Zapraszamy do wzięcia udziału w wydarzeniu upamiętniającym 30 rocznicę wybuchu elektrowni atomowej w Czarnobylu, które odbędzie się 26 kwietnia w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku. Wydarzenie ma miejsce w ramach Tygodnia Akcji dla Świata bez Czarnobyla i Fukushimy.

termin| 26 kwietnia, wtorek
miejsce | ECS, pl. Solidarności 1, Gdańsk
wstęp | wolny + REZERWACJA MIEJSC na projekcję filmu
godzina | 17.00
| OTWARCIE WYSTAWY / ogród zimowy
Ekspozycja dokumentuje pobyt byłego premiera Japonii Naoto Kana w Polsce w 2014 roku oraz działania polskich aktywistów ekologicznych na Pomorzu. Wystawa będzie dostępna dla zwiedzających tylko 26 kwietnia.
| DLA PRZYSZŁOŚCI W 30 ROCZNICĘ, konferencja / audytorium
– Jan Haverkamp – Greenpeace
– Dariusz Szwed – Zielony Instytut
– Volodymyr Strizhak – likwidator skutków wybuchu elektrowni atomowej w Czarnobylu
– Aleksander Kłosiewicz / Marek Krukowski z Fundacji Wolność i Pokój
– Małgorzata Tarasiewicz – Network of East-West Women, dawniej: Amnesty International, WiP
– Ewa Dryjańska – działaczka ekologiczna
– Andrzej Sławiński – Muses.tv
| FUKUSHIMA: A NUCLEAR STORY, Włochy 2015, reż. Matteo Gagliardi, 85 min / audytorium
rezerwacja miejsc — formularz na stronie www ECS
Film pokazuje skalę i prawdziwy wymiar tragedii, jaka miała miejsce 11 marca 2011 roku w Japonii. Kraj doświadczył największego od 140 lat kataklizmu. Wielka fala tsunami wdarła się na ląd, niszcząc wszystko na swojej drodze. Uszkodziła elektrownię atomową Fukushima, powodując katastrofę naturalną. Podążamy śladami Pio d’Emilia, włoskiego reportera telewizji Italian Sky News, który od 30 lat mieszka w Japonii, a w dniu trzęsienia ziemi był w Tokio. W ECS odbędzie się polska premiera filmu.
Obecność na premierze zapowiedzieli: Volodymyr Strizhak zajmujący się likwidacją skutków wybuchu elektrowni atomowej w Czarnobylu oraz Pio d’Emilia, dziennikarz, współtwórca filmu.
Rejestracja na stronie:
Japonia dysponuje dziś 50 reaktorami jądrowymi do produkcji elektryczności (4 reaktory w Fukushimie zostały oficjalnie przeznaczone do rozbiórki 19 kwietnia 2012 r.). Jednak od lipca 2012 r. ze względów bezpieczeństwa działają tylko 2 reaktory w elektrowni jądrowej w Ooi. Produkowany przez nie prąd jest dystrybuowany tylko w regionie Kansai. Niektórzy eksperci ocenili, że ten region mógłby funkcjonować bez tych dwóch reaktorów. Czyli cała Japonia może funkcjonować bez EJ. Mimo tego rząd Japonii chce uruchomić jeszcze więcej elektrowni jądrowych. Dlaczego?
Krótka historia energetyki jądrowej w Japonii
Od 1955 r. z krótkimi przerwami (1993-1994 i 2009-2012) w Japonii rządziła Partia Liberalno-Demokratyczna (PLD). Za jej rządów zainicjowano program jądrowy, ustanowiono prawo jądrowe i wybudowano wszystkie elektrownie jądrowe.
Przez lata wytworzył się system współzależności, obejmujący PLD, urzędników, ekspertów, firmy energetyczne i mass media. W Japonii używa się określenia „nuklearna wioska”. Aż do awarii w Fukushimie dzięki udanej propagandzie proatomowej w mediach ta „nuklearna wioska” miała milczące poparcie 120 milionów obojętnych obywateli. W latach 2000 na świecie rozpoczął się tzw. renesans nuklearny, czyli nowa fala budowy elektrowni. Dla Japonii oznaczało to możliwość eksportu technologii jądrowych.
W 2009 r. w Japonii przejęła władzę Partia Demokratyczna (PD). Jednak nie oznaczało to zmiany proatomowej polityki. Partia jest popierana przez związki zawodowe firm energetycznych, dlatego nie jest w stanie zainicjować polityki uderzającej wprost w interesy swoich zwolenników. Z tego powodu była od początku proatomowa.
Po awarii z 11 marca 2011 r., Japończycy byli rozczarowani amatorskim podejściem, które zaprezentowała PD w odpowiedzi na problemy związane z katastrofą. Zaczęli też nieufnie podchodzić do energetyki jądrowej. Kiedy Naoto Kan, premier z PD, chciał ogłosić odejście od energetyki jądrowej, spotkał się z oporem ze strony własnej partii i „nuklearnej wioski”, i został zmuszony do podania się do dymisji. PD odwołała jego deklaracje. Ponadto zadeklarowała kontynuację polityki eksportu technologii jądrowych. Takie decyzje zostały podjęte w obliczu sprzeciwu ludności wobec budowy nowych elektrowni, planowanych przed katastrofą. Wywołało to jeszcze większy gniew społeczeństwa.
Ludzie rozczarowali się PD, ale nie mieli sensownej alternatywy w wyborach parlamentarnych w grudniu 2012 r. Nie udało się połączyć sił mniejszym, antyatomowym partiom, dlatego paradoksalnie zwyciężyła proatomowa PLD. Zgodnie z przewidywaniami PLD ogłosiła powrót do proatomowej polityki.
Dlaczego PLD chce ponownie uruchomić elektrownie jądrowe?
Przede wszystkim po to, by chronić interesy firm energetycznych. System obowiązujący obecnie w Japonii funkcjonuje na zasadzie: im więcej elektrowni jądrowych, tym większe zyski dla firm energetycznych. Właśnie z tego powodu firmy energetyczne budowały więcej elektrowni atomowych niż wynosiło rzeczywiste zapotrzebowanie. Odejście od energetyki jądrowej oznaczałoby więc dla nich straty.
Po ponownym objęciu władzy przez PLD, usunięto przeciwników energetyki jądrowej z komitetów ds. energii podlegających poszczególnym ministerstwom. Tym sposobem pozbyto się niewygodnych ekspertów. W takich warunkach nie można oczekiwać sprawiedliwej dyskusji. Komitety straciły już wiarygodność.
W kontekście energetyki jądrowej w Japonii warto pamiętać o jeszcze jednym istotnym fakcie. Teraz napływa coraz więcej informacji o tym, że niektórzy politycy chcieli, by Japonia weszła w posiadanie broni atomowej. Można ją wyprodukować z plutonu pozyskanego z wypalonego paliwa jądrowego. Np. Eisaku Sato, były premier, laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 1974 r. wydał polecenie sporządzenia tajnych ekspertyz o możliwości produkcji bomby atomowej. W tym czasie japońscy dyplomaci wysokiego szczebla odbyli nieformalne spotkanie z niemieckimi odpowiednikami i zasugerowali im chęć wejścia w posiadanie broni atomowej. W RFN istnieje oficjalny raport na ten temat.
Produkcja takiej broni pomimo ograniczeń konstytucyjnych od początku była brana pod uwagę, ale dopiero teraz niektórzy politycy i przedstawiciele inteligencji zaczęli otwarcie mówić o potrzebie zbrojenia atomowego lub przynajmniej posiadaniu potencjału produkcji bomby atomowej. Szacuje się, że Japonia już posiada ponad 40 ton plutonu w postaci zużytego paliwa, podczas gdy w amerykańskich głowicach jądrowych znajduje się 38 ton plutonu. Obiektywnie patrząc, Japonia ma o wiele większy potencjał do stworzenia arsenału nuklearnego niż Iran i Korea Północna razem wzięte.
Z ziemi japońskiej do Polski
Japońska polityka eksportu technologii jądrowych jest związana z Polską. Trzydziestego marca 2010 r. zawarte zostało polsko-japońskie porozumienie o współpracy w dziedzinie energetyki jądrowej. Potem odbyły się spotkania na wysokim szczeblu, np. 19 marca 2012 r. między Ministerstwem Gospodarki RP a Centrum Współpracy Międzynarodowej Japońskiego Forum Przemysłu Jądrowego (JAIF-ICC). Eksperci i urzędnicy z obu krajów zaczęli składać oficjalne wizyty, m. in. Hanna Trojanowska, Pełnomocnik Rządu ds. Polskiej Energetyki Jądrowej w dniach 14-17 grudnia 2012 r. przebywała w Fukushimie.
Obecnie trzy firmy atomowe oferują uczestnictwo w polskim programie jądrowym. Są to: Hitachi-GE, Toshiba-WH, i Areva. Hitachi-GE i Toshiba-WH to amerykańsko-japońskie firmy Z kolei francuska Areva współpracuje w dziedzinie badań i rozwoju z japońską firmą Mitsubishi. Czyli wszystkie oferowane Polsce reaktory są jakoś związane z Japonią.
Czwartego października 2012 r. Politechnika Warszawska i Hitachi-GE zawarły umowę ws. kształcenia inżynierów. Jednak Polska nie jest jedynym krajem, z którym rozwijana jest tego typu współpraca. Japonia prowadzi także negocjacje z Litwą, Finlandią, Wietnamem, Jordanią, Turcją, i wieloma innymi krajami.
W stronę realnej dyskusji
Kiedy rozpoczyna się dyskusja o EJ, dywaguje się zazwyczaj o prawdopodobieństwie wielkiej awarii, takiej jak w Czarnobylu czy Fuskuhimie. Taka dyskusja wydaje się niekonkluzywna. Można przytoczyć tu wyniki badań opublikowanych niedawno przez Instytut Chemii Maxa Plancka, z których wynika, że poważne awarie zdarzają się co 10-20 lat. Energetyka jądrowa niesie ze sobą duże ryzyko. Ale faktem jest także, że większość elektrowni jądrowych na świecie nie miało tak poważnych awarii.
Możemy jednak wymienić mnóstwo generowanych przez elektrownie jądrowe problemów, z którymi w 100% przypadków mamy do czynienia nawet przy ich bezawaryjnym działaniu. O tych problemach „nuklearna wioska” praktycznie milczy. To np. kłopot z odpadami jądrowymi. Japonia nie dysponuje technologią „back end”, czyli rozwiązaniami pozwalającymi na utylizację wypalonego paliwa jądrowego, jego składowania, recyklingu lub też neutralizowania.
Do tej pory nie ma w Japonii docelowego składowiska wypalonego paliwa, choć już przez 40 lat trwa dyskusja nad odpowiednią lokalizacją. Żadna wieś ani miasto nie chce przyjmować takich odpadów. Taka sytuacja od dawna jest określana ironicznie jako „mieszkanie bez toalety”. Technologia recyklingu oraz neutralizowania jest nadal w fazie badań, i nikt nie wie, kiedy zostanie opracowana jako opłacalny proces.
Koszt badań i rozwoju technologii „back end” powinien zostać wliczony w koszt elektrowni. Jeden z japońskich ekspertów już w 2010 r. wykazał, że elektrownia jądrowa jest droższa w porównaniu z elektrownią gazową/naftową/węglową czy wodną. Rzeczywistość znacznie odbiega od propagandowego sloganu o„tańszym prądzie”. „Nuklearna wioska” wykazuje się egoizmem i nieodpowiedzialnością/naiwnością wyrażając tylko nadzieję, że ktoś z następnego pokolenia znajdzie rozwiązanie kwestii odpadów. Niestety Japonia oferuje Polsce właśnie taką technologię. Technologię, która jest niekompletna.
Obserwuję to, jak program atomowy realizowany jest w Polsce. Słyszę np. wypowiedź minister Trojanowskiej z marca 2012 r. że, „decyzja powinna należeć do elit rządzących, nie należy obarczać społeczeństwa tego typu decyzjami”. Widzę jak Ministerstwo Gospodarki wydaje mnóstwo pieniędzy na proatomową kampanię (www.poznajatom.pl) ze sławną już oszukańczą treścią. Widzę jak proatomowi eksperci w mediach w kółko mówią o bezpieczeństwie elektrowni jądrowych, określając je jako symbol postępu i jak bagatelizują oddziaływanie promieniowania. Dlatego większość ludzi pozostaje obojętna na tę kwestię i tylko mieszkańcy miejscowości wytypowanych na lokalizacje elektrowni i wąska grupa uświadomionych obywateli protestują przeciwko energetyce jądrowej. To dla mnie koszmarne déjà vu.
Obiektywnie i ironicznie muszę napisać „Polska to druga Japonia”, niestety.
Ważne jest, by społeczeństwo zdawało sobie sprawę z problemów generowanych przez energetykę jądrową i wzięło udział w ogólnonarodowej dyskusji na ten temat, zanim będzie za późno. Należy wziąć pod uwagę to wszystko, co działo i dzieje się po awarii w Czarnobylu i Fukushimie. To jedyny kierunek dla rozwiniętego społeczeństwa obywatelskiego. To nie obecne pokolenie, ale to przyszłe pokolenia będą stanowili ci, którzy zapłacą najwięcej i ucierpią najbardziej z powodu problemów wywołanych przez energetykę jądrową, tak jak się stało w Japonii.
Podziękowanie dla Ewy Dryjańskiej za pomoc w tłumaczeniu. Artykuł na licencji CC-BY-NC-SA.
zp8497586rq
Polskie media i proatomowi eksperci wypaczają i przemilczają istotne fakty o katastrofie jądrowej w Fukushimie. (więcej…)
W drugą rocznicę niszczycielskiej katastrofy nuklearnej w Fukushimie przypominamy List otwarty Laureatów Pokojowej Nagrody Nobla do światowych przywódców, w którym apelują o rezygnację z niebezpiecznej energii nuklearnej i inwestycje w bezpieczniejsze źródła energii odnawialnej. (więcej…)
Rolnicy z okolic Fukushimy wciąż żyją w cieniu katastrofy. Z Mariuszem Dąbrowskim, podróżnikiem i dziennikarzem, rozmawia Ewa Dryjańska. (więcej…)
Przed awarią w Fukushimie w 2011 r. większość Japończyków wierzyła w liczne mity o energetyce jądrowej. Istniało przekonanie, że japońska technologia jest najlepsza na świecie, energetyka jądrowa jest bezpieczna, ekologiczna, tania i niezbędna dla Japonii. Dziś coraz mniej ludzi w nie wierzy, bo zostały obalone. (więcej…)
Dopiero po awarii zwykli ludzie zdali sobie sprawę, że rząd i firmy energetyczne często ukrywały niewygodne fakty, a jedynie w niezależnych internetowych mediach toczyła się obiektywna dyskusja o energii atomowej. Obecnie ludzie przestali wierzyć w „oficjalne wiadomości”. Z Yasuhiro Igarashi, doktorantem w Instytucie Chemii Fizycznej PAN, urodzonym w Fukushimie, rozmawia Marcin Wrzos. (więcej…)
Jeszcze w południe, 11 marca 2011 r. Yukio Yamaguchi, fizyk i aktywista ruchu antyatomowego uczestniczył w spotkaniu z przedstawicielami koncernu energetycznego Tepco. Celem posiedzenia komisji zajmującej się zabezpieczeniem elektrowni przed skutkami trzęsienia ziemi była m.in. kwestia tsunami.
Yamaguchi: „Przebieg był taki jak zawsze. Jeden przeciwko tuzinowi ludzi Tepco. A ci mówią, że wszystko jest w najlepszym porządku”.
Było tak przynajmniej do godz. 14.46, bo potem cały ten porządek zawalił się wraz z największym trzęsieniem ziemi, jakie w ostatnich latach nawiedziło Japonię. Mimo to po półgodzinnej przerwie wrócono do obrad, a Tepco dalej zapewniało o wysokim poziomie zabezpieczeń. Nikt w sali nie podejrzewał, że w tym samym czasie, 200 km dalej na wschód fala tsunami zmierzała w kierunku drugiego co do wielkości kompleksu atomowego Tepco. 14-metrowe fale przeciwko 6-metrowym murom ochronnym. Już krótko po 16.00, gdy spotkanie się skończyło, Tepco poinformowało rząd japoński, że straciło kontrolę nad reaktorem w Fukushimie Daiichi.
Slogany o bezpieczeństwie formułowane przez lobby atomowe po raz kolejny okazały się farsą. Już samo trzęsienie ziemi spowodowało pęknięcie rur, pręty paliwowe stopiły się i wyżarły dziury w podłodze zbiorników bloku 1. W wyniku katastrofy dziesiątki tysięcy ludzi musiały opuścić swoje domy, prawdopodobnie na zawsze.
Katastrofa w Fukushimie to również olbrzymie koszty: 700 mld jenów (6,7 mld euro) w formie pomocy finansowej od rządu japońskiego dla Tepco. Pieniądze te mają zostać przeznaczone m.in. na odszkodowania dla ofiar katastrofy atomowej. Prawdopodobnie nie będzie to jedyny z zastrzyków finansowych dla Tepco. Suma wszystkich roszczeń w na rzecz poszkodowanych wynosi 34 mld euro.
Atom schodzi z nieba
Tepco, czwarty z kolei światowy koncern energetyczny, zatrudnia 52 tys. ludzi. Jego roczne obroty to 35 mld euro. Obsługuje przeszło 45 mln klientów w regionie Tokio. Koncern Tepco jest wszędzie: opłaca badania naukowe, sponsoruje media, a w centrum popularnej dzielnicy, Tokio Shibuya urządził wielkie Muzeum Prądu. Dla Ministerstwa Przemysłu firmy produkujące energię elektryczną były zawsze organem wykonawczym polityki przemysłowej, dzięki czemu mogły one korzystać z polityki gwarantowanych zysków. Samo Tepco cieszyło się również poparciem rządu japońskiego. I to szczególnym: wynoszącym 43 mld euro wsparciem antykryzysowym.
„Japońskie społeczeństwo jest współodpowiedzialne za katastrofę w Fukushimie” – twierdzi Yamaguchi. Zdaniem fizyka wprawdzie przyczyny katastrofy były naturalne, ale warunki do niej stworzyła sama Japonia.
Fukushima to nie tylko upadek jednej elektrowni atomowej, ale i całego systemu, na którym została zbudowana japońska branża atomowa. „To jest wspólnota” – twierdzi Yamaguchi. – „Oni wszyscy studiowali na najlepszym uniwersytecie w Tokio i potem albo pracują w Tepco albo w urzędzie, który ma kontrolować Tepco”. Przemysł od lat powiązany jest z polityką. Menadżerowie Tepco należą do konserwatywnej partii liberalno-demokratycznej (LDP), związki zawodowe z kolei wspierają partię demokratyczną (DPJ), do której należy również premier Kan. Ani jedna ani druga partia nie pozwoliły sobie dotychczas na kurs antyatomowy. Jeszcze przed katastrofą w Fukushimie przewidywana przez Tepco wysokość fal tsunami została wyznaczona na max. 5,70 m. Powoływano się na komisję japońskiego towarzystwa inżynierów, której większość członków zatrudniona była wcześniej w koncernach energetycznych.
Taro Kono, parlamentarzysta konserwatywnej LDP w japońskiej Izbie Niższej: „Nasz kraj przeżył prawdziwe pranie mózgu. Energia atomowa jest w Japonii kultem”. Kono jest parlamentarzystą od 15 lat i jest znany ze swoich niezależnych poglądów. Jako jeden z nielicznych odważył się poddać w wątpliwość japońską politykę atomową. W ostatnich wyborach uzyskał jeden z najlepszych wyników w Japonii: „Tepco tłumaczy się teraz, że tsunami było większe, niż się spodziewano”. A czego można się było spodziewać, skoro bazowano na ustaleniach komisji zdominowanej przez pracowników koncernów energetycznych, niemal pozbawionej fachowców od tsunami i trzęsień ziemi?
Kono nie jest łatwo znaleźć sprzymierzeńców, ponieważ krytyka energii atomowej w Japonii może zakończyć wszelką karierę. Wpływy koncernu sięgają aż do laboratoriów naukowych, sponsorowanych milionowymi kwotami.
„Jako krytyk atomowy nie awansujesz, nie będziesz nawet profesorem i z całą pewnością nie zostaniesz powołany do żadnej ważnej komisji – twierdzi Kono.
Bezcelowe kontrole
Podobnie sponsorowane przez koncerny media. 11 marca, kiedy tsunami zalało elektrownię w Fukushimie, szef rady nadzorczej był akurat z dziennikarzami w Chinach na tzw. „podróży w celach naukowych”. Dziennikarz Takashi Uesugi został zwolniony z pracy po programie, w którym informował o zagranicznych relacjach prasowych na temat Fukushimy. Koncern skończył też sponsorować „Asahi Newstar” po tym, jak Uesugi zaprosił do studia gościa krytycznie ustosunkowanego do energii atomowej. Rząd japoński poprosił dostawców usług internetowych o usuwanie z internetu wszystkich fałszywych informacji o Fukushimie.
Nawet wówczas, gdy nie brakuje sygnałów alarmowych, te są ignorowane, jak np. skandal w 1989 r. wywołany podczas wewnętrznej inspekcji prowadzonej przez Kei Sugaoka, który sprawdzał reaktor 1 w Fukushimie Daiichi. Gdy zgłosił swoim przełożonym poważne usterki, polecili oni usunąć wspomniane informacje z nagrywanej dokumentacji. Sugaoka podporządkował się poleceniu, ale też wszystko to opisał i napisał list do japońskiego urzędu nadzoru atomowego Nisa. Wstrząsnęło to całym krajem, ponieważ okazało się, że Tepco systematycznie fałszował sprawozdania z inspekcji. Przy okazji wyszło na jaw, że także wielu pracowników Tepco zwróciło się do urzędu nadzoru atomowego z wątpliwościami w sprawie bezpieczeństwa. Nisa przekazywała dane osobowe tych pracowników prosto do Tepco. Między 2002 a 2006 r. Nisa otrzymała skargi przeszło 21 inspektorów z udokumentowanymi zarzutami w sprawie Fukushimy, ale nie reagowała. Nikt nie skontrolował Tepco.
Tetsunari Iida, inżynier atomowy: „Nasze kontrole są jednym wielkim oszustwem”.
Związki personalne między urzędami a przemysłem są legendarne. Doczekały się nawet swojej własnej nazwy: Amakudari, czyli „schodzący z nieba”. W praktyce wygląda to tak, że urzędnicy po zakończeniu swojej pracy w ministerstwach dostają lukratywne posady w wielkich koncernach energetycznych.
Żaden skandal nie spowodował zamknięcia elektrowni w Fukushimie. Jej praca została nawet przedłużona o kolejne 10 lat. Zgodnie z ostatnią umową, kontrolne inspekcje miały być przeprowadzane co 16 miesięcy, a nie jak wcześniej co 13. „To są konsekwencje dla Tepco tych wszystkich skandali: nowe standardy i mniej inspekcji” – ironicznie stwierdza Aileen Mioko Smith, aktywistka antyatomowa z Green Action. Na pytanie, czy koncern zastosował się kiedykolwiek do propozycji aktywistów antyatomowych, rzecznik Tepco odpowiada: „Nie rozumiem pytania”.
Co prawda, były premier Naoto Kan obiecał po katastrofie gruntowne zmiany w polityce energetycznej kraju, ale nie wszyscy w to wierzą. „Powstanie komisja do zbadania tego wypadku, ale zasiądą w niej ci sami ludzie co zawsze” – twierdzi Aileen Mioko Smith.
Protesty i porządki
Po katastrofie atomowej w Fukushimie ruch antyatomowy w Japonii, który wcześniej nie był dopuszczany do głosu, powoli zaczął nabierać znaczenia. 11 czerwca w ok. 100 miastach, w tym w Tokio i Hiroshimie, tysiące Japończyków wyszły na ulice, aby uczcić minutą ciszy pamięć ofiar trzęsienia ziemi, przez które zginęło ok. 23 500 ludzi, a także zademonstrować przeciwko energii atomowej. „Nie chcemy elektrowni atomowej” i „Nigdy więcej Fukushimy” – z takimi hasłami na plakatach demonstrowali robotnicy, studenci i rodzice z dziećmi.
„Nadchodzi czas przechodzenia na energie odnawialne” – powiedział w Tokio szef Greenpeace International, Kumi Naido. W samym tylko Tokio pod siedzibą firmy Tepco przyszło wiele tysięcy ludzi.
Po kolejnych trzech miesiącach, 11 września, dokładnie pół roku po katastrofie odbyła się w Tokio wielka demonstracja z udziałem ok. 60 tys. przeciwników energii atomowej. Taro Yamamoto jeden z protestujących : „Musimy zatrzymać wszystkie elektrownie atomowe, żeby zapewnić nasze przeżycie. To żądanie jest problemem dla tych, którzy chcą zapewnić zyski”. Wielu uczestników protestu krytykowało nowego szefa rządu Yoshihito Noda, który zapewnia o bezpieczeństwie japońskich elektrowni atomowych i zapowiada ich ponowne włączenie.
Ruiko Muto, przywódca ruchu antyatomowego w Fukushimie rządowi, jak i koncernowi Tepco zarzucał zatajanie faktów przed ludnością: „Rząd nie chroni swoich obywateli. Ludzie w Fukushimie stali się przedmiotem eksperymentu atomowego”.
Pół roku po katastrofie atomowej w Fukushimie wciąż widać jej skutki. Miliony metrów sześciennych ziemi zostało skażonych radioaktywnie i muszą zostać usunięte, wg japońskiego Ministerstwa środowiska dotyczy to powierzchni 2400 km2, która rozciąga się na prefekturę Fukushima i cztery sąsiednie. Dla porównania cały region Tokio ma powierzchnię 2170 km2. Rząd przyznał dotychczas 220 mld jenów na dekontaminację. Ministerstwo środowiska złożyło wniosek o przyznanie dalszych 450 mld jenów. Specjaliści są zdania, że usuwanie skutków tej katastrofy będzie kilka razy droższe.
Z symulacji ekspertów z Ministerstwa środowiska wynika, że powinno się usunąć 5 cm warstwy gleby łącznie z liśćmi, w której osadził się radioaktywny cez. Gdyby usunięto glebę, liście i inne śmieci tylko z tego rejonu, powstałaby hałda o objętości 28 mln metrów sześciennych. Ale prawdopodobnie oczyszczone zostaną tylko niektóre części rejonu jak szkoły, miejsca publiczne, osiedla i obszary rolnicze. Reszta będzie musiała zostać w jakiś sposób odgrodzona. Pytanie tylko: gdzie wyrzucić te radioaktywne śmieci?
Kto chce wspierać rozwój energii ze źródeł odnawialnych, powinien być przeciwny budowie nowych EJ czy przedłużaniu okresów eksploatacji funkcjonujących obecnie. Wystąpienie Katarzyny Dmochowskiej na konferencji „Kobiety przeciwko atomowi”. (więcej…)
Jedenastego marca potężne trzęsienie ziemi o sile niemal 9,0 stopni Richtera wywołało falę tsunami, która uderzyła w wybrzeże Japonii i wśród innych tragicznych zniszczeń uszkodziła poważnie elektrownię Fukushima Dai-ichi. Dziś wiemy już: to największa katastrofa atomowa w Japonii od czasów Hiroszimy i Nagasaki. Czy winny jest tylko żywioł i nieprzewidywalne zjawisko geologiczne? Warto przyjrzeć się głębiej problemowi bezpieczeństwa w energetyce jądrowej.

Zignorowano wcześniejsze ostrzeżenia
Już w 2009 roku wybitny japoński sejsmolog Yukinobu Okamura, szef Centrum Badań nad Aktywnością Uskoku i Trzęsieniami Ziemi w National Institute of Advanced Industrial Science and Technology w pisemnym raporcie zwrócił uwagę koncernowi TEPCO na zagrożenie ze strony potężnego tsunami. TEPCO nie tylko zignorowało ostrzeżenia, ale i zapewniło, że elektrownia została zbudowana z zabezpieczeniami przeciw trzęsieniom ziemi.
W 2006 roku, po długich debatach, Komisja Bezpieczeństwa Nuklearnego zaostrzyła przepisy bezpieczeństwa dotyczące tsunami. Na konferencji prasowej 5 kwietnia Japońska Agencja Bezpieczeństwa Atomowego przyznała, że wiedziała o zagrożeniu tsunami i że elektrownia w Fukushimie była akurat na krótko przed kontrolą sprawdzającą bezpieczeństwo przed takimi tsunami.
Nierzetelność kontroli wewnętrznej, Słaby nadzór państwowy
Nagminne jest nieprzeprowadzanie planowych inspekcji (kontroli technicznych) poszczególnych podsystemów elektrowni. Japońska Agencja Bezpieczeństwa Atomowego NISA wydała 2 marca 2011 roku raport o niekompletności inspekcji przeprowadzanych przez koncern TEPCO w elektrowni atomowej Fukushima. NISA oficjalnie stwierdza: „Nie możemy uznać, że uchybienia wymienione w raporcie nie miały wpływu na łańcuch wydarzeń prowadzących do obecnego kryzysu”. Wśród niesprawdzonych części znalazły się centralne elementy systemu chłodzenia sześciu reaktorów, takie jak przykładowo silniki Diesla i awaryjne agregaty prądotwórcze, czyli dokładnie te elementy, które uważane są za przyczynę katastrofy w elektrowni.
W latach 80-tych i 90-tych fałszowano wielokrotnie dokumenty dobrowolnych inspekcji. W 1991 i 1992 roku przy sprawdzaniu reaktora Fukyshima 1 zatajono wiele nieszczelności w zbiorniku bezpieczeństwa. W 1994, 1997 i w 2000 roku odkryto poważną nieszczelność w obudowie rdzenia odpowiedzialną za wycieki radioaktywne; w 2000 stało się to przyczyną wyłączenia elektrowni.
Mimo rażących zaniechań w wewnętrznej kontroli technicznej w Fukushima Dai-ichi agencja NISA nie uznała wówczas, by zaniechania te stanowiły duże zagrożenie i dała TEPCO czas na poprawki do 2 czerwca 2011. Około miesiąca przed katastrofą NISA wydała pozwolenie na przedłużenie na następne 10 lat działalności 40-letniej elektrowni, która planowo powinna zostać zamknięta.
Ukrywanie awarii, fałszowanie dokumentów
Koncern TEPCO ma – jak się okazuje – wieloletnie tradycje wypadkowe. W 2002 odkryto pęknięcie jednej z rur obiegu pierwotnego, a ponadto ujawniono nieprzeprowadzenie inspekcji w trzynastu reaktorach TEPCO oraz sfałszowane dokumenty. W 2006 zarzucono koncernowi sfałszowanie danych dotyczących temperatury wody chłodzącej w reaktorach w sprawozdaniach z lat: 1985, 1988 i 2005.
Już w 2003 roku Koncern TEPCO przyznał się do wielu planowanych lecz nieprzeprowadzonych wówczas inspekcji w elektrowni Fukushima i zapewniał o nowej kulturze przedsiębiorstwa, żelaznej etyce i polityce otwartej komunikacji.
Jednak jak widać, w polityce informacyjnej niewiele się zmieniło i podczas obecnego kryzysu koncern informował rząd tylko o tym, czego nie dało się już zataić. W 2007 roku, w wyniku katastrofy po trzęsieniu ziemi, zmarło ośmiu pracowników elektrowni Kashiwazaki-Kariwa. Po przeprowadzonej dekontaminacji i rocznym wyłączeniu reaktora okazało się, że TEPCO zaniedbało 117 inspekcji. W 2009 doszło do pożaru w tej samej elektrowni.
Chaotyczna reakcja na kryzys
Doraźne, chaotyczne próby opanowania sytuacji od samego początku katastrofy są dalszym ciągiem polityki dezinformacji; TEPCO nie informuje szczegółowo ani rządu ani prasy. Akira Omoto, były manager koncernu, powiedział „Wall Street Journal”: Już w pierwszych godzinach TEPCO opóźniało jak tylko mogło chłodzenie reaktorów wodą morską po to, by przede wszystkim ratować reaktory. Trwało to do czasu eksplozji w pierwszym reaktorze, która przekonała TEPCO o powadze sytuacji.
Na dodatek nikt nie pomyślał o jednoczesnym zorganizowaniu słodkiej wody do dalszego chłodzenia. Skrystalizowana sól na powierzchni stalowych obudów rdzeni zaczęła utrudniać właściwe ich chłodzenie. Następnego dnia po trzęsieniu nikt nie śmiał odmówić premierowi Kan lotu helikopterem nad Fukushimą, co katastrofalnie przesunęło w czasie wypuszczenie radioaktywnej pary z pierwszego reaktora.
Po pierwszych błędach przyszły następne. Były inżynier atomowy, odpowiedzialny wcześniej za bezpieczeństwo reaktorów w Fukushimie, Masashi Goto wytknął słabe punkty w systemie bezpieczeństwa japońskich elektrowni atomowych. Specjaliści tacy jak on odpowiedzialni są tylko za pewne pojedyncze urządzenia, co nie jest problemem przy awarii jednego z nich, ale prowadzi do chaosu gdy takich awarii jest kilka równocześnie.
Chaos i brak komunikacji między rządem a koncernem dobrze ilustruje fakt, że premier Kan dopiero czwartego dnia zorganizował centrum informacji i wspólne centrum kryzysowe. TEPCO nie informowało premiera w ogóle albo wymijająco o tym co się dzieje w elektrowni, do tego stopnia, że Kan nie był w stanie udzielić informacji o stanie katastrofy amerykańskiemu prezydentowi Obamie. W dwa tygodnie od wystąpienia pierwszych problemów TEPCO nie zorganizowało sytemu informowania pracujących w elektrowni techników o wysokości skażenia radioaktywnego poszczególnych pomieszczeń, jak również nie dostarczyło brakujących liczników Geigera.
Brak takich podstawowych informacji był przyczyną silnego napromieniowania trzech pracowników, u których wystąpiły symptomy choroby popromiennej. Kierownictwo TEPCO najpierw zwaliło winę za to na samych pracowników, którzy mieli zignorować dane z liczników, później jednak przeprosiło.
Pracownicy ci należą do tzw. cyganów atomowych: źle opłacanych pracowników, których TEPCO zatrudnia spoza firmy, na umowy zlecenia. W latach 70-tych – jak okazuje się dopiero teraz – z powodu chorób związanych z promieniowaniem zmarły setki takich pracowników.
Coraz więcej ekspertów widzi we wszelkich działaniach koncernu bezradność i bezsilność, spowodowaną brakiem planu i przemyślanych działań. W żadnym podręczniku nauk atomowych nie znajdzie się takich przykładów radzenia sobie z problemem zapobiegania stopieniu rdzenia jak lanie wody z helikopterów.
Co się dzieje teraz?
W trzecim tygodniu katastrofy nadal nikt nie wie, którędy z uszkodzonych reaktorów radioaktywność wycieka na zewnątrz. A poważnie skażony jest już teren w promieniu co najmniej 30 km dookoła Fukushimy, skażenie radioaktywne przenika też do wód podziemnych, w wyniku czego skażona jest z kolei woda pitna, co grozi także oddalonemu o 250 km Tokio. Odrębnym problemem jest bardzo poważne skażenie Pacyfiku. Skażenie środowiska jest mierzone nieregularnie, a pierwsze dane ukazały się na stronie Ministerstwa Nauki i Wychowania dopiero po dwóch tygodniach i są podawane sporadycznie.
Z każdą nową informacją sytuacja w Fukushimie staje się coraz bardziej nieprzejrzysta. A według NISA prace w Fukushimie mogą ciągnąć się jeszcze miesiącami. Koncern TEPCO nie tylko usiłuje zapobiec następnemu możliwemu topnieniu rdzenia w reaktorach, ale i odkrywa przy okazji coraz to nowe dziury, przez które wycieka wysoko radioaktywnie skażona woda. Wszelkie dotychczasowe próby ich załatania się nie udały. Woda ta wpływa cały czas do oceanu. Cała ruina Fukushimy zalana jest miejscami do 1,5 m radioaktywną wodą, która utrudnia prace w elektrowni. Koncern TEPCO chce w związku z tym wylać 11,5 tys. ton tej wody do Pacyfiku. Jest to konieczne, żeby zrobić miejsce na bardziej skażoną wodę Problemów zamiast ubywać przybywa.