Geopolityka z impetem wróciła do nas w XXI wieku. „Geopolityczna Komisja Europejska”, którą obiecywała Ursula von der Leyen, musi być przygotowana do finansowania obietnic, złożonych w Europejskim Zielonym Ładzie.
Roderick Kefferpütz w swoim artykule analizuje, jak wyglądać może jego przełożenie na język geopolityki i tłumaczy, dlaczego to ważne, stojące przez partiami ekopolitycznymi wyzwanie na najbliższe lata.
Przeszło dekadę temu świat przeżył najgorszy kryzys ekonomiczny i finansowy od czasu Wielkiej Depresji. W odpowiedzi na to wyzwanie rządy przyszykowały wielomiliardowe pakiety stymulacyjne. Narodziła się wówczas również idea Zielonego Nowego Ładu.
Pomysł na wykorzystanie wspomianych pakietów do równoczesnego poprawienia sytuacji gospodarczej oraz do walki ze zmianami klimatu wzbudził niemałe zainteresowanie – niestety niewiele rządów zdecydowało się wówczas na jego urzeczywistnienie.
Dekadę później szansa na zmiany pojawiła się ponownie. Światowa gospodarka po raz kolejny stoi na progu spowolnienia, coraz głośniej mówi się też o katastrofie klimatycznej. Wdrożenie Zielonego Nowego Ładu brzmi na strategię win-win.
Komisja Europejska pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen zrozumiała jak się zdaje otaczającą rzeczywistość, decydując się na zaprezentowanie swojego Europejskiego Zielonego Ładu.
Ta flagowa propozycja KE stanowi nową strategię na rzecz rozwoju gospodarczego Unii Europejskiej, stawiając jej za cel osiągnięcie do roku 2050 stanu neutralności klimatycznej. Komisja zdecydowała się na krok zbliżony do tego, o który działające na kontynencie formacje ekopolityczne walczyły od lat.
W Zielonym Nowym Ładzie od zawsze chodziło o połączenie ze sobą kwestii ekonomicznych i klimatycznych – po to, by wcielać w życie rozwiązania, przynoszące pozytywne skutki w obu tych dziedzinach. Pozwolił on Zielonym na opracowanie spójnych postulatów dotyczących gospodarki i sektora finansowego, dzięki czemu łatwiej było im wyjść ze swej dotychczasowej niszy ekologicznej.
ZNŁ, budząc niemałe zainteresowanie medialne, wyrażał ducha czasu Wielkiej Recesji i pozwolił partiom ekopolitycznym na zdobycie uznania za swój program.
Powrót geopolityki
Naiwnie byłoby wierzyć, że możliwe jest proste przeniesienie koncepcji z pierwszej dekady XXI wieku do roku 2020 bez jej aktualizacji. Otaczający nas świat uległ niemałym przemianom. Dręczące nas wyzwania nie mają już wyłącznie charakteru gospodarczego, społecznego czy środowiskowego. Na polityczną układankę powróciła geopolityka – „odrosła dżungla”, jak stwierdzić miał historyk Robert Kagan.
Wraz z istotnym przewartościowaniem geopolitycznym widoczne są pęknięcia w ładzie międzynarodowym. Stany Zjednoczone oraz Chiny zwarły się w konflikcie o hegemonię. Bliski Wschód pozostaje beczką prochu. Liberalna demokracja znajduje się dziś w odwrocie. Swój kryzys egzystencjalny przeżywa również Światowa Organizacja Handlu. W siłę rosną tendencje protekcjonistyczne. NATO – i całe relacje transatlantyckie – okazują się być napięte. Międzynarodowa stabilność nie trwa jak widać wiecznie.
W obliczu tego stanu rzeczy na czoło znów zaczyna się wysuwać geopolityka – musi być zatem traktowana kompleksowo oraz włączana w każdy wymiar realizowanej polityki.
Nowa Komisja Europejska zdaje się dostrzegać to wyzwanie. Ursula von der Leyen obiecała, że będzie to „geopolityczna” Komisja, a odpowiadający za unijne sprawy zagraniczne Josep Borrell trzeźwo zauważył, że Unia musi „nauczyć się używać języka mocy”. Póki co jednak tego nie robi.
Wciąż dominuje podejście silosowe, w którym geopolityka oraz Zielony Ład dla Europy realizowane są w oderwaniu od siebie. Tymczasem w świecie, w którym ta pierwsza odgrywa coraz ważniejszą rolę, jej aspekty muszą znaleźć się również i w tym drugim.
Kwestie ekonomiczne i te, związane z bezpieczeństwem pozostają ze sobą ściśle związane. Nie mamy dziś do czynienia tylko z gospodarką, lecz z geogospodarką. Neoliberalne credo nieograniczonej wymiany handlowej, nieokiełznanego wolnego rynku i leseferyzmu nie jest już dziś w menu. Obserwujemy powrót państwa oraz mieszanie się ze sobą polityki, kwestii związanych z bezpieczeństwem i z gospodarką.
Rola Huawei w budowie sieci 5G, chińska inicjatywa „jednego pasa i jednej drogi”, amerykańskie sankcje wobec Nord Stream 2 czy kontrolowanie eksportu zaawansowanych technologicznie rozwiązań do Chin – to wszystko działania ekonomiczne, w jasny sposób realizujące również interesy geopolityczne.
Strategiczne spojrzenie na Zielony Ład
Ubranie Europejskiego Zielonego Ładu w język geopolityki jest zadaniem, z którym zmierzyć się muszą również Zieloni. Partiom ekopolitycznym udało się wzmocnić w ostatnich latach swóją wiarygodność w kwestiach gospodarczych – teraz nadszedł czas na popracowanie nad swym profilem geopolitycznym. Oznacza to opracowanie szerokich ram koncepcyjnych oraz towarzyszącej im strategii.
Nie jest to prosta sprawa, biorąc pod uwagę pacyfistyczne dziedzictwo i towarzyszący mu sceptycyzm wobec realizowania polityki z pozycji siły. Tygodnik „The Economist” zauważył niedawno, że choć „większość Zielonych dawno pozbyła się swego pacyfizmu”, to ich impulsy w polityce zagranicznej – czy to wobec Chin czy Rosji – „nie tworzą szerszej strategii” .
Analiza geopolityczna musi brać pod uwagę trzy zróżnicowane podejścia. Po pierwsze, Zielony Ład dla Europy musi uwzględniać swój wpływ na wyzwania geopolityczne, przed którymi stoi UE. Po drugie, musi mieć na względzie wpływ europejskiej transformacji energetycznej na resztę świata. Po trzecie wreszcie liczyć się musi z jego efektami ubocznymi – zarówno globalnymi, jak i tymi wewnątrzunijnymi.
Biorąc pod lupę tę pierwszą kwestię widać wyraźnie, że Europa znajduje się w coraz trudniejszej pozycji. Stany Zjednoczone i Chiny podminowują ład międzynarodowy swoją walką o strefy wpływów.
Europa – przynajmniej do pewnego stopnia – znajduje się pośrodku ich konfliktów, a obaj gracze chcą przeciągnąć Unię i jej państwa członkowskie na swoją stronę. Europejski eksport, choć przynosi UE korzyści ekonomiczne, czyni ją również podatną na zagrożenia. Zależność od eksportu do obu stron sporu, jak również poszukiwania źródeł zagranicznych inwestycji na kontynencie, okazują się być swego rodzaju piętą achillesową Europy.
Widać to na przykładzie wykorzystywania w rozgrywkach między Stanami Zjednoczonymi a Chinami niemieckiego sektora motoryzacyjnego. Pekin ostregł Berlin, że może importować mniej niemieckich aut, jeśli zablokuje dostęp do sieci 5G dla Huawei. Waszyngton zagroził wprowadzeniem ceł na europejskie samochody, gdyby Niemcy nie zdecydowały się na zainicjowanie mechanizmu arbitrażowego, zawartego w porozumieniu nuklearnym z Iranem (co zresztą zrobiły).
Wolfgang Münchau trafnie podsumował tego typu sytuacje w dzienniku „Financial Times” pisząc: „Jeśli Europa miałaby dziś swych Metternichów czy Talleyrandów, wówczas rozpoczęłaby od odpowiedzenia na swoją słabość i zakończenia narażającej ją na szantażowanie uzależnienia od nadwyżek eksportowych” .
Europejski Zielony Ład mógłby stanowić odpowiedź na to wyzwanie. Dywersyfikacja ekonomiczna i wspieranie konsumpcji wewnętrznej mogą zmniejszyć ekonomiczną zależność od zewnętrznych graczy. Postawiłyby również Unię na dobrej pozycji do czerpania korzyści z globalnego trendu dekarbonizacyjnego. Trwa wyścig o czyste technologie. Europa jest liderką w zakresie ustanawiania standardów, finansowania czy regulacji w ramach tego nowego sektora o strategicznym znaczeniu.
Zielony Ład dla Europy może stać się filarem kontynentalnej strategii integracji, promującej rozwój zrównoważonej infrastruktury tak wewnątrz, jak i na zewnątrz granic Europy. Łączenie sąsiadujących z UE krajów z unijną siecią energetyczną pomogłoby w pogłębianiu więzi ekonomicznych, jednocześnie utrudniając chińskie dążenia do narzucania własnych standardów przemysłowych i do dominacji gospodarczej, której narzędziem ma być inicjatywa „jednego pasa i jednej drogi”.
Energetyka stanowi kluczowy, geopolityczny element Europejskiego Zielonego Ładu.
Bezpieczeństwo energetyczne jest jedynym aspektem myślenia w kategoriach Zielonego Nowego Ładu, w którym jak do tej pory kwestie geopolityczne traktowane były z dostateczną powagą. Przejście do efektywnego systemu, w całości opierającego się na źródłach odnawialnych, uniezależniłoby europejską gospodarkę od importowanej z autorytarnych krajów ropy i gazu ziemnego, zmniejszając wpływy polityczne Rosji.
Odpowiedzią Europejskiego Zielonego Ładu na zapisy paryskiego porozumienia klimatycznego byłby multilateralizm. Realizowany w obrębie polityki klimatycznej może przyczynić się do zmniejszenia ryzyka susz, powodzi czy zakłóceń w dostawach wody. Wszystkie te zjawiska mogą przyczynić się do zaistnienia szeregu zdarzeń geopolitycznych – od konfliktów po przymusowe migracje.
Można sobie nawet wyobrazić, że Europejski Zielony Ład będzie propozycją, która może przyczynić się do poprawy międzynarodowej pozycji euro. Mark Leonard, dyrektor Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR) argumentuje, że poprzez promowanie zielonych rynków i emitowanie zielonych obligacji „Europa zapewnić sobie może większą niezależność ekonomiczną od innych potęg i rozpocząć proces przemiany euro w globalną walutę”.
Mierzenie skutków
Nie możemy zapominać również o innych geopolitycznych skutkach Europejskiego Zielonego Ładu. Co stanie się z krajami Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, które nie będą już mogły liczyć na kupno ich ropy przez Europę? Jaka przyszłość czeka je w świecie, który wyzwolił się od zależności od paliw kopalnych?
Zmiany polityczno-gospodarcze mogą okazać się źródłem niestabilności w regionie, konfliktów, a nawet wojen w bezpośrednim sąsiedztwie Europy. Państwowe korporacje naftowo-gazowe z regionu, odpowiedzialne z przeszło połowę globalnego wydobycia ropy, będą miały olbrzymie problemy w momencie, gdy z zasobów tych nie będzie już można zrobić użytku.
Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) odnotowała, że koncerny te nie są gotowe do przejścia na czyste źródła energii: „Żadna z wielkich, państwowych firm naftowych nie została przez swój rząd postawiona przed zadaniem objęcia wiodącej roli w rozwijaniu odnawialnych źródeł energii” . Tymczasem ropa i gaz przynoszą przeszło 60% dochodów budżetowych w krajach, takich jak Arabia Saudyjska, Irak, Kuwejt czy Katar.
Nowy, globalny ład energetyczny będzie miał swoich zwycięzców i przegranych. Zielony Ład dla Europy musi zapewnić tym drugim miejsce w nowym, globalnym porządku klimatycznym.
Jednym ze sposóbów na osiągnięcie tego celu może być pomoc w realizacji szeroko zakrojonych inwestycji w infrastrukturę energetyki odnawialnej i jej przesył do Europy (tak jak w wypadku projektu DESERTEC), co pozwoliłoby Europie na import energii z OZE lub też rozwinęło w regionie sektor energetyki solarnej, służącej do produkcji wodoru – paliwa, które stałoby się siłą napędową samolotów czy transportu dalekomorskiego.
Dawny świat energetyki musi odejść – UE musi z kolei zapewnić, by jej sąsiedzi znaleźli dla siebie miejsce w nowej rzeczywistości. Wsparcie dla regionu w idealnym scenariuszu powinno być powiązane z wymogami, dotyczącymi walki z korupcją, zwiększania przejrzystości, budowy demokracji oraz ochrony praw człowieka.
Unia Europejska musi być świadoma rozbieżnych interesów, ścierających się przy okazji Europejskiego Zielonego Ładu. Propozycja opodatkowania bardziej emisyjnej produkcji w krajach trzecich (carbon-border adjustment tax) ma na przykład za zadanie stworzenie równego pola gry między globalnymi graczami.
Klimatyczne rozwiązania celne mogą sprawić, że europejskie firmy będą miały szansę konkurować na rynkach międzynarodowych. Z drugiej strony istnieje ryzyko posunięć odwetowych i wojen handlowych, kwestionujących porządek globalnej wymiany.
Unia będzie musiała zachować w tym zakresie ostrożność. Zieloni często podkreślali swój sprzeciw wobec porozumień wolnohandlowych. W świecie, w którym multilateralizm i sam międzynarodowy handel są dziś zagrożone powinni zastanowić się czy przynajmniej część z nich, mimo swoich niedociągnięć, może okazać się niezbędnymi narzędziami podtrzymania globalnego ładu.
Europejski Zielony Ład nie może doprowadzić do wytworzenia podziału na zwycięzców i przegranych wewnątrz samej Unii. Mark Leonard ostrzegł, że to „być albo nie być” dla Wspólnoty. Może on pomóc w zjednoczeniu Europy i we wzmocnieniu jej pozycji w relacjach z Chinami i USA, ale też podzielić ją na nowo na część wschodnią i zachodnią. Jeśli do tego dojdzie, wówczas Pekin czy inne stolice będą mieć proste zadanie w dalszym kruszeniu jej jedności.
Chinom udało się już zdobyć przyczółki w środku i na wschodzie kontynentu dzięki obietnicom inwestycyjnym.
Obszary te potrzebować będą wsparcia finansowego w procesie przechodzenia na tory zrównoważonego rozwoju. Przygotowanie tych gospodarek na wyzwania XXI wieku może wymagać wsparcia o skali niczym z Planu Marshalla. Zaoferowanie państwom członkowskim korzyści z udziału w realizacji Europejskiego Zielonego Ładu zmniejszyć może atrakcyjność ofert inwestycyjnych ze strony zewnętrznych graczy, myślących o osłabieniu UE.
Serwowana Europie przez Niemcy polityka cięć i zaciskania pasa już dziś pokazuje co dzieje się, gdy jakaś gospodarka dołuje, a Unia nie wspiera jej w momencie trudności. W efekcie braku wsparcia i westycyjnego Grecji wpływy w tym kraju – dzięki zakupowi kluczowych elementów jego infrastruktury – zdobyły Chiny.
Europejski Zielony Ład musi zaakceptować geopolityczne realia. To ambitne zadanie dla nowej Komisji Europejskiej. Unijne instytucje muszą nawiązać ze sobą współpracę w tej materii, a obsada ambasad i przedstawicielstw UE na całym świecie będzie musiała ulec wzmocnieniu po to, by skuteczniej działać na rzecz kwestii związanych z geopolityką i transformacją energetyczną.
Formacje ekopolityczne, wraz ze wzrostem swojej popularności, będą musiały rozpocząć refleksję na temat swych strategii geopolitycznych. W najbliższych latach powinny one pilnować stworzenia przez Komisję Europejską tego typu strategii jako istotnego elementu Europejskiego Zielonego Ładu. Lepiej rozpocząć ten proces wcześniej niż później.
Artykuł „A Green Deal for a Geopolitical Age” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Zdj. Fragment okładki nowego numeru pisma pt. „A World Alive: Green Politics in Europe and Beyond”
Kształt handlu międzynarodowego ma szanse przejść niemałe zmiany do roku 2049.
Isabelle Durant, numer dwa w agendzie ONZ ds. handlu i rozwoju (UNCTAD) prezentuje wizję czekających nas zmian, mając nadzieję na wykorzystanie ich potencjału i ograniczenie zagrożeń.
Handel to najstarsza aktywność człowieka. Od starożytności kształtował on kolejne cywilizacje, stymulował innowacje oraz wpływał na procesy produkcyjne. Determinował ścieżki oraz przestrzenie rozwoju. Bywał źródłem wojen czy niedostatku, ale również gwałtownego wzrostu dobrobytu i jakości życia. Ze wszystkich tych powodów handel – w tym ten międzynarodowy – przetrwa z nami do roku 2049.
Pytanie na przyszłość brzmi następująco – w jaki sposób ewoluować będzie system, będący dziś produktem hiperglobalizacji oraz ultraliberalizmu? Jak będzie zmieniał się w świecie, który kształtować będą zmiany klimatu, a także wzajemne powiązania technologiczne i ekonomiczne?
Udeptana trawa
Wojny handlowe, takie jak te między Stanami Zjednoczonymi, Chinami i Unią Europejską w roku 2019, zdecydowanie nie są niczym nowym. Chociaż system, kreowany przez wiele ośrodków był w stanie znieść niemało przeszłych wstrząsów, to realizowana pod hasłem „uczynienia Ameryki na nowo wielką” polityka prezydenta Donalda Trumpa zmienia dynamikę relacji między najważniejszymi, globalnymi graczami.
Chiny próbują pokazać swym przykładem, że inny model handlu jest możliwy, chociaż czynią to bez pozbywania się protekcjonistycznych nawyków czy rezygnacji z coraz mniej odpowiadającego ich sytuacji statusu państwa rozwijającego się w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO).
Realizowane za pomocą wspólnej polityki handlowej posunięcia UE, próbującej znaleźć złoty środek w relacjach z innymi partnerami wciąż generują niemałą debatę, w której nie brak głosów od protekcjonizmu aż po wolną amerykankę.
Wojna handlowa, stająca się elementem nowego rozdania w stosunkach międzynarodowych, to również wojna o technologie.
W walce o dominację w świecie cyfrowym mamy do czynienia ze starciem amerykańskich i chińskich gigantów – GAFA kontra BATX[1]. Jak głosi nowe porzekadło „dane to nowa ropa”. Mając do czynienia z ogromną konkurencją o prymat technologiczny UE stara się zdominować rynek regulacji, w tym tych związanych z prawami obywatelskimi. Nasza nadzieja powinna kierować się w stronę przeniesienia do międzynarodowych protokołów unijnych przepisów, zawartych dziś w RODO.
Czemu nie pomyśleć o tym wraz z partnerami z Afryki? Powstanie uczciwego, efektywnego partnerstwa handlowego między Unią a Afryką – takiego, które uniknie zbędnych utarczek w świecie cyfrowym, jest w ciągu najbliższego dziesięciolecia całkiem realną perspektywą.
Utworzenie wspólnej inicjatywy, sprzyjającej inwestycjom i jednocześnie opartej na sprawiedliwym handlu oraz ochronie danych, pozwoliłoby Unii Europejskiej i Afryce na zbudowanie dobrze uregulowanego obszaru cyfrowo-handlowego do roku 2049.
Tak wydeptana ścieżka wzbudziłaby zainteresowanie korporacyjnych słoni-gigantów, zmuszając ich do przyjścia do stołu negocjacyjnego z bardziej życzliwym wobec decydentów nastawieniem.
Przemyślenie szlaków handlowych
Handel międzynarodowy, nawet jeśli poddany regulacjom ekonomicznym i technologicznym, musi również w znaczący sposób zmienić swój ślad węglowy. Jego obecny rozkwit wiąże się ze wzrostem emisji dwutlenku węgla. Do roku 2049 emisje gazów cieplarnianych ze wszystkich środków transportu mogą ulec nawet potrojeniu.
Kładąc na chwilę na bok kwestie transportu lotniczego to międzynarodowy przewóz ładunków – spośród którego transport morski odpowiada za przeszło połowę jego ogólnych emisji – przeskoczy pod względem ich ilości transport pasażerski. W jaki sposób – mając na uwadze ich wpływ na klimat – możemy zmieniać oblicze handlu międzynarodowego?
Istnieje konieczność pilnego zidentyfikowania wpływu wzrostu średniej, globalnej temperatury o 2 stopnie Celsjusza na handel międzynarodowy. Jakie otworzą się nowe drogi morskie – i które porty staną się w związku z tym ważne? Którym społecznościom zagrażać będzie największe ryzyko? Jakie rodzaje rolnictwa ulegną największym zmianom? Co z miejscami pracy? Jak w takim świecie wyglądać będzie mapa globalnego handlu?
Jeśli walka ze zmianami klimatu ma się stać priorytetem, wówczas jest czymś nieodpowiedzialnym pomijanie opcji, umożliwiających lepsze prognozowanie i regulowanie.
Innym istotnym zadaniem dla społeczności międzynarodowej jest ograniczenie – a najlepiej wyeliminowanie – negatywnego wpływu handlu międzynarodowego na klimat.
Zbyt długo relacje między handlem a środowiskiem stanowiły temat tabu. Refleksja na ten ten temat musi kształtować przyszłe działania polityczne. Zmiany w systemie handlowym przyszłości muszą oznaczać wzmacnianie oraz zachęcanie do handlowania na poziomie regionalnym, a nawet lokalnym.
Zaduma nad konsumpcyjnym charakterem współczesnych społeczeństw będzie przydatna w procesie tworzenia rozwiązań, umożliwiających ludziom wypożyczanie zamiast kupowania oraz używanie zamiast podsiadania własności.
Wyprodukowano w domu?
Czy zatem rozwiązanie problemów tkwi w lokalnej produkcji i krótkich łańcuchach dostaw? To byłoby zbyt proste.
Umiędzynarodowienie handlu zawsze wiązało się z otwarciem nowych możliwości. Widząc z jednej strony sukcesy Chin, z drugiej zaś problemy krajów rozwijających się, które – dobrowolnie bądź pod przymusem – zostały odizolowane od międzynarodowych rynków wydaje się, że dobrobyt i zrównoważony rozwój nie będą mogły być osiągnięte poza globalnym systemem (oczywiście w pewnych ściśle określonych warunkach).
Dla przykładu powinny być opracowane nowe reguły, mające na celu ograniczenie protekcjonizmu w sektorach takich jak rolnictwo, tekstylia czy leki. Kwestie te leżą u fundamentów kolejnej reformy WTO, która w ostatnich latach nie była zdolna do zasypania podziałów między poszczególnymi państwami członkowskimi.
Bardziej uczciwy, włączający system handlu międzynarodowego nie będzie możliwy bez stworzenia prawdziwie wielobiegunowej alternatywy dla istniejących obecnie opcji – selektywnego otwarcia bądź normalizacji wojen handlowych. Nowym regułom będą musiały towarzyszyć nowe formy rozwiązywania sporów za pośrednictwem międzynarodowego sądu, zdolnego do rozsądzania firm i rządów.
Odejście od ostatniej chwili
Innowacje technologiczne oraz konsekwencje zmian klimatu działają szybciej niż negocjatorzy. Tworzenie świata roku 2049 będzie wymagać czegoś więcej niż ignorowania rzeczywistości czy wytykania palcami. Wymagać od nas będzie wdrażania szerokiej palety innowacji w celu stworzenia regulowanego systemu handlowego, który nie będzie szkodził klimatowi.
Aby osiągnąć ten cel musimy zmierzyć się zarówno z dzisiejszymi, jak i przyszłymi niewiadomymi.
Czy rozwój drukarek trójwymiarowych zmieni produkcję tak, jak telefon komórkowy i Internet zmieniły doświadczenie zakupowe? Czy międzynarodowy handel usługami – eufemizm, kryjący za sobą postępujący outsourcing – stanie się ważniejszy niż wymiana dóbr? Czy bardziej regionalne podejście do handlu nimi, takie, w którym łatwiej jest śledzić proces, uczestniczyć mniejszym graczom, regulować czy dzielić się jego owocami, stanie się istotniejsze od globalnych łańcuchów wartości, z którego największej korzyści czerpią podmioty z jego końca?
Pomimo tych otwartych pytań – a właściwie to właśnie z ich powodu – wymiana handlowa jutra musi być bardziej inteligentna, skupiając się na realnej wartości dodanej danego produktu. Czas, w którym bez ustanku handlowaliśmy czym popadnie, niezależnie od związanych z tym kosztów, może już być przeszłością. Zbyt często niska cena produktu odbywała się kosztem planety i naszych społeczeństw.
Obraz globalnego handlu byłby dziś zupełnie inny, gdyby reguły gry umożliwiały realne w nim uczestnictwo podmiotom różnej wielkości oraz na rozkwit regionalnych łańcuchów produkcyjnych bez uciekania się do protekcjonizmu. Nowa równowaga w handlu – co widać nawet po tym krótkim omówieniu – jest jednym z ważnych pytań na kolejne dekady.
[1] Firmy z USA – Google, Apple, Facebook i Amazon, kontra te z Chin – Baidu, Alibaba, Tencent i Xiaomi.
Artykuł „Trading Places” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Czy potrafimy sobie jeszcze wyobrazić międzynarodową wymianę handlową opartą na trosce o ludzi i przyrodę?
Unijni decydenci nie zasypują gruszek w popiele. Korzystając z ograniczonego zainteresowania Stanów Zjednoczonych nowymi porozumieniami handlowymi (czego dowodem rezygnacja z udziału w transpacyficznym bloku TPP czy walka o renegocjację północnoamerykańskiego układu NAFTA) rozważają porozumienia z innymi graczami na globalnym rynku.
Podczas gdy administracja Donalda Trumpa usiłuje doprowadzić Pekin do ustępstw, które zapobiegną globalnej wojnie handlowej, coraz głośniej mówi się o porozumieniach UE z Japonią, Australią czy Nową Zelandią. Mają one doprowadzić m.in. do liberalizacji wzajemnego dostępu do rynków zamówień publicznych oraz zacieśnić więzi w sektorze rolnictwa oraz usług.
W tył zwrot?
Jeszcze niedawno wydawało się, że trend ten może ulec zahamowaniu. Waszyngton – realizując wyborcze hasła Trumpa – porzucił dyskusje nad porozumieniem TTIP. Kontrowersyjna umowa z Kanadą – CETA – blokowana była przez parlament Walonii. Przez Europę przetaczały się protesty obywateli, zaniepokojonych potencjalnymi negatywnymi skutkami ekologicznymi i społecznymi.
Wydaje się jednak, że odpowiedzią aktualnie stojących za sterem w Brukseli na nawrót protekcjonizmu jest postawienie na wolny handel. W równaniach zysków i strat przeważają zapewnienia o wzroście gospodarczym. Dużo rzadziej pojawiają się za to wątki, związane chociażby z wynikłym ze wzrostu wymiany handlowej wzrostem emisji gazów cieplarnianych.
Jeśli jednak założyć, że międzynarodowa wymiana handlowa będzie nam potrzebna nawet w wypadku, gdy postawimy na większą lokalizację naszych gospodarek, skracanie łańcuchów dostaw czy lokalną, realizowaną w modelu gospodarki o obiegu zamkniętym produkcję przemysłową wspomaganą drukarkami trójwymiarowymi to potrzeba alternatywnego modelu globalnej wymiany handlowej pozostanie niezmiernie istotna.
Próba znalezienia złotego środka między nieskrępowanym, nieliczącym się z lokalnymi uwarunkowaniami wolnym handlem a marzeniem o gospodarczej autarkii pozostaje trudnym zadaniem. Na poszukiwania zdecydował się ruszyć europejski oddział międzynarodowej organizacji Friends of the Earth – ich efekty zaprezentowała ona w raporcie „Setting Course for Sustainable Trade. A New Trade Agenda that Serves People and the Environment”.
Skutki uboczne
FoEE porusza w nim kwestie, z powodu których pozostaje krytyczna wobec wielu działających obecnie porozumień. Przypomina o rosnącym udziale transportu dóbr w emisjach gazów cieplarnianych. Zauważa też, że traktaty ustanawiają pozostający poza demokratyczną kontrolą arbitraż, wykorzystywany do podważania przyjmowanych na szczeblu krajowym regulacji, dotyczących środowiska czy zdrowia publicznego.
Jako alternatywę podaje siedem filarów, na bazie których powinny zostać oparte reguły globalnego handlu przyjaznego ludziom i środowisku. Aktywiści nie zadowalają się tym, by były one wpisane w nowe porozumienia – domagają się ich wpisania w już istniejące traktaty bądź ich rozwiązanie i ponowne wcielenie w życie już z ważnymi dla nich postulatami.
Filary te realizować mają w praktyce zasady trwałego, zrównoważonego rozwoju, gwarantując jednocześnie prawo do demokratycznego ustanawiania wysokich standardów socjalnych i ekologicznych oraz dając narzędzia do ich promowania na globalną skalę.
Nowy kierunek
Jak miałoby to wyglądać w praktyce? W publikacji znajdziemy szereg pomysłów, takich jak wyłączenie z liberalizacji rynku towarów o wysokim śladzie węglowym, wprowadzenie podatku węglowego na tego typu importowane towary (z którego dochody przeznaczane byłyby na pomoc w ekologicznej transformacji Globalnego Południa), wygaszenie dotacji i subwencji dla sektora paliw kopalnych czy efektywne opodatkowanie transportu morskiego i lotniczego, odzwierciedlające jego wpływ na zmiany klimatu.
Istotną rolę powinny – poza rozwiązaniami fiskalnymi – odgrywać również kwestie prawne. Prawo do skarżenia koncernów niszczących środowisko i łamiących prawa człowieka, wpisywanie w traktaty handlowe zasady przezorności czy klauzuli o wyższości praw człowieka i porozumień klimatycznych nad zapisami traktatów handlowych – to wszystko działania, mieszczące się w tej kategorii.
Inną kluczową kwestią jest zapewnienie, by porozumienia handlowe nie uniemożliwiały realizowania działań na rzecz rozwijania lokalnej gospodarki i upowszechniania się wysokich standardów. Punktem odniesienia powinny być zatem zrównoważone zamówienia publiczne, a nie jedynie najniższa, oferowana cena. Ochrona prawa do kupowania lokalnych produktów i wspierania procesu zazieleniania gospodarki i rozwoju przemysłowego (np. za pomocą korzystnych taryf dla energetyki odnawialnej), nie zaś zostawienia wszystkiego „niewidzialnej ręce rynku”.
Wszystko to wymaga zdaniem aktywistów zrealizowania jeszcze jednego celu – zwiększenia transparentności traktatów handlowych, i to już na poziomie ich negocjacji. Swoje własne uwagi i poprawki powinien mieć prawo zgłaszać również Parlament Europejski. Same porozumienia powinny być poddawane regularnej ewaluacji (mogącej stać się powodem renegocjacji danego traktatu), a także być podpisywane na określony okres zamiast bezterminowo.
Bitwa o handel
Brzmi dość protekcjonistycznie? Niewykluczone. Porównajmy jednak te postulaty z działaniami aktualnego rządu Stanów Zjednoczonych by zauważyć, że nie mamy tu do czynienia z próbą przeforsowania zasady „najpierw Europa”. Spora część zysków z podtrzymania taryf czy np. opodatkowania transakcji finansowych wspierałaby lokalne gospodarki również poza kontynentem. W raporcie znajdziemy zresztą również propozycję obniżenia stawek na tropikalne owoce i warzywa hodowane z poszanowaniem zasad zrównoważonego rozwoju i godnej płacy.
Osoby odpowiedzialne za raport zadają ważne pytania. Czy celem globalnego handlu ma być zwiększanie obrotów czy może poprawa dobrostanu ludzi i planety? Wspieranie działań na rzecz walki ze zmianami klimatu – czy może ich podminowywanie? Promowanie otwartej dyskusji na temat jego kształtu – czy może uznawanie, że są to eksperckie decyzje, którym obywatelska partycypacja jedynie szkodzi?
Do niedawna wydawało się, że o tego typu wątpliwościach nie było sensu dyskutować – wszak raz przyjęte porozumienie zdawało się być wyryte w kamieniu. Przykład Donalda Trumpa dowodzi, że tak być nie musi. Ryzyko, że bez publicznej debaty i zgody na taką, a nie inną politykę handlową zostanie ona zmieniona w kolejnym cyklu wyborczym przestało być jedynie hipotetycznym scenariuszem.
Nie da się zaprzeczyć, że prosta zmiana polityki handlowej, pozbawiona całościowych działań na rzecz transformacji ekologicznej (od wspierania lokalnych gospodarek aż po wdrażanie nowoczesnych rozwiązań technologicznych) może skończyć się kłopotami gospodarczymi – z wojną handlową włącznie. Nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy na ten temat dyskutować. Raport Friends of the Earth daje aktywistom argumenty w tej dyskusji.
Argumenty, które mogą się im przydać już wkrótce.
Zdj. Fragment okładki raportu „Setting Course for Sustainable Trade. A New Trade Agenda that Serves People and the Environment”
Czy po wyjściu Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej kraj ten stanie się liderem globalnego handlu? A może nowym rajem podatkowym u wrót Europy? Jest alternatywa! (więcej…)
Bezprecedensowe w historii przemiany w rolnictwie krajów Północy – wprowadzanie monokultur, chemizacja, mechanizacja, czy szerokie stosowanie państwowych subwencji, wpływają bezpośrednio na rolników Trzeciego Świata stanowiących ogromną część ludzkości. Dość powiedzieć, że rolnictwo jest podstawowym źródłem dochodów dla 2,5 mld ludzi na całym świecie, czyli dla 35-38% globalnej populacji. Tzw. „Nowy Ład Produkcji Żywności” oznacza dla tej rzeszy rolników groźbę utraty dochodu ze sprzedaży produktów rolnych, na rzecz pionowo zintegrowanych korporacji. Kontrolują one w coraz większym stopniu światowy rynek żywności, od patentów na rośliny uprawne, poprzez środki ochrony roślin, uprawy, przetwórstwo i sieć sprzedaży, aż po dyktowanie cen produktów żywnościowych.
Większość mieszkańców państw sytej Północy zapewne żyje w przekonaniu, iż żywności mamy pod dostatkiem, i to w wyborze większym niż kiedykolwiek przedtem w historii. Jednak zbyt szybko przychodzi nam zapomnieć, że nasza żywność staje się coraz bardziej „zglobalizowana” – co oznacza, że np. zwiększona konsumpcja mięsa w Chinach spowoduje wzrost cen roślin paszowych na całym świecie. Świadczą o tym wydarzenia ostatnich lat – w 2016 roku zebrano 2,5 miliarda ton zbóż, czyli o 0,6% więcej niż w roku poprzednim. Jednak, jak podaje brytyjski dziennik The Independent, tylko mniej niż połowa tych zbóż przetwarzana jest na żywność, a w opinii Międzynarodowego Funduszu Walutowego subsydiowanie amerykańskich upraw kukurydzy GMO przeznaczonej do produkcji biopaliw, jest jednym z bardzo istotnych czynników narastającego kryzysu żywnościowego w krajach ubogich. Roczna globalna produkcja biopaliw pochłania 100 milionów ton zbóż, którymi można by nakarmić ubogie kraje Południa. Według ONZ, do napełnienia 50-litrowego baku samochodu alkoholem etylowym, potrzeba aż 232 kilogramów kukurydzy – czyli wystarczającej ilości, by wyżywić jedno dziecko w ciągu roku. W konsekwencji w ostatnich latach żywność na światowym rynku staje się coraz droższa. W styczniu 2017 r. jej ceny były o 16,4 proc. wyższe niż w analogicznym okresie rok wcześniej i ponad 2 proc. wyższe niż w grudniu 2016 r. W ujęciu miesięcznym najbardziej podrożały: zboża, cukier, oleje roślinne i produkty mleczne. Według dyrektora generalnego Polskiej Federacji Producentów Żywności – Andrzeja Gantnera, drożejąca szybko żywność to efekt spekulacji na światowych giełdach. Według niego, inwestorzy liczą, że to właśnie żywność przyniesie im największy spekulacyjny zysk, a to przekłada się na wzrost cen zbóż czy cukru.
W konsekwencji wymienionych procesów, rosnące ceny żywności wywarły negatywne skutki dla wielu krajów Południa i ich mieszkańców – niedobory żywności stały się globalną rzeczywistością. Burzliwy proces wzrostu cen podstawowych produktów żywnościowych zdegradował 75 milionów ludzi na świecie do kategorii głodujących i wpędził około 125 milionów mieszkańców krajów rozwijających się w skrajne ubóstwo. By chronić lokalny rynek, w Egipcie, Kambodży, Indiach, Indonezji i Wietnamie eksport ryżu został okresowo zakazany. Można powiedzieć, iż te właśnie procesy spowodowały, że solidarność krajów Południa, krucha w czasach taniej żywności, rozsypała się w ostatnich latach. W 2008 r. najbardziej dramatyczne rozruchy głodowe miały miejsce na Haiti. Biorąc pod uwagę fakt, że 80% populacji żyje tam za mniej niż dwa dolary dziennie, podwojone ceny ryżu w pierwszych czterech miesiącach 2008 r. doprowadziły do wybuchu gwałtownych niepokojów, które zakończyły się dopiero po ustąpieniu premiera tego kraju. Zamieszki na Haiti w swojej intensywności przypominały rozruchy przeciwko Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu w Wenezueli – tak zwane Carazco, które zmieniły kształt polityki tego kraju prawie dwie dekady wcześniej. W skali globalnej około 70% krajów biednych, tych, których gospodarka opiera się na rolnictwie, stały się importerami żywności netto kupując ją w krajach zamożnych.
Lansowane przez kraje Północy uprzemysłowienie i intensyfikacja upraw, prowadzi w krajach Południa do bardzo dotkliwych skutków społecznych. Przykładem może być tu Argentyna, gdzie po wprowadzeniu dwadzieścia lat temu, za radą krajów Północy, zmechanizowanej, bezorkowej uprawy monokultury soi, zapotrzebowanie na pracę spadło do tego stopnia, że setki tysięcy robotników rolnych musiało odejść z rolnictwa. Wszystko to przyniosło wielką plajtę rolników argentyńskich – tylko w latach 1988-2002 upadło tam ponad 100 tys. farm stanowiących 25% wszystkich małych gospodarstw w tym kraju, a liczba farm mlecznych spadła w Argentynie o połowę. Ziemia bankrutujących rolników trafiła w ręce właścicieli latyfundiów. Podobny proces odbył się także w sąsiadującym z Argentyną Paragwaju, gdzie „sojowa rewolucja” doprowadziła do niewiarygodnej koncentracji ziemi: 1% ludności tego kraju posiada obecnie aż 77% ziem rolnych. Również tu, w ciągu ostatnich 20 lat 100 tys. rolników zostało wypartych ze wsi, by zasilić rzeszę bezrobotnych mieszkańców szybko rozrastających się slumsów wielkich miast.
Migracja tego typu narasta również w Ameryce Północnej, bo podpisany przez USA, Kanadę i Meksyk układ o wolnym handlu NAFTA przyczynił się do zagłady tradycyjnego, meksykańskiego rolnictwa, opartego na tradycyjnych, rodzinnych gospodarstwach rolnych: wyparły je korporacje rolnictwa przemysłowego, błyskawicznie przejmujące ziemię rolną Meksyku. Na dodatek tamtejszy rynek konsumpcyjny został zalany tańszymi, bo dotowanymi przez państwo, artykułami rolnymi z USA. W konsekwencji miliony wyrugowanych z ziemi chłopów meksykańskich zaczęło nielegalnie przekraczać granicę USA w poszukiwaniu pracy i godnego życia. Ten przykład pokazuje dobitnie jak bardzo problemy globalizacji światowego rolnictwa przekładają się na problemy społeczne świata w którym żyjemy, a zwłaszcza na nabrzmiewający w ostatnich latach, niezwykle bolesny problem globalnej, masowej migracji ekonomicznej mieszkańców Południa do krajów Północy.
Artykuł ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr. 028/lipiec 2017, do ściągnięcia w formacie pdf: http://zielonewiadomosci.pl/numer/28/
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Jeśli lewica chce przekuć rosnące w siłę nastroje antyestablishmentowe w Europie, musi postawić na stole kwestię przyszłości kapitalizmu oraz odpowiedzieć na napięcie między dalszą integracją ekonomiczną a przyszłością demokracji w Europie. (więcej…)
Amnesty International poinformowało, że nawet siedmioletnie dzieci pracują w kopalniach kobaltu Demokratycznej Republiki Konga, który to kobalt używany jest w przemyśle elektrotechnicznym, stanowiąc ważny element smartfonów, komputerów czy samochodów. Importerami są znane marki jak Apple, Microsoft czy Vodafone.
W kopalniach dzieciom płaci się dolara dziennie, pracują w bardzo niekorzystnych warunkach środowiskowych, bez odzieży ochronnej, po 12 godzin, z ciągłym zagrożeniem życia, przymuszane przemocą i zastraszaniem.
Właścicielem kopalni jest koncern Huayou Cobalt, którego lista klientów zawiera szesnaście pozycji. Spośród nich połowa ogłosiła, że nie pozyskuje kobaltu z Demokratycznej Republiki Konga lub nie jest klientem Huayou Cobalt. Reszta zgodziła się pomóc w śledztwie AI i przyjrzeć się łańcuchowi zaopatrzenia swoich koncernów.
Demokratyczn Republika Konga eksportuje ponad połowę światowego wydobycia kobaltu. 20% kongijskiego wydobycia pozyskiwana jest w kopalniach południa kraju, gdzie może pracować nawet 40 tysięcy dzieci.
Dodał: Łukasz Markuszewski
Komisja Europejska, po zakończonym właśnie postępowaniu wyjaśniającym, uznała system podatkowy Belgii za szkodliwy dla unijnej konkurencji. „System stanowi odstępstwo od normalnej praktyki zgodnej z belgijskimi przepisami dotyczącymi podatku od przedsiębiorstw” – uznała komisarz ds. konkurencji Margrethe Vestager.
Belgijski system podatkowy umożliwiał wielkim korporacjom obniżenie swoich danin o 50-90%, co zostało uznane za niezgodne z duchem konkurencji europejskiej, bo rozwiązania te nie były dostępne dla niewielkich firm lokalnych i krajowych.
System został wprowadzony w 2005 r. przez rząd Guya Verhofstadta, obecnego lidera Sojuszu Liberałów i Demokratów na rzecz Europy oraz kandydata tej frakcji na przewodniczącego Komisji Europejskiej w 2014 r.
Dodał: Łukasz Markuszewski
Neoliberalizm, pokładając dużą nadzieję w zaistnienie dzięki reformom warunków dla idealnej konkurencji, zapomina jednak o paru kwestiach, które szczególnie mocno wypłynęły przy okazji obecnego kryzysu ekonomicznego. (więcej…)
Paradoks polega na tym, że zachłysnęliśmy się wizją amerykańskiego uniwersytetu. kopiując od nich „listę wymagań”. Tyle że tam nie ma żadnej listy wymagań… Z dr Izabelą Wagner, socjolożką zajmującą się badaniem karier naukowców, rozmawia Adam Ostolski. (więcej…)
Co widzimy, patrząc na kraby albo banany w supermarkecie?
Żyjemy w gmatwaninie współzależności, a w erze globalizacji jest to tym bardziej znaczące. Np. warunki pracy hodowców bananów na Wyspach Karaibskich i stan ekosystemu tych wysp są w określony sposób powiązane z regulacjami globalnego handlu, a także z konsumentami kupującymi banany na całym świecie.
Aby poradzić sobie z globalnym kryzysem ekologicznym, musimy dostrzec współzależności między różnymi wymiarami kryzysu i zrozumieć, w jakiego rodzaju błędnym kole utkwiliśmy. Musimy wydobyć się z kolein utartych nawyków, społecznych konwencji i pewnej „infrastruktury mentalnej” – wedle określenia niemieckiego psychologa społecznego Haralda Welzera. Powinniśmy pozwolić sobie na eksperyment i na doświadczenie alternatywy. W ciągu ostatnich czterech dekad eko-artyści rozwinęli jeden ze znaczących i inspirujących sposobów, aby zrobić te trzy rzeczy: dostrzec, zrozumieć i sięgnąć po alternatywy.
Jedną z takich artystek jest Shelley Sacks, która przyjrzała się bliżej współzależnościom między bananami, robotnikami i konsumentami. Mieszkając we wczesnych latach 70. w RPA, zaczęła zbierać i suszyć skórki od bananów. Zastanawiała ją sytuacja producentów i ekonomiczne sieci, w które byli uwikłani. W latach 90., już w Wielkiej Brytanii, rozpoczęła projekt zatytułowany „Wartości wymienne: obrazy żywotów niewidzialnych” (Exchange Values: Images of Invisible Lives). Zakupiła sporo bananów, wysuszyła je i zbudowała z nich ciemne płachty, na których umieściła zdjęte z firmowych skrzynek etykiety z ewidencyjnym numerem uprawy. Przeprowadziła wywiady z farmerami uprawiającymi te konkretne banany na karaibskich Wyspach Nawietrznych. Organizowała spotkania zarówno brytyjskich konsumentów (częstując ich na spotkaniu bananami i zbierając skórki), jak i karaibskich producentów. W obu przypadkach dyskutowano o globalnych współzależnościach i przywoływano zasady sprawiedliwego handlu. Sacks organizowała także spotkania towarzyszące instalacjom artystycznym w różnych muzeach, zestawiając słodko pachnące bananowe płachty z odtwarzanymi głosami producentów bananów, mówiących o swoich raczej gorzkich warunkach życia i pracy.
Według artystki spotkanie z jej pracami ma wartość transformacyjną:
„Chociaż samo odsłuchiwanie głosów niewidzialnych producentów nie powoduje natychmiastowej zmiany status quo, słuchacze opowiadali mi później, że doświadczenie fizycznej nieobecności wytwórcy było namacalne – wytwórcy, którego «skórka» jest rozciągnięta przed nami, podczas gdy wewnątrz słyszymy jego głos. Wszystko to uruchamia wyobraźnię i wywołuje wewnętrzne poruszenie, które następnie przenosimy na zewnątrz. Ludzie przyznawali, że to doświadczenie zrodziło w nich gotowość do świeżego spojrzenia. Dało im siłę do szukania dróg zmiany świata na lepsze i do aktywnego działania w tej sprawie” (Shelley Sacks, „Exchange Values Six Years On”, www.exchange-values.org).
Sztuka ekologiczna potrafi wiązać ze sobą zagadnienia z różnych dziedzin: łączy płaszczyznę ekologiczną, społeczną, kulturową, polityczną i gospodarczą. Eko-artyści badają i ujawniają powiązania między człowiekiem a innymi (zwierzętami, roślinami itd.) z jednej strony tu i teraz, a z drugiej – wtedy i tam, oscylują między perspektywą krótko- i długoterminową, między skalą lokalną i globalną. Artyści uwypuklają te współzależności, które powinny być powszechnie znane, pracują nad nimi, eksperymentują. Nie działają jednak jak samotni herosi, ale raczej starają się kształtować i udostępniać wspólną przestrzeń dla szerszej grupy uczestników, aby wspólnie badać i wspólnie zmieniać zastaną sytuację. Sztuka ekologiczna stosuje te same wspólnotowe zasady, które znajdują wyraz w ruchu na rzecz dóbr wspólnych (commons) czy ekomiastach (transition towns).
Inny przykład eko-artu dotyczy pewnego gatunku krabów ze Sri Lanki. Para amerykańskich artystów Helen Mayer Harrison i Newton Harrison pracowała w latach 1972-1984 nad „Cyklem laguny” (Lagoon Cycle) – projektem, który uczynił z nich wiodących przedstawicieli eko-artu. W pracy tej łączyli artystyczne dociekania z naukowymi badaniami nad złożonością ekosystemowych warunków koniecznych do podtrzymania cyklu reprodukcyjnego krabów przebywających w sztucznych warunkach w Kalifornii. Projekt Harrisonów przyjął postać tekstu i obrazu, a „Cykl laguny” to jednocześnie książka i wystawa artystyczna, a niekiedy również performance.
Opowieść, jaką snują w „Cyklu laguny”, rozgrywa się na przemian między dwoma głównymi bohaterami. Lagunotwórca proponuje technologiczne rozwiązania problemu odtworzenia ekosystemu, w którym kraby mogłyby żyć w Kalifornii tak, jak w swoim naturalnym środowisku. Natomiast Świadek stara się krytycznie zbilansować i ocenić te propozycje. W tym celu bohaterowie odwiedzają Sri Lankę, poznają to miejsce, rozmawiają z miejscowymi rybakami. Lagunotwórca ma zamiar sprowadzić do Kalifornii kraby – „twarde sztuki” zdolne przetrwać niemal w każdych warunkach. Chce odtworzyć naturalne dla nich środowisko. Okazuje się jednak, że to trudne zadanie. Mimo to marzy dalej, projektując zakrojony na dużą skalę system hodowli krabów, który jednocześnie ma przywrócić do życia jezioro Salton Sea w Kalifornii. Skonfrontowany z ogromem ekologicznej katastrofy w Salton Sea, obmyśla gigantyczny system kanałów, aby odprowadzić zanieczyszczoną wodę do Zatoki Meksykańskiej i dalej do Pacyfiku. Jednak Świadek podnosi alarm, uprzytomniając Lagunotwórcy konsekwencje jego planów. Wspólnie dochodzą do wniosku, że przemieszczenie zanieczyszczonej wody z Salton Sea do Pacyfiku to krótkowzroczny, niemądry pomysł.
W swoich poszukiwaniach zrozumienia i kontroli, obaj bohaterowie napotykają rozmaite trudności. Pojawiają się też inni bohaterowie, stanowiący uosobienie bądź to „typowego” przedstawiciela społeczeństwa i kultury Sri Lanki, bądź społeczeństwa północnoamerykańskiego/„zachodniego”, bądź mechanizmów gospodarki rynkowej, a także skostniałych perspektyw roztaczanych przez niektóre dyskursy kapitalistyczne i marksistowskie. Współpraca Lagunotwórcy i Świadka uczy ich m.in. doceniać lankijską kulturę-w-naturze, w przeciwieństwie do dominującej w USA kultury-częściowo-poza-naturą. Ich cykle uczenia się splatają razem złożone wzory ekosystemów, stosunków społeczno-ekonomicznych i technologii w obu krajach. W obliczu globalnej zmiany klimatu „Cykl laguny” kończy się poetycką wizją, w której ludzkość wycofuje się łagodnie, wzdłuż brzegów rzek i oceanów.
Pośród stale rosnącej liczby przykładów eko-artu praca Shelley Sack o bananach i przygoda Harrisonów z krabami pozostają wzorcowe. Projekty sztuki ekologicznej często pociągają za sobą konkretne interwencje i wynalazki, związane z rewitalizacją lokalnych i regionalnych ekosystemów, a także z wzmocnieniem głosu miejscowych społeczności. Zgodnie z oświadczeniem wydanym wspólnie przez międzynarodową sieć przedstawicieli eko-artu www.ecoartnetwork.org, sztuka ekologiczna „powinna być zgodna z etyką ekologiczną zarówno w treści/formie, jak i użytych materiałach”. Artyści tego nurtu na ogół podpisują się pod przynajmniej jedną z poniższych zasad.
zwracać uwagę na sieci wzajemnych zależności w środowisku – na fizyczne, biologiczne, kulturowe, polityczne i historyczne aspekty ekosystemów;
tworzyć prace z naturalnych materiałów lub wykorzystywać siły natury takie jak wiatr, woda czy światło słoneczne;
odzyskiwać i odbudowywać zniszczone środowisko;
informować opinię publiczną o zależnościach ekologicznych i o problemach, z jakimi przyjdzie się zmierzyć;
odkrywać na nowo ekologiczne współzależności, tworzyć i proponować nowe możliwości koegzystencji, trwałego rozwoju i naprawy środowiska.
Eko-art w swoim najlepszym wydaniu jest nie tylko narzędziem podnoszenia świadomości ekologicznej oraz społecznej mobilizacji. Zwiększa też naszą wrażliwość na złożoność otaczającego świata. Nie poradzimy sobie z zawiłymi współzależnościami, dopóki będziemy patrzeć na świat przez pryzmat nowożytnych dychotomii, którymi nawykowo myślimy. Wychodząc poza dychotomię ciała i umysłu, mamy szansę uczyć się ciałem. Wychodząc poza dychotomię państwa i rynku, mamy szansę zbudować społeczeństwo oparte na dobrach wspólnych. Kolejną fundamentalną dychotomią, która zaćmiewa nasze rozumienie rzeczywistości, jest przeciwieństwo natura-kultura. Aby je przekroczyć, musimy nauczyć się cenić wartość i witalność kultury, która nie wzięła rozwodu z naturą.
Fragment publikacji „Toward Global (Environ)Mental Change: Transformative Art and Cultures of Sustainability” wydanej przez Fundację im. Heinricha Bölla. Tekst dostępny na licencji CC-BY-SA. Przeł. Rafał Czekaj.
Nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazał się polski przekład eseju Petera Sloterdijka „Kryształowy pałac”. Autor postawił sobie za cel sformułowanie filozoficznej teorii globalizacji. Jakie wnioski wynikają z niej dla Zielonych? (więcej…)