Na jednym ze spotkań zaproszony rolnik opowiadał o tym, co uważa za największe zagrożenie dla swojej głównej działalności – w jego przypadku – uprawy zbóż. Odpowiedź nie była zaskakująca dla nikogo, kto ma do czynienia z rolnictwem: problemem są zmiany wzorców pogodowych i ciągłe zmiany prawa. Do zmiany klimatu można próbować się adaptować. Można się dostosować do unijnych przepisów i polityk dotyczących chociażby ograniczania stosowania pestycydów. Jest jednak coś, co powoduje, że przyszłość może rysować się ponuro: konkurencja ze strony światowych producentów. Zalew taniej żywności i pasz wytworzonych w USA czy Ameryce Południowej z zachowaniem niskich standardów ochrony środowiska powoduje, że polscy (czy szerzej – unijni), rolnicy nie są w stanie konkurować pod względem cen.
Stoją więc przed dylematem: z jednej strony produkcja musi im się opłacać, a z drugiej przepisy i strategie unijne nakładają coraz więcej wymagań dotyczących np.: ochrony bioróżnorodności czy zdrowia ludzi. Można więc powiedzieć, że działania Unii Europejskiej cechuje pewien rozdźwięk. Przedstawiane są plany oraz strategie, dzięki którym europejskie rolnictwo ma być bardziej zrównoważone, „jakościowe” i jednocześnie podpisywane są umowy o wolnym handlu jak np.: ta z krajami Mercosur*. W tym kontekście na wspomnianym spotkaniu z rolnikami, pojawił się temat importowanego ziarna paszowego GMO oraz zdecydowane „nie” dla GMO.
„Rzetelna” nauka versus „śmieciowa”
Dyskusje o GMO prowadzone w sferze publicznej są często sprowadzane do dzielenia ludzi na „antynaukowych” przeciwników i „pronaukowych” zwolenników. Ci ostatni argumentują np. jakoby bez GMO nie dało się wyżywić świata – slogan podobny do tego, który pojawił się w wartej 1,6 mln dolarów kampanii reklamowej Monsanto na terenie Wielkiej Brytanii i Francji w 1998 r. Problem w tym, że spór toczony w tym temacie ma niewiele wspólnego z nauką w znaczeniu angielskiego słowa „science”. Dyskusja naukowa toczy się na łamach recenzowanych periodyków w gronie specjalistów. Nie wszystkie aspekty analizowanych problemów są jednak w równym stopniu znane – chociażby to, w jaki sposób ustalenia badaczy są używane w grach politycznych czy handlowych.
Wykorzystywanie nauki (a może przede wszystkim środowiska naukowego) w celach PR-owych albo do zwiększania sprzedaży określonych produktów, zawdzięczamy przemysłowi sfabrykowanych wątpliwości. Peter Huber, analityk think tanku Manhattan Institute pracującego na rzecz m.in. przemysłu tytoniowego spopularyzował w latach 90. pojęcia „sound science” i „junk science”. Ta pierwsza miała być rzetelną nauką, bez kontrowersji, a druga – byle jaką, „śmieciową” (1, 2, 3). Pojęcie „sound science” było później wykorzystywane w różnych kontekstach: zarówno przez naukowców, którzy chcieli wyraźnie odróżniać solidne badania naukowe od pseudonauki jak i przemysł wydobywczy czy chemiczny do opisu własnych analiz. Powodowało to duże zamieszanie w postrzeganiu wyników badań naukowych przez opinię publiczną. Co miało pewne korzyści – głównie dla przemysłu**. Gdy ludziom trudno było określić, którzy naukowcy są tymi „właściwymi”, łatwiej było podważać naukę i wprowadzać wątpliwości tam, gdzie ich nie było. Pozycjonowanie różnych osób jako korzystających z „właściwych” albo „śmieciowych” badań jest stosowane także w dyskusjach o GMO, łącznie z próbami bezpardonowego dyskredytowania naukowców. Problem w tym, że spór o GMO w dużej mierze dotyczy tak naprawdę czegoś innego niż faktów naukowych.
Soja zamiast lasów
Uprawa roślin GMO (soja, kukurydza) to domena USA oraz państw Ameryki Pd.: Brazylii i Argentyny. W USA i Brazylii stanowią one ok. 95% upraw soi i 90% kukurydzy. Wprowadzenie odmian GMO zwiększyło znacznie produkcję soi w USA: z ok. 75 mln ton w 2000 do prawie 110 w 2020. W 2020 roku na czoło wysunęła się Brazylia z ponad 125 mln ton soi. Amerykański rząd wydaje co roku miliardy dolarów na subsydia rolnicze. W ostatnich latach miały one także pokryć straty w związku z restrykcjami w handlu z Chinami, będących obecnie głównym importerem soi. Najwięcej pieniędzy idzie na wsparcie upraw kukurydzy i soi, a ze względu na sposób liczenia najbardziej korzystają z programów ogromne gospodarstwa. Pod uprawy soi na paszę w państwach Ameryki Południowej niszczone są tysiące hektarów lasów deszczowych czy ekosystemów trawiastych. Inne, niż w Unii Europejskiej prawo dotyczące ochrony środowiska wpływa także min. na użycie środków ochrony roślin – Chiny, USA, Brazylia i Argentyna są największymi konsumentami pestycydów***. Regulacje dotyczące ich stosowania są zróżnicowane między państwami. W USA**** nadal można używać np.: chlorpyrifosu – najwięcej stosuje się go w uprawie kukurydzy – podczas gdy w Europie został wycofany ze względu na prawdopodobieństwo wywoływania zaburzeń rozwojowych u płodów. Ponad 1/4 pestycydów stosowanych w USA stanowią środki zakazane w Unii Europejskiej. Do tego stosowanie odmian GMO niekoniecznie wpłynęło na zmniejszenie zużycia w USA np.: preparatów chwastobójczych – w przypadku soi stało się wręcz odwrotnie.
Dzięki wsparciu finansowemu, czy wręcz dumpingowi, efektowi skali (w USA średnia wielkość gospodarstwa to ok. 180 ha, w Brazylii ok. 60, w EU ok. 17), słabszym obostrzeniom dotyczących ochrony środowiska USA i część państw Ameryki Południowej stały się czołowymi producentami ziarna paszowego, na które popyt – wraz z rosnącym zapotrzebowaniem na tanie mięso – ciągle rośnie. USA przez wiele lat były głównym eksporterem soi i dopiero niedawno zostały zdetronizowane przez Brazylię, nadal jednak są na 1 miejscu jeśli chodzi o kukurydzę. Niskie ceny pozwalają konkurować amerykańskim rolnikom z europejskimi nawet na rynku unijnym.
„Zła” zasada przezorności
Jest to jeden z powodów dlaczego USA przez kilkanaście lat walczyły z Unią Europejską o GMO. Nie, nie chodzi o naukę, ale o ogromne pieniądze. Unia jest drugim na świecie importerem soi i kukurydzy. Wartość wwiezionej na teren UE w 2018 roku soi wynosiła ponad 5 miliardów euro, z tego ponad 70% pochodziło z USA, a ponad 20% z Brazylii. Unia jest dla USA głównym partnerem handlowym nie tylko jeśli chodzi o ziarno paszowe, ale i biopaliwa. W latach 1985-2003 wartość importu produktów rolnych do UE miała jednak znaczący trend spadkowy, chociaż ochrona interesów rolników była trudna ze względu na regulacje Światowej Organizacji Handlu (ang. World Trade Organization, WTO). Unia Europejska wykorzystywała furtki w przepisach, aby powstrzymywać ekspansję zagranicznych podmiotów na swój rynek czy zwiększać też przewagę konkurencyjną europejskich producentów w eksporcie.
W 1998 roku, niedługo po zatwierdzeniu kukurydzy MON810 do uprawy w Europie (obecnie jest uprawiana na ponad 120 000 ha) Unia Europejska przestała de facto dopuszczać na rynek kolejne odmiany GMO. Wnioski***** nie były zatwierdzane bądź na poziomie europejskim, bądź poszczególne państwa wprowadzały własne obostrzenia. USA postrzegało działania unijne odnośnie GMO jako poza finansowe bariery w wolnym handlu i zagroziło EU złożeniem skargi do WTO. W związku z tymi pogróżkami, Unia Europejska zaczęła lobbować w 2000 roku za przyjęciem protokołu z Kartageny do Konwencji o Ochronie Bioróżnorodności. W protokole znalazły się zapisy mówiące o stosowaniu zasady przezorności (precautionary principle) do produktów biotechnologicznych czy o specjalnych wymaganiach odnośnie handlu GMO. Dokument miał potencjał, by służyć interesom Unii upowszechniając standardy europejskie na kolejne obszary prawodawstwa i dawał szansę obrony europejskich regulacji w zakresie GMO przed atakami na podstawie regulacji handlowych. Jego sygnatariusze mogli w momencie, gdy nie było pewnych podstaw naukowych, zakazać importu GMO na podstawie zasady przezorności.
GMO dla Afryki
Ze względu na to, że w USA nie było żadnych obostrzeń dotyczących upraw GMO i ich areał rósł dynamicznie, amerykańscy farmerzy i firmy biotechnologiczne stali się głównymi eksporterami żywności i ziarna modyfikowanego genetycznie. Dostrzegali więc zagrożenie związane z protokołem z Kartageny mogącym zamknąć im dostęp do zagranicznych rynków. USA wraz z państwami, które miały podobne obawy, stworzyły tzw. grupę z Miami, która miała doprowadzić do tego, aby protokół z Kartageny nie pozwalał na restrykcje w handlu GMO. Ostatecznie przegrali, a protokół, którego USA nie podpisały, zawierał zapisy, których domagała się EU. Sytuację zaogniło w 2002 roku zwrócenie USA przez Zambię otrzymanej jako pomoc humanitarna kukurydzy GMO. Minister rolnictwa Zambii tłumaczył to tym, że ziarno GMO mogłoby zanieczyścić krajowe zapasy, co zagrażało by eksportowi produktów rolnych do Europy. Nie było to twierdzenie bez podstaw. Dwa lata wcześniej europejscy kupcy przestali importować wołowinę z Namibii, ponieważ krowy były karmione kukurydzą GMO pochodzącą z RPA. Robert Paarlberg, specjalista od międzynarodowej polityki rolnej m.in. afrykańskiej, wskazywał, że “Unia Europejska importuje więcej towarów rolnych z państw rozwijających się niż USA, Kanada, Argentyna, Japonia i Australia razem wzięte. […] Więc cokolwiek robi Europa, Afryka lubi naśladować, bo afrykański eksport jest w największym stopniu nacelowany na rynki europejskie”. Z precedensu skwapliwie skorzystały też Chiny, dodatkowo zakazując firmom takim jak Monsanto i Syngenta inwestycji u siebie w rozwój odmian GMO, co przemysł biotechnologiczny postrzegał jako protekcjonizm.
„Dziś argument [o potrzebie ustalenia] jasnych, wspólnych standardów opartych o solidną naukę (org. sound science) brzmi jeszcze bardziej przekonująco niż kiedykolwiek. […]. Niestety w Europie pojawiła się teraz alternatywna koncepcja zwaną zasadą przezorności, która wydaje się być oparta na przesłance dotyczącej samego istnienia teoretycznego ryzyka. […] Ta koncepcja, która nie jest oparta na żadnych obiektywnych standardach, może z łatwością zablokować niektóre z najbardziej obiecujących produktów rolniczych […] szczególnie te bazujące na biotechnologii.” – komentowała w 2002 roku Ann Veneman, amerykańska sekretarzyni ds. rolnictwa. Wraz z sekretarzem ds. handlu Robertem Zoellickiem lobbowała za podjęciem kroków przeciw EU.
Przede wszystkim – swobodny handel
Wnioski o zatwierdzenie kolejnych odmian GMO do uprawy czy importu na długo utknęły w machinie unijnej i z tego powodu USA w 2003 roku skierowały skargę na EU do WTO. Uważały, że UE wprowadziła de facto moratorium na GMO, co było pogwałceniem zasad wolnego handlu. Szacowano, że „moratorium” przyniosło amerykańskim rolnikom uprawiającym kukurydzę łączne straty w eksporcie w wysokości 300 mln dolarów rocznie. Podczas gdy w 1997 roku 4% amerykańskiego eksportu kukurydzy trafiało do EU, to w roku 2004 było to już jedynie 0,1%.
Wnioski o zatwierdzenie kolejnych odmian GMO do uprawy czy importu na długo utknęły w machinie unijnej i z tego powodu USA w 2003 roku skierowały skargę na EU do WTO. Uważały, że UE wprowadziła de facto moratorium na GMO, co było pogwałceniem zasad wolnego handlu. Szacowano, że „moratorium” przyniosło amerykańskim rolnikom uprawiającym kukurydzę łączne straty w eksporcie w wysokości 300 mln dolarów rocznie. Podczas gdy w 1997 roku 4% amerykańskiego eksportu kukurydzy trafiało do EU, to w roku 2004 było to już jedynie 0,1%.
źródło: USDA
Do skargi przyłączyło się więcej państw m.in. Kanada, Argentyna, Brazylia i Chiny. Rozstrzygał ją Panel (Dispute Settlement Body) złożony z ekonomistów i prawników od spraw handlowych. Argentyna i Kanada przekonywały, że rośliny genetycznie modyfikowane właściwie niczym się nie różnią od tych, które wyhodowano innymi metodami (np.: wykorzystując mutacje), stąd nie ma żadnych podstaw do regulacji handlu nimi. Prawnicy Komisji Europejskiej usprawiedliwiali opóźniania w zatwierdzaniu GMO naukowymi niepewnościami dotyczącymi wpływu na środowisko i zdrowie ludzi. Aby uniknąć rozstrzygania na podstawie samych przepisów tzw. SPS (Agreement on the Application of Sanitary and Phytosanitary Measures), w których nie ma nic o zasadzie przezorności, rekomendowano TBT (ang. Agreement on Technical Barriers to Trade) i protokół z Kartageny jako podstawy do oceny unijnych procedur regulacyjnych. Jednak Panel odrzucił ten wniosek i oparł się tylko na SPS i dodatkowo w 2004 roku zdecydował o zasięgnięciu opinii ekspertów. Strony sporu nie zgadzały się często bez przedstawiania uzasadnienia, na udział danego naukowca. W ten sposób np.: światowej sławy specjalista od przepływu genów z University of California Riverside, który wypowiadał się na temat GMO mniej krytycznie niż inni dwaj kandydaci został odrzucony na wniosek Argentyny. Prawnicy argumentowali, że „jest on autorem serii publikacji, gdzie w naszej opinii, zajął stanowisko, które może wspomóc interesy UE w tym sporze”. Inny naukowiec, piszący na temat transgenów w odmianach kukurydzy w Meksyku, został odrzucony na wniosek USA, gdyż ich zdaniem, był „aktywistą sprzeciwiającym się biotechnologii”. Unia Europejska przedstawiła za to bardzo obszerną listę ekspertów – co wymagało od prawników USA tracenia czasu na wyszukiwanie informacji na ich temat – licząc na to, że chociaż kilku nie zostanie odrzuconych.
Strony sporu często dzieliły ekspertów na „naukowych i „nienaukowych”. Do tego Panel uznawał wiele naukowych niepewności dotyczących tematu za „nieistotne”. Prawnicy Komisji Europejskiej wskazywali za to, że ”skarżące strony zdają się unikać albo ignorować całą społeczno-polityczną, prawną, faktograficzną i naukową złożoność sprawy” a także „ignorują międzynarodowe debaty naukowe i regulacyjne […] w tym tą, która doprowadziła do wniosków zawartych w protokole z Kartageny”. Wskazywali także potencjalny, negatywny wpływ GMO na zdrowie ludzi (np.: wywoływanie alergii) i środowisko (np.: rozwój odporności niepożądanych owadów, zwanych szkodnikami) oraz to, że zasada przezorności ma na celu zapewnienie przez państwo ochrony obywateli i środowiska.
Prawnicy Argentyny oskarżali Komisję Europejską o to, że próbuje odrzucić solidne dowody z powodu jakiś „niepewności”, a Kanady wskazywali, że „warto odnotować, że najbardziej uderzające przykłady niezamierzonego wpływu żywności na zdrowie ludzi, to wynik tradycyjnych metod hodowli (np.: wysoka zawartość solaniny w ziemniakach)”. Zaproszeni naukowcy oprócz odpowiadania na pytania musieli też m.in. odpierać zarzuty o rzetelność swoich badań, tłumaczyć się z wyciągniętych w nich wniosków czy wniosków z analizy dostępnych artykułów. Dr Squire pytany o swoje badania dotyczące negatywnego wpływu roślin GMO (oraz stosowanych w ich uprawach pestycydów) na rośliny ekosystemu rolniczego, odparł, że „brytyjski ekosystemem rolniczy ma 2-3 tysiące lat i chcemy by trwał kolejne kilka tysięcy lat”. Oraz że pytanie brytyjskiego rządu do naukowców odnośnie do tego, czy odporne na herbicydy uprawy mogą zagrozić ostatnim „resztkom sieci troficznych” związanym z dzikimi roślinami towarzyszącym polom jest jak najbardziej zasadne, a odpowiedź na nie potrzebna przed podjęciem działań związanych z wprowadzeniem upraw GMO.
Tanie pasze – wysokie koszty środowiskowe
W rezultacie postępowania WTO uznało, że UE rzeczywiście wprowadziła de facto moratorium na GMO. W 2006 roku rozpoczęły się rozmowy stron mające na celu wprowadzenie w życie uzgodnień z raportu Panelu w przeciągu 2 lat. Po upłynięciu tego okresu USA zawiadomiły UE o zamiarze wprowadzenia sankcji odwetowych, co doprowadziło do skierowania przez Europę sprawy pod arbitraż WTO. W 2009 doszło do ugody z Kanadą, w 2010 z Argentyną, jednak rozmowy „techniczne” z USA toczą się nadal. W 2019 prezydent Donald Trump podpisał rozporządzenie, które wymagało od agend rządowych stworzenia „międzynarodowej strategii by usunąć nieuzasadnione bariery handlowe i zwiększyć rynek dla rolniczych produktów biotechnologicznych.” Być może miało to też pewien związek z pojawiającymi się w Europie inicjatywami mającymi promować uprawę soi na kontynencie, czy jej pozyskiwanie ze „zrównoważonych” źródeł. Można się spodziewać więc, że USA będą nadal walczyć o zyski swoich firm i rolników. Odmian GMO, które pojawiły się w sprzedaży w UE, w wyniku zmian wymuszonych rozstrzygnięciami na forum WTO, w żywności dla ludzi praktycznie nie ma, ale zaczęły dominować w importowanym ziarnie paszowym.
Jaki wpływ ma ta sytuacja na rynek rolny na naszym kontynencie? Rolnicy mogą mieć poczucie, że trudno im konkurować z tanimi produktami z zagranicy, podczas gdy oni sami muszą spełniać coraz bardziej wyśrubowane standardy unijne. Są także inne aspekty sprawy, nie tylko dochody rolników, ale chociażby dotyczące polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Wliczenie importu pasz pochodzących z terenów po wyciętych lasach deszczowych do śladu węglowego diety przeciętnego Europejczyka, powoduje, że osiąga on 1070 kg CO2e rocznie (równowartość przejechania ok. 6 tys. km samochodem osobowym), czyli 1/3 więcej niż w przypadku szacunków uwzględniających tylko produkty rolnictwa europejskiego. A jeśli doliczymy do tego jeszcze utratę możliwości magazynowania węgla organicznego przez zniszczone naturalne ekosystemy, to wartość ta rośnie do prawie 9000 kgCO2e – czyli emisje z diety wynoszą wtedy tyle, ile zazwyczaj się zakłada, że wynoszą roczne emisje przeciętnego Europejczyka z całej konsumpcji, łączenie ze zużyciem energii.
W epoce „wolnego handlu” ochrona rynku przed zalewem taniej paszy o wysokim śladzie węglowym jest jednak bardzo trudna. Pojawiają się próby „obchodzenia przepisów”, co tylko pokazuje, jak wypaczony stał się „wolny rynek”. Kapitulować muszą przed nim nie tylko potrzeby rodzimych producentów żywności, ale nawet zasady dotyczące zdrowia ludzi, czy też ochrony bioróżnorodności i klimatu. Jednocześnie jakość dyskusji o GMO często bardzo słaba. Spojrzenie na sprawę w szerszym kontekście pokazuje, że sednem niekoniecznie jest spór naukowy, ale np.: aspekty ekonomiczne. Czy rozwiązaniem jest wprowadzenie większej ilości odmian GMO do uprawy w Europie? Z pewnych punktów widzenia – być może. Pytanie tylko, czy tym, czego potrzebujemy w dobie kryzysu klimatyczno-przyrodniczego jest produkcja coraz większej ilości pasz dla zwierząt? Czy raczej wysokiej jakości żywność dla ludzi, żyzne gleby i różnorodność gatunkowa owadów? Czy przesuwanie kosztów środowiskowych nie kłóci się z działaniami Europy w kierunku bardziej zrównoważonej gospodarki? Choć polityka rolna EU pozostawia wiele do życzenia, wyraźnie rysuje się trend dążenia ku bardziej zrównoważonemu rolnictwu i wdrażania praktyk wskazywanych chociażby przez raport IPPC (Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) „Climate Change&Land” (Zmiana Klimatu i Powierzchnia Ziemi) jako wspomagających mitygację (łagodzenie) i adaptację do zmiany klimatu. To – jak wskazał inny rolnik na spotkaniu – może być naszym atutem. Specjalnością Europy może stać się wysokiej jakości żywność, produkowana z poszanowaniem środowiska przyrodniczego. Póki co, jesteśmy liderem tego trendu. I być może nie ma żadnego sensu próbować konkurować z państwami, które stawiają przede wszystkim na „dużo i tanio”.
* petycja odnośnie do odrzucenia tej umowy: https://naukadlaprzyrody.pl/2019/08/23/srodowisko-naukowe-apeluje-do-ue-o-odrzucenie-umowy-z-mercosur/
** o tym jak przemysł tytoniowy wpływał na postrzeganie problemów związanych z paleniem i prawodawstwo więcej można przeczytać tutaj. Skargi rozpatrywane przez WTO: więcej informacji – tutaj.
*** zużycie na ha ziemi rolnej może jednak być w nich niższe niż w niektórych państwach europejskich
**** stan Kalifornia jest na drodze wprowadzenia zakazu jego sprzedaży
***** W Europie wprowadzenie do uprawy czy do sprzedaży roślin i produktów z roślin GMO wymaga oddzielnej zgody dla każdej odmiany, licencja jest przyznawana na 10 lat i wymaga odnowienia: dokument.
Dokumenty z całej sprawy przed WTO dostępne są tutaj, wypowiedzi naukowców tutaj. Informacje w tekście podane bez źródeł pochodzą z wymienionej dokumentacji.
Fot. Jen Wilton
Organizacje obywatelskie domagają się od decydentów wyrażenia sprzeciwu wobec osłabienia unijnych przepisów dotyczących GMO oraz poparcia światowego moratorium na uwalnianie do środowiska organizmów z mechanizmem nadpisywania genu.
Instytut Spraw Obywatelskich wraz z organizacjami obywatelskimi z całej Polski wystosował apel do ministra klimatu i środowiska Michała Kurtyki oraz ministra rolnictwa i rozwoju wsi Grzegorza Pudy, tym samym: zwracając uwagę krajowych decydentów na wyjątkowo ważną w Europie zasadę przezorności i potrzebę zainicjowania debaty publicznej w tym temacie.
Mobilizacja decydentów
To kolejna odsłona kampanii obywatelskiej, tym razem o wymiarze krajowym. Pod koniec marca br. 162 organizacje obywatelskie z Europy (w tym kilkanaście z Polski), wystosowały apel do Fransa Timmermansa, Wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej.
Poza ministerstwem klimatu i środowiska oraz ministerstwem rolnictwa podobne apele zostały wysłane także do najważniejszych osób w Polsce mających największy wpływ decyzyjny na omawiane zagadnienia: Prezydenta RP, przewodniczącego Rady ds. Rolnictwa i Obszarów Wiejskich przy Prezydencie RP, Komisarza UE ds. rolnictwa, Przewodniczącego Komisji do spraw GMM i GMO, przewodniczących komisji sejmowych (komisja Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa, komisja ds. Rolnictwa i Rozwoju Wsi i senackich (komisja Środowiska, komisja ds. Rolnictwa i Rozwoju Wsi).
W piśmie zostało wyrażone zaniepokojenie próbami liberalizacji przepisów dotyczących nowej generacji organizmów zmodyfikowanych genetycznie (nowe GMO). Korporacje biotechnologiczne, których zyski ze sprzedaży pestycydów są dzisiaj zagrożone poprzez wdrażane strategie Europejskiego Zielonego Ładu, planują produkować nowe GMO (rośliny i zwierzęta), wykorzystując nowe techniki modyfikacji genetycznych: technologię CRISPR oraz technologię napędów genowych (nazywanych „bombami genowymi”).
Dlaczego nowe GMO są niebezpieczne?
Nowe GMO (rośliny i zwierzęta) otrzymane technikami modyfikacji genetycznych nie są wystarczające przebadane, a proces ich powstawania zasadniczo różni się od tradycyjnych technik hodowlanych, dlatego produkty technologii inżynierii genetycznej objęte są patentami. Ponadto nowe techniki modyfikacji genetycznych mogą powodować szereg niepożądanych zmian genetycznych skutkujących produkcją nowych toksyn lub alergenów, albo przenoszeniem genów oporności na antybiotyki. Zamierzone modyfikacje również mogą skutkować cechami, co do których istnieją obawy o bezpieczeństwo żywności, środowiska lub dobrostanu zwierząt. Najnowsze prace badawcze sugerują również zupełnie nieprzewidywalne zmiany w genomie po użyciu technologii CRISPR wskutek mechanizmów naprawczych DNA istniejących naturalnie w komórkach.
Co ważne, nowe techniki modyfikacji genetycznych wzbudzają wątpliwości również wśród naukowców pracujących nad ich rozwojem. Laureatka Nagrody Nobla z dziedziny chemii w 2020 r., Jennifer Doudna, zwraca uwagę m.in. na zagrożenia związane z technologią CRISPR i apeluje o debatę publiczną w tym temacie.
Polacy o nowych GMO
Pod koniec 2020 r. z inicjatywy europejskich organizacji obywatelskich, w tym Instytutu Spraw Obywatelskich, zostało przeprowadzone przez międzynarodową firmę YouGov badanie opinii publicznej w 8 krajach Unii Europejskiej: Polsce, Niemczech, Francji, Hiszpanii, Włoszech, Danii, Szwecji i Bułgarii na reprezentatywnej próbie blisko 9 tysięcy osób.
Na pytanie: „Czy ludzie powinni uwolnić do środowiska naturalnego organizmy zmodyfikowane genetycznie w technice napędu genetycznego (napędu genowego, nadpisywania genu)?” blisko 60% ankietowanych Polaków odpowiedziało przecząco. Prawie 80% respondentów z naszego kraju uważa, że wypuszczenie do środowiska naturalnego organizmów zmodyfikowanych genetycznie napędem genowym powinno zostać przesunięte w czasie do momentu, gdy zostanie naukowo potwierdzone, że ich użycie nie wpłynie negatywnie na bioróżnorodność, ludzkie zdrowie, rolnictwo, czy pokój na świecie. Podobne wyniki uzyskano w pozostałych krajach, co świadczy o tym, że społeczeństwa europejskie mają poważne obawy co do konsekwencji masowego stosowania nowych technik modyfikacji genetycznych w rolnictwie i produkcji żywności i domagają się ich kontroli.
Wyniki innego sondażu przeprowadzonego przez Greens/EFA na reprezentatywnej grupie respondentów z 28 krajów europejskich (w tym z Polski) zostały opublikowane 30 marca 2021 r. Badanie w dużej mierze poświęcone było kwestiom świadomości konsumenckiej i znakowaniu produktów GMO. Zadano również pytanie dotyczące świadomości istnienia nowych technik modyfikacji genetycznych. Większość badanych przyznała, że do tej pory nie słyszała o nowych GMO, natomiast ci, którzy słyszeli o nich, opowiadali się za przeprowadzeniem dalszych badań nad bezpieczeństwem tej technologii, a także za pełną informacją dla obywateli i konsumentów. W Polsce jedynie 2% respondentów nie chce, aby obywatele i konsumenci byli informowani o nowych badaniach i pochodzeniu produktów, natomiast 39% chce oceny produktów otrzymanych przy użyciu nowych technik modyfikacji genetycznych pod kątem ich bezpieczeństwa, 27% chce oznakowania takich produktów, a 28% opowiedziało się za jednym i drugim rozwiązaniem.
Zasada przezorności, czyli nim będzie za późno
Wobec tak wielkiego zagrożenia poszczególne kraje i Wspólnota Europejska powinny zastosować zasadę przezorności, obowiązującą w Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, do czasu dokładnego przebadania wszystkich skutków nowych technik modyfikacji genetycznych. Zasada przezorności w dziedzinie ochrony środowiska wymieniona jest w art. 191 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Poprzez możliwość podejmowania decyzji dotyczących działań zapobiegawczych w obliczu zagrożenia, można dzięki niej zapewnić wysoki poziom ochrony środowiska. W praktyce zakres stosowania tej zasady jest dużo szerszy i obejmuje też politykę ochrony konsumentów, przepisy Unii Europejskiej dotyczące żywności oraz zdrowia ludzi, zwierząt i roślin.
Jak można być tak ślepym, żeby uznawać dziś, że ludzie są w stanie sprawować w sposób odpowiedzialny zarząd nad atomową bombą genetyczną? Czy współcześni „uczeni w piśmie” nie dostrzegają, jak wygląda nasz świat? Nie widzą np. masowej eksterminacji gatunków dokonywanej przez człowieka, nie widzą chciwości rozpasanej do granic możliwości, nie potrafią wyobrazić sobie niemożliwych do zatrzymania konsekwencji pospiesznego uwolnienia nowych GMO do środowiska naturalnego? – mówi Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich
Decyzje potrzebne od zaraz!
Europejski Trybunał Sprawiedliwości (ETS) orzekł, że nowa generacja organizmów zmodyfikowanych genetycznie musi podlegać regulacji w ramach istniejących przepisów UE dotyczących GMO. Zdaniem Trybunału (pkt 53 orzeczenia z dnia 25 lipca 2018 r.) ich wyłączenie z unijnej dyrektywy dotyczącej GMO „zagrażałoby celowi ochrony, do którego zmierza dyrektywa, i naruszałoby zasadę przezorności, którą ma ona wdrożyć”.
W najbliższym czasie Komisja Europejska będzie podejmować kluczowe decyzje w tej sprawie, jednakże poszczególne kraje członkowskie UE, podobnie jak w przypadku „starych GMO”, mają prawo do wewnętrznego regulowania pewnych kwestii, np. uwalniania organizmów genetycznie zmodyfikowanych do środowiska. Z takiej możliwości zamierzają skorzystać Niemcy, o czym świadczy wczorajszy (27.04.br.) komunikat tamtejszego Ministerstwa Środowiska, Ochrony Przyrody i Bezpieczeństwa Reaktorów Atomowych.
Nowa inżynieria genetyczna to także GMO. Każdy bez wyjątku genetycznie zmodyfikowany produkt w UE powinien być nadal sprawdzany pod kątem ryzyka i oznakowany. W obecnych przepisach dotyczących inżynierii genetycznej istnieją odpowiednie regulacje takich procesów i produktów. Rząd federalny będzie musiał zająć właściwe stanowisko na poziomie krajowym i europejskim. Obywatele powinni swobodnie wybierać, czy chcą produktów inżynierii genetycznej na swoim stole, czy nie. Umożliwia to również ocenę ryzyka, jakie stwarzają rośliny zmodyfikowane genetycznie, zanim zostaną uwolnione do środowiska – powiedziała Svenja Schulze, Federalny minister środowiska Niemiec (tłumaczenie własne z języka niemieckiego na podstawie komunikatu Ministerstwa Środowiska, Ochrony Przyrody i Bezpieczeństwa Reaktorów Atomowych.
Dotychczasowe doświadczenie pokazuje, że rośliny modyfikowane genetycznie nie przyczyniają się np. do redukcji pestycydów. Skupienie się na nowych GMO blokuje pilną potrzebę zmiany w kierunku rolnictwa przyjaznego dla środowiska. Nowe GMO to właśnie rozszerzenie systemu rolniczego, który sam w sobie spowodował wiele problemów, istniejących obecnie na polach i w gospodarstwach rolnych – dodaje Svenja Schulze.
Inicjatorzy apelu podkreślają, że dialog i współpraca między krajami członkowskimi a Komisją Europejską są na tym etapie niezbędne i pilne. Decyzje podejmowane w najbliższych tygodniach będą miały wpływ na bezpieczeństwo naszej żywności oraz na przyszły stan środowiska naturalnego i klimatu, dlatego apelują o zdecydowane stanowisko Polski w tej sprawie, co leży w interesie Polek i Polaków oraz przyszłych pokoleń.
Sygnatariusze apelu:
Fundacja EkoRozwoju, Fundacja Mała Wielka Zmiana, Fundacja Rolniczej Różnorodności Biologicznej AgriNatura, Fundacja Rozwoju Myśli Ekologicznej, Fundacja Strefa Zieleni, Fundacja Zielone Światło, Instytut Globalnej Odpowiedzialności, Instytut Spraw Obywatelskich, Koalicja Żywa Ziemia, Kujawsko Pomorskie Stowarzyszenie Producentów Ekologicznych EKOŁAN, Lubelski Oddział Stowarzyszenia Producentów Żywności Metodami Ekologicznymi EKOLAND, Społeczny Instytut Ekologiczny, Stowarzyszenie Forum Rolnictwa Ekologicznego im. M Górnego, Stowarzyszenie Polska Wolna od GMO, Stowarzyszenie Producentów Żywności Metodami Ekologicznymi EKOLAND, Stowarzyszenie Slow Food Warszawa, Stowarzyszenie we&waste, Zielone Wiadomości.
Źródło: Instytut Spraw Obywatelskich
Trwają negocjacje w sprawie nowego porozumienia handlowego znanego jako Transatlantyckie Partnerstwo Handlowo-Inwestycyjne (TTIP). Planuje się stworzenie największego na świecie obszaru wolnego handlu, aby „chronić” inwestycje i harmonizować regulacje po obu stronach Atlantyku. (więcej…)
W ostatnich miesiącach widać w Europie rosnącą opozycję grup obywatelskich i partii politycznych wobec wielu potencjalnych zapisów negocjowanej ze Stanami Zjednoczonymi umowy o wolnym handlu (TTIP). Najwięcej kontrowersji budzą trzy sprawy: klauzula arbitrażu inwestycyjnego (ISDS), groźba liberalizacji usług publicznych (szczególnie ochrony zdrowia) oraz wpływ TTIP na unijne regulacje dotyczące bezpieczeństwa żywności.
Komisja Europejska, która negocjuje TTIP w imieniu Unii, podjęła próby uspokojenia opinii publicznej w każdej z tych trzech kwestii. Jeśli chodzi o arbitraż, komisarz ds. handlu Karel De Gucht konsekwentnie utrzymuje, iż jego celem jest zapewnienie, że „prawo państwa do stanowienia prawa w interesie publicznym pozostanie nienaruszone”. W kwestii bezpieczeństwa żywności z emfazą podkreśla, że „unijne prawo dotyczące wołowiny zawierającej hormony i żywności modyfikowanej genetycznie nie zmieni się wskutek zawarcia tej umowy”. Wreszcie w sprawie usług publicznych oficjalna linia (wyrażona w liście Głównego Negocjatora do brytyjskiego posła Johna Healeya) jest taka, że TTIP pozostawia państwom wystarczającą „przestrzeń politycznego wyboru” (policy space) do utrzymania publicznie finansowanych usług zdrowotnych.
Czy można jednak wierzyć tym deklaracjom, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Komisja przeszacowuje potencjalne korzyści z umowy? Wydanie ostatecznego osądu nie jest jeszcze możliwe. Negocjacje wciąż trwają, wiele dokumentów nie zostało upublicznionych, a rozmiar tego artykułu nie pozwala na pogłębienie wszystkich aspektów problemu. Mimo to bez wątpienia warto pokrótce przyjrzeć się tym kwestiom w świetle dostępnych dowodów. Nawet orientacyjne odpowiedzi mogą bowiem przyczynić się do ożywienia debaty politycznej wokół TTIP.
Nowy „lepszy” arbitraż?
Jeśli chodzi o arbitraż, podstawą mojej oceny jest dokument ogłoszony przez Komisję w ramach konsultacji publicznych, zawierający wiele fragmentów porozumienia o wolnym handlu między UE a Kanadą (CETA), oraz debata o pomysłach Komisji na zmiany w systemie arbitrażu. Komisja (i nie tylko) opowiada się za włączeniem klauzuli arbitrażu do TTIP, argumentując, że jest to szansa na poprawę w stosunku do zapisów istniejących dwustronnych umów inwestycyjnych (BIT), które oferują znacznie słabszą ochronę przed roszczeniami inwestorów wobec państw podejmujących uprawnione działania regulacyjne.
Jest bez wątpienia prawdą, że klauzula arbitrażu w CETA (a podobnie ma być w przypadku TTIP) ograniczyłaby autonomię państw w mniejszym stopniu niż istniejące dwustronne umowy inwestycyjne. Jednak, jak podkreślono w odpowiedzi na pytania konsultacyjne złożonej przez grupę prominentnych ekspertów politycznych i prawnych (i dostępnej na stronie Uniwersytetu w Kent), propozycje te nie odnoszą się do szeregu ważnych problemów, tak w kwestii reżimu ochrony inwestycji, jak i procedury arbitrażu.
Chodzi o takie niedostatki, jak:
brak wystarczającej ochrony prawa państw do wprowadzania regulacji;
niewyszczególnienie prawnych obowiązków inwestorów w państwach, gdzie inwestują;
pozostawienie trybunałom zbyt dużej dowolności w ocenie środków zabezpieczenia inwestycji;
nierozwiązanie kwestii „forum-shopping” (zjawiska polegającego na tym, że inwestorzy mogą wybrać najwygodniejszy dla siebie schemat ochrony inwestycji);
niezajęcie się potencjalnymi konfliktami interesów w procesie orzekania.
Na planie ogólniejszym, niezależnie od tego, czy uznamy wspomniane reformy w systemie arbitrażu za wystarczające, autorzy wnioskują, że „system niesie ze sobą przesunięcie w priorytetach suwerenności: interesy zagranicznych posiadaczy kapitału zyskują na znaczeniu kosztem innych aktorów, których bezpośrednia reprezentacja i udział ogranicza się do procesów demokratycznych i publicznych instytucji sądowych”.
„Przestrzeń politycznego wyboru” dla usług publicznych
Kwestia usług publicznych jest przedmiotem gorących dyskusji szczególnie w Wielkiej Brytanii, gdzie wiele obaw budzi perspektywa prywatyzacji Narodowej Służby Zdrowia (NHS). Komisja podkreśla, że w porozumieniu o wolnym handlu między Unią Europejską a Koreą „UE i państwa członkowskie zachowały pełną przestrzeń politycznego wyboru dla publicznie finansowanych usług zdrowotnych, w tym usług świadczonych w szpitalach i w domu chorego czy przez karetki, poprzez niewłączenie ich w zakres zobowiązań”.
Nie jest to nieprawdą (co potwierdza lektura harmonogramu udostępniania rynku usług w ramach strefy wolnego handlu UE-Korea). Jednak takie oświadczenia nie wspominają oczywiście ani słowem o tym, że państwa członkowskie wciąż mogą zdecydować się na liberalizację usług publicznych w ramach porozumienia. Lektura znanej nam z przecieku (przyznajmy to, szkicowej) propozycji udostępniania unijnego rynku usług UE w ramach TTIP potwierdza, że w szczególnym przypadku usług zdrowotnych, w harmonogramie udostępniania rynku zawarte są – z pewnymi ograniczeniami dostępu do rynku i traktowania narodowego w zależności od kraju – usługi lekarskie i dentystyczne oraz „usługi świadczone przez pielęgniarki, fizjoterapeutów i paramedyków”.
Co więcej, krytycy TTIP wskazują też na ograniczone zastosowanie tych zabezpieczeń do brytyjskiej Narodowej Służby Zdrowia. Ostrzegają, że nie podpadają one pod definicję usługi dostarczanej „w ramach sprawowania władzy publicznej przez rząd”, ponieważ często dostarczane są komercyjnie i na zasadach konkurencji między różnymi świadczeniodawcami.
Bezpieczeństwo żywności: osobne światy
Z omawianych tu kwestii bezpieczeństwo żywności zostanie zapewne najmniej dotknięte przez TTIP, ponieważ porozumienie nie wywróci raczej instytucjonalnie zakorzenionych reżimów bezpieczeństwa żywności. Uczeni często wskazują na głęboko ugruntowaną naturę systemów regulacji po obu stronach Atlantyku. Amerykanie odwołują się do „naukowego” podejścia do oceny ryzyka, podczas gdy w Europie obowiązuje bardziej restrykcyjna „zasada przezorności”. Zbliżenie regulacyjne w tej dziedzinie pomiędzy obydwoma partnerami jest bardzo niewielkie, mimo kilku takowych prób.
Mimo to ze strony agrobiznesu po obu stronach Atlantyku istnieją znaczne naciski, aby zmiękczyć podejście UE. Dowody dostarczone przez think tank Corporate Europe Observatory pokazują, że najwięcej spotkań z Komisją w sprawie TTIP odbyli właśnie lobbyści z tej branży. Po stronie amerykańskiej sekretarz rolnictwa Tom Vilsack naciska na bardziej permisywne „naukowe” podejście do regulacji bezpieczeństwa żywności. Co więcej, ci sami uczeni, którzy podkreślają głęboko ugruntowaną naturę reżimów bezpieczeństwa żywności, wskazują również na „stale podejmowane przez Komisję próby używania międzynarodowych nacisków, aby wymusić reformę europejskiego prawodawstwa [w kwestii GMO]”.
Utrzymane w podobnym duchu komentarze zostały wygłoszone przez De Guchta na forum Parlamentu Europejskiego 15 lipca 2014 r. Komisarz przekonywał, że „powinniśmy polegać na opiniach naszych własnych naukowców w Europejskim Urzędzie ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), a nie na ideologii”, co zdaje się sytuować go bliżej podejścia amerykańskiego niż europejskiej zasady ostrożności.
Choć więc sam tekst porozumienia niewiele mówi o kwestii bezpieczeństwa żywności, TTIP ma mieć postać „żyjącego porozumienia”, z mocnym rozdziałem o „współpracy regulacyjnej”, która potencjalnie może obejmować transatlantyckie uzgodnienia dotyczące „wszelkich planowanych bądź istniejących regulacji […] o znaczącym […] wpływie na międzynarodowy (a zwłaszcza) transatlantycki handel”. Oznacza to, że „zasada ostrożności” może być z czasem rozwadniana w obliczu zwiększonej mobilizacji agrobiznesu. W istocie Unia Europejska nie musiałaby w tym celu nawet, ściśle rzecz biorąc, kompletnie zmieniać swojego systemu regulacji dotyczących żywności: wystarczyłoby uznanie określonych standardów bezpieczeństwa żywności przyjętych w USA.
Zapewnienia Komisji w omawianych tu sprawach okazują się nie opowiadać całej historii. Oskarżanie krytyków TTIP o rozpowszechnianie „kłamstw” (co De Gucht uczynił przynajmniej raz) jest nieuczciwe. Ważne pytania dotyczące wpływu TTIP na możliwość kształtowania polityki przez kraje UE oraz na obecny poziom socjalnych i ekologicznych zabezpieczeń nadal czekają na odpowiedź.
Artykuł pochodzi ze strony ttip2014.eu. Przeł. Tomasz Szustek.
GMO, czyli genetycznie modyfikowane organizmy (bakterie, rośliny, zwierzęta) tworzy się za pomocą technik laboratoryjnych, niewystępujących w naturze, przy pomocy inżynierii genetycznej. Do materiału genetycznego modyfikowanego organizmu wprowadza się obcy gen. Można np. wprowadzić do bakterii gen człowieka odpowiedzialny za syntezę insuliny, albo do rośliny przenieść gen z bakterii, który koduje toksynę zabójczą dla larw szkodników. W ten sposób można uzyskać zupełnie nowe cechy, których wyjściowy organizm nigdy nie posiadał. (więcej…)
Ludziom nie mówi się, że powodem chorób cywilizacyjnych mogą być produkty wysoko uprzemysłowionego rolnictwa. Grzegorz Kuczek, reporter programu TVN “Uwaga!”, twórca filmu dokumentalnego Obcy gen, w rozmowie z Joanną Szewczyk.
Jak to się stało, że zajął się pan tematem GMO?
Przyszedł do mnie pewien człowiek, który zapytał, czy znam temat GMO, mówił o różnych nieprawidłowościach. Zainteresowało mnie to. Zacząłem czytać na ten temat i stwierdziłem, że sam dotąd niewiele o tym wiedziałem. Na kolegium redakcyjnym powiedziałem, że chcę się tym zająć i dostałem zielone światło. Zacząłem czytać opracowania naukowe, głównie w internecie…
Z jakich opracowań pan korzystał?
Przez dwa miesiące, dzień w dzień wieczorami czytałem wszystko, co na ten temat znalazłem: polskie informacje, dane z urzędów, badania, różne publikacje zagraniczne. Trafiłem np. na prace Charlesa Benbrooka ze Stanów Zjednoczonych pokazujące, że tak naprawdę plony GMO nie rozwiązują problemów świata. Znalazłem dane mówiące o tym, że w stanach, w których się stosuje GMO, spadają plony. Dużo tego było, naprawdę. Musiałem mieć jakąś wiedzę, żeby rozmawiać z ludźmi.
Czy dla pana jako dziennikarza ten temat był trudny? Czy łatwo było dotrzeć do niezależnych ekspertów?
Tu nie ma niezależnych ekspertów, każdy prezentuje jakąś opcję. Jedni są za żywnością ekologiczną, inni za przemysłową. Było trudno. Kiedy zaczynałem z kimś rozmawiać na ten temat, zawsze słyszałem pytanie: „Po co pan to robi? Przecież i tak panu tego nie puszczą…”. Mówiono mi, że temat dotyka interesu wielkich firm, że to jest silne lobby itd., itp. Do dzisiaj mam w pamięci rozmowę z jednym profesorem, który powiedział, że chętnie ze mną porozmawia, ale wie, że ten materiał i tak pójdzie do kosza… To chyba wynika z doświadczeń w innych krajach europejskich i w USA, gdzie dziennikarze zajmujący się tematem żywności spotykają się z różnymi szykanami. Okazało się jednak, że film bez żadnych przeszkód został wyemitowany.
A jak było z gromadzeniem materiałów? Ludzie chętnie wypowiadali się do kamery?
Są naukowcy, którzy zajmują się tym tematem od lat, ale nie chcą o nim rozmawiać. Jeden naukowiec powiedział mi wprost, że nie będzie rozmawiał o GMO, ponieważ zaszkodziłoby to firmom agrochemicznym i on mógłby stracić pracę albo pieniądze na badania. Jego uczelnia korzysta z pieniędzy, które firmy agrochemiczne za pośrednictwem różnych fundacji i innych podmiotów przekazują uczelniom na badania. Jeśli chodzi o przedstawicieli przemysłu biotechnologicznego, to dokładnie wiedziałem, co powiedzą, bo to jest po prostu mantra, którą powtarzają przy każdej okazji. I to są często informacje nieprawdziwe. Bardziej mi zależało na rolnikach, którzy się tym zajmują, czy na przedstawicielach handlowych, ale ich trudniej było namówić do rozmowy. Jeden rolnik zgodził się wystąpić i do dzisiaj ma do mnie pretensje, że pokazałem to tak, a nie inaczej. A ja po prostu z nim rozmawiałem i pokazałem, czym się zajmuje. Pokazałem, że dla niego liczy się tylko biznes. Pytałem go, czy zdaje sobie sprawę z konsekwencji stosowania kukurydzy modyfikowanej genetycznie…
Takich rolników było więcej?
Rozmawiałem z kilkoma rolnikami, ale tylko jeden zgodził się wystąpić w filmie.
Czy oni są gdzieś zrzeszeni? Zastanawiam się, jak można zdobyć informację, że ktoś uprawia GMO.
Pocztą pantoflową. Długo szukałem tych rolników, ponieważ informacje o tym, że uprawiają GMO, nie są nigdzie dostępne. Mówi się, że w Polsce jest produkowane bardzo dużo żywności transgenicznej, ale jeśli chodzi o konkrety, to nie ma oficjalnych danych. Od różnych informatorów dowiadywałem się, w jakich miejscach Polski znajdują się uprawy. To jest delikatna sprawa, ponieważ z prawnego punktu widzenia kwestia upraw GMO w Polsce nie jest jednoznaczna. I jeśli ktoś ma występować przed kamerą, to z reguły odmawia, bo nie wie, jak zareagują sąsiedzi itd. Dlatego ciężko było dotrzeć do tych ludzi.
A jakie były pana wrażenia ze spotkania z rolnikami ekologicznymi?
Wrażenie zrobili na mnie bardzo dobre. Natomiast nie wiedziałem, że mają aż tak poważne problemy. Dopiero rozmowy z nimi uświadomiły mi wiele rzeczy, np. zagrożenie wynikające z przepylania się roślin genetycznie modyfikowanych z tradycyjnymi. W Niemczech znaleziono śladowe ilości roślin GMO nawet w produktach BIO. To pokazuje, z jakim ogromnym zagrożeniem mamy do czynienia, z agresywną technologią. Ci rolnicy są w naprawdę kiepskiej sytuacji. To ludzie pozostawieni sami sobie, zrozpaczeni. Nie mają żadnego wsparcia w naszych władzach, nie robi się wiele, żeby im coś ułatwić i pomóc. Jedyna nadzieja, że ludzie pójdą po rozum do głowy i zaczną kupować produkty naturalne i zdrowe.
Mnie zaskoczyła informacja, że polskie firmy nasiennicze są prywatyzowane i wykupowane przez ogromne światowe koncerny. W rezultacie rolnicy muszą sprowadzać ekologiczne pasze zza granicy, podczas gdy kiedyś produkowały je polskie małe firmy.
Chodzi o koncerny, które w USA, Argentynie albo Brazylii mają wielkie pola z uprawami GMO, także na ziemiach, gdzie specjalnie pod te uprawy wykarczowano Puszczę Amazońską. Produkują tam paszę dla zwierząt. Więc te koncerny przejmują polskie firmy po to, żeby sprzedawać swoje produkty, a nie polskie. I koło się zamyka.
W Indiach dziesiątki tysięcy rolników popełniły samobójstwo po tym, jak wprowadzili uprawy bawełny transgenicznej. Ich plony drastycznie spadły, podpisali umowy z Monsanto na zakup ziaren. Firma także udzielała im pożyczek i zostali uzależnieni. Ci ludzie nie mieli za co wykarmić swoich rodzin. Ich bezwzględnie wykorzystano i oszukano. Ta historia jest w Polsce nieznana, można o niej przeczytać w książce Świat według Monsanto napisanej przez francuską dziennikarkę Marie–Monique Robin…
Ci rolnicy uwierzyli w to, co mówiły firmy biotechnologiczne – że będzie lepiej. Tutaj się też ludziom mówi, że będzie lepiej. Oczywiście nikt nie wspomina o tym, że po polach będą chodzić ludzie i sprawdzać, czy rolnicy zapłacili za patent. Teraz nasiona są też opatentowane i płaci się za nie, ale nie są GMO.
Czy czuł pan, że zetknął się z dużym lobby? W niektórych wypowiedziach bohaterów pana reportażu pojawia się strach.
Bo to jest silne lobby. Ci ludzie się boją, bo w grę wchodzą duże pieniądze, które firmy agrochemiczne przeznaczają na badania naukowe i potem chcą zarabiać na patentach. Zrobią wszystko, żeby te uprawy tutaj były i żeby były legalne. Jeżeli nie od razu, to metodą małych kroczków. Zagrożenie dla naturalnych upraw jest ogromne. Jest przecież mnóstwo dowodów na to, że uprawy GMO przepylają się z naturalnymi i je zdominowują. Ale ludzie boją się narażać dużym koncernom.
Spotkał pan lobbystów pracujących na rzecz zmian korzystnych dla firm agrochemicznych?
Byłem na publicznym wysłuchaniu ustawy o GMO w Sejmie. Przyszła tam przedstawicielka ambasady amerykańskiej. Mówiła, że USA są zainteresowane tym, co dzieje się w rolnictwie. Wiadomo też, że amerykańska firma Monsanto wspiera różnych polityków w USA podczas wyborów, te informacje można znaleźć na ich oficjalnych stronach internetowych. Więc ta pani nie przychodzi bez powodu na takie spotkania, nawet jeśli mówi, tak jak na filmie, że przyszła prywatnie.
Mówił pan, że nie było kłopotów z emisją filmu. A czy miał pan jakieś problemy w gromadzeniu materiału?
Mieliśmy trudności, gdy chcieliśmy sfilmować wpływający do portu w Gdańsku statek, który przywozi do Polski genetycznie modyfikowaną śrutę. Dzwoniłem do zagranicznych firm, które sprowadzają taką śrutę i oni mi nie chcieli powiedzieć, kiedy i gdzie taki statek wpływa do portu. A rocznie do Polski sprowadza się ok. 2 mln ton śruty sojowej, więc takich statków musi trochę być… Dowiedziałem się o tym zupełnie przypadkiem podczas rozmowy z przedstawicielką młynów czy spichlerzy z Pomorza. Podczas rozmowy rzuciła nazwę statku i datę, którą ja sobie zanotowałem. Potem się wycofała i nie zgodziła się na nagranie, ale nazwę statku zachowałem i dzięki temu udało się go namierzyć. Do ostatniej chwili informacje o tym, czy statek wpłynął, czy nie, była nieznana. Przez prawie całą noc siedziałem na łączach z dyżurnym portu, aby ustalić, czy statek wpłynął już na polskie terytorium. Oni bardzo długo nie mieli tej informacji.
Statek widmo…
Tak, statek widmo (śmiech). I dopiero o 8.00 rano dowiedzieliśmy się, że ok. 16.00 statek będzie wchodził do portu.
Czy to zawsze tak wygląda?
Nie wiem, niech pani spróbuje sprawdzić pod pretekstem, że chce pani coś sfilmować. Ciekawe, czy podadzą pani rzeczywistą datę, czy nie.
A co się dalej dzieje z przywiezioną śrutą?
Zostaje załadowana na samochody dostawcze, jedzie do mieszalni pasz, a potem trafia do zwierząt. Głównie do świń i kurczaków. Trafia na nasze stoły w postaci mięsa. Dobrze, że o tym mówimy. Niech ludzie wiedzą, że te 2 mln ton rocznie genetycznie modyfikowanej śruty sojowej nie rozpływa się w powietrzu, tylko my ją zjadamy w mięsie z chowu przemysłowego. Trzeba im to uświadamiać. Najgorsze, że ludziom się nie mówi, że powodem chorób cywilizacyjnych mogą być produkty wysoko uprzemysłowionego rolnictwa. Lobbyści mówią: „Dlaczego mamy zakazywać sprowadzania tej soi, skoro już i tak tyle się jej sprowadza?”. To jest działanie na zasadzie faktów dokonanych.
Czy można coś z tym zrobić?
Osobiście staram się świadomie robić zakupy. Zajmuje mi to sporo czasu. Zwracam uwagę na to, co jest w środku, czyli na skład, datę ważności, wszystkie etykiety. Oczywiście na etykietach nie ma tych najważniejszych informacji. Jeśli na opakowaniu jest napisane „skrobia kukurydziana”, to ja nie wiem, czy ona jest modyfikowana genetycznie, czy nie. Myślę, że nie jest trudno o nadużycia i oszukiwanie klientów.
Oszukują?
Niejednokrotnie w naszych programach ujawnialiśmy, że na żywności się oszukuje. Zresztą to mówią też ludzie, którzy w tej branży pracują, że to jest najlepsze miejsce do oszukiwania ludzi, ponieważ ludzie muszą jeść, to jest podstawowa czynność życiowa. Czy pani sobie wyobraża, że przez tydzień pani nie będzie jadła? Długo pani nie pociągnie. Każdy jedzenie kupuje i chce kupować tanio, i firmy robią, co mogą, żeby sprostać tym oczekiwaniom i jednocześnie jak najwięcej zarobić. Niewiele ludzi sprawdza, co kupuje, niewielu mamy świadomych konsumentów. A organizacje konsumenckie nie są w Polsce zbyt silne. Gdyby było tak, jak we Francji czy w Niemczech, że ludzie zwracają uwagę na to, co kupują i jedzą, i oszuści ponoszą konsekwencje… Może nie byłoby takich problemów, jak np. różne przypadki „odświeżania” wędlin.
Na podpis prezydenta czeka przyjęta przez Sejm ustawa nasienna. Dużo mówi się o tym, że ona tylnymi drzwiami może zalegalizować uprawy GMO w Polsce.
Dziennikarze mogą o tym pisać i mówić, ale ci, którzy za to odpowiadają, urzędnicy i politycy, którzy powinni stać na straży naszego bezpieczeństwa żywnościowego, nic z tym nie robią. Na co dzień zajmują się tym aktywiści, a poza tym mało kogo to interesuje. Mam wrażenie, że ludzie w Polsce sobie nie zdają sprawy, co to jest GMO. Tylko niektórzy zwracają uwagę na opakowania, na informacje umieszczone na produktach… Ale nadal nie ma dyskusji o tym, jak to wygląda na świecie, czy rzeczywiście plony są lepsze, czy ta żywność jest zdrowa, bezpieczna. A to jest przecież temat, którym powinni się zajmować wszyscy dziennikarze, ponieważ to dotyczy naszego zdrowia i naszych dzieci. Nie można tego tak zostawić.
Czy ma pan w planach kolejne tematy ekologiczne?
Tak, dwa. Ale to jest tajemnica redakcyjna i nie mogę nic powiedzieć, poza tym, że one się pojawią już wkrótce…
Program Uwaga! TVN pt. Lobbing na rzecz GMO można obejrzeć na stronie stacji.
Jak demokracja bezpośrednia w Europie może pomóc ludziom i środowisku.
W Polsce uprawy roślin modyfikowanych genetycznie są dziś poza kontrolą, a obecność GMO stwierdzono w 24,8% produktów. Regulacje na poziomie krajowym nie wystarczają. Nie chodzi nawet o to, że w naszym kraju się ich nie przestrzega i mimo oficjalnego zakazu sektor odmian transgenicznych rozwija się w najlepsze. Są one w gruncie rzeczy skazane na porażkę, ponieważ nie sposób kontrolować krzyżowania i rozprzestrzeniania się roślin ponad granicami państw narodowych.
Rozwiązaniem byłoby wprowadzenie moratorium na GMO w całej Unii Europejskiej. Brzmi jak science-fiction? Dzięki Europejskiej Inicjatywie Obywatelskiej (EIO) to może być nasza przyszłość. Od kwietnia 2012 wszyscy obywatele i obywatelki Unii będą mogli korzystać z nowego narzędzia demokracji bezpośredniej. Wystarczy odpowiedni wniosek i zebranie co najmniej miliona podpisów z co najmniej 7 państw członkowskich. Europejska inicjatywa obywatelska to apel do Komisji Europejskiej o przedłożenie nowego ustawodawstwa europejskiego bądź zmiany istniejących przepisów. Inicjatywa Avaaz i Greenpeace doprowadziła do zebrania ponad miliona podpisów za zakazem upraw modyfikowanych na terenie Unii i powołaniem niezależnego i etycznego ciała naukowego, które zajmie się oceną wpływu GMO na rolnictwo, środowisko i ludzkie zdrowie. Obecnie oczekujemy decyzji Komisji.
Także w Polsce siłą demokracji są ludzie. Dowiódł tego niedawny sukces inicjatywy obywatelskiej za wprowadzeniem parytetu dla kobiet na listach wyborczych czy referendum w sprawie budowy destrukcyjnej dla środowiska kopalni odkrywkowej węgla brunatnego na Dolnym Śląsku. Dzięki ruchom oddolnym zablokowano też budowę obwodnicy Augustowa na obszarach należących do programu Natura 2000.
W Szwajcarii wykorzystuje się demokrację bezpośrednią do wprowadzania bardziej ekologicznych rozwiązań. W wyniku referendum transport przez Alpy ustawowo będzie przebiegał drogą kolejową. Wyobraźmy sobie korzyści z wdrożenia akcji „tiry na tory” na szczeblu unijnym!
Czy to możliwe? Dzięki EIO już niedługo będziemy mogli zobowiązać Komisję Europejską do podjęcia decyzji w danej sprawie w ciągu trzech miesięcy. Oczywiście istnieją uzasadnione obawy, że nie podejmie ona żadnych działań. Komisja może uznać, że dana inicjatywa nie leży w zakresie jej kompetencji bądź jest sprzeczna z Kartą Praw Podstawowych. To niejedyna bariera. Zorganizowanie inicjatywy obywatelskiej będzie wymagało znacznych środków pieniężnych oraz ogromnego zaangażowania wolontariuszy w krótkim czasie (na zebranie min. miliona podpisów w 7 krajach członkowskich będzie 12 miesięcy). Zdobywanie poparcia na rzecz inicjatywy będzie szczególnie trudne w krajach takich jak Polska, o niskim poziomie obywatelskiej partycypacji. EIO to proces długotrwały, wymagający wielojęzyczności („komitet inicjatywy” odpowiada za sporządzanie tłumaczeń) oraz umiejętności intensywnego korzystania z technologii cyfrowych.
Pamiętając o trudnościach związanych z organizowaniem inicjatywy, powinniśmy jednak skupić się na jej potencjale. Tym bardziej, że dotychczasowe sygnały wskazują, że Komisji zależy na włączeniu obywateli i obywatelek w tworzenie unijnego prawa. W kwietniu 2012 Komisja otworzy punkt kontaktowy i stronę internetową poświęconą inicjatywie obywatelskiej, a Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny zobowiązał się ułatwić proces konsultacji z instytucjami unijnymi. Oferuje pośredniczenie w kontaktach z organizacjami i sieciami europejskiego społeczeństwa obywatelskiego, pomoc w procesie uruchamiania EIO oraz doradztwo podczas wysłuchań i opiniowania, pomagając w ten sposób Komisji w ocenie złożonej inicjatywy i na wszystkich etapach działań z nią związanych.
W porównaniu z innymi instrumentami demokracji bezpośredniej EIO pociąga za sobą większe nakłady czasowe, finansowe i organizacyjne, ale w zamian umożliwia zainicjowanie zmian w całej Unii Europejskiej. Dotychczas przeprowadzono 25 pilotażowych projektów. Dotyczyły one m.in. sprzeciwu wobec budowy nowych elektrowni atomowych czy, postulatu unijnej współpracy na rzecz osób niepełnosprawnych, chorych na nowotwory czy AIDS, utworzenia ponadnarodowej służby publicznej czy promowania żywności organicznej.
Poparcie dla tych inicjatyw dowodzi, że obywatele i obywatelki widzą potrzebę większej partycypacji. EIO ma tę zaletę, że umożliwia podjęcie inicjatyw, które nie mają szans na poziomie regionalnym czy krajowym ze względu na korupcję, wpływy miejscowych grup interesu, czy podporządkowanie głosowania dyscyplinie partyjnej. Nie przypadkiem inicjatywy obywatelskie dotyczą zwykle integracji europejskiej, transportu, środowiska i opieki społecznej. Te właśnie kwestie wymagają czegoś więcej niż symboliczne uregulowania na poziomie krajowym, jeśli zależy nam na właściwym funkcjonowaniu Unii jako całości.
Wytyczne na temat wymogów poszczególnych etapów EIO wystarczą, by aktywność obywatelską przekuć w konkretną politykę. Przyczynić się do tego może „Podręcznik europejskiej inicjatywy obywatelskiej” wydany przez Green European Foundation we współpracy z Zielonym Instytutem. Wiedzę o różnych zagadnieniach demokracji bezpośredniej na szczeblu lokalnym i europejskim można wzbogacić dzięki nagraniu konferencji „Europejska inicjatywa obywatelska w Polsce”. Oba think tanki przeprowadzą także warsztat na temat praktycznego zastosowania tego instrumentu w ramach Zielonego Europejskiego Letniego Uniwersytetu (8-10.09.2011) we Frankfurcie/Słubicach.