Czym jest życie i co po nim, jaka czeka nas przyszłość… oto egzystencjalne pytania, które zadawała kiedyś filozofia czy nauki humanistyczne. Dzisiaj do tej listy można dodać jeszcze dylematy jak np. po co ratować ten świat albo czym jest sprawiedliwość międzypokoleniowa. Kto ma na nie odpowiedzieć – przyrodnicy, humaniści, a może jest trzecia droga?
Najazd na humanistykę, podważanie jej kompetencji, to fenomen światowy. Prezydent Brazylii oznajmił wręcz, że humanistykę należy wyłączyć z finansowania publicznego, że najważniejsi są naukowcy – przyrodnicy, medycy i inżynierowie. Ale kiedy przychodzi do ostrzegania i sugerowania ostrożności, to okazuje się, że nawet klimatolodzy czy biolodzy traktowani są przez polityków po macoszemu, bo pozbawiają złudzeń ich samych czy inżynierów fantastów, że technologią można uratować świat przed klimatyczną apokalipsą. Wspólny front przyrodników i humanistów przyda się nie tylko w walce o akademicką jakość i sprawiedliwość. Może pomóc w ratowaniu świata.
No i gdzie ta interdyscyplinarność?
O konieczności zasypania przepaści między dyscyplinami mówi od lat tzw. Trzecia Kultura. Problem polega na tym, że gdy przyjrzymy się bliżej temu projektowi, to działają tam głównie przyrodnicy przybliżający społeczeństwu nowinki naukowe z dziedziny klimatologii, chemii, fizyki, matematyki itp. Na stronie Edge.org, która jest swego rodzaju „emanacją” Trzeciej Kultury polecane książki czy wywiady to także głównie popularnonaukowe zbliżanie do świata empirycznego. Jest to działanie wartościowe i nie mam zamiaru tego podważać. Dostrzegam jednak pewną lukę, którą całe szczęście już wypełnia humanistyka czy po prostu literatura piękna. Chodzi nie tyle o uzmysławianie natury fizycznej w naukowy sposób, ile o zasypywanie wyłomu między człowiekiem a przyrodą, ciałem a umysłem, ludzkim i zwierzęcym itp.. W dobie zmiany klimatu nie wystarczy, że zrozumiemy na czym polega efekt cieplarniany i od dawna wiemy, że zaangażowania nie wywołują same fakty. Potrzebne są emocje, a nawet ich zakorzenienie.
Zmiany ludzkiej mentalności antropocentrycznej próbowało wielu. Weźmy na przykład E.O. Wilsona, który od lat przekonuje do bardziej ekologicznej postawy człowieka wobec przyrody. Jego narracja jest mniej więcej taka: dostajemy zestaw danych empirycznych, entuzjazm naukowca, który zna się na bioróżnorodności, a na końcu apel – trzeba chronić przyrodę. Tylko że biorąc pod uwagę nawet ostatni raport ONZ o wymieraniu wiemy, że zainteresował on głównie ludzi z „branży” oraz już wcześniej uwrażliwionych. Pytanie zatem – co sprawiło, że osoby te wcześniej zainteresowały się przyrodą czy jej ochroną. Może były to biwaki, protest songi, filmy albo książki, które są przykładem raczej przyrodoczucia, a nie wyłącznie przyrodoznawstwa?
W ostatnim czasie, także na polskim rynku wydawniczym pojawiło się wiele książek, które trudno zaliczyć do stricte pozycji naukowych. Są to eseje, pamiętniki, obserwacje dotyczące przyrody, która nie jest rozumiana jak otaczający nas świat, tak jakbyśmy byli jego osobnym elementem. Przyroda jest tu pojęta intymnie, do tego stopnia, że samo nasze ciało traktowane jest jako pomost do dzikości. Dlaczego książki przyrodnicze zyskują popularność właśnie teraz? Być może dlatego, że ludzie coraz mniej czasu spędzają na łonie dzikiej przyrody. A przecież pobyt na dworze, na łące czy w lesie stanowiły dla człowieka jedno z zasadniczych źródeł wiedzy o otaczającym nas świecie. Obecnie chociażby dlatego, że żyjemy w miastach, gdzie jedzenie jest ze sklepu a prąd z gniazdka, niektórzy mogą nawet zapominać, że żyją na planecie Ziemia, że są żywymi organizmami podlegającymi np. prawom grawitacji, że muszą oddychać czystym powietrzem, spożywać wodę. W omawianych publikacjach nawet sama woda zasługuje na osobną uwagę, gdyż jest czymś fundamentalnym, ale jednocześnie przez jej, przynajmniej w Europie, dostępność, staje się czymś zwykłym. Oddalanie od przyrody na skutek życia w miejskiej – czy nawet coraz częściej wiejskiej – naturze wykreowanej sprawia, że zaczynamy żyć „życiem nie z tej Ziemi” i taką też przyjmujemy strategię ekonomiczną czy energetyczną, licząc, że za pieniądze można zdobyć czy odtworzyć wszystko.
Sentymenty
Kiedy coś tracimy, zwykle potem idealizujemy dany obiekt czy osobę. Zaczynamy tęsknić. W nostalgicznym podejściu pojawia się rozdarcie, poczucie tracenia, obcość, a nawet wycofanie. W książkach, o których tutaj piszę, chodzi o coś innego. Autorzy budują zmysłową relację z przyrodą. Z tej strategii pisarskiej wyłania się zupełnie inna przyroda, niż znamy ją z książek fachowych ekologów piszących w trzeciej osobie czy używających strony biernej. W nowych książkach o lesie przyroda zaczyna być do nas podobna, bo nie jest wyłącznie obiektem obserwacji. Co więcej, nie jest to przyroda zraniona, ale raczej zwykła i niedoceniona. Emocje jakie pojawiają się podczas lektury to nie poczucie straty, ale ciekawość przeciętności i doszukiwanie się w niej czegoś niesamowitego.
Nie będę omawiać tutaj wszystkich pozycji, jakie ukazały się w Polsce a zainteresowanych odsyłam do artykułów/recenzji „Psychoanaliza lasu” albo „Czy literatura przyrodnicza uratuje świat”, które ukazały się w miesięczniku ODRA oraz do publikacji pod redakcją prof. Przemysława Czaplińskiego „O jeden las za daleko” (2019).
Smutna ochrona środowiska
Naukowe pisarstwo ekologiczne charakteryzuje często diagnozowanie kryzysu czy problemu, zwykle też słyszymy, że jest za późno na naprawienie błędów. Pojawiają się wprost, albo implicite, żale, że jako ludzie mentalnie żyjemy w paleolicie. Autorzy nie mogą zrozumieć, dlaczego cały czas nie wykorzystujemy szansy. W pewnym sensie wierzą też, że naukowy żargon przełoży się na zaangażowanie zwykłych ludzi. Sądzę, że jest to podejście naiwne. Po pierwsze nauką interesują się naukowcy, czasami politycy – jakby nie było w skali świata czy nawet kraju, jest to mniejszość społeczeństwa. Politycy mogą, teoretycznie, zrobić najwięcej, jeżeli chodzi o skuteczne prawo i jego respektowanie. Nie dajmy sobie bowiem wmówić, że nasze decyzje konsumenckie zmienią ten świat. Wiele wskazuje, że zatrzymanie katastrofy wiązać się będzie z poważnymi ograniczeniami dla koncernów czy flirtującego z państwami przemysłu. To co my możemy zrobić dla przyrody i dla samych siebie, to między innymi obcowanie z bytem, który wciąż zachwyca.
W książkach jak np. „Intymne życie łąki”, „Sekretne życie drzew” albo w filmie „Stając się zwierzęciem” akcent pada na medytowanie tego, co zwykle umyka naszej uwadze, bowiem opatrzyło nam się w trakcie codziennego mijania rzeki, drzew, pospolitych ptaków. Np. w książce „Tajemnicze życie grzybów”, autor nie tylko je ogląda, ale też wącha, dotyka czy nasłuchuje. Nas namawia do tego samego – poznawania w sposób dziecięcy, radosny. U podstaw kontaktów z przyrodą leżą bowiem pierwotne doświadczenia, mapy somatosensoryczne, trzewiowe impulsy.
Autorzy omawianych książek dystansują się wobec antropocentryzmu, ukazują sieciowość przyrody, ważna jest dla nich relacja a nie hierarchia. Nie popadają jednak w patos i sentymentalizm, pokazują przyrodę jako nasz dom czy wręcz „przedłużone” ciało. Peter Wohlleben mówi: „Nie zrozumiemy przyrody, skupiając się na wiedzy specjalistycznej. To tak, jakbyśmy chcieli pojąć, czym jest nasza świadomość, odwołując się redukcjonistycznie do przepływów elektrycznych między neuronami”. Autor ten często spotykał się z uwagami, że pisze niepoważnym językiem, że stosuje antropomorfizm. Ja sama mam wątpliwość czy od antropomorfizmu możemy uciec, chociaż wierzę, że coś takiego jak życiomorfizm mogłoby sprawę ułatwić. I byłoby to coś pouczającego, gdyż wielu z nas chyba nie ma świadomości, że jest przede wszystkim istotą żywą, stałocieplną, ssakiem, a dopiero potem człowiekiem. Samo należenie do gatunku Homo sapiens nie wystarczy, aby uniknąć śmierci spowodowanej przegrzaniem, kiedy np. wyłączona zostanie klimatyzacja.
Przyrodoczucie i ciałomysł
Myślę, że wyjątkowość nowych książek o przyrodzie polega na tym, że prezentują coś innego niż przyrodoznawstwo. Ich autorzy są raczej piewcami przyrodoczucia. Nasze doświadczenia z przyrodą rozpoczynają się nie od poznawania, ale od odczuwania. Organem zaangażowanym w czucie przyrody jest z kolei nie umysł, ale ciałomysł. Nie ma bowiem umysłu poza ciałem. Klarowny podział na ciało i umysł, na przyrodę i społeczeństwo jest nie tylko fałszywy pod względem najnowszych badań naukowych, ale ma u swojego zarania stricte ideologiczne, a nawet kolonialne podłoże. Kartezjusz dzieląc świat na substancję rozciągłą i myślącą, nie tylko dokonał ekstrakcji umysłu z ciała, ale też wyznaczył myślący status dla pewnej klasy ludzi i naturalny dla pozostałych, którzy jakimś “dziwnym” sposobem stali się siłą pociągową oraz tanim zasobem dla tych pierwszych. Przypominanie o przyrodniczym, cielesnym wymiarze naszego człowieczeństwa może dać do zrozumienia, że ratując ją ratujemy także siebie – bo rozdział jest iluzoryczny. Chroniąc swoje ciało i zdrowie, zachowujemy też JA. Poza tym przełamywanie barier może odsłonić ideologiczny wymiar separowania człowieka od rzeczy „rozciągłych”.
Przypomnijmy, że w ostatniej historii człowieka do grona osób dołączyli inni ludzie! Samo pojęcie człowiek było kiedyś zarezerwowane tylko dla nielicznych. Tymi mniej wartościowymi i bardziej śmiertelnymi niż ludzie byli „ludzie” o np. innym niż biały kolorze skóry, kobiety czy dzieci. Jakimś sposobem wszyscy oni zapewniali właściwym ludziom pracę na żądanie i tanie zasoby. Dzisiaj do sfery natury należą niezmiennie zwierzęta, rośliny, zasoby naturalne, które wciąż świadczą nam usługi i umożliwiają kapitalistyczny system, który od początku oparty był na wyzysku pewnej klasy istot i bytów. Wyobcowanie człowieka z natury mogło mieć zatem nie tylko filozoficzny czy teologiczny sens, ale wręcz ekonomiczny. To właśnie traktowanie przyrody jako taniego zasobu i zarazem zsypu, stało się przyczyną kryzysu klimatycznego, który stawia pod znakiem zapytania naszą przyszłość. Rozwiązanie tego problemu wymaga nie tylko technologii i nauki, ale też poważnego namysłu oraz aktywizmu humanistycznego. Z tego punktu widzenia włączanie czy antropomorfizm byłoby gestem przykazania miłości – szanuj bliźniego swego, jak siebie samego. Pytanie tylko kim będą owi bliźni. To nie antropomorfizm jest źródłem cierpienia, ale pozbawianie tytułu bliźniego całej masy podobnych do nas bytów.
Nowa literatura “przyrodnicza” pełni moim zdaniem funkcję pojednania. Nie tyle uczy nas o przyrodzie, ale ją przybliża – zmysłowo, egzystencjalnie. Nie ukazuje przyrody odświętną, ale taką, której potrzebujemy cały czas. W budowaniu relacji nie chodzi tylko o artykułowanie problemów czy wiedzy na temat katastrofy. Literatura czy szeroko pojęta sztuka, obok raportów i apeli mogą odegrać rolę pomocniczą w ratowaniu naszego świata. Jak na razie to one najbardziej przybliżają nas do ciała, roślin, innych zwierząt czy nawet samej ziemi. Projekt Trzeciej Kultury będzie jałowy, jeżeli do dyskursu naukowego nie dołączy literatura piękna, eseistyka czy po prostu humanistyka. Obok dźwięku i zapachu współczesnego laboratorium, nie możemy zapominać o ogrodach. W końcu stamtąd przyszliśmy.
Fot. Johannes Plenio/Pixabay.com
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Niedługo minie 25 lat od opublikowania zbioru esejów Gernota Böhmego „Für eine ökologische Naturästhetik”, wydanego po polsku w 1992 r. przez Oficynę Naukową pod tytułem „Filozofia i estetyka przyrody”. Książka Böhmego jest szczególnie interesująca nie tylko ze względu na krytykę klasycznej i modernistycznej estetyki oraz historycznych antropologii, określających miejsce człowieka w świecie przede wszystkim według racjonalistycznych kartezjańskich kategorii, lecz ze względu na projekt zielonej polityki i nowej ekologii, w której głównym punktem odniesienia jest człowiek i jego samopoczucie.
Centralnym punktem myśli Böhmego jest stosunek człowieka do przyrody i człowieka do własnego ciała. Niemiecki filozof wskazuje na paradoksy naszego stosunku do środowiska, pokazując pewne historyczne wyobrażenia roli przyrody, przede wszystkim jako elementu do przetworzenia i wykorzystania, a także przyrody „dzikiej” jako miejsca romantycznego powrotu. Traktowanie przyrody jako pewnej zewnętrzności jest, zdaniem filozofa, m.in. wynikiem myśli kartezjańskiej i kantowskiej, której ofiarą padło także ludzkie ciało. W sposobie traktowania przyrody (jako opozycji kultury) i ciała (jako opozycji ducha) zachodzi więc pewna symetria. Böhme dąży do reintegracji człowieka z przyrodą poprzez przypomnienie – wydawałoby się oczywistego faktu – przynależności człowieka do przyrody przez własną organiczność.
Nie chciałbym w tym króciutkim artykule skupiać się na źródłach myśli Böhmego, ani streszczać jego filozoficznych wywodów. Zobowiązany jednak jestem wyjaśnić kwestię estetyki. Dla Böhmego wiąże się ona z przewartościowaniem dotychczasowych projektów z estetyką kantowską na czele. Zasadza się ona na usytuowaniu człowieka w świecie, przede wszystkim jako cielesnego podmiotu w przyrodzie, w której jako organizm żywy jest zanurzony, stanowi jej część. Uznanie cielesności człowieka przynosi zwrot ku bezpośredniemu doświadczeniu, które w klasycznych estetykach – będących w dużej mierze teoriami poznania – było dewaluowane na różne sposoby, czego koronnym przykładem jest sąd smaku Imanuela Kanta, zakładający bezinteresowność i dystans wobec przedmiotu postrzeganego.
Zdaniem Böhmego podmiot postrzega z pozycji swojego usytuowania w otoczeniu, nie zaś „spoza świata”; jego zmysły są zaangażowane w poznanie świata wokół. Odczuwanie zmysłowe otoczenia wiąże się z przypisaniem mu – nie na drodze intelektualnej, lecz właśnie odczucia – odpowiedniego nastroju. Jak pisze Böhme, pod wpływem krajobrazu możemy odczuć melancholię, radość czy piękno, przypisując taką wartość nie własnemu subiektywnemu doświadczeniu, lecz quasi-obiektywnemu charakterowi otoczenia, zaś taki sąd o otoczeniu z reguły ma charakter intersubiektywny i jest potwierdzany przez innych postawionych w podobnej sytuacji; przypisanie nastrojów przedmiotom jest reakcją na nie i ich ułożenie. Jest to oczywiście skrócone i upraszczające przedstawienie koncepcji niemieckiego filozofa.
Gdzie znajduje się potencjał społeczny myśli Böhmego?
Estetyka Bömego jako zmysłowe doświadczenie własnego usytuowania stanowić może punkt wyjścia dla teorii ekologii społecznej. Ekologia ta zajmuje się nie tyle ratowaniem dzikiej „nieskażonej” przyrody – która skądinąd jest też pewnego rodzaju konstruktem ideowym – lecz kształtowaniem i ochroną przyrodniczych przestrzeni miejskich posiadających określone wartości estetyczne. Odpowiednie wykorzystanie nastrojów jest jednym z elementów zapewniających komfort i dobre samopoczucie mieszkańców różnych struktur ekologicznych. Teoria Böhmego przede wszystkim posiada potencjał emancypacji codziennego – pozornie wydawać by się mogło subiektywnego – doświadczenia, które może stanowić głos mieszkańców miast pragnących, mieć wpływ na kształtowanie najbliższego otoczenia i stanowić oręż w walce z kapitalistyczną przedsiębiorczością, rządzoną przez racjonalne wskaźniki, o najbardziej fundamentalne prawa obywatelskie.
Oddajmy głos autorowi „Filozofii i estetyki przyrody”:
Uznanie faktów związanych z ludzkimi stanami ma ogromne znaczenie dla kształtowania struktur ekologicznych i dla polityki dotyczącej ochrony środowiska. W ten sposób głos zainteresowanych, tj. tych ludzi, którzy muszą żyć w określonej strukturze ekologicznej, nabiera całkiem innej wagi. Głos zainteresowanych uwzględniany jest wprawdzie w dyskusjach politycznych na temat środowiska naturalnego, kiedy jednak chodzi o uzyskanie odpowiedzi na konkretne problemy, to dokonuje się to na płaszczyźnie naukowej, tj. decydujący głos mają eksperci. Inicjatywy obywatelskie muszą odwoływać się do ekspertów i mierzalnych danych, aby ich problem mógł w ogóle być postawiony na płaszczyźnie faktów. Decydujące nie jest to, jak się czują, czy dobrze śpią, czy mogą swobodnie oddychać, lecz to, jak wielkie jest obciążenie powietrza w ppm czy poziom hałasu w decybelach. Ekologiczna estetyka przyrody wysuwa zatem polityczny postulat, aby za ekologiczny fakt uznać stan zainteresowanych osób, a tym samym, aby ich głos stał się jedynym autentycznym źródłem informacji.
Przytoczony tutaj fragment książki, mógłby stać się mottem wszystkich walczących o obywatelskie prawo w kwestii wpływu na otoczenie, w którym żyjemy. Ekologia jest tu tylko jednym z elementów poruszanego problemu, w dodatku nie jest rozumiana jako dążąca do ścisłego zachowania pewnego „pierwotnego” stanu przyrody. Człowiek w myśli Böhmego jest częścią natury, w tym sensie, w jakim odczuwa swoje bycie w najbliższym mu otoczeniu.
To czy jest szczęśliwy – dobrze się czuje na swoim podwórku, może swobodnie oddychać czystym powietrzem, usiąść na ławce by cieszyć się słońcem i bawić na polu z dziećmi, wyspać nie będąc przez cokolwiek niepokojonym – jest przedmiotem tej ekologii, oraz kwestią ochrony środowiska które go otacza i ma na niego bezpośredni wpływ – ale jednocześnie – jest przez niego kształtowane. Wreszcie myśl Böhmego stanowi wyzwanie dla urbanistów, którzy powinni traktować swoją pracę jako misję społeczną, włączając do procesu planowania opinie mieszkańców. Taki rodzaj planowania znany jest na świecie i nosi nazwę planowania partycypacyjnego. W Polsce ustawa o planowaniu przestrzennym zezwala na zgłaszanie własnych uwag do planów i studiów zagospodarowania, brak jednak szeroko zakrojonych konsultacji społecznych, czego przykładem mogą być kontrowersje dookoła studium zagospodarowania przestrzennego miasta Krakowa.
Prawo do kształtowania własnego otoczenia, w zgodzie z najbardziej podstawowymi odczuciami jest często naruszane, obywatele miast nie są często traktowani jako pełnoprawni uczestnicy dialogu z władzami, a ich potrzeby nie są traktowane poważnie. Nie chodzi tu o blokowanie każdej inwestycji, którą pragnie przeprowadzić miasto – te są częstym wynikiem potrzeb urbanistycznych i modernizacyjnych – ale o uwzględnienie realnych potrzeb mieszkańców, ich prawa do zdrowia i życia w przyjaznym i sprawiającym radość otoczeniu.
Miasto służy do mieszkania, ma dać szansę zadomowienia się, nie zaś stawiać na eksploatację przestrzeni i jej mieszkańców, w celu zarobku lub oszczędności. Na kształt miasta powinni wpływać przede wszystkim jego obywatele. Walka o każdy cal przestrzeni dospołecznionej czy zielonej, spotyka się z niezrozumieniem ze strony władz, oddalających argumenty potrzebą ekonomicznego rozwoju miasta lub ochroną praw inwestora. Cieszyć mogą oddolne inicjatywy obywateli, którzy coraz częściej nie lękają się sygnalizować własnych potrzeb i wysuwać argumentów niemieszczących się w wąskiej ekonomicznej racjonalności.