Politycy i lobbyści przemysłu rolno-spożywczego posługują się gwałtownie rosnącymi w następstwie inwazji Rosji na Ukrainę cenami pszenicy, aby usprawiedliwić nieustanny atak na unijne plany ograniczenia stosowania pestycydów, twierdzą Olivier De Schutter i Jennifer Clapp.

Olivier De Schutter jest współprzewodniczącym Międzynarodowego Panelu Ekspertów ws. Zrównoważonych Systemów Żywnościowych (IPES-Food), byłym specjalnym sprawozdawcą ONZ ds. skrajnego ubóstwa i praw człowieka, i profesorem Katolickiego Uniwersytetu w Leuven; Jennifer Clapp jest specjalistką ds. bezpieczeństwa żywnościowego, wiceprzewodniczącą Panelu Ekspertów Wysokiego Szczebla ONZ ds. bezpieczeństwa żywnościowego i odżywiania, a także profesorem Uniwersytetu Waterloo w Kanadzie.

W 2022 r. nagłówki gazet zapełniała panika związana z niedoborem żywności na świecie w wyniku inwazji Rosji na Ukrainę. Kiedy Rosja zablokowała ukraiński eksport zboża na Morzu Czarnym, ceny pszenicy poszybowały do rekordowych poziomów.

Politycy i lobby rolno-spożywcze wykorzystali tę sytuację do uzasadnienia ciągłego ataku na unijne plany ograniczenia stosowania pestycydów, twierdząc, że utrzymanie obecnego poziomu zużycia chemikaliów jest konieczne dla zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego.

Teraz, rok później, pojawiła się zupełnie inna historia. Rolnicy w Polsce, Rumunii i Bułgarii są oburzeni nadmiarem ukraińskiego zboża rzuconego na ich próg. W konsekwencji polski minister rolnictwa Henryk Kowalczyk został zmuszony do złożenia dymisji, a polscy rolnicy protestowali podczas pierwszej od rozpoczęcia wojny oficjalnej wizyty prezydenta Zelenskiego w Warszawie.

Rolnicy ci mają powody, by czuć się poszkodowani. Duża część ukraińskich zbiorów zboża została przekierowana na tory, a wszystkie taryfy i kontyngenty do UE zostały zniesione, aby zapewnić, że zboże nie zostanie uwięzione i nie zmarnuje się. Bezprecedensowy napływ ukraińskiej pszenicy, o wartości 1,17 miliarda euro, trafił do sąsiednich krajów UE, wywołując spadek lokalnych cen i sprawiając, że produkty wielu rolników zalegają w magazynach.

W założeniu pszenica miała przejechać przez te państwa tranzytem w drodze na rynki międzynarodowe. Jednak ze względu na brak możliwości transportowych i problemy z infrastrukturą kolejową, znaczna jej część pozostała w krajach sąsiadujących z Ukrainą, zabierając miejsce w silosach i trafiając na rynek lokalny. Przyczyniło się do tego również zmniejszenie zapotrzebowania z krajów Północnej Afryki, które musiały ograniczyć import żywności, ponieważ ich gospodarki osłabły w wyniku zwiększenia stóp procentowych.

Powstaje więc pytanie: czy mamy do czynienia ze zbyt małą produkcją żywności, czy też jest jej za dużo?

Odpowiedź brzmi: z żadną z nich. Nadmiar zboża na rynkach w Polsce, Rumunii i Bułgarii pokazuje, że dzisiejszy kryzys związany z cenami żywności nie jest, i nigdy nie był, rezultatem jej niedoboru. Przyczyną problemu jest niewłaściwa dystrybucja i dysfunkcyjne rynki.

Dzisiaj cierpią polscy rolnicy, gdyż ich dochody gwałtownie spadły. Ale dysfunkcja rynków żywnościowych jest zjawiskiem globalnym. Od dziesięcioleci rolnicy z wielu krajów globalnego Południa są w podobny sposób wyniszczani przez wysyp na ich rynki taniej żywności z krajów zachodnich, które subsydiują produkcję i eksport żywności.

Wiele z tych krajów uzależniło się od importu żywności, co sprawia, że są szczególnie wrażliwe na zakłócenia na światowym rynku. Kraje te borykają się obecnie z rosnącymi rachunkami za import żywności i gwałtownie wzrastającymi kwotami spłat zadłużenia, co grozi nowymi falami głodu, nawet w sytuacji, gdy w Europie występuje nadmiar zboża.

Tego rodzaju zjawiska są rezultatem wadliwego przemysłowego systemu żywnościowego, w którym priorytetem jest nadprodukcja kilku podstawowych towarów żywnościowych dla zglobalizowanych łańcuchów dostaw just-in-time; i który sprzyja monopolizacji przez zaledwie garstkę przedsiębiorstw rolno-spożywczych – takich jak giganci zbożowi, którzy w ubiegłym roku, gdy rynki żywnościowe ogarnęło szaleństwo, odnotowali rekordowe zyski,.

Jest to model, który systematycznie zawodzi, kiedy trzeba dostarczyć żywność tam, gdzie jest rzeczywiście jest potrzebna, i który nie potrafi zapobiec narastaniu głodu ani zapewnić stabilnego dochodu rolnikom.

Ponadto oparte na tych filarach koncentracji systemy żywnościowe  są nie tylko niezwykle podatne na wstrząsy takie jak wojna, zmiana klimatu i niestabilność finansowa. Są one również narażone na cykle koniunkturalne, które zwykle prowadzą do zatorów, nadwyżek i niestabilności, co szkodzi rolnikom i konsumentom na całym świecie.

Poszkodowani rolnicy we wschodnich regionach UE zasługują na natychmiastowe rekompensaty. Środki na ten cel mogłyby pochodzić z podatku od zysków nadzwyczajnych nałożonego na gigantów zbożowych, którzy osiągnęli rekordowe zyski, gdy ceny żywności gwałtownie wzrosły.

Należy dołożyć więcej starań, aby zboże mogło wyjechać z Ukrainy oraz z Rumunii, Polski i Bułgarii – i to do miejsc, które go potrzebują, czyli do regionów o wysokim stopniu braku bezpieczeństwa żywnościowego. Nie powinno być ono zrzucane na lokalne rynki, ani podawane świniom i krowom.

Ale nadszedł również czas, by decydenci polityczni przyznali, że przemysłowy system żywnościowy nie zapewnia trwałego bezpieczeństwa żywnościowego ani stabilności finansowej rolników. Produkowanie coraz więcej i więcej oraz eksploatacja zasobów naturalnych w celu uzyskania większych plonów w imię „bezpieczeństwa żywnościowego” to przepis na ciągły chaos. Trzeba zakończyć wyścig do dna i przestać nastawiać rolników przeciwko sobie.

Tak, zawsze będziemy potrzebowali sprawiedliwego handlu. Ale nasz system żywnościowy musi zostać całkowicie przekształcony i zdywersyfikowany, aby był o wiele bardziej odporny na wstrząsy i mniej podatny na szkodliwe cykle koniunkturalne, bańki spekulacyjne i dumping.

Rolnicy muszą mieć możliwość wytwarzania o wiele bardziej zróżnicowanej żywności na bardziej lokalne i regionalne rynki.

Muszą też otrzymywać od konsumentów uczciwą i stabilną cenę.

Olivier De Schutter, Jennifer Clapp

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

źródło: Euractive

Deklaracja La Via Campesiny z Bali

Bali, Indonezja, 11 października 2018 roku

Bank Światowy i IMF reprezentują interesy agrobiznesu – powinny ODEJŚĆ!

 

My, chłopki i chłopi z z La Via Campesina – globalnego ruchu skupiającego 182 organizacje chłopskie z 81 krajów – którzy zgromadziliśmy się w tym tygodniu na Bali, reprezentując społeczność chłopską i ludy tubylcze z Azji, Afryki, Europy i obu Ameryk, jednogłośnie stanowczo potępiamy odbywające się właśnie doroczne spotkanie Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF).

Dokładnie dekadę temu rozpoczął się globalny kryzys żywnościowy spowodowany przez przemysłowy model rolnictwa, który przekształcił żywność w towar. Sytuację pogorszyła spekulacja na cenach żywności przez fundusze hedgingowe. Kryzys ten najbardziej dotkliwie odczuli nasi ludzie.

Po dziesięciu latach, Bank Światowy, IMF i inne międzynarodowe instytucje finansowe, które są całkowicie odpowiedzialne za promocję tego przemysłowego modelu rolnictwa, nadal bezkarnie to czynią. Wszystkie z nich dbają jedynie o zabezpieczenie interesów swoich finansistów. Rezultat? 815 milionów ludzi, większość z nich chłopki i chłopi, ludy tubylcze oraz inni ludzie mieszkający na terenach wiejskich, cierpią niewspółmiernie z powodu głodu i niedożywienia. Jednocześnie 82% światowego bogactwa znajduje się w rękach zaledwie 1% populacji. Chłopskie gospodarstwa domowe pogrążone są w głębokich długach, podczas gdy przeciętne roczne wynagrodzenie na Wall Street wynosi około 422 500 dolarów! Te statystyki stanowią dobitne oskarżenie neoliberalnej presji na prywatyzację i deregulację, które są agresywnie forsowane przez Bank Światowy i IMF we wszystkich regionach. Obnaża to brak legitymizacji tych instytucji do reprezentowania większości ludzi na całym świecie.

Wymuszone przejmowanie zasobów naturalnych i kryminalizacja walk chłopskich

Zgromadzeni na Bali przedstawiciele La Via Campesiny z krajów takich jak Timor Wschodni, Tajlandia, Kenia, Kambodża, Malezja, Francja, Indonezja, Południowa Korea, Indie, Nepal, Sri Lanka, Argentyna i Nikaragua opowiadali również o wielu przypadkach przejmowania wielkich areałów gruntów rolnych oraz ogromnych obszarów lasów, rzek i oceanów pod realizację gigantycznych projektów infrastrukturalnych finansowanych przez Bank Światowy i IMF. Azja Południowo-Wschodnia, Azja Wschodnia i Azja Pacyficzna zostały przekształcone w „laboratoria PPP” (partnerstwa publiczno-prywatnego) dla Banku Światowego i IMF, z 53% globalnych inwestycji prywatnych realizowanych obecnie w tym regionie. Stało się to pretekstem do grabieży chłopskiej ziemi, wody i całych terytoriów. W okresie od 2001 do 2010 roku, na skutek wielkoskalowych inwestycji realizowanych przez Bank Światowy w sektorze rolnictwa, przede wszystkim w krajach afrykańskich i azjatyckich, zostało zawłaszczonych około 203 milionów hektarów ziemi.

Przemoc i ucisk w wyniku działalności Banku Światowego nie ograniczają się jedynie do kwestii związanych z rozwojem infrastruktury, dotyczą również projektów, które mają służyć łagodzeniu skutków zmiany klimatu. Za przykład może tutaj posłużyć fundusz na rzecz ochrony lasów deszczowych ( Forest Investment Program – FIP) w ramach projektu REDD (Reducing Emissions from Deforestation and Forest Degradation – redukcja emisji powodowanych przez wycinanie i degradację lasów). Na pierwszy rzut oka projekt ten wydaje się mieć sens, lecz w rzeczywistości ma negatywny wpływ na społeczności, szczególnie chłopskie i tubylcze. Legalizuje on grabież chłopskiej ziemi pod pretekstem jej ochrony i wchodzi w partnerstwa prawne z korporacjami przekazując im zadanie ochrony lasów.

Chłopi, którzy organizują się i stawiają opór zagarnianiu ich ziemi spotykają się z brutalnymi represjami, czasem są zabijani, bardzo często uznawani za przestępców i ścigani sądownie. Te represje są całkowicie bezkarne, a ludziom, którzy są odpowiedzialni za kryzys pozwala się na dalszą działalność i wcielanie w życie ich neoliberalnych projektów, z bardzo niewielką lub żadną odpowiedzialnością.

Korporacyjne przejęcie naszych systemów żywnościowych, kobiety są najbardziej dotknięte

Mniej niż 20 globalnych korporacji kontroluje dzisiaj światowy łańcuch żywnościowy, od którego zależy jaką żywność jemy i jak ją kupujemy.[1] Narzucony przez Bank Światowy, IMF, WTO i inne organizacje międzynarodowe reżym wolnego handlu spowodował przekazanie kontroli nad liczącym sobie 10 000 lat dawnym systemem żywnościowym w ręce kilku korporacji – które skonsolidowały swoje interesy w całym łańcuchu żywnościowym poprzez fuzje i mega-fuzje.

W ciągu ostatnich kilku dekad Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, oraz w ostatnim czasie Międzynarodowa Organizacja Handlu (WTO), zmusiły kraje do ograniczenia inwestycji publicznych w produkcję żywności i do zmniejszenia pomocy państwowej dla chłopów i drobnych rolników.

Autonomia chłopów i ich tradycyjna wiedza o nasionach oraz prawo do zachowywania, użycia, ponownego użycia, wymiany i sprzedaży własnych nasion są zagrożone z powodu praw nasiennych i systemów patentowych, których uznanie jest warunkiem przedłużenia linii kredytowych przez Bank Światowy i IMF. Na całym świecie chłopi są coraz częściej uznawani za przestępców, gdy stosują swoje tradycyjne chłopskie systemy nasienne.

Chłopki, które są strażniczkami nasion i pracują z ziemią, znajdują się wśród osób najbardziej narażonych na zabójcze dla zdrowia oddziaływanie toksycznych chemikaliów. Masowa migracja mężczyzn, szczególnie młodych, z terenów wiejskich do miast i za granicę, sprawiła, że kobiety muszą samodzielnie prowadzić gospodarstwa, opiekując się jednocześnie rodzinami – w tym osobami starszymi i dziećmi – które zostały na wsi. W wielu częściach Azji również kobiety zmuszone są do migracji do miast lub za granicę, gdzie często pracują w niestabilnych i niebezpiecznych warunkach.

Pułapki kredytowe, które pozbawiają państwa suwerenności

Polityka IMF i jego zabezpieczenia oparte są na liberalizacji, prywatyzacji i deregulacji, co skutkuje degradacją autonomii państw, ponieważ nie mogą one wypełniać swoich zadań dotyczących zapewnienia sprawiedliwości gospodarczej i dobrobytu obywateli. Klasycznym tego przykładem jest Indonezja, gdzie w tym tygodniu odbywa się doroczne spotkanie tych dwóch organizacji. Pomimo, że państwo to spłaca swoje długi, nadal poddawane jest presji, aby kontynuowało liberalizację handlu i nie ulega wątpliwości, że ta presja jest rezultatem neoliberalnej polityki harmonizacji prowadzonej przez IMF i WTO. Odkąd rząd Indonezji wprowadził wiele restrykcyjnych środków handlowych w celu ochrony sektora rolniczego, WTO konsekwentnie wydaje orzeczenia przeciwko temu państwu w sprawach dotyczących rozwiązywania sporów. Harmonizację w celu wymuszenia programu neoliberalnego widać również na przykładzie Timoru Wschodniego – warunkiem przyjęcia tego kraju do Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej jest zastosowanie się do zasad handlowych Światowej Organizacji Handlu.

Bank Światowy na podstawie swoich własnych danych przyznaje, że obecnie cztery na pięć z krajów o niskich dochodach dotkniętych jest kryzysem zadłużeniowym, a średnia światowa relacja długu do PKB pozostaje na poziomie 40%. W krajach takich jak Kenia wynosi aż 70%! ! 10 lat po globalnym kryzysie finansowym w 2008 roku świat jest bardziej zadłużony niż w roku 2009 – na 247 bilionów dolarów. Te długi szybko stają się pułapką bez wyjścia. Najnowszymi przykładami państw, które znalazły się w takiej „pułapce kredytowej” są: Argentyna, Kenia, Tunezja i Sri Lanka , gdzie rządom proponuje się linie kredytowe po nałożeniu surowych restrykcji na politykę fiskalną i monetarną – czyli po zamrożeniu inwestycji publicznych, aby umożliwić zwiększenie inwestycji prywatnych w projekty infrastrukturalne. Kraje-dłużnicy są również zmuszane do prywatyzacji usług publicznych, takich jak służba zdrowia, wodociągi i edukacja. IMF zmusił w tym roku Kenię do uchwalenia ustawy o finansach, która zwiększyła podatek od prawie wszystkiego, od paliw po przelewy internetowe. Miało to na celu dalszy zysk wierzycieli Kenii, którzy zarabiają na obsłudze zadłużenia tego kraju kosztem dobrobytu Kenijczyków. Powoduje to wzrost kosztów utrzymania dla zwykłych obywateli, szczególnie chłopów i robotników, podczas gdy w wielu częściach świata bezrobocie i deficyt godziwej pracy utrzymują się ciągle na wysokim poziomie. Bardzo niepokojąca jest duża liczba samobójstw wśród chłopów w kilku krajach, które w wielu przypadkach są bezpośrednią konsekwencją zadłużenia gospodarstw, wzrostu kosztów życia i utraty źródła utrzymania.

Mamy już dość Banku Światowego i IMF!

To właśnie w świetle przedstawionego powyżej ucisku – doświadczanego szczególnie przez chłopów, ludy tubylcze, rybaków i pracowników migrujących – my, członkowie La Via Campesiny, odrzucamy Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i inne międzynarodowe instytucje finansowe. Potępiamy ich politykę neoliberalizmu i hiper-globalizacji. Piętnujemy podejmowane przez finansistów z tych instytucji jawne i skryte próby zmierzające do rozmontowania demokratycznych procesów w naszych krajach, obalenia legalnych rządów i zagrożenia suwerenności żywnościowej naszych narodów. Domagamy się rozliczenia Banku Światowego i IMF i pociągnięcia tych instytucji do odpowiedzialności za ich przeszłe i obecne łamanie naszych praw, szczególnie dotyczących naszej żywności, ziemi, wody, naszych lasów, nasion i innych zasobów naturalnych.

Będziemy sprzeciwiać się tym usiłowaniom na naszych polach i ulicach, dopóki nie urzeczywistnimy świata wolnego od kontroli bankierów, opartego na zasadach solidarności i współpracy, świata, w którym respektuje się prawo społeczności do zdrowego i kulturowo odpowiedniego pożywienia, wytworzonego zrównoważonymi metodami, oraz ich prawo do określania własnych systemów żywnościowych i rolniczych.

Walczmy o Suwerenność Żywnościową w świecie wolnym od kontroli bankierów!
Bank Światowy i IMF, wynoście się!
Wyłączyć rolnictwo z umów o wolnym handlu!
Zglobalizujmy naszą walkę, zglobalizujmy nadzieję!

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

źródło: La Via Campesina

 

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Zdrowe gleby są niezbędne do żywienia ludzi i walki z głodem. Na całym świecie tracimy jednak rocznie aż 24 miliardy ton żyznych gleb. Barbara Unmüßig wzywa do zwrócenia uwagi na rosnące zagrożenie dla jednego z najważniejszych zasobów naszej planety.

Organizacja Narodów Zjednoczonych ogłosiła r. 2015 Międzynarodowym Rokiem Gleb, a w dniach 19-23 kwietnia 2015 r. odbył się Światowy Tydzień Gleb. Tego typu wydarzenia nie odznaczają się splendorem, jednak poświęcamy im stanowczo za mało uwagi.

Nieuszkodzone gleby są bezcennym i niezastąpionym zasobem, który pełni wielorakie funkcje w realizacji głównych celów rozwojowych i środowiskowych wyznaczonych przez społeczność międzynarodową. Obecnie pilnie potrzebują one ochrony.

Zdrowe gleby są niezbędne do żywienia ludzi i walki z głodem. Zależymy od nich nie tylko w zakresie produkcji żywności, ale też pozyskiwania wody pitnej. Gleby pomagają w regulacji klimatu Ziemi, pochłaniając więcej dwutlenku węgla niż wszystkie lasy razem wzięte (tylko oceany stanowią większy rezerwuar dwutlenku węgla). Są też kluczowe dla zachowania bioróżnorodności: garść żyznej gleby zawiera więcej mikroorganizmów, niż jest ludzi na Ziemi. Dwie trzecie gatunków na naszej planecie żyje pod powierzchnią ziemi.

Tracimy żyzne gleby

Erozja i zanieczyszczenia sprawiają, że stan gleb jest bardzo zły. Na całym świecie co roku dochodzi do utraty 24 miliardów ton żyznej gleby. Jedną z przyczyn jest rozwój miast i infrastruktury. Tylko w Niemczech projekty budowlane zagarniają średnio powyżej 75 hektarów dziennie. Winne są też niewłaściwe praktyki rolnicze, na przykład obfite używanie nawozów sztucznych, które dziesiątkują organizmy zamieszkujące glebę i zmieniają jej strukturę. Formowanie się uprawnej warstwy gleby trwa tysiąclecia, podczas gdy w wielu miejscach ulewny deszcz wystarcza obecnie, by ją zmyć.

Jednocześnie rośnie globalny popyt na żywność, paszę i biomasę wykorzystywaną jako paliwo, co z kolei podbija wartość ziemi. Fakt ten nie umknął uwadze międzynarodowych inwestorów. Zgodnie z szacunkami Banku Światowego, wielkie inwestycje przekształcają 10-30% gruntów ornych na świecie. To ziemia, która mogłaby być wykorzystywana przez miliony drobnych producentów rolnych, pasterzy i ludność tubylczą.

Walka o zabezpieczenie praw do ziemi dla jednostek i społeczności stała się w znacznej części świata kwestią przetrwania. Dostęp do ziemi jest jednym z kluczowych czynników determinujących głód, a dystrybucja ziemi jest jeszcze bardziej nierównomierna niż dystrybucja dochodu. Około 20% gospodarstw domowych dotkniętych głodem nie posiada ziemi, a 50% gospodarstw, w których brakuje żywności, to rodziny drobnych producentów rolnych.

Ze 100 kalorii paszy tylko 30 kalorii mięsa

Europa już od dawna wykorzystuje całą ziemię uprawną, którą dysponuje, więc teraz dokonuje jej “importu” na wielką skalę z krajów globalnego Południa. Produkcja paszy potrzebnej, by pokryć zapotrzebowanie na mięso w Unii Europejskiej, wymaga upraw w Brazylii na powierzchni porównywalnej do Wielkiej Brytanii. Gdyby każdy człowiek jadł tyle mięsa, co przeciętny obywatel UE, to 80% gruntów rolnych na świecie musiałoby być przeznaczone na jego produkcję. Obecnie jest to 33%. I postawmy sprawę jasno: biorąc pod uwagę, że ze 100 kalorii paszy da się uzyskać najwyżej 30 kalorii mięsa, wykorzystywanie żyznych gleb w tym celu to czyste marnotrawstwo.

Trend ten będzie się potęgował, gdyż obiecywany przez wiele rządów „zielony wzrost” opiera się biopaliwach, które mają zastąpić paliwa kopalne, takie jak ropa czy węgiel. Biopaliwa ratują klimat w stopniu nieporównanie mniejszym niż energetyka wiatrowa czy solarna, dostarczając tylko jedną dziesiątą energii uzyskanej z metra kwadratowego. W rezultacie realizacja wymogów w zakresie biopaliw zawartych w unijnych ramach klimatyczno-energetycznych do roku 2030 wymagałyby zajęcia dalszych 70 milionów hektarów ziemi, czyli powierzchni większej niż terytorium Francji.

Ochrona gleby nie musi zagrażać dobrobytowi. Wręcz przeciwnie, zrównoważone praktyki ochrony gleby mogą doprowadzić do zwiększenia plonów, szczególnie w przypadku drobnych producentów rolnych. Dywersyfikacja upraw, recykling i ściółkowanie mogą przyczynić się do uzyskania żyznej i aktywnej ziemi zdolnej do optymalnego gospodarowania wodą.

Niszczenie uprawnej warstwy gleby

Jedno z proponowanych podejść, tak zwana agroekologia, bazuje na tradycyjnej wiedzy i doświadczeniu drobnych rolników, co umożliwia dostosowanie się do warunków lokalnych. W swoim badaniu praktyk rolnictwa ekologicznego, przeprowadzonym w 2006 roku, Jules Pretty przeanalizował 286 projektów zrównoważonego rolnictwa w 57 krajach i doszedł do wniosku, że w ich rezultacie wielkość zbiorów wzrosła średnio o 79%.

Pomimo udowodnionych sukcesów takich metod, wykorzystanie nawozów sztucznych przez ostatnie 50 lat wzrosło ponad pięciokrotnie, a wiele rządów państw afrykańskich poświęca nawet 60% swoich budżetów na rolnictwo na dofinansowanie takich praktyk. W szczególności w rejonach tropikalnych nawozy sztuczne niszczą uprawną warstwę gleby i zmniejszają różnorodność biologiczną (ich pozostałości trafiają do oceanów, gdzie niszczą ekosystem morski). Choć możliwe jest otrzymywanie azotu, głównego składnika nawozów, w sposób biologiczny i zrównoważony, to jednak takie działanie stoi w sprzeczności z interesami garstki potężnych producentów i dystrybutorów nawozów sztucznych.

Decydenci polityczni muszą zmierzyć się z następującym pytaniem: jak biedni ludzie mogą produkować dość jedzenia, by uniknąć głodu i ubóstwa, a jednocześnie chronić glebę, minimalizować skutki zmian klimatu i zachowywać bioróżnorodność?

Choć to niezwykle palący problem, w żadnym miejscu na świecie nie poświęca się mu dość uwagi i nie promuje się produkcji agroekologicznej na większą skalę.

Barbara Unmüßig

Artykuł ukazał się  w Zielonych Wiadomościach nr 29.

Pierwotnie został opublikowany na stronie Project Syndicate. 

źródło: boell.org

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

 

Sprawiedliwy dostęp do ziemi jest sposobem na zmniejszenie ubóstwa.

Szkocję zamieszkuje ponad 5 milionów ludzi, tymczasem połowa prywatnej ziemi, na terenach wiejskich, znajduje się w rękach zaledwie 432 osób. Z kolei w Brazylii około 2% właścicieli ziemi posiada 56% wszystkich ziem uprawnych. Tego typu nierówności mają miejsce w bardzo wielu państwach świata i są one szczególnie dotkliwe w państwach rozwijających się, gdzie najbiedniejsi z biednych to ci, którzy mieszkają na wsi i nie mają dostępu do ziemi, którą mogliby uprawiać. Wyniki najnowszego spisu powszechnego w Indiach pokazują, że blisko 30% gospodarstw domowych na terenach wiejskich nie ma dostępu do ziemi – są to ponad 53 miliony gospodarstw domowych, które średnio mogą liczyć po pięć osób. Źródłem utrzymania dla tych ludzi jest wówczas przede wszystkim dorywcza praca fizyczna.

W efekcie ponad 25% wszystkich mieszkańców i mieszkanek terenów wiejskich w Indiach żyje poniżej granicy ubóstwa, co oznacza, że ich dochód miesięczny na osobę wynosi mniej niż 47 zł miesięcznie (816 indyjskich rupii). W poszukiwaniu pracy wiele osób, w tym także drobnych rolników, przenosi się do miasta, gdzie zwykle trafiają do coraz to większych slumsów. To nie jest tak, że na ubogich ludzi z terenów wiejskich w Afryce czy w Azji czekają w miastach z otwartymi ramionami rzesze pracodawców, którzy gotowi są zapewnić wszystkim zainteresowanym miejsca pracy i to jeszcze dobrze płatnej i w dobrych warunkach. W Indiach przeniesienie się do miasta to praca na przykład dla departamentu robót publicznych, przy budowie autostrad, za mniej niż 1 dolara za cały dzień pracy.

Zapewnienie wszystkim chętnym miejsc pracy w fabrykach czy w usługach w miastach jest nie tylko niezwykle trudne, lecz na dobrą sprawę niewykonalne, chociażby ze względu na coraz to większą automatyzację produkcji. Wyzwaniem jest także skala potrzeb – w samych Indiach dla ludzi, którzy nie mają dostępu do ziemi na terenach wiejskich, potrzebne byłoby około 300 milionów nowych miejsc pracy. Dlatego dla wyeliminowania ubóstwa i głodu dostęp do ziemi dla mieszkańców i mieszkanek terenów wiejskich ma podstawowe znaczenie.

1.

Nawet skromny kawałek ziemi może poprawić ludziom dostęp do żywności. Można na niej posadzić również rośliny lecznicze, rośliny na opał czy drzewa, z których drewna można potem skorzystać do budowy domu lub do robienia mebli czy narzędzi. Przykładem jest historia Jiyappy, który wcześniej pracował na czyjejś farmie, w zamian za co mógł mieszkać tam w prymitywnym schronieniu, otrzymywał podstawowe jedzenie i wynagrodzenie w wysokości 16 dolarów rocznie. Dzięki wsparciu organizacji Deccan Development Society kupił w stanie Andhra Pradesh małą działkę o powierzchni niecałych 502 m2 (0,05 ha).

Zapewnia ona jego pięcioosobowej rodzinie niemal wszystkie warzywa i owoce.

Nadwyżki zbiorów są sprzedawane i przynoszą rocznie 67 dolarów. Na działce posadzone zostały także drzewa, a wśród nich 42 drzewa tekowe i drzewa neem (miodla indyjska). Jest również wielofunkcyjny bambus. Gdy drzewa tekowe osiągną dojrzałość, ich drewno będzie warte około 23 tysiące dolarów.

Działka o powierzchni 0,05 hektara to na dobrą sprawę bardzo mało, jest to w zasadzie ogródek. Dla porównania, średnia wielkość drobnego gospodarstwa rolnego na świecie to 2,2 hektara, a w Polsce średnia powierzchnia gospodarstwa to 10,49 hektara (boisko do piłki nożnej ma powierzchnię 0,76 hektara). Zawsze to jednak coś.

Jak duże powinno być gospodarstwo rolne, aby zapewniało dostatnie życie na wsi? Zależy to od bardzo wielu rzeczy – od państwa, w którym się znajduje, od tego, jaka jest jakość gleby, jakie są opady, jakie są temperatury maksymalne i minimalne, jakie jest położenie terenu nad poziomem morza, jak również od tego, co się uprawia. Dla przykładu z upraw pięciu hektarów pszenicy w Polsce będzie bardzo trudno się utrzymać (koszty uprawy są wysokie, ceny w skupie niskie, więc zysk z jednej tony jest skromny i dla opłacalnej uprawy zboża potrzebne są duże obszary ziemi), natomiast przy uprawie warzyw i owoców, na tym samym obszarze, jest to już możliwe. Hodowla zwierząt będzie też wymagała więcej terenu niż uprawa wyłącznie roślin. Znaczenie mają również umiejętności samego rolnika, jego pomysłowość, jak i to, czy stosuje metody ekologiczne czy konwencjonalne (syntetyczne nawozy pozwalają korzystać z mniejszego terenu, jednak mogą prowadzić do zniszczenia gleby).

W klimacie tropikalnym leśne ogrody, zaprojektowane na wzór naturalnego lasu, mogą być niezwykle wydajne, nawet na bardzo małym obszarze. W stanie Kerala, na południu Indii, na powierzchni 0,12 hektara, w takim ogrodzie mogą rosnąć 23 palmy kokosowe, 12 goździkowców, 56 bananów, 49 ananasów, a po pniach drzew może piąć się 30 pnączy pieprzu. Jednak już w stanie Radżastan, położonym na północnym zachodzie Indii, nie uda się tego powtórzyć, gdyż jest to rejon suchy, pustynny, występują tam inne gatunki roślin i ze względu na niedostatek wody tak intensywne uprawy nie są możliwe. Nawet więc w obrębie jednego państwa minimalna powierzchnia farmy może być różna.

2.

Co stoi na przeszkodzie, by większa liczba osób mogła zacząć uprawiać ziemię? Problemem może być jej zbyt wysoka cena, zbyt duża liczba ludności, brak chętnych do sprzedania ziemi lub działania rządu, które prowadzą do przejmowania ogromnych obszarów ziem rolniczych przez duże firmy lub nawet inne państwa, przez co brakuje ziemi dla drobnych rolników . Duże, przemysłowe farmy to zwykle uprawy na eksport kilku gatunków roślin, takich jak soja, kukurydza czy trzcina cukrowa. To nie one zapewniają żywność na lokalny rynek. W państwach, które nie są uprzemysłowione, 80% żywności pochodzi z upraw drobnych rolników.

Tereny rolnicze znikają także na skutek rozrastania się miast – zostają przekształcone na tereny przemysłowe lub mieszkaniowe. W skali świata może to być nawet 19,5 miliona hektarów w ciągu jednego roku (jest to obszar większy niż połowa Polski). Z kolei zbyt duża liczba ludności sprawia, że gospodarstwa drobnych rolników są dzielone na coraz to mniejsze, aż w końcu stają się tak małe, że trudno się z nich utrzymać. W Indiach średnia wielkość farmy zmniejszyła się z 2,6 hektara w 1960 r. do 1,4 hektara w 2000 r.

Tymczasem liczba ludności na świecie zwiększa się, szczególnie w państwach rozwijających się, gdzie ubóstwo jest największe. W Indiach populacja rośnie w szybkim tempie, podobnie w sąsiednim Bangladeszu, który ma już teraz bardzo dużą gęstość zaludnienia, jak również w Pakistanie. Liczba ludności tylko w tych trzech państwach może zwiększyć się o 600 milionów w 2050 r. Jednocześnie, na skutek między innymi niewłaściwych praktyk rolnych, zachodzi na świecie inny trend – degradacja gleb. Szacuje się, że każdego roku tracimy 5-10 milionów hektarów ziem uprawnych.

Wyniki badań wskazują, że na przestrzeni ostatnich 40 lat zniszczonych została jedna trzecia wszystkich ziem uprawnych na naszej planecie.

3.

Co zatem można zrobić? Przede wszystkim sprawiedliwie podzielić te tereny, które wciąż można uprawiać, zacząć stosować ekologiczne metody upraw, by zachować żyzność gleby, ograniczyć wzrost liczby ludności tam, gdzie jest on zbyt duży, prowadząc odpowiednią politykę i odbudować zdegradowane gleby. Jeden z podstawowych problemów z podziałem ziemi polega na tym, że znaczna jej część znajduje się w rękach prywatnych i jest traktowana jak towar na sprzedaż. W obrębie kultury zachodniej uznaje się za oczywiste, że ziemia może być czyjąś własnością, czy to własnością prywatną czy też państwa. Jeżeli jednak przyjrzymy się temu bliżej, wówczas wcale to takie oczywiste nie jest.

Spójrzmy na to od tej strony – historia człowieka na Ziemi, jako gatunku, zaczyna się 50-200 tysięcy lat temu (zależy jak liczyć). Tymczasem Ziemia ma około 4,5 miliarda lat. Pojawiliśmy się tu zupełnie niedawno. Góry, rzeki, chmury, rośliny i inne zwierzęta istniały tu na długo zanim pojawił się człowiek. Korzystamy z tego wszystkiego, z wody, z powietrza, z roślin i zwierząt. Dzięki Ziemi możliwe jest nasze życie. Jak więc możemy ogłosić się właścicielami jakiegoś kawałka ziemi? Dla ludzi z wielu innych kultur, z różnych rejonów świata, takie podejście jest niezrozumiałe.

W liście z 1855 r., który przypisuje się wodzowi Seattle z plemienia Duwamish, skierowanym do prezydenta Stanów Zjednoczonych, Franklina Pierce’a, możemy przeczytać: „Wielki wódz w Waszyngtonie przesyła nam słowa, z który wynika, że chciałby kupić naszą ziemię. (…) Jak jednak można kupić lub sprzedać niebo – ciepło ziemi? Ten pomysł jest dla nas dziwny. Nie jesteśmy właścicielami świeżości, którą ma powietrze czy światła migoczącego na wodzie. Jak można je od nas kupić?”.

Także Aborygeni w Australii nie uważali się za właścicieli ziemi, choć korzystali z niej na tym kontynencie przez dziesiątki tysięcy lat. Jak zauważa główny bohater filmu Krokodyl Dundee: „Widzisz, Aborygeni nie posiadają ziemi. Oni do niej należą. Jest dla nich jak matka. Widzisz te skały? Stoją tu od 600 milionów lat. Będą tu także wtedy, kiedy ciebie i mnie już tu nie będzie. Zatem kłócenie się, kto jest ich właścicielem, to jakby dwie pchły kłóciły się, która z nich jest właścicielem psa, na którym żyją”.

Czy można taki stosunek do przyrody i do ziemi ująć w prawie? Tak, wówczas zamiast prawa do własności ziemi mamy prawo do korzystania z niej – lokalna społeczność lub państwo rozdzielają dostępną ziemię wśród osób, które chcą ją uprawiać. Do rozważenia jest czy z przyznaniem prawa do korzystania z ziemi powinna wiązać się opłata czy też nie. Dla podstawowej, minimalnej powierzchni gospodarstwa rolnego może jej nie być wcale. Opłaty mogą się natomiast pojawiać w przypadku większych gospodarstw, powinny także obowiązywać limity określające maksymalną wielkość ziemi, którą może uprawiać jedna osoba.

Zaletą takiego rozwiązania jest to, że lokalnej społeczności lub państwu jest łatwiej zapewnić dostęp do ziemi dla wszystkich potrzebujących, niż gdy jest ona własnością prywatną. Można wówczas uniknąć spekulowania cenami gruntów, zarabiania na zmianie ich przeznaczenia (na przykład przy przekształcaniu działki rolnej w mieszkaniową, gdyż prawo do takiej zmiany ma wyłącznie lokalna społeczność lub państwo). Oczywiście, powinno się to odbywać w przejrzysty, sprawiedliwy i demokratyczny sposób, tak, aby ludzie mieli to wszystko pod swoją kontrolą. Ważne jest także, aby istniała możliwość odebrania prawa do korzystania z ziemi, gdy jest ona używana w sposób niewłaściwy, który prowadzi na przykład do jej degradacji. Czyż nie jest to niezwykłe, że zniszczenie gleby – wyjałowienie jej, jest dziś w wielu państwach legalne? Uznaje się, że można to zrobić, gdyż jest to czyjaś własność prywatna, więc jej właściciel lub właścicielka może z nią zrobić, co tylko się jemu lub jej podoba. Czy możemy to jednak nazwać roztropnym gospodarowaniem dostępną ziemią?

4.

Niektóre państwa w Europie mają już ograniczenia dotyczące prywatnej własności ziemi. Art. 44 Konstytucji Włoch stanowi, że: „W celu zapewnienia racjonalnego wykorzystania ziemi i tworzenia sprawiedliwych stosunków społecznych ustawa nakłada obowiązki i ograniczenia na prywatną własność ziemską, ustala granice jej rozszerzania w zależności od regionów i stref rolnych, popiera i wymusza meliorację gruntów, przekształcenie latyfundiów oraz odbudowę jednostek produkcyjnych; pomaga małej i średniej własności”. W Konstytucji Niemiec, w art. 15, ujęta jest możliwość przekształcania terenów prywatnych w społeczne: „Grunty i ziemia, bogactwa naturalne i środki produkcji mogą być w celu uspołecznienia przekształcone na mocy ustawy, która określa rodzaj i rozmiar odszkodowania, we własność społeczną lub w inne formy gospodarki społecznej”. Warto też zauważyć, że papież Franciszek podkreśla w encyklice Laudato Si’, iż: „Tradycja chrześcijańska nigdy nie uznała prawa do własności prywatnej za absolutne i nienaruszalne i podkreślała społeczną funkcję wszelkiej formy własności prywatnej”.

Przekształcanie ziemi prywatnej w społeczną to oczywiście temat delikatny i budzący kontrowersje, szczególnie, że oznacza to odbieranie prawa własności osobom, które zwykle są bogate, a przez to wpływowe.

Są jednak rejony na świecie, w których nie ma innego sposobu (poza na przykład wycinaniem naturalnych lasów), by zapewnić ludziom dostęp do ziemi. Dotyczy to nie tylko państw rozwijających się. W Szkocji rząd planuje umożliwić lokalnym społecznościom wykup ziemi z rąk prywatnych, na co jest oddolny nacisk. Na dziś parlamentarzyści są zdania, że zaproponowane zmiany w prawie były nie dość zdecydowane i oczekują dalej idących zmian.

W Polsce sytuacja jest inna, gdyż wciąż jeszcze wiele terenów rolnych jest własnością państwa – zostało ich 1,42 miliona hektarów. Sprzedaż ziemi oznacza wpływy do budżetu państwa i od 1992 r. sprzedanych zostało ponad 3,2 miliona hektarów ziemi. Czy jednak tego rodzaju polityka będzie się sprawdzała także w dłuższej perspektywie? Korzyści dla społeczeństwa mogłyby być większe, gdyby przekazać ziemię w zarządzanie lokalnym społecznościom, które mogłyby ją wydzierżawiać lub użyczać, na sprawiedliwych zasadach, dla realizowania celów społecznych lub ekologicznych.

Publikacja powstała w ramach projektu „Drobni rolnicy nadzieją na pokonanie głodu”. Za treści wyrażone w tym materiale odpowiada wyłącznie Instytut Globalnej Odpowiedzialności. Opinie te w żadnym wypadku nie wyrażają oficjalnego stanowiska Unii Europejskiej. Materiał udostępniony na licencji CC BY.

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Bezprecedensowe w historii przemiany w rolnictwie krajów Północy – wprowadzanie monokultur, chemizacja, mechanizacja, czy szerokie stosowanie państwowych subwencji, wpływają bezpośrednio na rolników Trzeciego Świata stanowiących ogromną część ludzkości. Dość powiedzieć, że rolnictwo jest podstawowym źródłem dochodów dla 2,5 mld ludzi na całym świecie, czyli dla 35-38% globalnej populacji. Tzw. „Nowy Ład Produkcji Żywności” oznacza dla tej rzeszy rolników groźbę utraty dochodu ze sprzedaży produktów rolnych, na rzecz pionowo zintegrowanych korporacji. Kontrolują one w coraz większym stopniu światowy rynek żywności, od patentów na rośliny uprawne, poprzez środki ochrony roślin, uprawy, przetwórstwo i sieć sprzedaży, aż po dyktowanie cen produktów żywnościowych.

Większość mieszkańców państw sytej Północy zapewne żyje w przekonaniu, iż żywności mamy pod dostatkiem, i to w wyborze większym niż kiedykolwiek przedtem w historii. Jednak zbyt szybko przychodzi nam zapomnieć, że nasza żywność staje się coraz bardziej „zglobalizowana” – co oznacza, że np. zwiększona konsumpcja mięsa w Chinach spowoduje wzrost cen roślin paszowych na całym świecie. Świadczą o tym wydarzenia ostatnich lat – w 2016 roku zebrano 2,5 miliarda ton zbóż, czyli o 0,6% więcej niż w roku poprzednim. Jednak, jak podaje brytyjski dziennik The Independent, tylko mniej niż połowa tych zbóż przetwarzana jest na żywność, a w opinii Międzynarodowego Funduszu Walutowego subsydiowanie amerykańskich upraw kukurydzy GMO przeznaczonej do produkcji biopaliw, jest jednym z bardzo istotnych czynników narastającego kryzysu żywnościowego w krajach ubogich. Roczna globalna produkcja biopaliw pochłania 100 milionów ton zbóż, którymi można by nakarmić ubogie kraje Południa. Według ONZ, do napełnienia 50-litrowego baku samochodu alkoholem etylowym, potrzeba aż 232 kilogramów kukurydzy – czyli wystarczającej ilości, by wyżywić jedno dziecko w ciągu roku. W konsekwencji w ostatnich latach żywność na światowym rynku staje się coraz droższa. W styczniu 2017 r. jej ceny były o 16,4 proc. wyższe niż w analogicznym okresie rok wcześniej i ponad 2 proc. wyższe niż w grudniu 2016 r. W ujęciu miesięcznym najbardziej podrożały: zboża, cukier, oleje roślinne i produkty mleczne. Według dyrektora generalnego Polskiej Federacji Producentów Żywności – Andrzeja Gantnera, drożejąca szybko żywność to efekt spekulacji na światowych giełdach. Według niego, inwestorzy liczą, że to właśnie żywność przyniesie im największy spekulacyjny zysk, a to przekłada się na wzrost cen zbóż czy cukru.

W konsekwencji wymienionych procesów, rosnące ceny żywności wywarły negatywne skutki dla wielu krajów Południa i ich mieszkańców – niedobory żywności stały się globalną rzeczywistością. Burzliwy proces wzrostu cen podstawowych produktów żywnościowych zdegradował 75 milionów ludzi na świecie do kategorii głodujących i wpędził około 125 milionów mieszkańców krajów rozwijających się w skrajne ubóstwo. By chronić lokalny rynek, w Egipcie, Kambodży, Indiach, Indonezji i Wietnamie eksport ryżu został okresowo zakazany. Można powiedzieć, iż te właśnie procesy spowodowały, że solidarność krajów Południa, krucha w czasach taniej żywności, rozsypała się w ostatnich latach. W 2008 r. najbardziej dramatyczne rozruchy głodowe miały miejsce na Haiti. Biorąc pod uwagę fakt, że 80% populacji żyje tam za mniej niż dwa dolary dziennie, podwojone ceny ryżu w pierwszych czterech miesiącach 2008 r. doprowadziły do wybuchu gwałtownych niepokojów, które zakończyły się dopiero po ustąpieniu premiera tego kraju. Zamieszki na Haiti w swojej intensywności przypominały rozruchy przeciwko Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu w Wenezueli – tak zwane Carazco, które zmieniły kształt polityki tego kraju prawie dwie dekady wcześniej. W skali globalnej około 70% krajów biednych, tych, których gospodarka opiera się na rolnictwie, stały się importerami żywności netto kupując ją w krajach zamożnych.

Lansowane przez kraje Północy uprzemysłowienie i intensyfikacja upraw, prowadzi w krajach Południa do bardzo dotkliwych skutków społecznych. Przykładem może być tu Argentyna, gdzie po wprowadzeniu dwadzieścia lat temu, za radą krajów Północy, zmechanizowanej, bezorkowej uprawy monokultury soi, zapotrzebowanie na pracę spadło do tego stopnia, że setki tysięcy robotników rolnych musiało odejść z rolnictwa. Wszystko to przyniosło wielką plajtę rolników argentyńskich – tylko w latach 1988-2002 upadło tam ponad 100 tys. farm stanowiących 25% wszystkich małych gospodarstw w tym kraju, a liczba farm mlecznych spadła w Argentynie o połowę. Ziemia bankrutujących rolników trafiła w ręce właścicieli latyfundiów. Podobny proces odbył się także w sąsiadującym z Argentyną Paragwaju, gdzie „sojowa rewolucja” doprowadziła do niewiarygodnej koncentracji ziemi: 1% ludności tego kraju posiada obecnie aż 77% ziem rolnych. Również tu, w ciągu ostatnich 20 lat 100 tys. rolników zostało wypartych ze wsi, by zasilić rzeszę bezrobotnych mieszkańców szybko rozrastających się slumsów wielkich miast.

Migracja tego typu narasta również w Ameryce Północnej, bo podpisany przez USA, Kanadę i Meksyk układ o wolnym handlu NAFTA przyczynił się do zagłady tradycyjnego, meksykańskiego rolnictwa, opartego na tradycyjnych, rodzinnych gospodarstwach rolnych: wyparły je korporacje rolnictwa przemysłowego, błyskawicznie przejmujące ziemię rolną Meksyku. Na dodatek tamtejszy rynek konsumpcyjny został zalany tańszymi, bo dotowanymi przez państwo, artykułami rolnymi z USA. W konsekwencji miliony wyrugowanych z ziemi chłopów meksykańskich zaczęło nielegalnie przekraczać granicę USA w poszukiwaniu pracy i godnego życia. Ten przykład pokazuje dobitnie jak bardzo problemy globalizacji światowego rolnictwa przekładają się na problemy społeczne świata w którym żyjemy, a zwłaszcza na nabrzmiewający w ostatnich latach, niezwykle bolesny problem globalnej, masowej migracji ekonomicznej mieszkańców Południa do krajów Północy.

Artykuł ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr. 028/lipiec 2017, do ściągnięcia w formacie pdf: http://zielonewiadomosci.pl/numer/28/


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Wywiad z Olivierem De Schutterem, byłym Specjalnym Sprawozdawcą ONZ ds. Prawa do Żywności, współprzewodniczącym Międzynarodowego Panelu Ekspertów ds. Zrównoważonych Systemów Żywnościowych (International Panel of Experts on Sustainable Food Systems (IPES-Food), przeprowadzony latem tego roku przez Marijnę Bouwmeester z De Helling, instytutu naukowego holenderskich Zielonych – Groen Links i kwartalnik Groen Links: https://bureaudehelling.nl/ .

Krótsza wersja tego wywiadu została opublikowana w języku holenderskim w jesiennym wydaniu tego czasopisma: https://bureaudehelling.nl/tijdschrift/%092016-3/voedsel 

Foto. www.greens-efa.eu

Foto. www.greens-efa.eu

 

Politycy muszą uczyć się z doświadczeń żywieniowych obywateli. Raport IPES

Jedna z głównych rekomendacji raportu IPES mówi o potrzebie zbudowania zróżnicowanych systemów agroekologicznych. Jak to rozumiesz? Rodzi to zawsze jedno wielkie pytanie: czy zróżnicowane/zrównoważone systemy będą w stanie zapewnić bezpieczeństwo żywnościowe (tj. „nakarmić świat w 2050 roku”). Dlaczego mamy jak do tej pory tak mało dowodów naukowych na to, że zróżnicowane agroekologiczne systemy żywnościowe mogą nam zapewnić bezpieczeństwo żywnościowe?

Olivier De Schutter: Narrację, według której będzie nam trudno „nakarmić 9 miliardów ludzi”, uznaliśmy za jedną z głównych przeszkód, jeśli chodzi o  przejście do bardziej zróżnicowanych i odpornych agroekologicznych systemów rolniczych. Narracja ta jest problematyczna z trzech powodów.

Po pierwsze, nie bierze pod uwagę ogromnej niewydolności i marnotrawstwa lub strat w obecnych systemach żywnościowych, a kwestie te powinny być traktowane priorytetowo. Po drugie, prowadzi do promocji wielkoskalowego rolnictwa przemysłowego, które w rzeczywistości zwiększyłoby jedynie ilość dostępnych kalorii, kosztem rentowności małych gospodarstw mających kluczowe znaczenie dla przetrwania biednych mieszkańców terenów wiejskich na całym świecie, a także jakości odżywiania. Po trzecie, zakłada ona z góry, że mniejsze gospodarstwa, stosujące zróżnicowane formy gospodarowania, są mniej wydajne.

W rzeczywistości jednak tego rodzaju gospodarstwa uzyskują bardzo wysoką wydajność z hektara: są o wiele bardziej efektywne pod względem wykorzystania zasobów ( zużycia ziemi i wody) od wielkich gospodarstw przemysłowych. Jednocześnie wymagają jednak większych nakładów pracy, co sprawia, że w zbudowanej przez nas gospodarce żywnościowej, która opiera się na obniżaniu kosztów („low-cost” food economy), są mniej konkurencyjne. Wszystkie badania wykazują, że istnieje odwrotna zależność pomiędzy wielkością gospodarstwa a produktywnością z hektara: im mniejsze gospodarstwo, tym większe plony z hektara – lecz także więcej pracy dla robotników rolnych.

Cytat z z raportu IPES (z podsumowania) „Jednak nie należy zakładać, że zwrot ku zróżnicowanym systemom agroekologicznym, zagrażałby >>bezpieczeństwu żywnościowemu<<. Tak jak pokazano powyżej, tendencja do pojmowania bezpieczeństwa żywnościowego jako >>nakarmienia świata<< (tj. ilości produktów na światowych rynkach netto) nie odzwierciedla tego, co naprawdę ma znaczenie dla polepszenia sytuacji ludzi, którym tego bezpieczeństwa brakuje”. Co ma zatem znaczenie dla poprawy jakości życia ludzi pozbawionych bezpieczeństwa żywnościowego?

Olivier De Schutter: Ci, którzy są dzisiaj głodni, to ludzie biedni, w przeważającej większości na globalnym Południu, których nie stać na zakup żywności na rynku i którzy nie są w stanie wyprodukować żywości na potrzeby własnej konsumpcji. Są to ludzie, którzy nie mają stałego zatrudnienia lub zarabiają zbyt mało i nie mają dostępu do ochrony socjalnej, albo bezrolni czy też małorolni mieszkańcy wsi, którzy walczą o przetrwanie, utrzymując się z produkcji rolnej wyłącznie na własne potrzeby lub okazjonalnie wynajmują się do pracy w wielkich gospodarstwach. Trzeba zająć tymi wszystkimi problemami: godziwą pracą, rozszerzeniem ochrony socjalnej i wsparciem dla drobnego rolnictwa rodzinnego. Wszystko to należy upowszechniać. Jeżeli nie rozwiążemy tych kwestii, zwiększenie produkcji, niezależnie jak bardzo, nie zmniejszy głodu.

Dlaczego tak trudno jest dotrzeć z twierdzeniem, że „głód nie jest problemem technicznym, lecz politycznym” do szerszej publiczności i sprawić, by stało się ono bardziej znaczące w debacie publicznej?

Olivier De Schuter: Głód wynika z faktu, że ludzie mają zbyt mało żywności, by utrzymać się przy życiu i zachować zdrowie. Jest to jedna z wielu różnych form niedożywienia w dzisiejszym świecie – inne z nich to niedobór mikroelementów i otyłość. Te trzy rodzaje niedożywienia są ze sobą w złożony sposób powiązane. Ponieważ głód jest na swoim podstawowym poziomie związany z niemożnością zaspokojenia potrzeb fizjologicznych, postrzega się go jako kwestię, której rozwiązanie zależy od czynników pogodowych i związanych z uprawą gleby – wyzwanie dla agronomów i hodowców roślin.

Jednak w rzeczywistości głód jest problemem mającym związek ze sprawiedliwością społeczną. Znakomicie podsumował to Amartya Sen w swoim eseju „Poverty and Famines” (Ubóstwo i głód) z 1981 roku, pisząc w pierwszej linijce (jeśli dobrze pamiętam):„Niedostępność żywności jest jedną z wielu przyczyn głodu. Nie jest jedyną przyczyną głodu”. Miał na myśli to, że główną przyczyną jest brak dostępu do pożywienia, wynikający z niskiej siły nabywczej całych grup ludności.

Jakie działania polityczne należy podjąć w celu przejścia na nowe zrównoważone i zróżnicowane systemy rolne? A także: w jaki sposób polityka europejska i polityki narodowe kolidują ze sobą? Jakie konkretne środki można zastosować na szczeblach narodowych i jakie powinno być podejście na poziomie polityki unijnej?

Olivier De Schutter: Przejście na agroekologiczne, zróżnicowane systemy rolne konieczne jest we wszystkich regionach, lecz droga do osiągnięcia tego celu będzie się bardzo różniła w zależności od miejsca – z powodu różnic w przyjętych modelach produkcji rolniczej. W Europie najważniejsze jest zagwarantowanie stopniowej internalizacji (tj. uwzględnienia w kosztach produkcji, a więc również w finalnej cenie płaconej przez konsumenta) znacznych społecznych, zdrowotnych i ekologicznych kosztów zewnętrznych rolnictwa przemysłowego. Musi to być połączone z mocną polityką społeczną na rzecz wzmocnienia siły nabywczej rodzin o najniższych dochodach oraz z o wiele większym wsparciem dla agroekologicznych metod rolniczych, które powinno obejmować także rozwój nowych rynków, tak by umożliwić rolnikom sprzedaż ich produktów w lepszych warunkach. Należy również zmniejszyć zależność od zapotrzebowania na standaryzowane produkty rolnicze ze strony wielkich korporacyjnych nabywców.

Jest to złożone zadanie, ponieważ wymaga skoordynowanego działania obejmującego różne działy polityki, które muszą podążać razem w tym kierunku i czynić to w odpowiednim tempie. Na przykład wymuszenie internalizacji kosztów zewnętrznych prowadzące do wzrostu cen podstawowych produktów żywnościowych, przeprowadzone bez uprzedniego zagwarantowania – poprzez odpowiednią politykę społeczną – ochrony przed wzrostem cen dla rodzin o niskich dochodach, mogłoby być niebezpieczne. Właśnie dlatego w Unii Europejskiej niezbędna jest wspólna polityka żywnościowa.

Alternatywne sieci żywnościowe

Na konferencji Voedsel Anders (Food Otherwise) w lutym 2016 roku mówiłeś o tworzeniu alternatywnych sieci żywnościowych, a w szczególności o stojących przed nimi wyzwaniach: o tym, że nie powinny one delegitymizować polityki opartej na głosowaniu i wyrażaniu opinii, lecz ją poszerzać i uzupełniać. Twój niepokój budziło to, że – jak się wydaje – wiele z tych sieci nie potrzebuje polityki, a czasami nawet ma do niej stosunek niechętny. Może to spowodować lukę, wiąże się z ryzykiem delegitymizacji polityki. Co twoim zdaniem powinny zrobić zarówno te sieci, jak i lokalni politycy, by wypełnić tę lukę?

Olivier De Schutter: Demokracja reprezentatywna, jaka rozwinęła się w 20. wieku – w której głównymi aktorami są partie polityczne i profesjonalni politycy, a  ludzie są po prostu proszeni o głosowanie co cztery lub pięć lat, aby upoważnić swoich przedstawicieli do podejmowania za nich decyzji – znajduje się na końcu całego cyklu. Zwiększyła się przepaść pomiędzy społeczeństwami a klasą polityczną, zarazem ludzie są lepiej poinformowani, a także bardziej niecierpliwi niż w przeszłości: chcą więcej polityki, a nie mniej, zdają sobie sprawę, że polityka taka jak dotychczas przegrywa wyścig z czasem, nie sprawdza się w obliczu wyczerpywania się zasobów i zagrożeń ekologicznych.

Rozwój alternatywnych sieci żywnościowych, wraz z całym wachlarzem innowacji społecznych, w dziedzinach takich jak produkcja energii, recykling i transport, jest wyrazem tej niecierpliwości: ludzie nie chcą czekać, aż zadziała system polityczny, chcą znajdować swoje własne rozwiązania. Rola polityki nie stała się przez to mniej ważna, lecz przybiera inną formę: zamiast przyjmowania jedynie regulacji prawnych i stosowania bodźców ekonomicznych w celu sterowania społeczeństwem, politycy powinni zastanowić się, w jaki sposób umożliwić obywatelom podejmowanie takich inicjatyw, odpowiednich dla warunków lokalnych. Z tego powodu na znaczeniu zyskuje polityka lokalna, na poziomie miasta lub regionu.

Mówiłeś także o potencjale małych inicjatyw, które często opierają się na pracy niewielkiej liczby osób/wolontariuszy, i o tym, czy powinny się one powiększać (pod względem rozmiaru, skali działalności), czy też raczej rozwijać się przez „pączkowanie” (rozmnażać się). Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej na ten temat, a także o roli, jaką mają tutaj do odegrania politycy?

Olivier De Schutter: W początkowych stadiach innowacji społecznych innowatorzy są raczej odosobnieni: odkrywają nowe sposoby działania, wytwarzania lub kupowania żywności, albo produkcji energii, w opozycji do głównego nurtu systemu. Jednak z czasem ci „nowatorzy” kształtują nowe normy społeczne, do których inni stopniowo się dostosują, i za jakiś czas nieprzestrzeganie nowo ustanowionej normy może narazić na szwank reputację tych, którzy pozostali z tyłu (na przykład dzisiaj dotyczy to ludzi, którzy nie stosują recyklingu bądź używają samochodów nawet na krótkich dystansach). Tak więc niewielki początkowo rozmiar innowacji społecznych, które są czasami bardzo lokalne i angażują zaledwie garstkę ludzi, nie oznacza, że są one mało ważne.

Ponadto mały rozmiar może być warunkiem ich sukcesu, ponieważ sprawia, że są dobrze dopasowane do lokalnych zasobów, kontekstu i motywacji miejscowych uczestników. Dążenie do powiększania takich innowacji pod względem rozmiaru i skali działalności może być iluzoryczne, i często lepiej jest stworzyć „przestrzeń” dla ludzi, aby mogli znaleźć swoje własne rozwiązania. Politycy mogą (a być może muszą) wspierać ten ruch – ucząc się z takich eksperymentów, rozumiejąc przeszkody blokujące ich rozwój i stopniowo je usuwając, aby z czasem mogły służyć całemu społeczeństwu.

Demokracja żywnościowa

Jak już wiele razy wspominałeś, nasze systemy żywnościowe opierają się obecnie przede wszystkim na regulacjach prawnych i zachętach ekonomicznych. Apelujesz często o demokrację żywnościową. W jaki sposób powinno się ją wprowadzić lub stworzyć? Z jakiego rodzaju zmianami stosunków władzy musi się to wiązać? Czyje głosy – teraz ignorowane – muszą zostać wysłuchane?

Olivier De Schutter: Demokracja żywnościowa oznacza poprawę przejrzystości, uczestnictwa i odpowiedzialności w procesie podejmowania decyzji dotyczących polityki rolnej i żywnościowej, w tym rozwój nowych form uczestnictwa, takich jak rady polityki żywnościowej. Demokracja żywnościowa ma kluczowe znaczenie, ponieważ w innym przypadku rządy stają się zazwyczaj zakładnikami wielkich graczy z przemysłu rolno-spożywczego i mogą stracić z oczu dobro ogółu oraz długoterminowe negatywne skutki przemysłowych systemów żywnościowych.

Brak wystarczającej reprezentacji wielkich, rozproszonych grup interesów (w tym tych z konsumentów, którzy są zaniepokojeni konsekwencjami zdrowotnymi spożywania przetworzonej żywności, na przykład) został rozpoznany już dawno temu. Jest jednak jeszcze coś innego: jeżeli te inne, obecnie niewystarczająco reprezentowane grupy nie będą miały więcej do powiedzenia w kwestii kształtowania systemów żywnościowych, wyobraźnia polityczna pozostanie ograniczona, przeważać będą rozwiązania typu „jak zwykle” i nawet najbardziej postępowi politycy nie uzyskają wsparcia w swoim dążeniu do reform.

Jakie są twoim zdaniem szczególne (polityczne) wyzwania dla Holandii, która jest jednym z największych światowych eksporterów żywności? Czy (zielonym) politykom uda się zaangażować wszystkich do pracy nad wspólnym celem, od rolników po przedsiębiorstwa i konsumentów? Jakie będzie, według ciebie, największe wyzwanie?

Olivier De Schutter: Przejście na zrównoważone, zróżnicowane systemy rolnicze wiąże się z wieloma wyzwaniami. Obejmują one czynniki kulturowe (przekonanie, że tylko oparte na paliwach kopalnych rolnictwo przemysłowe jest w stanie zapewnić wystarczającą ilość żywności), czynniki ekonomiczne (konkurencyjność takiego rodzaju rolnictwa, ponieważ na rynkach, tak jak są one obecnie zorganizowane, wymaga ono mniejszych nakładów pracy) oraz czynniki polityczne (dominacja w procesie podejmowania decyzji pewnych aktorów gospodarczych).

Prawdopodobnie największym wyzwaniem jest tzw. zależność od ścieżki, w którą daliśmy się złapać – wybory z przeszłości, które znajdują odzwierciedlenie w tzw. utopionych kosztach inwestycyjnych (tj. kosztach poniesionych na rozwój wielkoskalowej infrastruktury i subsydia), są bardzo trudne do odwrócenia. To właśnie z tego powodu konieczna jest mobilizacja wszystkich aktorów społecznych i stworzenie nowych sojuszy – np. pomiędzy ekologicznymi organizacjami pozarządowymi, które niepokoją się wpływem rolnictwa przemysłowego na środowisko,  a organizacjami pragnącymi zachęcić kraje globalnego południa do inwestycji w ich własne systemy rolne i zmniejszenia zależności od importu żywności. Inny możliwy sojusz – to pomiędzy rzecznikami zdrowia publicznego, bijącymi na alarm z powodu skutków zdrowotnych naszej diety, a politykami, którzy niepokoją się skutkami fiskalnymi zwiększających się kosztów ochrony zdrowia związanych z nadwagą i otyłością.

Jesteś wielkim fanem miejskich polityk żywnościowych, takich jak w Mediolanie i Utrechcie. Jako mieszkaniec Utrechtu zauważam pewne działania w kierunku wspólnej strategii żywnościowej, ale w tej chwili ograniczają się one do wydziału zdrowia w lokalnej administracji. Lokalne, narodowe i międzynarodowe instytucje rządowe są generalnie bardzo podzielone na różne wydziały i departamenty, a polityka żywnościowa odnosi się do  wielu różnych działów. Jak, twoim zdaniem, politycy i administracja mogliby zająć się tym w sposób bardziej holistyczny?

Olivier De Schutter: Dokładnie z tego powodu potrzebujemy strategii zintegrowanych na wszystkich poziomach. Obecnie mamy do czynienia z dwoma rodzajami niewydolności zarządzania, które łącznie wyjaśniają trudności, z jakimi konfrontują się społeczności na wszystkich szczeblach (lokalnym, narodowym, międzynarodowym), próbując zapewnić sobie dobre samopoczucie i zdrowie i skutecznie przekształcić środowisko sprzyjające otyłości w takie, które służyłoby realizacji tych celów. Pierwsza niewydolność to brak koordynacji i spójności pomiędzy różnymi dziedzinami polityki (rolnictwo, edukacja, ochrona środowiska, rozwój terenów wiejskich, infrastruktura, szczególnie transportowa itd.). Druga – to niezdolność do przeciwstawienia się dominacji, zarówno gospodarczej, jak i politycznej, najważniejszych aktorów dominującego systemu żywnościowego – korporacji rolno-spożywczych (w tym nabywców hurtowych i głównych przetwórców żywności) i wielkich sprzedawców detalicznych w szczególności.

Pojawiły się dwie taktyki transformacyjne, które mają na celu poradzenie sobie z tymi problemami. Jedna to rozwijanie strategii wielosektorowych, poprawianie spójności pomiędzy różnymi dziedzinami polityki poprzez wieloletnie plany działania z przydzieleniem zadań (w ten sposób określając zakres obowiązków i poprawiając odpowiedzialność), określanie ram czasowych, ustalanie wskaźników, aby móc ocenić postęp, oraz tworzenie – w niektórych przypadkach – niezależnych mechanizmów monitorowania. Widzimy to w działaniu na poziomie miast (np. Pakt ws. Miejskiej Polityki Żywnościowej w Mediolanie z 2015 roku), na poziomie rządów narodowych (zostały przyjęte różne strategie narodowe lub plany działania, pod różnymi nazwami, czasami odnoszącymi się wprost do prawa do żywności, częściej bardziej ogólnie do „bezpieczeństwa żywnościowego i odżywiania”, z walką z otyłością jako jednym z priorytetów) i na poziomie globalnym (ze wzmocnieniem w listopadzie 2009 roku mandatu i wpływu Komitetu ds. Światowego Bezpieczeństwa Żywnościowego (CFS) i uczynieniem zeń najważniejszego forum w ramach światowej konferencji ws. skoordynowanych działań przeciwko niedożywieniu).

Inną taktyką jest rozwijanie lokalnych innowacji, takich jak krótkie łańcuchy żywnościowe i bezpośrednie powiązania pomiędzy konsumentami a rolnikami, rolnictwo miejskie i podmiejskie, w tym ogrody warzywne w miastach, programy „od rolnika do szkół” itp. Te innowacje powstają najczęściej z inicjatywy społeczności ( rodziców, sąsiadów, organizacji non-profit itp.), a nie lokalnych władz, chociaż są często przez nie wspierane i w wielu przypadkach władze samorządowe stają się kluczowym partnerem.

Moim zdaniem, wyzwaniem na dzisiaj jest rozwijanie tych obiecujących inicjatyw – poprzez pokazywanie najlepszych praktyk, warunków sukcesu czy potencjalnych przeszkód/przyczyn porażki, a także ukazywanie, w jaki sposób te dwie wymienione strategie mogą ze sobą współdziałać. Innymi słowy: w jaki sposób stworzyć na wszystkich poziomach sposób zarządzania, który – z jednej strony – poprawiałby spójność pomiędzy różnymi dziedzinami polityki i kierował nas w stronę podejścia angażującego całą administrację rządową w działania na rzecz takiego przekształcenia środowiska, by nie sprzyjało otyłości, z drugiej – maksymalizuje znaczny potencjał oddolnych inicjatyw społecznych działających na rzecz tego samego celu.

Trybunał Monsanto

Jesteś członkiem komitetu sterującego Trybunał Monsanto, który odbędzie się w październiku w Hadze. Jakie są główne cele Trybunału Monsanto?

Olivier De Schutter: Międzynarodowy Trybunał Monsanto został powołany, aby stworzyć forum dla ofiar, na którym mogłyby one wyrazić swoje obawy, oraz po to, by umożliwić ocenę prawną tych zarzutów. Powinno to zachęcić do podejmowania działań prawnych na poziomie krajowym oraz ośmielić ofiary do domagania się zadośćuczynienia za poniesione szkody. Powinno to także pobudzić rządy do poważniejszego traktowania ich obowiązku ochrony praw człowieka, które są zagrożone na skutek działalności Monsanto. Jest to, w pewien sposób, nowa forma aktywizmu, który dąży do sojuszu społeczności prawniczej z ruchami społecznymi, w nadziei, że umożliwi to skuteczniejszą walkę z bezkarnością korporacji.

Trybunał oceni również zasadność wysuwanych wobec Monsanto oskarżeń o popełnianie zbrodni zagłady ekologicznej (ecocide), jak również rozważy, czy międzynarodowe prawo karne powinno zawierać przepisy dotyczące tego rodzaju przestępstw. Do jakiego stopnia, twoim zdaniem, zagłada ekologiczna powinna być uważana za przestępstwo?

Olivier De Schutter: Trybunał Monsanto będzie się w przeważającej części opierał na obowiązującym międzynarodowym prawie dotyczącym praw człowieka. Jednak oceni również rezultaty postępowanie przedsiębiorstwa jako przykład zagłady ekologicznej, tak by zilustrować potrzebę uznania jej za część międzynarodowego prawa karnego. Powinno to wypełnić cel pedagogiczny.

Biotechnologia/GMO

Czy twoim zdaniem uprawy GMO powinny zostać zabronione? Dlaczego? Czy jest to istotne pytanie i czy należy je w takiej formie zadawać?

Olivier De Schutter: GMO stanowi niewielką część o wiele większej debaty dotyczącej różnych ścieżek rozwoju rolnictwa, i dziwne, że spolaryzowało tak wiele uwagi. O wiele ważniejszy jest wybór pomiędzy zuniformizowanym rolnictwem przemysłowym (którego częścią jest historia biotechnologii) a agroekologią, i na tym powinna skupić się debata.

Jednakże nie należy lekceważyć poważnych wątpliwości związanych z GMO, które odnoszą się do bezpieczeństwa żywności (długoterminowego wpływu na zdrowie konsumentów, którzy spożywają żywność GMO), wpływu na środowisko (utraty bioróżnorodności i pojawienia się „super-chwastów” po wprowadzeniu upraw odpornych na herbicydy) oraz opłacalności ekonomicznej dla rolników systemu, w którym stali się oni tak bardzo zależni od niewielkiej liczby dostawców nasion, pestycydów i nawozów.

Naprawdę istotne pytanie dotyczy kosztów utraconych możliwości (opportunity costs): czy tak olbrzymie inwestycje w badania i rozwój nowych odmian GMO są usprawiedliwione, jeśli weźmiemy pod uwagę te wszystkie różnego rodzaju koszty? Czy nie opóźnia to w czasie przejścia do bardziej odpornych i zrównoważonych form rolnictwa? Czy nie sprzedajemy jako „rozwiązań” czegoś, co jest tylko doraźnym działaniem?

Co sądzisz o twierdzeniach sektora biotechnologicznego i wielu z twoich kolegów ze środowiska naukowego, że potrzebujemy biotechnologii w rolnictwie, aby nakarmić świat w 2050 roku? Niedawno 109 naukowców (laureatów Nagrody Nobla) wspólnie wystąpiło z tego rodzaju twierdzeniem i zaapelowało do ruchów ekologicznych o zaprzestanie sprzeciwu wobec GMO.

Olivier De Schutter: Niestety ci laureaci Nagrody Nobla, z których bardzo niewielu jest specjalistami w zakresie rolnictwa lub redukcji ubóstwa na globalnym południu, zostali wprowadzeni w błąd. Ich list zawiera wiele błędów merytorycznych. Złoty Ryż poniósł porażkę nie na skutek działań Greenpeace, którego jedyną rolą było ujawnienie pewnych faktów na temat niedotrzymanych obietnic tej dziedziny badań.  Złoty Ryż okazał się niewypałem, ponieważ nie sprawdził się na polu z agronomicznego punktu widzenia.

Z tego powodu znajduje się nadal w fazie testów polowych, i w tym momencie jest bardzo wątpliwe, czy będzie możliwy jego dalszy rozwój. Greenpeace nie ma nic do tego. Istnieją również poważne wątpliwości co do jego zdolności (zarówno w oryginalnej wersji, która została porzucona, jak i nowej, opatentowanej przez Syngentę) do skutecznego zwalczania niedoboru witaminy A. To smutne, że naukowcy zamiast informować opinię publiczną o potwierdzonych faktach naukowych, dali się dokooptować do kampanii PR, opartej na tendencyjnym przedstawieniu rzeczywistości.

Jako sprawozdawca ONZ badałeś wpływ biotechnologii na rolników globalnego południa. Czy mógłbyś przedstawić w zarysie swoją ocenę?

Olivier De Schutter: Nie, ponieważ nie da się sformułować ostatecznych wniosków. Na przykład bawełna Bt przyniosła korzyści niektórym rolnikom w Indiach: tym, którzy mają zarówno  dostęp do kredytów na rozsądnych warunkach, jak  do rynków, i którzy posiadają areał ziemi uprawnej umożliwiający skorzystanie z efektu skali i prowadzenie gospodarstwa w sposób do pewnego stopnia kapitalistyczny. Owszem, oni mogą skorzystać.

Lecz wielu innych rolników – szczególnie tych najbiedniejszych, którzy zmuszeni są do pożyczania pieniędzy na lichwiarskich warunkach i uprawiają niewielkie skrawki ziemi, które zastawili pod pożyczki i mogą je stracić, jeśli plony będą słabe – zostało bardzo dotkliwie poszkodowanych przez tę technologię. Trudno jest w tej kwestii sformułować ogólne twierdzenia. Jedno jest dla mnie jasne: rozwiązania, które „zadziałały” dla przeciętnego amerykańskiego rolnika na Środkowym Zachodzie, niekoniecznie zaspokoją potrzeby rolników z Południa, którzy gospodarują na o wiele mniejszą skalę i w zupełnie innych warunkach.

źródło: www.greens-efa.eu

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

Tłumaczenie  ukazało się w Zielonych Wiadomościach nr. 028/lipiec 2017, do ściągnięcia w formacie pdf: http://zielonewiadomosci.pl/numer/28/

Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.

 

Genewa, 10 marca 2014. Specjalny sprawozdawca ONZ ds. prawa do żywności, Olivier De Schutter zaapelował o radykalną i demokratyczną zmianę światowych systemów żywnościowych, tak by zagwarantować wszystkim ludziom dostęp do odpowiedniej żywności i wolności od głodu, co jest jednym z podstawowych praw człowieka.

„Likwidacja głodu i niedożywienia jest celem, który można osiągnąć. Jednakże nie wystarczy udoskonalenie naszego obecnego systemu żywnościowego – trzeba go całkowicie zmienić”, powiedział De Schutter podczas prezentacji swojego końcowego raportu dla Komisji Praw Człowieka ONZ, po zakończeniu sześcioletniej kadencji jako Specjalny Sprawozdawca.

Ekspert ostrzegł, że obecny system jest efektywny jedynie z punktu widzenia maksymalizacji zysków agrobiznesu. „Zarówno na poziomie lokalnym, narodowym, jak i międzynarodowym, istnieje pilna konieczność dostosowania polityki do wizji alternatywnych, cieszących się demokratycznym poparciem”, powiedział.

Cele takie jak dostarczanie społecznościom różnorodnej i akceptowanej przez daną kulturę żywności, wspieranie małych gospodarstw, podtrzymywanie zasobów ziemi rolnej i wody oraz zwiększanie bezpieczeństwa żywnościowego na szczególnie wrażliwych obszarach, nie powinny być wypierane przez jednowymiarowe dążenie do zwiększania produkcji żywności.

„Największą wadą gospodarki żywnościowej jest brak demokracji. Poprzez wykorzystanie wiedzy ludzi oraz uwzględnienie ich potrzeb i preferencji w projektach ambitnej polityki żywnościowej na każdym poziomie, możemy stworzyć systemy żywnościowe, które będą trwałe i odporne”, powiedział De Schutter.

Lokalne innowacje

„Demokracja żywnościowa musi zaczynać się u samych podstaw, na poziomie wsi, regionów, miast i lokalnych samorządów”, stwierdził ekspert.

„Bezpieczeństwo żywnościowe powinno zostać zbudowane wokół zabezpieczenia zdolności małych gospodarstw rolnych do prawidłowego rozwoju”, zauważył De Schutter. „Poszanowanie ich prawa do dostępu do zasobów produkcyjnych ma pod tym względem znaczenie kluczowe”, dodał, apelując o nadanie priorytetu inwestycjom w te modele rolnictwa, które są ekologiczne i prowadzą do zmniejszenia ubóstwa.

De Schutter zwrócił się z apelem do mieszkańców miast, aby wzięli kwestię bezpieczeństwa żywnościowego w swoje własne ręce. „Do roku 2050 ponad 6 miliardów osób – więcej niż dwie trzecie ludności świata – będzie mieszkało w miastach. Miasta te muszą koniecznie określić wyzwania logistyczne i wrażliwe punkty w swoich łańcuchach dostaw żywności, i zbudować różnorodne kanały pozyskiwania żywności, w zgodzie z życzeniami, potrzebami i poglądami swoich mieszkańców”.

„Innowacje społeczne powstające we wszystkich częściach świata pokazują, w jaki sposób konsumenci miejscy mogą na nowo nawiązać kontakt z lokalnymi producentami żywności, przyczyniając się jednocześnie do redukcji ubóstwa na wsi i zwiększenia bezpieczeństwa żywnościowego”, powiedział. „Takie innowacje należy odpowiednio wspierać”.

Strategie narodowe

Ekspert ostrzegł jednak, że te lokalne inicjatywy mogą zakończyć się sukcesem tylko, jeśli otrzymają wsparcie i zostaną uzupełnione na poziomie narodowym.

„Rządy mają do odegrania główną rolę w zapewnieniu spójności strategii z prawem do żywności oraz odpowiedniej kolejności podejmowanych działań, lecz nie ma jednej, uniwersalnej recepty”, powiedział.

„W niektórych przypadkach”, stwierdził De Schutter, „priorytetem będzie promocja krótkich łańcuchów i bezpośrednich powiązań między producentami a konsumentami w celu wzmocnienia lokalnego, drobnego rolnictwa i zmniejszenia zależności od importu. W innych przypadkach, dominującą potrzebą może być wzmocnienie spółdzielni, tak aby mogły zawierać bezpieczne kontrakty z większymi kupcami”.

Podkreślił, że kluczem do sukcesu jest podejmowanie decyzji w sposób demokratyczny. „Narodowe strategie prawa do żywności powinny być współprojektowane przez bezpośrednio zainteresowanych, szczególnie przez grupy najbardziej dotknięte głodem i niedożywieniem, i należy je wesprzeć poprzez niezależne monitorowanie”.

Spójność międzynarodowa

„Tak jak inicjatywy lokalne nie mogą zakończyć się sukcesem bez wsparcia strategii narodowych, działania na poziomie krajowym, jeśli mają przynieść owoce, wymagają odpowiedniego środowiska międzynarodowego”, dodał specjalny sprawozdawca.

W swoim raporcie De Schutter podkreślił obiecujące wysiłki Komitetu ds. Światowego Bezpieczeństwa Żywnościowego ONZ (UN Committee on World Food Security – CFS) na rzecz nakłonienia rządów, społeczeństwa obywatelskiego, agencji międzynarodowych i sektora prywatnego do wspólnego działania w celu rozwiązania wyzwań stojących przed systemami żywnościowymi. Ostrzegł jednak, że „CFS pozostaje wyjątkiem pod względem wprowadzania partycypacji i demokracji na arenę globalnego zarządzania, i przyjmowania różnych wizji bezpieczeństwa żywnościowego”.

„Inne globalne organy zarządzające muszą dostosować się do ram strategicznych opracowanych przez CFS. Np. Światowa Organizacja Handlu (World Trade Organization – WTO) nie powinna utrudniać krajom rozwijającym się realizacji ambitnej polityki zmierzającej do poprawy ich bezpieczeństwa żywnościowego i inwestycji w małe gospodarstwa rodzinne”, powiedział.

Specjalny sprawozdawca podkreślił, że próby poprawy bezpieczeństwa żywnościowego podejmowane przez kraje rozwijające się mogą zakończyć się powodzeniem, jedynie jeśli podobne reformy zostaną wprowadzone na globalnej Północy.

„Kraje bogate muszą odejść od strategii rolniczych nastawionych na eksport, zostawiając w ten sposób przestrzeń dla drobnych rolników w krajach rozwijających się, aby mogli zaopatrywać rynki lokalne”, stwierdził De Schutter. „Muszą one także pohamować swoje zwiększające się coraz bardziej roszczenia do światowych zasobów ziemi rolnej, ograniczając zapotrzebowanie na paszę dla zwierząt i biopaliwa oraz redukując ilość odpadów żywnościowych”.

Artykuł jest tłumaczeniem komunikatu prasowego Specjalnego Sprawozdawcy ONZ ds. Prawa do Żywności. Polski przekład ukazał się pierwotnie na stronie Ekobudyzm.pl. Końcowy Raport Specjalnego Sprawozdawcy ds. prawa do żywności (w jezyku angielskim) można przeczytać tutaj: [pdf]. Przeł. Jan Skoczylas.

W październiku 2010 r. liczba ludności na świecie osiągnęła 7 miliardów. Czy w nakarmieniu coraz liczniejszych rzesz ludzi może pomóc nam odejście od rolnictwa przemysłowego? (więcej…)

Argument wysuwany przez zwolenników rolnictwa przemysłowego i upraw roślin genetycznie zmodyfikowanych (GMO) jest od lat niezmiennie ten sam – rolnictwo tradycyjne nie będzie w stanie wyżywić rosnącej populacji na Ziemi i rozwiązać problemu głodu na świecie. Raport ONZ Agro-ecology and the Right to Food (Agroekologia i prawo do żywności) dowodzi, że jest dokładnie na odwrót.

Z raportu wynika, że przestawienie się rolników w krajach Trzeciego Świata na rolnictwo ekologiczne, bez użycia nawozów sztucznych i pestycydów, może podwoić produkcję żywności w ciągu jednej dekady.

„Nie rozwiążemy problemu głodu i nie zatrzymamy globalnego ocieplenia za pomocą rolnictwa przemysłowego na wielkich plantacjach” – napisał w komunikacie prasowym autor raportu, specjalny sprawozdawca ONZ ds. prawa do żywności Olivier De Schutter „Rozwiązanie leży we wspieraniu wiedzy i poszukiwań drobnych rolników, zwiększaniu ich dochodów, i tym samym przyczynianiu się do rozwoju obszarów wiejskich”.

Raport doradza odejście od sposobów uprawiania roślin wymagających nadmiernego zużycia ropy, które stwarza poważne problemy, powiększające się jeszcze bardziej z powodu wzrastających cen na skutek braku stabilności politycznej na Bliskim Wschodzie. Zamiast tego należy skoncentrować się na agroekologii lub rolnictwie ekologicznym. „Agroekologia dąży do zachowania i poprawy równowagi ekologicznej ekosystemów rolniczych, naśladując naturę, a nie przemysł” – czytamy w raporcie.

Raport pokazuje, że takie sposoby uprawiania roli podnoszą w znacznym stopniu produktywność, redukują ubóstwo na wsi, zwiększają bioróżnorodność genetyczną, wpływają pozytywnie na odżywianie lokalnych społeczności, pomagają w stworzeniu systemu żywnościowego odpornego na zjawiska będące konsekwencją zmian klimatu, wymagają mniejszych nakładów i bazują w większym stopniu na zasobach lokalnych, wzmacniają pozycję rolników oraz stwarzają nowe miejsca pracy.

Wprowadzone w 57 biednych krajach programy rolnictwa ekologicznego z zastosowaniem naturalnych metod wzbogacania gleby i ochrony przed szkodnikami zaowocowały zwiększeniem plonów o przeciętnie 80%. Metody te były również bardziej opłacalne, korzystały z lokalnych zasobów i opierały się na wiedzy przekazywanej przez rolników w ramach miejscowych społeczności.

Raport przyznaje, że z powodu złożoności wymaganej wiedzy agroekologia wymaga większego nakładu pracy, lecz pokazuje, iż jest to zwykle problem krótkotrwały. Raport podkreśla, że w dłuższym okresie czasu rolnictwo ekologiczne tworzy więcej miejsc pracy, zaprzeczając jednocześnie rozpowszechnionej opinii o negatywnych skutkach wzrostu zatrudnienia w sektorze rolnictwa. „Stwarzanie nowych miejsc pracy w rejonach wiejskich w krajach rozwijających się, gdzie zjawisko niepełnego wykorzystania siły roboczej ma ogromną skalę i wzrost demograficzny pozostaje wysoki, jest korzystne i może spowolnić migrację ludności wiejskiej do miast”.

Jak to ujął Mark Bittman w omówieniu raportu opublikowanym w „New York Timesie”, „agroekologia i pokrewne metody również będą wymagały korzystania z zasobów, lecz będą to zasoby bardziej w formie pracy, zarówno intelektualnej – ciągle istnieje potrzeba zrobienia wielu badań – jak i fizycznej. Świat będzie potrzebował więcej rolników i prawdopodobnie mniej mechanizacji”.

To nie pierwsze sprawozdanie z zakrojonych na szeroką skalę badań, dowodzące, że istnieją efektywniejsze sposoby wyżywienia wzrastającej populacji świata niż kontrolowane przez wielkie korporacje rolnictwo przemysłowe. Opublikowany w kwietniu 2008 r. raport IAASTD Agriculture at a crossroads (International Assessment of Agricultural Knowledge, Science and Technology for Development), który powstał przy wsparciu m.in. Banku Światowego, Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) oraz Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), przy współudziale rządów 60 państw i 400 ekspertów, stwierdza, że przemysłowa produkcja żywności w dłuższej perspektywie nie tylko nie będzie w stanie wyżywić świata, lecz w rzeczywistości przyczynia się do zwiększenia głodu, wyczerpywania zasobów i nasilenia zmian klimatu.

Chociaż rolnictwo ekologiczne jest korzystne także dla krajów uprzemysłowionych, oba raporty koncentrują się przede wszystkim na najmniej rozwiniętych krajach na naszej planecie. Zagraniczna polityka rolna USA polegała do tej pory na narzucaniu innym krajom dotowanych amerykańskich upraw, nawet jeśli oznaczało to niszczenie lokalnych gospodarek rolnych. Były prezydent Bill Clinton przeprosił w 2010 r. za tę politykę, mówiąc, że „zawiodła ona wszędzie, gdzie została zastosowana”.

Raport IAASTD został odrzucony przez USA w czasach prezydentury George’a W. Busha. Posunięcia administracji Baracka Obamy, takie jak mianowanie lobbisty koncernów biotechnologicznych na stanowisko Głównego Negocjatora Rolniczego oraz finansowanie programów rozwoju upraw roślin modyfikowanych genetycznie (GMO) w krajach Trzeciego Świata, świadczą niestety o kontynuacji dawnego kursu.

De Schutter uważa, że rzeczywista zmiana położenia rolników w biednych krajach wymaga pomocy ze strony rządów. „Kluczową rolę do odegrania mają państwa i donatorzy” – pisze. “Prywatne firmy nie będą chciały inwestować czasu i pieniędzy w działania, które nie będą nagrodzone patentami i nie otworzą rynków na produkty chemiczne lub nasiona GMO”.

Artykułu ukazał się pierwotnie w sierpniu 2011 r. na stronie Ekobuddyzm.pl. Oprac. na podstawie: Paula Crossfields: Eco-farming Feeds the World oraz Reuters, Eco-farming could double food output of poor countries, says UN.