Czy uprawy GMO mają w ogóle zwolenników? Pytanie tylko z pozoru absurdalne; dyskusja od dawna już nie toczy się między zwolennikami i przeciwnikami GMO, lecz między przeciwnikami GMO i przeciwnikami owych przeciwników. (więcej…)

GMO, czyli genetycznie modyfikowane organizmy (bakterie, rośliny, zwierzęta) tworzy się za pomocą technik laboratoryjnych, niewystępujących w naturze, przy pomocy inżynierii genetycznej. Do materiału genetycznego modyfikowanego organizmu wprowadza się obcy gen. Można np. wprowadzić do bakterii gen człowieka odpowiedzialny za syntezę insuliny, albo do rośliny przenieść gen z bakterii, który koduje toksynę zabójczą dla larw szkodników. W ten sposób można uzyskać zupełnie nowe cechy, których wyjściowy organizm nigdy nie posiadał. (więcej…)

Rok temu podjęłam decyzję, która zmieniła moje życie. Wyszłam z mojego prywatnego raju bez telewizji, radia i wiadomości prasowych i zaangażowałam się w działalność publiczną.

Zaczęło się od odmowy. Zadzwoniła do mnie przyjaciółka, Klaudia Wojciechowicz: „Organizuję demonstrację. Przyjedź, pomóż. Wprowadzają do Polski GMO tylnymi drzwiami, w ustawie o nasiennictwie, w mediach cisza”. Wymówiłam się. Bo zimno, bo deszcz, bo daleko.

Klaudia umieściła w internecie zdjęcia: grupa osób, nieliczna, protestują w deszczu. Sprawdziłam, co napisano o ustawie w prasie. Żadnej wzmianki. Zastanowiło mnie to. Przeczytałam artykuł na stronie Międzynarodowej Koalicji na rzecz Ochrony Polskiej Wsi. Ponowny przegląd prasy. I wtedy zrozumiałam, że nie chcę biernie się temu przyglądać. Że mam dość. Coś we mnie pękło.

Często słyszę pytanie: czemu akurat GMO? Bo to świetny przykład problemu naszych czasów: zmiany myślenia o prawie własności, państwie i korporacjach. Świadectwo obrzydliwego niechlujstwa polskiego prawa. Układów, koneksji, samolubstwa i zaprzedania duszy Mamonie.

Włączyłam się w wir działań. To niezwykłe uczucie – uczestniczyć. Bez nagrody, ale z poczuciem słuszności i romantyzmu potencjalnie przegranej sprawy. Spałam po cztery godziny na dobę, ale nigdy przedtem nie miałam takiego poczucia sensu i przynależności. Zobaczyłam, jak wygląda świat mediów, z niedowierzaniem patrzyłam na moje wypowiedzi poszatkowane przez TV. Zaczęłam formułować je tak, żeby trudno było je pociąć i wypaczyć sens.

Zetknęłam się z niesamowitą radością wspólnej energii. Poznałam mądrych ludzi. Na naszych protestach pojawiali się zwykli ludzie, anarchiści, buddyści i słuchacze Radia Maryja. Pracownicy korporacji wpadali w przerwie na lunch. Poczułam, że istnieje szansa na przerzucenie mostów ponad podziałami. To uczucie uskrzydla, przywołuję je w słabszych momentach.

A te pojawiają się, gdy z niedowierzaniem czytam kolejny artykuł w popularnej prasie. Ton debaty nadawany przez opiniotwórcze gazety jest niedopuszczalny. Demagogia i manipulacja. Wypowiedzi tuzów polskiej biotechnologii, w których udowadniają, że umieją kłamać jak z nut (lub odznaczają się wyjątkową jak na ich pozycję naukową ignorancją). Pierwszy z brzegu przykład: jak „złoty ryż” mógł uratować miliony, skoro nie dopuszczono go do produkcji?

Przy obecnej kampanii medialnej łatwo przestraszyć się o własne IQ i zdrowy rozsądek. Zwolennicy GMO (często bardzo utytułowani) przekonują, że przeciwnicy GMO to sekciarze, a co najmniej niedouczeni idioci. Chciałabym, żeby dziennikarze chociaż próbowali być obiektywni. A naukowcy etyczni, szczególnie na styku z biznesem.

Zastanawiam się, czemu media i decydenci tak lekceważą w tej kwestii choćby przykład Niemiec? Czy aby na pewno Francja, Włochy i Austria nie chcą u siebie korporacyjnego GMO przez zabobon i ignorancję? Irytuje mnie, że media i politycy uparcie wałkują wyłącznie temat zdrowia i ekologii. Ja nie jestem ekologiem, jestem konsumentem. Interesują mnie aspekty gospodarcze i społeczne. O tym chciałabym usłyszeć w polskich mediach.

Miałam okazję spotkać polityków różnych opcji. Trudno o tych z pasją, rozumiejących temat – dziękuję tym, którzy nie odpuszczają. Tu nie chodzi o przekonania polityczne, tu chodzi o przejęcie przez oligarchię naszej żywności, najbardziej podstawowego obok wody dobra. O podbój gospodarczy, o brak wyboru. Poznałam też technokratów, kłamców, leni. I ignorantów opierających swe poglądy na strzępkach wiedzy. Niewiarygodne, jak słabo wygląda w Polsce kontakt z obywatelem. Większość instytucji i polityków nie ma nawet autorespondera. Nie wiadomo, czy email dotarł, czy został przeczytany. Obywatel to natrętny petent.

Co z tego mam? Poczucie sensu. Poczucie, że działając razem można zmienić rzeczywistość, i że nie jest to pusty slogan. Płakałam, słysząc oświadczenie Prezydenta o zawetowaniu tamtej ustawy (chociaż zgrzytałam zębami, słysząc, co mówi o samym GMO). Mała grupa zaangażowanych osób pociągnęła resztę i dokonaliśmy wielkiego czynu. Jeśli będę mieć wnuki, opowiem im o tamtym lecie. O tym, jak grupa troskliwych obywateli zmieniła świat.

W Puszczy Amazońskiej, która jest największą puszczą równikową Ziemi, żyje ponad 600 gatunków ptaków, setki tysięcy gatunków owadów i ponad 40 tys. gatunków roślin kwitnących. Amazonia spełnia szczególną rolę: reguluje klimat naszej planety, „pompując” wilgotne, gorące powietrze z tropików do półkuli północnej. Specjaliści uważają, że największą katastrofą ekologiczną, jaka rozpoczyna się na naszej planecie, jest postępująca zagłada lasów tropikalnych. Niszczenie puszcz tropikalnych skutkuje ogromną emisją gazów cieplarnianych do atmosfery, przyczyniając się do zmian klimatycznych.

W ciągu ostatnich 40 lat wykarczowano 700 tys. km kw. Amazonii – obszar dwukrotnie większy od Polski. Aby zrobić miejsce dla upraw genetycznie modyfikowanej soi (która trafia także do Polski w postaci paszy), co 8 sekund znika kawałek dżungli wielkości boiska piłkarskiego, co roku wielkości Belgii. Zazwyczaj wycinka Puszczy Amazońskiej odbywa się według tego samego schematu: Najpierw ścina się drzewa – w 80% przypadków nielegalnie. Następnie pojawia się hodowla bydła, a na koniec plantacje soi GMO opryskiwane groźnym środkiem chemicznym – glifosatem.

Zagłada puszczy dotyka nie tylko ginących bezpowrotnie roślin i zwierząt. Giną także tradycyjne kultury odwiecznych mieszkańców Amazonii. W ciągu XX w. wyginęło całkowicie 90 plemion amazońskich Indian. Zdjęcia satelitarne pokazały, że tylko w samym r. 2004 wykarczowano ponad 25 tys. km kw. lasów Amazonii. Na niezmierzonych połaciach wykarczowanej Puszczy Amazońskiej w Brazylii rośnie soja. Dwie trzecie tych upraw kontrolują „Trzy Siostry” – obecne także w Polsce ponadnarodowe korporacje: Cargill, ADM i Bunge. Od nich pochodzą modyfikowane genetycznie nasiona, nawozy i silnie toksyczne dla ludzi i środowiska środki ochrony roślin. Giganty te następnie skupują soję od rolników i wysyłają ją do Polski i całej Europy. Cargill, który rozlokował się w stanie Mato Grosso, jest największym eksporterem soi w Brazylii.

Importowana do Polski śruta soi GMO skutecznie wypiera polskich rolników z krajowego rynku pasz. Dziś Polska sprowadza rocznie już prawie 2 mln ton takiej śruty, czyli ten import podwoił się w ciągu dekady. Do r. 2003 głównym rynkiem zakupu śruty były kraje UE (Niemcy, Holandia, Belgia), skąd pochodziła większość polskiego importu. Jednak od 2004 r. systematycznie zwiększa się import śruty soi z Brazylii i Argentyny, które należą do największych producentów roślin modyfikowanych genetycznie na świecie. W tej chwili całkowicie kontrolowana przez firmy zagraniczne branża paszowa w Polsce należy do najbardziej skonsolidowanych i zyskownych sektorów przemysłu rolno-spożywczego. Jedną trzecią łącznych jej przychodów, wynoszących ok. 2 mld zł rocznie, uzyskują dwa międzynarodowe giganty: De Heus Koudijs-Hima oraz Cargill. Prócz biotechnologów, którzy korzystają z funduszy międzynarodowych koncernów agrochemicznych przeznaczonych na badania, trudno znaleźć polskich beneficjentów tej monopolizacji nasiennictwa, dystrybucji środków ochrony roślin oraz rynku pasz w Polsce.

Używanie soi GMO pociąga za sobą także likwidację tradycyjnej hodowli zwierząt w Polsce. W tradycyjnym żywieniu świń stosuje się zboża i ziemniaki, wtedy na cały cykl do osiągnięcia wagi ubojowej potrzeba 6 miesięcy. Fermy przemysłowe, ograniczając możliwość ruchu zwierząt i stosując pasze ze śrutą sojową i innymi „promotorami wzrostu”, osiągają taką wagę zwierząt nawet w ciągu 3 miesięcy. Oczywisty jest tutaj element nieuczciwej konkurencji – tradycyjne gospodarstwa rolne nie mają szans wytrzymać konkurencji cenowej z kimś, kto hoduje nie dziesiątki, a tysiące świń, które na dodatek rosną dwa razy szybciej. Import genetycznie modyfikowanej soi sprzyja wypieraniu przez należące do zagranicznego kapitału wielkie fermy z rynku polskich rolników, którzy są w tych warunkach zmuszeni nie tylko do likwidacji tradycyjnych hodowli świń, ale także do zaprzestania produkcji pasz.

Wspierany przez polskie władze import soi odpowiada rocznej produkcji miliona polskich gospodarstw rodzinnych w wysokości po 2 tony paszy wysokobiałkowej na gospodarstwo. Trzeba tu zadać pytanie, dlaczego polski rolnik ma być uzależniony od decyzji niemieckiego czy amerykańskiego koncernu, dlaczego ma stracić prawo wyboru tego, jakie może zastosować uprawy i środki ochrony roślin i ile jest gotowy za nie zapłacić? Choć polskie pasze białkowe mogą być w tej chwili droższe od subsydiowanego importu soi GMO, to dzięki nim zarabia polski rolnik. Kupując śrutę sojową GMO z Argentyny, wydajemy 2 mld złotych, które mogłyby trafić do rolnika w Polsce. Dlaczego polski rolnik nie może sprzedawać własnej paszy w swoim kraju? Jaką korzyść dla Polski może przynieść mechaniczne utrzymanie przez nasze władze status quo, czyli sytuacji, w której pasze dostarcza do Polski tylko kilka firm o monopolistycznej pozycji?

Jak bardzo udało się uzależnić produkcję żywności w Polsce od dostaw soi GMO wielkich koncernów z Ameryki Południowej, świadczą szacunki Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, które mówią, że bez tego drogiego importu ceny drobiu w Polsce wzrosną o 40-50%, a mięsa wieprzowego o 15-20%. Z kolei ministerstwo rolnictwa twierdzi, że 90-95% śruty sojowej dostępnej na krajowym rynku stanowi śruta sztucznie zmutowana, zaś „wprowadzenie zakazu jej stosowania spowodowałoby drastyczny deficyt białka paszowego w kraju i pogorszenie konkurencyjności krajowej produkcji zwierzęcej”.

W tym samym czasie likwiduje się uprawy roślin strączkowych, które mogłyby być dochodową dla polskich rolników alternatywą dla importu soi GMO z drugiej półkuli. Po cichu i bez rozgłosu areał uprawy tych roślin w Polsce dramatycznie się zmniejsza. Również zbiory pastewnych roślin strączkowych w r. 2006 wyniosły 147,1 tys. ton, czyli o 40,3 tys. ton mniej niż w r. 2005 (187,4 tys. ton).

Schemizowane, stosujące GMO rolnictwo przemysłowe powinno być nazywane przemysłem, a nie rolnictwem. Podstawą prawdziwego rolnictwa jest działalność zgodna z naturalnymi cyklami: porami dnia i roku, cyklami płodności zwierząt, sezonowością określonych produktów. Rolnictwo przemysłowe natomiast jest zaprzeczeniem naturalności – na setkach hektarów bez kwiatów polnych i pszczół rośnie tylko jedna roślina, w zamkniętych chlewniach czy kurnikach, gdzie światło świeci się nieustannie, zwierzęta nie wiedzą, czy to dzień czy noc, wiosna czy lato. Tutaj sztucznie się zapładnia zwierzęta, tu wszczepia się maciorom zarodki; ruję, a nawet porody wywołuje się farmakologicznie. Tutaj karmione GMO, hormonami i metalami ciężkimi zwierzę jest zdegradowane do funkcji trybiku w wielkiej maszynerii „nowoczesnego rolnictwa”. I w imię czego to wszystko? Zwiększenia produkcji żywności, której i tak mamy w nadmiarze?

Biorąc pod uwagę, że losy ACTA wciąż ważą się w Europarlamencie, a także mając w pamięci sytuacje z ubiegłego roku związane z próbami przyjęcia ustawy o nasiennictwie, warto zastanowić się nad związkiem między ACTA a GMO, a także samym procesem patentowania technologii rolniczych. (więcej…)

Z redakcyjnego archiwum: z Jadwigą Łopatą, rolniczką, działaczką Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi, rozmawia Adrian Kołodziejczyk (listopad 2010). (więcej…)

Ludziom nie mówi się, że powodem chorób cywilizacyjnych mogą być produkty wysoko uprzemysłowionego rolnictwa. Grzegorz Kuczek, reporter programu TVN “Uwaga!”, twórca filmu dokumentalnego Obcy gen, w rozmowie z Joanną Szewczyk.

Jak to się stało, że zajął się pan tematem GMO?

Przyszedł do mnie pewien człowiek, który zapytał, czy znam temat GMO, mówił o różnych nieprawidłowościach. Zainteresowało mnie to. Zacząłem czytać na ten temat i stwierdziłem, że sam dotąd niewiele o tym wiedziałem. Na kolegium redakcyjnym powiedziałem, że chcę się tym zająć i dostałem zielone światło. Zacząłem czytać opracowania naukowe, głównie w internecie…

Z jakich opracowań pan korzystał?

Przez dwa miesiące, dzień w dzień wieczorami czytałem wszystko, co na ten temat znalazłem: polskie informacje, dane z urzędów, badania, różne publikacje zagraniczne. Trafiłem np. na prace Charlesa Benbrooka ze Stanów Zjednoczonych pokazujące, że tak naprawdę plony GMO nie rozwiązują problemów świata. Znalazłem dane mówiące o tym, że w stanach, w których się stosuje GMO, spadają plony. Dużo tego było, naprawdę. Musiałem mieć jakąś wiedzę, żeby rozmawiać z ludźmi.

Czy dla pana jako dziennikarza ten temat był trudny? Czy łatwo było dotrzeć do niezależnych ekspertów?

Tu nie ma niezależnych ekspertów, każdy prezentuje jakąś opcję. Jedni są za żywnością ekologiczną, inni za przemysłową. Było trudno. Kiedy zaczynałem z kimś rozmawiać na ten temat, zawsze słyszałem pytanie: „Po co pan to robi? Przecież i tak panu tego nie puszczą…”. Mówiono mi, że temat dotyka interesu wielkich firm, że to jest silne lobby itd., itp. Do dzisiaj mam w pamięci rozmowę z jednym profesorem, który powiedział, że chętnie ze mną porozmawia, ale wie, że ten materiał i tak pójdzie do kosza… To chyba wynika z doświadczeń w innych krajach europejskich i w USA, gdzie dziennikarze zajmujący się tematem żywności spotykają się z różnymi szykanami. Okazało się jednak, że film bez żadnych przeszkód został wyemitowany.

A jak było z gromadzeniem materiałów? Ludzie chętnie wypowiadali się do kamery?

Są naukowcy, którzy zajmują się tym tematem od lat, ale nie chcą o nim rozmawiać. Jeden naukowiec powiedział mi wprost, że nie będzie rozmawiał o GMO, ponieważ zaszkodziłoby to firmom agrochemicznym i on mógłby stracić pracę albo pieniądze na badania. Jego uczelnia korzysta z pieniędzy, które firmy agrochemiczne za pośrednictwem różnych fundacji i innych podmiotów przekazują uczelniom na badania. Jeśli chodzi o przedstawicieli przemysłu biotechnologicznego, to dokładnie wiedziałem, co powiedzą, bo to jest po prostu mantra, którą powtarzają przy każdej okazji. I to są często informacje nieprawdziwe. Bardziej mi zależało na rolnikach, którzy się tym zajmują, czy na przedstawicielach handlowych, ale ich trudniej było namówić do rozmowy. Jeden rolnik zgodził się wystąpić i do dzisiaj ma do mnie pretensje, że pokazałem to tak, a nie inaczej. A ja po prostu z nim rozmawiałem i pokazałem, czym się zajmuje. Pokazałem, że dla niego liczy się tylko biznes. Pytałem go, czy zdaje sobie sprawę z konsekwencji stosowania kukurydzy modyfikowanej genetycznie…

Takich rolników było więcej?

Rozmawiałem z kilkoma rolnikami, ale tylko jeden zgodził się wystąpić w filmie.

Czy oni są gdzieś zrzeszeni? Zastanawiam się, jak można zdobyć informację, że ktoś uprawia GMO.

Pocztą pantoflową. Długo szukałem tych rolników, ponieważ informacje o tym, że uprawiają GMO, nie są nigdzie dostępne. Mówi się, że w Polsce jest produkowane bardzo dużo żywności transgenicznej, ale jeśli chodzi o konkrety, to nie ma oficjalnych danych. Od różnych informatorów dowiadywałem się, w jakich miejscach Polski znajdują się uprawy. To jest delikatna sprawa, ponieważ z prawnego punktu widzenia kwestia upraw GMO w Polsce nie jest jednoznaczna. I jeśli ktoś ma występować przed kamerą, to z reguły odmawia, bo nie wie, jak zareagują sąsiedzi itd. Dlatego ciężko było dotrzeć do tych ludzi.

A jakie były pana wrażenia ze spotkania z rolnikami ekologicznymi?

Wrażenie zrobili na mnie bardzo dobre. Natomiast nie wiedziałem, że mają aż tak poważne problemy. Dopiero rozmowy z nimi uświadomiły mi wiele rzeczy, np. zagrożenie wynikające z przepylania się roślin genetycznie modyfikowanych z tradycyjnymi. W Niemczech znaleziono śladowe ilości roślin GMO nawet w produktach BIO. To pokazuje, z jakim ogromnym zagrożeniem mamy do czynienia, z agresywną technologią. Ci rolnicy są w naprawdę kiepskiej sytuacji. To ludzie pozostawieni sami sobie, zrozpaczeni. Nie mają żadnego wsparcia w naszych władzach, nie robi się wiele, żeby im coś ułatwić i pomóc. Jedyna nadzieja, że ludzie pójdą po rozum do głowy i zaczną kupować produkty naturalne i zdrowe.

Mnie zaskoczyła informacja, że polskie firmy nasiennicze są prywatyzowane i wykupowane przez ogromne światowe koncerny. W rezultacie rolnicy muszą sprowadzać ekologiczne pasze zza granicy, podczas gdy kiedyś produkowały je polskie małe firmy.

Chodzi o koncerny, które w USA, Argentynie albo Brazylii mają wielkie pola z uprawami GMO, także na ziemiach, gdzie specjalnie pod te uprawy wykarczowano Puszczę Amazońską. Produkują tam paszę dla zwierząt. Więc te koncerny przejmują polskie firmy po to, żeby sprzedawać swoje produkty, a nie polskie. I koło się zamyka.

W Indiach dziesiątki tysięcy rolników popełniły samobójstwo po tym, jak wprowadzili uprawy bawełny transgenicznej. Ich plony drastycznie spadły, podpisali umowy z Monsanto na zakup ziaren. Firma także udzielała im pożyczek i zostali uzależnieni. Ci ludzie nie mieli za co wykarmić swoich rodzin. Ich bezwzględnie wykorzystano i oszukano. Ta historia jest w Polsce nieznana, można o niej przeczytać w książce Świat według Monsanto napisanej przez francuską dziennikarkę Marie–Monique Robin…

Ci rolnicy uwierzyli w to, co mówiły firmy biotechnologiczne – że będzie lepiej. Tutaj się też ludziom mówi, że będzie lepiej. Oczywiście nikt nie wspomina o tym, że po polach będą chodzić ludzie i sprawdzać, czy rolnicy zapłacili za patent. Teraz nasiona są też opatentowane i płaci się za nie, ale nie są GMO.

Czy czuł pan, że zetknął się z dużym lobby? W niektórych wypowiedziach bohaterów pana reportażu pojawia się strach.

Bo to jest silne lobby. Ci ludzie się boją, bo w grę wchodzą duże pieniądze, które firmy agrochemiczne przeznaczają na badania naukowe i potem chcą zarabiać na patentach. Zrobią wszystko, żeby te uprawy tutaj były i żeby były legalne. Jeżeli nie od razu, to metodą małych kroczków. Zagrożenie dla naturalnych upraw jest ogromne. Jest przecież mnóstwo dowodów na to, że uprawy GMO przepylają się z naturalnymi i je zdominowują. Ale ludzie boją się narażać dużym koncernom.

Spotkał pan lobbystów pracujących na rzecz zmian korzystnych dla firm agrochemicznych?

Byłem na publicznym wysłuchaniu ustawy o GMO w Sejmie. Przyszła tam przedstawicielka ambasady amerykańskiej. Mówiła, że USA są zainteresowane tym, co dzieje się w rolnictwie. Wiadomo też, że amerykańska firma Monsanto wspiera różnych polityków w USA podczas wyborów, te informacje można znaleźć na ich oficjalnych stronach internetowych. Więc ta pani nie przychodzi bez powodu na takie spotkania, nawet jeśli mówi, tak jak na filmie, że przyszła prywatnie.

Mówił pan, że nie było kłopotów z emisją filmu. A czy miał pan jakieś problemy w gromadzeniu materiału?

Mieliśmy trudności, gdy chcieliśmy sfilmować wpływający do portu w Gdańsku statek, który przywozi do Polski genetycznie modyfikowaną śrutę. Dzwoniłem do zagranicznych firm, które sprowadzają taką śrutę i oni mi nie chcieli powiedzieć, kiedy i gdzie taki statek wpływa do portu. A rocznie do Polski sprowadza się ok. 2 mln ton śruty sojowej, więc takich statków musi trochę być… Dowiedziałem się o tym zupełnie przypadkiem podczas rozmowy z przedstawicielką młynów czy spichlerzy z Pomorza. Podczas rozmowy rzuciła nazwę statku i datę, którą ja sobie zanotowałem. Potem się wycofała i nie zgodziła się na nagranie, ale nazwę statku zachowałem i dzięki temu udało się go namierzyć. Do ostatniej chwili informacje o tym, czy statek wpłynął, czy nie, była nieznana. Przez prawie całą noc siedziałem na łączach z dyżurnym portu, aby ustalić, czy statek wpłynął już na polskie terytorium. Oni bardzo długo nie mieli tej informacji.

Statek widmo…

Tak, statek widmo (śmiech). I dopiero o 8.00 rano dowiedzieliśmy się, że ok. 16.00 statek będzie wchodził do portu.

Czy to zawsze tak wygląda?

Nie wiem, niech pani spróbuje sprawdzić pod pretekstem, że chce pani coś sfilmować. Ciekawe, czy podadzą pani rzeczywistą datę, czy nie.

A co się dalej dzieje z przywiezioną śrutą?

Zostaje załadowana na samochody dostawcze, jedzie do mieszalni pasz, a potem trafia do zwierząt. Głównie do świń i kurczaków. Trafia na nasze stoły w postaci mięsa. Dobrze, że o tym mówimy. Niech ludzie wiedzą, że te 2 mln ton rocznie genetycznie modyfikowanej śruty sojowej nie rozpływa się w powietrzu, tylko my ją zjadamy w mięsie z chowu przemysłowego. Trzeba im to uświadamiać. Najgorsze, że ludziom się nie mówi, że powodem chorób cywilizacyjnych mogą być produkty wysoko uprzemysłowionego rolnictwa. Lobbyści mówią: „Dlaczego mamy zakazywać sprowadzania tej soi, skoro już i tak tyle się jej sprowadza?”. To jest działanie na zasadzie faktów dokonanych.

Czy można coś z tym zrobić?

Osobiście staram się świadomie robić zakupy. Zajmuje mi to sporo czasu. Zwracam uwagę na to, co jest w środku, czyli na skład, datę ważności, wszystkie etykiety. Oczywiście na etykietach nie ma tych najważniejszych informacji. Jeśli na opakowaniu jest napisane „skrobia kukurydziana”, to ja nie wiem, czy ona jest modyfikowana genetycznie, czy nie. Myślę, że nie jest trudno o nadużycia i oszukiwanie klientów.

Oszukują?

Niejednokrotnie w naszych programach ujawnialiśmy, że na żywności się oszukuje. Zresztą to mówią też ludzie, którzy w tej branży pracują, że to jest najlepsze miejsce do oszukiwania ludzi, ponieważ ludzie muszą jeść, to jest podstawowa czynność życiowa. Czy pani sobie wyobraża, że przez tydzień pani nie będzie jadła? Długo pani nie pociągnie. Każdy jedzenie kupuje i chce kupować tanio, i firmy robią, co mogą, żeby sprostać tym oczekiwaniom i jednocześnie jak najwięcej zarobić. Niewiele ludzi sprawdza, co kupuje, niewielu mamy świadomych konsumentów. A organizacje konsumenckie nie są w Polsce zbyt silne. Gdyby było tak, jak we Francji czy w Niemczech, że ludzie zwracają uwagę na to, co kupują i jedzą, i oszuści ponoszą konsekwencje… Może nie byłoby takich problemów, jak np. różne przypadki „odświeżania” wędlin.

Na podpis prezydenta czeka przyjęta przez Sejm ustawa nasienna. Dużo mówi się o tym, że ona tylnymi drzwiami może zalegalizować uprawy GMO w Polsce.

Dziennikarze mogą o tym pisać i mówić, ale ci, którzy za to odpowiadają, urzędnicy i politycy, którzy powinni stać na straży naszego bezpieczeństwa żywnościowego, nic z tym nie robią. Na co dzień zajmują się tym aktywiści, a poza tym mało kogo to interesuje. Mam wrażenie, że ludzie w Polsce sobie nie zdają sprawy, co to jest GMO. Tylko niektórzy zwracają uwagę na opakowania, na informacje umieszczone na produktach… Ale nadal nie ma dyskusji o tym, jak to wygląda na świecie, czy rzeczywiście plony są lepsze, czy ta żywność jest zdrowa, bezpieczna. A to jest przecież temat, którym powinni się zajmować wszyscy dziennikarze, ponieważ to dotyczy naszego zdrowia i naszych dzieci. Nie można tego tak zostawić.

Czy ma pan w planach kolejne tematy ekologiczne?

Tak, dwa. Ale to jest tajemnica redakcyjna i nie mogę nic powiedzieć, poza tym, że one się pojawią już wkrótce…

Program Uwaga! TVN pt. Lobbing na rzecz GMO można obejrzeć na stronie stacji.

Jak demokracja bezpośrednia w Europie może pomóc ludziom i środowisku.

W Polsce uprawy roślin modyfikowanych genetycznie są dziś poza kontrolą, a obecność GMO stwierdzono w 24,8% produktów. Regulacje na poziomie krajowym nie wystarczają. Nie chodzi nawet o to, że w naszym kraju się ich nie przestrzega i mimo oficjalnego zakazu sektor odmian transgenicznych rozwija się w najlepsze. Są one w gruncie rzeczy skazane na porażkę, ponieważ nie sposób kontrolować krzyżowania i rozprzestrzeniania się roślin ponad granicami państw narodowych.

Rozwiązaniem byłoby wprowadzenie moratorium na GMO w całej Unii Europejskiej. Brzmi jak science-fiction? Dzięki Europejskiej Inicjatywie Obywatelskiej (EIO) to może być nasza przyszłość. Od kwietnia 2012 wszyscy obywatele i obywatelki Unii będą mogli korzystać z nowego narzędzia demokracji bezpośredniej. Wystarczy odpowiedni wniosek i zebranie co najmniej miliona podpisów z co najmniej 7 państw członkowskich. Europejska inicjatywa obywatelska to apel do Komisji Europejskiej o przedłożenie nowego ustawodawstwa europejskiego bądź zmiany istniejących przepisów. Inicjatywa Avaaz i Greenpeace doprowadziła do zebrania ponad miliona podpisów za zakazem upraw modyfikowanych na terenie Unii i powołaniem niezależnego i etycznego ciała naukowego, które zajmie się oceną wpływu GMO na rolnictwo, środowisko i ludzkie zdrowie. Obecnie oczekujemy decyzji Komisji.

Także w Polsce siłą demokracji są ludzie. Dowiódł tego niedawny sukces inicjatywy obywatelskiej za wprowadzeniem parytetu dla kobiet na listach wyborczych czy referendum w sprawie budowy destrukcyjnej dla środowiska kopalni odkrywkowej węgla brunatnego na Dolnym Śląsku. Dzięki ruchom oddolnym zablokowano też budowę obwodnicy Augustowa na obszarach należących do programu Natura 2000.

W Szwajcarii wykorzystuje się demokrację bezpośrednią do wprowadzania bardziej ekologicznych rozwiązań. W wyniku referendum transport przez Alpy ustawowo będzie przebiegał drogą kolejową. Wyobraźmy sobie korzyści z wdrożenia akcji „tiry na tory” na szczeblu unijnym!

Czy to możliwe? Dzięki EIO już niedługo będziemy mogli zobowiązać Komisję Europejską do podjęcia decyzji w danej sprawie w ciągu trzech miesięcy. Oczywiście istnieją uzasadnione obawy, że nie podejmie ona żadnych działań. Komisja może uznać, że dana inicjatywa nie leży w zakresie jej kompetencji bądź jest sprzeczna z Kartą Praw Podstawowych. To niejedyna bariera. Zorganizowanie inicjatywy obywatelskiej będzie wymagało znacznych środków pieniężnych oraz ogromnego zaangażowania wolontariuszy w krótkim czasie (na zebranie min. miliona podpisów w 7 krajach członkowskich będzie 12 miesięcy). Zdobywanie poparcia na rzecz inicjatywy będzie szczególnie trudne w krajach takich jak Polska, o niskim poziomie obywatelskiej partycypacji. EIO to proces długotrwały, wymagający wielojęzyczności („komitet inicjatywy” odpowiada za sporządzanie tłumaczeń) oraz umiejętności intensywnego korzystania z technologii cyfrowych.

Pamiętając o trudnościach związanych z organizowaniem inicjatywy, powinniśmy jednak skupić się na jej potencjale. Tym bardziej, że dotychczasowe sygnały wskazują, że Komisji zależy na włączeniu obywateli i obywatelek w tworzenie unijnego prawa. W kwietniu 2012 Komisja otworzy punkt kontaktowy i stronę internetową poświęconą inicjatywie obywatelskiej, a Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny zobowiązał się ułatwić proces konsultacji z instytucjami unijnymi. Oferuje pośredniczenie w kontaktach z organizacjami i sieciami europejskiego społeczeństwa obywatelskiego, pomoc w procesie uruchamiania EIO oraz doradztwo podczas wysłuchań i opiniowania, pomagając w ten sposób Komisji w ocenie złożonej inicjatywy i na wszystkich etapach działań z nią związanych.

W porównaniu z innymi instrumentami demokracji bezpośredniej EIO pociąga za sobą większe nakłady czasowe, finansowe i organizacyjne, ale w zamian umożliwia zainicjowanie zmian w całej Unii Europejskiej. Dotychczas przeprowadzono 25 pilotażowych projektów. Dotyczyły one m.in. sprzeciwu wobec budowy nowych elektrowni atomowych czy, postulatu unijnej współpracy na rzecz osób niepełnosprawnych, chorych na nowotwory czy AIDS, utworzenia ponadnarodowej służby publicznej czy promowania żywności organicznej.

Poparcie dla tych inicjatyw dowodzi, że obywatele i obywatelki widzą potrzebę większej partycypacji. EIO ma tę zaletę, że umożliwia podjęcie inicjatyw, które nie mają szans na poziomie regionalnym czy krajowym ze względu na korupcję, wpływy miejscowych grup interesu, czy podporządkowanie głosowania dyscyplinie partyjnej. Nie przypadkiem inicjatywy obywatelskie dotyczą zwykle integracji europejskiej, transportu, środowiska i opieki społecznej. Te właśnie kwestie wymagają czegoś więcej niż symboliczne uregulowania na poziomie krajowym, jeśli zależy nam na właściwym funkcjonowaniu Unii jako całości.

Wytyczne na temat wymogów poszczególnych etapów EIO wystarczą, by aktywność obywatelską przekuć w konkretną politykę. Przyczynić się do tego może „Podręcznik europejskiej inicjatywy obywatelskiej” wydany przez Green European Foundation we współpracy z Zielonym Instytutem. Wiedzę o różnych zagadnieniach demokracji bezpośredniej na szczeblu lokalnym i europejskim można wzbogacić dzięki nagraniu konferencji „Europejska inicjatywa obywatelska w Polsce”. Oba think tanki przeprowadzą także warsztat na temat praktycznego zastosowania tego instrumentu w ramach Zielonego Europejskiego Letniego Uniwersytetu (8-10.09.2011) we Frankfurcie/Słubicach.