węgla kamiennego. Celem ustawy i wsparcia w kwocie ponad 31,2 mld złotych, ma być redukcja wydobycia. Jednak Greenpeace dotarł do dokumentów Ministerstwa Aktywów Państwowych z których wynika, że planowana redukcja w poszczególnych kopalniach w latach 2022-31 jest porównywalna z tą, która miała miejsce w latach 2018-20 ale osiągnięto ją bez tak ogromnego wsparcia.

W założeniu, nowelizacja ustawy ma uregulować zasady działania systemu wsparcia dla górnictwa w procesie jego likwidacji. Zakłada to wstępna umowa podpisana w ubiegłym roku między rządem a górnikami. Umowa ta, wbrew unijnej polityce klimatycznej, zakłada kontynuację wydobycia węgla kamiennego aż do 2049 roku. Jej założenia wymagają notyfikacji i zgody Komisji Europejskiej. Tymczasem w związku ze złą sytuacją finansową sektora górnictwa, został złożony poselski projekt nowelizacji ustawy, który w latach 2022-2031 przewiduje wsparcie w wysokości 28,821 mld złotych dla bankrutujących spółek węglowych. Obejmie ona Polską Grupę Górniczą (PGG), Tauron Wydobycie i Węglokoks Kraj, których kopalnie mają otrzymywać tzw. dopłaty do redukcji zdolności wydobywczych i na pokrycie nadzwyczajnych kosztów likwidacji. Dodatkowo, ustawa zakłada umorzenie zobowiązań spółek węglowych wobec PFR i ZUS. Jak wynika z dokumentów do których dotarł Greenpeace łączna kwota tych zobowiązań to prawie 2 miliardy złotych.

Obóz rządzący liczy, że Komisja Europejska przymknie oko na górę pieniędzy dla górnictwa, ponieważ argumentowana jest ona celem redukcji wydobycia w kopalniach. Tymczasem z dokumentów rządowych wynika, że do 2031 roku redukcja nie odbiega od dotychczasowego trendu spadku wydobycia węgla w minionych latach – powiedziała Anna Meres koordynatorka kampanii klimatycznych w Greenpeace.

W przedstawionym przez Ministerstwo Aktywów Państwowych harmonogramie spółka PGG zamierza do 2026 roku zredukować wydobycie zaledwie o 13 procent. Ma to kosztować podatników 13 miliardów złotych. Tymczasem latach 2018-2021 wydobycie w PGG spadło o ponad 19%. W ostatecznym rozrachunku, wszystkie spółki węglowe w ciągu dekady zmniejszą wydobycie o niecałe 30 procent otrzymując wsparcie z budżetu państwa w wysokości ponad 31,2 miliardów złotych.

Ustawa wsparcia górnictwa to kolejny pomysł rządu na utrzymanie bankrutujących spółek węglowych na koszt podatników. Ustawa nie rozwiązuje problemu jakim jest trwale nierentowne górnictwo i konieczność szybkiego odejścia od węgla. Jednocześnie trudno jest sobie wyobrazić, aby Komisja Europejska przymknęła oko na tak ogromną pomoc publiczną która nie przyspiesza procesu odchodzenia od węgla w Polsce. To nieodpowiedzialne działanie ze strony obozu rządzącego może skończyć się koniecznością zwrotu wraz z odsetkami otrzymanych pieniędzy i gwałtownej restrukturyzacji w kolejnych latach. Zamiast rzetelnie zaplanowanej sprawiedliwej transformacji mamy kolejną rundę dolewania wody do dziurawego wiadra – komentuje Anna Meres.

Źródło: Greenpeace Polska


 

Przedstawicielom rządu znów zabrakło odwagi, żeby w sposób sprawiedliwy i klarowny zakończyć impas w górnictwie. Zabrakło decyzji dotyczących sprawiedliwej transformacji i odejścia od węgla. W zamian mamy niekończące się dyskusje oparte o równie absurdalne propozycje tzw. Umowy Społecznej zakładające dotowanie węgla przez kolejnych trzydzieści lat. A do tego plany wyrzucania pieniędzy w błoto na mrzonki o nieistniejących czystych technologiach węglowych czy budowie nowej elektrowni Ostrołęka C na węgiel.

Rozmowy pomiędzy stroną rządową a przedstawicielami związków zawodowych zamiast skupiać się na zabezpieczeniu interesu społeczeństwa, górników i ich rodzin, skupiają się na interesach polityków koalicji rządzącej dbających o swoje stołki i związkowców, którzy – jak widać – nie reprezentują prawdziwego interesu pracowników branży. Zamiast opracowywania nowych perspektyw dla regionów górniczych mamy kolejną próbę podtrzymywania złudzenia, że status quo w górnictwie może trwać bez końca.

Terminy zamykania kopalń są oderwane od rzeczywistości gospodarczej, a krajowy popyt na węgiel będzie spadał zdecydowanie szybciej niż podawane daty zamknięć. Fikcja, którą generują ciągnące się rozmowy szkodzą interesom pracowników branży górniczej,  regionom węglowym a  szerzej – polskiemu społeczeństwu. Za te próżne rozmowy rachunek uiszczą obywatelki i obywatele, którzy będą musieli dopłacać do utrzymywania górnictwa przez kolejne lata ale i do coraz droższych rachunków za prąd. Podczas gdy w Unii Europejskiej energia produkowana z OZE wygrywa z tą ze spalania paliw kopalnych, Polska wciąż tkwi w skansenie energetycznym.

Rząd i przedstawiciele związków zawodowych powinni się skupić na tym jak zapewnić górnikom możliwości przebranżowienia i znalezienia miejsc pracy w innych sektorach. Zamiast kompleksowego planu sprawiedliwej transformacji mamy kolejne odwlekanie w czasie kluczowych działań i decyzji. Kluczowe jest zaangażowanie strony społecznej (związki zawodowe nie są wystarczającą reprezentacją) i samorządów tak by zaplanować kompleksową transformację całych regionów.

Fot. Bart Bernardes


 

 

Co prawda miałam nie pisać o książkach, które potrzebne mi są do pracy, ale wydaje mi się, że od czasu do czasu mogę zrobić wyjątek. Szczególnie jeśli książka nie jest stricte naukowa. Dlatego do mojej listy książek 2016 dopisuję “Polski węgiel”. To książka składająca się z trzech dużych tekstów – Edwina Bendyka, Marcina Popkiewicza i Michała Sutowskiego, oraz reportażu społeczno-artystycznego Urszuli Papajak, wydana przez Krytykę Polityczną.

polskiwegielTrzy duże teksty Bendyka, Popkiewicza i Sutowskiego jakoś nawiązują do siebie nawzajem, a reportaż Papajak stanowi nieco krytyczne rozwinięcie niektórych myśli, które pojawiają się w tekstach.

Punktem wyjścia jest polski węgiel, na którym – jak deklaruje redakcja w reklamie książki – stoi polska gospodarka. A dla każdego z autorów oznacza to nieco coś innego.

I tak Bendyk przedstawia bardzo ciekawe rozważania na temat możliwości świata bez węgla. Czy zielone technologie, które są w debacie na temat węgla i emisji gazów cieplarnianych prezentowane jako naturalny (wręcz) następca kopalń – są rzeczywiście rozwiązaniem? I jeśli tak, to komu będą służyć? Bendyk przenosi dyskusję poziom wyżej, i zamiast dywagacji na temat wyższości wiatraków nad kilofami pokazuje jak wpisać węgiel i rezygnację z węgla w dyskusję o kapitalizmie. Mamy tu bardzo ciekawe rozważania o relacji między kapitalizmem a naturą, przywołana jest koncepcja antropocenu i kapitałocenu, oraz bardzo mocne i oparte na ciekawej literaturze pytania o istnienie społeczeństwa w czasach dominacji kapitału. Bendyk interesująco rozprawia się z różnymi optymistycznymi koncepcjami, zawierzającymi polepszenie sytuacji społeczeństw technologiom.

Mamy zatem wiarę w nowe zielone technologie, konkurencję na światowych rynkach węgla, strukturalną przemianę rynku pracy, postępujące zanieczyszczenie powietrza, ogólnie mnóstwo różnych czynników na różnych poziomach, które jak na razie nie są zupełnie systemowo koordynowane, a na tym rozproszeniu korzysta system kapitalistyczny, ale już nie społeczeństwa.

W tym erudycyjnym rozdziale uwagę zwraca prześlizgnięcie się po kwestii pracowniczej. Jest o tym, że górnicy bronią miejsc pracy bo jest to dla nich racjonalna strategia, są wyliczenia wskazujące, że kiedyś stanowili potężny elektorat, teraz nawet liczebnie nie są już tak wpływowi i dlatego też politycy przestają się z nimi liczyć. Strukturalna zmiana na rynku pracy, związana z niechybnym bezrobociem górników jednak niekoniecznie musi oznaczać ich płynne przejście do sektora zielonych technologii. To, że w jednym segmencie rynku pracy tworzą się nowe miejsca pracy nie oznacza przecież, że napłyną tam ci, którzy właśnie stracili pracę gdzie indziej. Ale powiedzmy, że rozważania Bendyka prowadzone są na tyle ogólnym, koncepcyjnym poziomie, że na konkretne rozwiązania nie ma tu miejsca.

Równie ciekawy jest tekst Sutowskiego, prezentujący rys historyczny polskiego węgla, istotność roli, jaką pełniły wydobycie i eksport tego surowca dla PRLowskiej gospodarki – i jak to wyobrażenie istotności przetrwało, mimo iż wcale już nie jest tak potrzebny. Poza tym sporo można się dowiedzieć o kosztach ukrytych wydobycia węgla, przekładających się na pogarszanie jakości życia w Polsce, fatalne zanieczyszczenie powietrza sprawiające, że “tani” węgiel generuje mnóstwo społecznych kosztów, na które nie można już przymykać oka.

Można jednak odnieść wrażenie, że ten kompetentnie napisany rozdział ma trochę pełnić funkcję mitygującą wobec tego, co pisze rozdział wcześniej Marcin Popkiewicz.

Rozdział Popkiewicza traktuje przede wszystkim o charakterystyce sektora: to, nomen omen, kopalnia wiedzy o sposobach wydobycia węgla, jego odmianach, o największych światowych graczach węglowych i miejscu Polski w globalnej konkurencji. Jest również sporo informacji o kosztach ukrytych wydobycia.

Jednakże, oprócz tego znajdziemy u Popkiewicza charakterystykę zarządzania sektorem w Polsce i tu się robi ciekawie. Peany pod adresem prywatnych kopalni – bez informacji o warunkach pracy, poziomie wynagrodzeń i formie umów; druzgocząca krytyka systemów zarządzania w spółkach Skarbu Państwa oraz – creme de la creme – litania zarzutów pod adresem pracowników i związkowców. Czego tu nie mamy – są bizantyjskie koszty utrzymania związkowców, są roszczeniowe załogi, które kompletnie nie rozumieją, że podcinają gałąź, na której siedzą i cały czas domagają się czternastek. Wywód inkrustowany jest cytatem z wypowiedzi prezydenta Nowej Soli, który górnikom wypomina, że w przeciwieństwie do innych grup zawodowych przeszli przez transformację suchą stopą. Do tego wypowiedź anonimowego górnika o tym jak naciągane są koszty dodatków za pracę pod ziemią. Przypisy do tego demaskatorskiego wątku pochodzą z Faktu i Newsweeka.

Jasne, że w polskim górnictwie jest sporo nieuporządkowanych kwestii związanych z zarządzaniem. Sytuacja, w której związek zawodowy zakłada firmę, w której zatrudniają się górnicy by pracować w kopalni w czasie wolnym od pracy etatowej jest dla mnie co najmniej niewłaściwa. Niemniej zdumiewa mnie jak to się stało, że w książce wydanej przez Krytykę Polityczną pojawiają się sformułowania “roszczeniowa załoga”, w której związki zawodowe niemalże potępia się w czambuł, przypisując im totalną krótkowzroczność oraz działania na szkodę przedsiębiorstw.

Autor (a właściwie autorzy, niestety) w żaden sposób nie odnoszą się do fali protestów i strajków, jaka miała miejsce w polskim górnictwie na przełomie 2014 i 2015 roku. Wbrew temu co pisze Popkiewicz, protesty nie polegały na rzucaniu mutrami – swoją drogą fascynująca jest kariera tego sformułowania, sklejonego ze słowem górnik – tak jak “mops – porwał klops”, tak “górnik – rzuca mutrą”. Choć doszło do konfrontacji górników z ochroną budynku zarządu w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. Co akurat było wstrząsające, bo do górników strzelano gumowymi kulami – i nie wywołało to żadnego oburzenia. Ot, roszczeniowcy, zasłużyli na kulkę.

W innych kopalniach trwały protesty, także okupacyjne, ale w imię ochrony miejsc pracy i interesu przedsiębiorstwa, nie przerywano wydobycia.

W Zabrzu do akcji protestacyjnej włączono lokalną społeczność. To z Zabrza pochodzi rysunek prezentujący płaczących górników, który obecnie jako mural zdobi jeden z budynków w Katowicach. Narysowała go dziewczynka, której tata i dziadek protestowali w obronie przeznaczonej do zamknięcia kopalni Makoszowy, ostatniej w mieście (moje zdjęcia kopalni Makoszowy do obejrzenia na Flickrze). Co więcej, w protestach udział brała też prezydent Zabrza. Czy to znaczy, że ona też jest roszczeniowa? Czy raczej po prostu obawia się, że jej miasto czeka scenariusz przetestowany już przez Wałbrzych?

Myślę, że dyskutując o polskim węglu nie można po prostu nie pisać o społeczności górników i ich specyficznej kulturze. Wokół kopalni, finansowane zresztą z kopalnianych pieniędzy, wyrastały osiedla, kluby sportowe, przedszkola – a w nich dość mocno zintegrowane wspólnoty. Jeśli powołujemy się na to, co oznaczała polityka Thatcher dla górnictwa, to nie można mówić wyłącznie o słupkach bezrobocia – ale także o przetrąconych kręgosłupach lokalnych społeczności. Którym nie do końca pomoże to, że za dziesięć lat w miejsce kopalni powstanie jakieś super hiper centrum kultury.

Tak samo nie rozumiem, dlaczego w wydawnictwie KP przechodzi powoływanie się na cytat prezydenta Nowej Soli, wypominającego górnikom ich uprzywilejowanie. Myślę, że krytyczny dyskurs na temat transformacji mamy już na tyle opanowany by wiedzieć, że to żaden powód do dumy, że tyle grup społecznych i zawodowych zostało poszkodowanych i wykluczonych oraz zubożonych przez przekształcenia. Dlaczego dołączać do tej długiej listy kolejną grupę?

Jak to się dzieje, że mamy wielki cytat o nieprawidłowościach w wyliczeniach dodatków za pracę na dole – od jednego anonimowego górnika – za to nie ma żadnej relacji z uzgodnień zawartych między protestującymi górnikami a JSW czy Kompanią Węglową? Moim zdaniem jednak zaprzepaszczono szansę by wyjść poza komunały o górnikach i ich mutrach, i napisać coś więcej o tym o co i jak walczą, w jakich warunkach pracują i na co są w stanie się zgodzić w negocjacjach z pracodawcami. Reportaż Papajak niewiele tu zmienia, jest raczej artystycznym listkiem figowym, dzięki któremu można powiedzieć “kwestia pracownicza – odhaczona”. Ale właśnie odhaczona nie jest.

Być może to co piszę brzmi zbyt sentymentalnie – lokalne wspólnoty, górniczy etos i tak dalej. Już bez przesady, żyjemy w sfragmentaryzowanej późnej nowoczesności, deal with it. Poza tym górnicy za Buzka dostali sporo kasy w odprawach i wcale to się dobrze nie skończyło.

Myślę jednak, że skoro górnik stał się dla polskich partii lewicowych – Zielonych i Razem – punktem odniesienia jako symbol “prawdziwej klasy pracującej” – tu warto sobie przypomnieć wywiady z zeszłego roku z przedstawiciel(k)ami partii, oraz deklaracje kto lepiej rozumie/reprezentuje górników – to nad górnikami jako społecznością trzeba się pochylić. Szczególnie jeśli jest się lewicowym wydawnictwem.

Artykuł ukazał się po raz pierwszy na blogu autorki: juliakubisa.wordpress.com

Węgiel ma przyszłość jako paliwo przejściowe w „zielonej transformacji” naszej energetyki. To dobra wiadomość dla górników. Ale to od ich reprezentacji związkowej będzie zależało, czy węglowi faktycznie taka rola przypadnie – Łukasz Moll w rozmowie z Dominikiem Łaciakiem. (więcej…)

W listopadzie 2013 r. odbędzie się w Warszawie COP – konferencja ONZ w sprawie zmian klimatu. Nietrudno domyślić się, jaki jest misterny plan Tuska: zatrzymać możliwość globalnego porozumienia, które zmusiłoby Polskę do przestawienia się na zielone źródła energii. Czy jest szansa na powstrzymanie tego planu? (więcej…)