Lato kojarzy się z urlopem, „nic nierobieniem”, plażowaniem, korzystaniem ze słońca. Dla aktywistów i aktywistek zaangażowanych w zieloną transformację, z troską o los przyszłych pokoleń, o prawa człowieka, równość i demokrację, lato jest też okazją do corocznego spotkania na „letnim zielonym uniwersytecie”. W tym roku jednym z ważnych tematów były Rady Kobiet przy samorządach.

Tego lata już po raz dziewiąty, zielono myślący aktywiści i aktywistki spotkali się blisko przyrody, aby wymieniać się wiedzą, doświadczeniami, debatować, integrować i ładować baterie. Jest co ładować w czasach gwałtownego i brutalnego politycznego i medialnego ataku na wszystko co „ekologiczne” i na ludzi broniących prawa przyszłych pokoleń do nadającego się do życia świata. Tym razem miejscem spotkania była Szklarska Poręba, gdzie w dniach 27-30 czerwca odbyły się Zielone Dni 2024 pod hasłem „Odzyskać Europejski Zielony Ład dla wszystkich”.

Jednym z tradycyjnych partnerów polskich Zielonych Dni jest Fundacja im. Heinricha Bölla (HBS), największa na świecie Zielona fundacja polityczna, mająca swoje przedstawicielstwa w ponad trzydziestu krajach. Seminarium zorganizowane w ramach Zielonych Dni ze wsparciem HBS, zatytułowane „Kobiety i młodzi mają głos”, skupiło się na trzech tematach, z trzema różnymi organizacjami partnerskimi.

Stowarzyszenie Dolnośląski Kongres Kobiet zaprosiło do Szklarskiej Poręby wspaniałe kobiece liderki z Polski oraz z sąsiadującej z Dolnym Śląskiem niemieckiej Saksonii, aby zapromować Rady Kobiet działające przy samorządach, pokazać jak istotną pełnią rolę dla lokalnej demokracji i równości, zachęcić do wspierania już istniejących ponad pięćdziesięciu rad, a przede wszystkim do zakładania kolejnych.

Panel Rady Kobiet i inne formy wpływu politycznego kobiet na samorząd lokalny, przygotowany i prowadzony przez Dianę Kaczyńską, Wicepełnomocniczkę regionalną Kongresu Kobiet, członkinię Prezydium Ogólnopolskiej Sieci Rad Kobiet i radną w Dzierżoniowie. W panelu udział wzięły: Marta Sikora, przewodnicząca Rady Kobiet w Wałbrzychu, Justyna Białczak z Prezydium Ogólnopolskiej Sieci Rad Kobiet i Instytutu Miast Praw Człowieka, Justyna Gąsior, radna powiatu świdnickiego, Izabela Szygudzińska, radna w Bielawie i Sekretarz Powiatu Dzierżonowskiego,  Susanne Köhler, Przewodnicząca Saksońskiej Rady Kobiet i Franzi Straßberger, Pełnomocniczka ds. Równości w Görlitz.

Jeśli chodzi o strukturę i funkcjonowanie rad kobiet dowiedzieliśmy się z panelu, że rady kobiet są powoływane przy burmistrzach, prezydentach miast i marszałkach województwa. Ich kadencja zwykle kończy się wraz z kadencją samorządu, ale niektóre rady mają dłuższe kadencje. Sytuacja rad kobiet po wyborach bywa różna – niektóre kontynuują działalność, inne muszą być na nowo powoływane, co zależy od tego na ile przychylny radzie kobiet jest nowy włodarz.

Wyzwania przed którymi stoją Rady Kobiet

Rady kobiet nie mają łatwo, stoją przed nimi liczne wyzwania i trudności do pokonania.

Po pierwsze rady kobiet powstają tylko tam, gdzie lokalny włodarz i samorząd zechcą taką radę powołać. Rady kobiet nie mają bowiem umocowania prawnego takiego jak np. rady młodzieży, których uprawnienia regulują: ustawa o samorządzie gminnym, ustawa o samorządzie powiatowym, ustawa o samorządzie województwa i ustawa o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie. Ustawy te wyznaczają ramy prawne do powoływania młodzieżowych rad na poziomie gmin, powiatów i województw, wyposażając je w konkretne uprawnienia. Takich uprawnień niestety nie mają rady kobiet. W związku z tym zwykle brak jest także budżetu na działania rad kobiet, co oznacza dla zaangażowanych w niech kobiet jeszcze jedną nieodpłatną pracę. Między innymi dlatego niełatwo jest pozyskać większą liczbę kobiet chętnych do społecznego działania, trzeba więc doceniać i zatrzymać  każdą zaangażowaną kobiecą liderkę.

Dodatkową trudnością są różnice pokoleniowe: różne pokolenia kobiet mają różne wyobrażenia na temat równości płci. Muszą być więc budowane porozumienia i wspólne cele między pokoleniami kobiet.

Działania na rzecz równości na poziomie lokalnym

Wyniki ostatnich wyborów europejskich, ostatnich wyborów krajowych w wielu państwach UE, ale też wyborów lokalnych, wzbudzają obawy – partie konserwatywne i prawicowe zyskują na popularności. Istnieje obawa, że osiągnięcia w zakresie równouprawnienia mogą zostać zagrożone. Niepokój budzi również wzrost mowy nienawiści i przemocy wobec kobiet, również w nowych formach, jak cyberprzemoc. Tym bardziej ważne więc jest, aby zakładać rady kobiet wszędzie tam, gdzie jest to możliwe, kompensując w ten sposób odbieranie pola pro-kobiecym samorządom.

Konieczna jest konsekwencja w działaniach na rzecz równości i różnorodności w samorządach, aby wspierać samorządy w tworzeniu strategii i polityk opartych na prawach człowieka. Instytut Miast Praw Człowieka jest organizacją wspierającą, nagrodzoną za innowacyjne i konsekwentne działania na rzecz praw człowieka w miastach, w tym wspieranie samorządów we wdrażaniu planów równości płci. Rady kobiet też są ambasadorkami wdrażania lokalnych planów równości płci, będących wciąż rzadkością w Polsce.

W wielu obszarach, nierówności między kobietami i mężczyznami są wciąż znaczne, choć różnie się manifestują. Aby sytuacja uległa poprawie, kluczowymi narzędziami są: budowanie sieci kontaktów i wzajemne wspieranie się kobiet, m.in. poprzez programy mentorskie łączące doświadczone kobiety z aspirującymi. Rola nieformalnych spotkań i wspólnego spędzania czasu w budowaniu relacji jest nie do przecenienia.

Z przeprowadzonych badań wynika, że 62% kobiet zaangażowanych w radach deklaruje wysokie zaangażowanie w działalność rad. Wiele z nich (41%) postrzega radę kobiet jako trampolinę do dalszej aktywności politycznej. Kobiety chcą być bardziej widoczne w samorządach, mieć większy wpływ na kształt polityk lokalnych, ale ich reprezentacja w samorządach jest wciąż niewystarczająca.

Przykłady działań i praktyk wspierających na rzecz równości płci:

Działanie/praktyka

Opis

Podkładki z hasłami Wykorzystywanie podkładek pod piwo do obśmiewania stereotypów i promowania pozytywnego wizerunku kobiet
Spotkania przy jedzeniu Organizowanie nieformalnych spotkań przy wspólnym posiłku, sprzyjających budowaniu relacji
Programy mentorskie Łączenie doświadczonych kobiet z aspirującymi, wspieranie rozwoju i budowanie sieci
Współpraca ponad podziałami Angażowanie kobiet z różnych środowisk politycznych do wspólnej pracy
Promowanie planów równości płci Zachęcanie rad kobiet do promowania wdrażania planów równości płci w samorządach

Dobre praktyki Rad Kobiet

Rad kobiet jest wciąż niewiele, ale jednocześnie te, które już działają się jednoczą, wspierają, wymieniają doświadczeniami. Ogólnopolskie Prezydium Rad Kobiet reprezentuje je na zewnątrz, np. w kontaktach z Senatem i Sejmem RP. Uczestniczki panelu uwypukliły dobre praktyki wzmacniające skuteczność rad kobiet:

Dobra praktyka Opis
Różnorodność składu

 

Reprezentacja i wspólna komunikacja

 

Aktywizacja młodych kobiet

 

Różnorodność działań

 

 

Regulamin o wieloletniej

kadencji

Ważne, aby w radach kobiet były przedstawicielki różnych środowisk (biznes, sport, organizacje pozarządowe, itp.). Obecność kobiety z urzędu/administracji publicznej wspiera skuteczność działań rady.

Prezydium reprezentuje rady na zewnątrz, wspiera je w interweniowaniu i pisaniu pism do samorządów. Profil społecznościowy rad kobiet służy do informowania o ich działaniach i planach

Zachęcanie młodych kobiet, by nie bały się realizować swoich marzeń i przełamywać stereotypy. Tworzenie wzorców i przykładów inspirujących młode kobiety, np. poprzez prezentowanie nieznanych dotąd kobiecych postaci.

Organizowanie cyklicznych wydarzeń (np. tygodnie projektowe) łączących kobiety w różnym wieku. Podejmowanie niestereotypowych aktywności, jak zakładanie drużyn piłkarskich przez kobiety.

Aby zachować ciągłość działania pomimo zmieniającego się samorządu niektóre rady wypracowały mechanizm obronny ustanawiając regulamin o wieloletniej kadencji, tak aby rada miała kadencję dłuższą niż samorząd i nie wygasła wraz z końcem kadencji samorządu.

Doświadczenia z Saksonii

Susanne Köhler, przewodnicząca Saksońskiej Rady Kobiet przedstawiła narzędzie dla samorządów jakim jest Europejska Karta Równości kobiet i mężczyzn, do wdrożenia na poziomie lokalnym  lub regionalnym. W Niemczech 60 samorządów podpisało kartę, z czego 34 opracowały plany wdrażania karty.

Europejska Karta Równości

Samorządy mają swobodę wyboru kierunków i konkretnych działań, dostosowując je do lokalnych priorytetów. Dla miasta Lipska są to nauka (stworzono program mentorski), przeciwdziałanie przemocy ze względu na płeć (m.in. poprzez inwestycje w odpowiednie oswietlenie w miejscach stwarzających zagrożenie dla kobiet), lokalna gospodarka, walka ze stereotypami dotyczącymi płci i róznorodności, promowanie kobiet, aby zwiekszyć udział kobiet w lokalnej polityce, zintegrowany rozwój obszarów miejskich (analiza danych ze względu na płeć) oraz zdrowie.

Rekomendacje dla Polski

Musimy wspierać powstawanie nowych i skuteczne działanie już istniejących rad kobiet.

Dlatego samorządy powinny aktywnie wspierać powoływanie rad kobiet wszędzie tam, gdzie ich jeszcze nie ma, zapraszając do współpracy kobiece lokalne liderki. Istnieje nagroda „Samorząd Przyjazny Kobietom”, motywująca samorządy do działań na rzecz równości.

Dobrym instrumentem do wdrażania równości na poziomie gmin jest Europejska Karta Równości kobiet i mężczyzn. Samorządy, które podpisały kartę (60 w Niemczech, 22 w Polsce, w tym Wrocław i woj. lubuskie), powinny w ciągu 2 lat opracować plan jej wdrażania. Niestety samo podpisanie nie oznacza jeszcze wdrożenia.

Na poziomie krajowym musimy natomiast zabiegać o umocowanie prawne rad kobiet według podobnego modelu, jaki istnieje dla rad młodych.

Sieci religijne składające się z chrześcijańskiej prawicy w USA, wojujących europejskich katolików, rosyjskich ortodoksyjnych twardogłowych i oligarchów zwiększają swoje wpływy na całym świecie. Pod pretekstem ochrony „wartości rodzinnych” walczą o wycofanie zdobyczy w zakresie praw kobiet i mniejszości seksualnych oraz sianie niepokojów w demokracjach na całym świecie. Po dwuletnim śledztwie Klementyna Suchanow odkrywa wsparcie Kremla dla tych sieci i bardzo realne zagrożenie, jakie stanowią dla demokracji. Rozmowa Krystyny Boczkowskiej z Klementyną Suchanow.
Krystyna Boczkowska: Klementyno, Twoja książka „To jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze” to wynik rzetelnego dziennikarskiego śledztwa, w wyniku którego mamy wgląd w międzynarodowe religijno-fundamentalistyczne organizacje i ich sieci mające na celu powrót do porządków średniowiecznych czyli całkowite ubezwłasnowolnienia kobiet. Zaczęłaś swoje śledztwo w czasie, kiedy nowy polski skrajnie prawicowy rząd Prawo i Sprawiedliwość chciał przeforsować prawo całkowicie zakazujące aborcji, za przygotowaniem którego stała organizacja Ordo Iuris. Czy te wydarzenia stały się bezpośrednio bodźcem do rozpoczęcia pracy nad książką?

Klementyna Suchanow: Zdecydowanie tak. Wcześniej zajmowałam się badaniem literatury, napisałam biografię Witolda Gombrowicza, i to, co się wydarzyło na jesieni 2016 roku w Polsce, czyli projekt Stop Aborcji, który trafił do sejmu, a był firmowany przez Ordo Iuris i zamierzał nie tylko wprowadzić zakaz aborcji, ale karanie za aborcje bardzo mnie poruszył. Po pierwsze wyciągnęło mnie to na ulicę, żeby protestować, tak jak wielu z nas. Włączyłam się w coś, co wówczas powstawało, czyli ruch zwany Strajkiem Kobiet, który stał za ogromnymi protestami w Polsce w ciągu ostatnich lat. A z drugiej strony jako badaczka zaczęłam się przyglądać zjawisku anty-kobiecych i anty-LGBT legislacji w różnych częściach świata. Wydało mi się bardzo podejrzane, że zarówno w Polsce, jak i w Argentynie, potem w Korei Południowej w tamtym czasie kobiety zaczęły doświadczać podobnych problemów. To zwróciło moją uwagę i zaczęłam się metodycznie przyglądać temu, co się dzieje.

Powstające w różnych częściach świata organizacje fundamentalistyczne rozwijają odważnie swoje sieci / filie na całym świecie. Wymienię tylko kilka z nich CitizenGo, El Yunque, TFP, World Congress of Families (WCF), Agenda Europe. Bardzo aktywne są w Europie. W 2012 roku do gry przystąpiła Rosja i Putin, który po zawiązaniu sojuszu z cerkwią stał się „lwem chrześcijaństwa” Czy możesz krótko nakreślić mapę tych ruchów i wskazać, która z organizacji jest wiodąca albo czy może każda z nich ma swoją rolę w tej brudnej walce o władzę nad połową świata?

Pierwsza rzecz, z której musimy sobie zdać sprawę, to fakt, że organizacje promujące konserwatywne wartości zostały w dużej mierze zinfiltrowane przez Kreml, począwszy od mniej więcej 2012 roku. Niezależnie, z której strony chcę się przyjrzeć temu co się dzieje znajduję związki z Kremlem. Schemat działania jest podobny niezależnie czy patrzę na polskie Ordo Iuris, czy na La Manif pour tous we Francji – najpierw organizują one spontaniczne manifestacje przeciwko małżeństwom jednopłciowym, a chwilę potem są przejęte przez osoby powiązane z Kremlem, np. Briana Browna, dzisiaj szefa World Congress of Families (WCF). I to właśnie WCF odgrywa sporą rolę w tej historii.

WCF to coroczne kongresy, podczas których spotykają się organizacje fundamentalistyczne z całego świata, kościołów różnych wyznań. Rosjanie byli tam od początku. WCF powstał w Moskwie w roku 1995 w wyniku rozmów amerykańskiego socjologa Allana Carlsona z rosyjskim socjologiem Anatolijem Antonowem. Carlson został zaproszony tam out of the blue (niespodziewanie). Jak widać Rosjanie dobrze trafili, bo platforma ta zwłaszcza w ostatnich latach świetnie służyła rosyjskim celom politycznym. Dobrym przykładem realizacji tych celów był kongres w Weronie w marcu 2019 roku, który stał się właściwie wiecem Matteo Salviniego i Giorgi Meloni przed eurowyborami.

Podmioty promujące wartości konserwatywne były w dużej mierze infiltrowane przez Kreml od 2012 roku.

W ramach WCF sieciuje się między innymi hiszpańskie CitizenGo, które powstało w 2013 przy pomocy pieniędzy również rosyjskich. To platforma petycyjna była aktywna zwłaszcza w Afryce prowadząc podejrzane i nieetyczne działania. Każda z tych organizacji korzysta z sieci zaproponowanej przez WCF , co pozwala na wymienianie się taktykami, pomysłami na zdobywanie funduszy, prowadzenie kampanii czy akcji w social mediach. Trzeba pamiętać, że organizacje te zaplanowały atak na prawa człowieka około 2013 i systematycznie go prowadzą zdobywając kolejne przyczółki a to w rządach i organizacjach rządowych, a to w Supreme Court w USA czy przy ONZ.

Ludzie w Europarlamencie chyba już sporo o tym wiedzą, a jednak jeden z głównych sponsorów tych organizacji, kolega Putina z KGB, prawosławny oligarcha, Vladimir Yakunin ostatnie lata spędził w Berlinie na niemieckich wizach, gdzie rozwijał działalność agenturalną, pomagając WCF wejść w kręgi konserwatywnych elit. Ciekawe, że został on objęty sankcjami przez USA a Europa nie zrobiła tego ani w 2014, ani teraz. Rosja zaczęła wykorzystywać ten „religijny” kanał do swoich celów politycznych, które dzisiaj przybrały już formę wojny w Ukrainie. Podczas gdy przeciwnik wypowiedział nam wojnę, nazywając Zachód ustami Putina „Szatanem” , my wciąż naiwnie mówimy, że to „wojna kulturowa” albo że aborcja to kwestia moralna.

Czy możesz przypomnieć, jakie cele mają te organizacje? Patrzymy na nie jako na wrogów przede wszystkim kobiet, ale ich programy są dużo obszerniejsze.

Celami tych organizacji są ograniczenia lub zakaz aborcji, klauzula sumienia dla farmaceutów i lekarzy, wycofanie refundowania antykoncepcji, potem obostrzenia w kupowaniu antykoncepcji, a ostatecznie w ogóle wycofanie antykoncepcji. Kolejne cele to walka z osobami LGBT, eutanazją, rozwodami.

Taki zestaw, który chętnie się określać mianem „ideologiczny”. Nie zapominajmy, że wszystkie te działania mające na celu wzniecanie konfliktów w naszych społeczeństwach zawsze będą na rękę Rosji. Bo Rosja uważa, że jest na wojnie z Zachodem i tylko ona pielęgnuje „tradycyjne wartości”. Widać również, że te same grupy/organizacje promujące np. zakaz aborcji wchodziły w kampanie anty-szczepionkowe, dawały wsparcie dla Trumpa i głosiły i głoszą, że ocieplenie klimatu nie ma miejsca albo że wojna w Ukrainie to przez NATO.

Skupiasz się w książce na Europie i wybranych krajach obu Ameryk, ale czy nie wydaje Ci się, że podobna sytuacja jest w każdym zakątku świata?

Wydaje się, że tak. Nie znam dokładnie sytuacji Azji, bo Azja jest zbudowana na innym porządku religijnym, mają też inne problemy lokane. Na tzw. Zachodzie jednym z głównych problemów dla tych środowisk jest demografia. Natomiast w Azji i Afryce mają odwrotny problem. W Afryce organizacje fundamentalistyczne są bardzo mocne i wprowadzają prawa dużo bardziej restrykcyjne niż w jakichkolwiek innych krajach, na przykład kary więzienia za homoseksualizm. Afryka jest pod ostrym atakiem, a sytuacja jest tam bardzo poważna, np. w Ugandzie czy Ghanie. Europa i USA oraz Ameryka Łacińska pozostają głównymi celami ataków organizacji fundamentalistycznych

Taka zakrojona na wielką skalę działalność ultrakonserwatystów wymaga dużego i systematycznego finansowania. Kto jest fundatorem tych ruchów i jak zorganizowane jest finansowanie działalności tych fundamentalistycznych i paramilitarnych grup?

Po pierwsze wiemy o finansach , że są spore. Wiemy, że dużo pieniędzy było w Stanach Zjednoczonych z funduszy konserwatywnych i wiemy, że pieniądze płyną także z Kremla. To ostatnie wiemy dzięki mailom, które wyciekły z hiszpańskiej organizacji CitizenGo. Takie przecieki to główne źródło informacji jak wygląda w rzeczywistości finasowanie tych organizacji.

Wiemy też, że dostają przelewy pochodzące np. z pralni pieniędzy. Ten przypadek możemy przestudiować na przykładzie włoskiego polityka Luki Volontè, który zasiadał kiedyś w Radzie Europy, a obecnie siedzi w więzieniu skazany za korupcję, po przyjęciu pieniędzy z pralni azerskiej. Pieniądze z Rosji, “prane” w Azerbejdżanie, Volontè dystrybuował do różnych anty-aborcyjnych organizacji europejskich. Część tych pieniędzy przyszła również do Polski, ale także do Irlandii i Węgier.

Wiemy też, jak Rosjanie dotują organizacje ultraprawicowe w stylu Le Pen czy Salviniego we Włoszech. Mamy do czynienia z różnego rodzaju dealami, takimi jak na przykład pożyczka bezzwrotna dla Le Pen albo inny przypadek : partia Salviniego miała dostać pieniądze z procentu od transakcji pomiędzy rosyjską a włoską firmą gazową.

Nie mamy już do czynienia z walizkami z gotówką. Teraz pieniądze przepływają przez główne banki światowe, takie jak na przykład Deutsche Bank czy Danske Bank. Banki estońskie, łotewskie czy litewskie też były wykorzystywane do tych przepływów. I to jest wiedza, którą posiadamy w tym momencie, jeżeli chodzi o rosyjskie pieniądze, służące do infiltracji środowisk konserwatywnych. Ale oprócz tego są fundusze konserwatywnych biznesmenów (w przypadku CitizenGo wyszło, że były to na przykład IBM i Corte Inglés). Organizacje ultraprawicowe w Europie działające „na rzecz rodzin” potrafią również korzystać z funduszy europejskich. Pod takimi hasłami dostają różne granty.

W Stanach organizacje fundamentalistyczne, będące organizacją pożytku publicznego, są zwolnione z podatków. Ciekawostką jest fakt, że ich działania nie dotyczą tylko Stanów – przynajmniej ponad 80 milionów USD poszło na działania do Europy (2008-2019) od takich rodzin jak Koch, DeVos, Prince itp. Warto zadać sobie pytanie w jakim celu te pieniądze zostały do Europy przekazane? World Congress of Families kierowany przez Briana Browna prowadzi działalność wykraczającą poza statut i poza granice USA. B. Brown pojechał do Gruzji i brał udział w kampanii politycznej Levana Vasadze, czyli ingerował w politykę obcego państwa poza granicami St. Zjednoczonych. Rodzą się zatem pytania, czym są te organizacje? Z praktyki widać, że mają stricte cele polityczne i to nie tylko na rodzimym gruncie.

Popularne są także akcje crowdfundingowe, ,które może wesprzeć anonimowy darczyńca anonimową kwotą, nadając organizacjom oddolny charakter . Świetnie opanowały takie akcje brazylijska TFP, polskie Ordo Iuris czy hiszpańskie CitizenGo. Celem tych akcji jest także zbieranie danych osób, do których kierowane są później różne petycje.

Jednym słowem pieniądze, o których mówimy są nietransparentne. Próby ustalenia funduszy tych organizacji są trudne, bo pieniądze i źródła ich pochodzenia są skrzętnie ukrywane. Kiedy mówią i deklarują coś na temat pieniędzy, często kłamią, jak się to okazało w przypadku hiszpańskiego CitizenGo. Informacja o indywidualnych wpłatach przekazana przez prezesa CitizenGo, Ignacio Arsuaga, okazała się kłamstwem, kiedy na światło dzienne wyszły maile, z których dowiedzieliśmy się o 100 tys. euro od rosyjskiego oligarchy Konstantina Małofiejewa. Tyle na razie można powiedzieć na temat pieniędzy, ale ostateczna suma nie jest znana.

Twoja ksiązka to jak piszesz historia ultrakonserwatystów w zderzeniu z kobietami. Wojna zawarta w tytule to nie wojna światopoglądowa ale jest to układanie porządku światowego po zimnej wojnie i „powstaniu z kolan” Rosji Putina. Ta kulturowa wojna zaczęła się niezauważalnie 2012/2013 i to nie w Polsce. Jaki porządek świata chcą przeforsować organizacje opisane w książce?

To jest porządek świata zmierzający zdecydowanie w stronę rządów autorytarnych. I na tym polega główne niebezpieczeństwo tych ruchów. Jako że czytelnikami tego wywiadu będą osoby z różnych krajów, dodam, że w różny sposób to niebezpieczeństwo się w różnych krajach może się objawiać. Przeważnie na początku to są małe kroczki i każdy z nas je u siebie zauważa. Z czasem – co wiemy na podstawie tych krajów, które są bardziej zaawansowane w destrukcji praw człowieka, jak na przykład Polska – działania się nasilają zmierzając prosto w stronę autorytaryzmu. Najlepszym przykładem takich działań jest Rosja i  pomysł Putina z zeszłego roku, mówiące o tym, że prawo narodowe ma być ponad prawem międzynarodowym. To pokazuje jak szybko można przejść z ustaw anty-gejowskich (2012) do wypadnięcia z systemu prawa międzynarodowego, który chroni podstawowe prawa ludzi, w tym osób LGBT. To właśnie Rosja daje przykład, jak łatwo zmienić hierarchię aktów prawnych, stawiając lokalną konstytucję ponad prawo międzynarodowe i ktoś oskarżony z ustawy anty-gejowskiej nie ma już możliwości odwołania się do instancji międzynarodowych. Celem działania jest pozbawianie ludzi międzynarodowej ochrony prawnej, której nie lubią rządy autorytarne.

W podtytule Twojej książki jest Nowe Średniowiecze. Jaki to ma związek z nowym porządkiem?

Na pro-aborcyjnych protestach w Polsce bardzo często pojawiała się ta myśl, że mamy do czynienia z pomysłami ze średniowiecza. Kiedy zanurzymy się w źródła filozoficzne tych ruchów, to w niektórych – jak na przykład w brazylijskiej organizacji TFP – założyciel i główny mistrz, który już nie żyje, stworzył cały kanon dzieł, które wychwalają hierarchię społeczną z epoki średniowiecza. Plinio Corrêa de Oliveira zanegował porządek świata po drugiej wojnie światowej z rewolucją seksualną z 1968 roku na czele. Następnym celem ataków były prawa wyborcze wywalczone po pierwszej wojnie, po upadku monarchii w wielu krajach europejskich. Później Olinio cofnął się dalej do XIX wieku, negując osiągnięcia rewolucji francuskiej, jak wolność, a zwłaszcza równość ludzi. Równość jest zła, bo ludzie nie są równi – są wybrańcy i inni, którzy mają być poddani. Plinio idzie dalej i neguje również całą epokę Oświecenia. W ten sposób dochodzi do średniowiecza, oceniając, że monarchia to jedyny słuszny system. Dlatego w XX wieku Plinio wnosił o restaurację średniowiecza. Zatem kiedy na ulicy czy w publicystyce pojawiają się takie wyrażenia jak średniowiecze, to nie jest to żadna przesada. To jest ich cel wprost sformułowany. To próba powrotu do systemu średniowiecznego gdzie kobiety nie są równe, osoby LGBT nie są równe, mniejszości nie są równe. W tym porządku bogaci są najwyżej w hierarchii a edukacja jest dla bogatych. Nie dbamy o edukację dla biednych, bo to siła robocza. A najlepszy jest homeschooling, bo można dziecko ukształtować jak się chce, z dala od równościowych wartości i kontroli.

Chętnie zatrzymałabym się na organizacji Ordo Iuris, której korzenie sięgają wprost do brazylijskiej TFP (Tradycja, Rodzina i Własność) dr. Plinio a która jest niezwykle aktywna w Europie w szczególności w Europie Wschodniej. Polska ma swoją ważną funkcję w budowaniu sieci tej organizacji w Europie Wschodniej: jest HUBem, z którego pączkują kolejne OI. Jakie warunki i otoczenie polityczne sprzyjają działaniom tego typu organizacji i jak dobierani są pracownicy?

Warunki, jakie sprzyjają to właśnie takie rządy jak PiS-u (Prawa i Sprawiedliwości), zdecydowanie w prawo i to takie nacjoprawo. Usłyszeliśmy o Ordo Iuris dopiero w 2016, kiedy PiS znalazł się u władzy, choć działali od 201 roku. Prawdopodobnie wcześniej takie organizacje nie znalazłby gruntu, aby zaistnieć i byliby po prostu zmarginalizowani. Ich pomysły byłyby zbyt dziwne i egzotyczne. Zresztą na początku, czyli 2016/17, jeszcze w 2018, przez wiele osób nawet z PiS-u wciąż byli traktowani jako szaleńcy, z którymi lepiej się nie zadawać. Projekt Stop Aborcji z 2016 wydawał się wtedy jeszcze zbyt odważnym, za daleko idącym. Ale w okolicach 2019 roku się coś takiego stało, że już weszli w orbitę PiS gładko.

Inne sprzyjające warunki dla takich organizacji to zsieciowane międzynarodowe. Oni nie byliby tacy mocni, gdyby nie mieli dostępu do know-how. Polskie OI poprzez sieciowanie uczyło się, jak się dostać do organizacji międzynarodowych, takich jak np. ONZ, jak się zarejestrować, jak dostawać status doradczy. Zalewają ustawodawców listami i opiniami próbując wpłynąć na zapisy prawne.

Ciekawe są kryteria doboru ludzi do tych organizacji. Pracownicy dobierani są wg. prostego klucza podobnego do tego w TFP, z którego wywodzi się Ordo Iuris (OI) dostosowanego do nowych czasów. Kiedy powstała TFP przyjmowano do prac niepełnoletnich . Teraz kandydatami są pełnoletni, jeszcze studenci albo świeżo po studiach. Pierwsi pracownicy Ordo Iuris w Polsce zostali skaptowani w ten sposób na Uniwersytecie Warszawskim, przez profesora Aleksandra Stępkowskiego, który był pierwszym prezesem OI, a obecnie jest jednym z sędziów w Sądzie Najwyższym. Bardzo popularne jest przyjmowanie na praktyki. Są to ludzie młodzi, nieukształtowani. TFP miało nawet podręcznik, jak kaptować i ten model niewiele się zmienił, a więc są to głównie osoby z prowincji, nie mające w dużym mieście korzeni i wsparcia rodzinnego, zagubione i poszukujące, często o niskim statucie finansowym. Dostają wędkę do kariery i z niej korzystają. Wciąga się te osoby w sferę luksusu – są wysyłani na liczne szkolenia, delegacje, jeżdżą po świecie, śpią w hotelach. Ale to nie są osoby o najwyższych lotach: ich główną pożądaną cechą jest oddanie i wdzięczność. Prawnicy OI są słabi, ich argumentacja jest nierzetelna, wnioski są wyciągane błędnie, popełniają błędy logiczne, a ich pozwy są pisane na kolanie. Ale dla nich ważna jest ilość, hałas, jaki można z tego wytworzyć, to typowe organizacje typu SLAPP z sekciarskim rysem.

Od 2013 Rosja roku jest silnym graczem w większości wspomnianych organizacji. Chętnie organizuje zjazdy i spotkania, prowadzi wojnę hybrydową na szeroką skalę poprzez różnorodne kanały eksperckie, dla biznesu, ruchów religijnych. Jeszcze chętniej finansuje wszelkiego rodzaju działania spokrewnionych organizacji. Putina w jego walce o silną Rosję i nowy porządek świata bez LGBT+ wspierają tacy ludzie jak Dugin. Jak byś określiła rolę Dugina w procesie ustanawiania nowego średniowiecza ? Czy może są ważniejsi gracze?

Aleksander Dugin to jest osoba, która ma ciekawą historię. Żeby zrozumieć troszeczkę podglebie psychologiczne tej postaci, warto wspomnieć o mało znanym fakcie, a pisze o tym Masha Gesson w swojej książce „Będzie to, co było” – jak odradza się totalitaryzm w Rosji. W latach poprzedzających upadek komunizmu Dugin był partnerem kobiety, która w latach 90-tych określiła się jako lesbijka i zaczęła działać na rzecz osób LGBT. Dugin miał z nią syna. Wcześniej zajmował się filozofią i w zasadzie był na marginesie systemu. W latach 90-tych znalazł dla siebie ujście w nacjo-bolszewickich organizacjach, bo to był czas pojawiania się różnych partii i zaczęło się otwierać szersze spektrum życia politycznego. To pokazuje, jak po rozpadzie Związku Radzieckiego jedne osoby poszły w stronę otwartości i tolerancji, natomiast inne poszły w zupełnie odmienne rejony. W latach 90-tych Dugin objeżdżał europejskie konferencje organizacji ultraprawicowych. Jest ojcem pomysłu, z którego Putin trochę korzysta tj. eurazjatyzmu. Oznacza to, że jest porządek atlantycki, czyli europejsko-amerykański, a Dugin tworzy przesunięcie akcentów w stronę euroazjatycką, czyli przeciwną atlantyzmowi. W tym systemie nie demokracja jest podwaliną, a czysty autorytaryzm. Założeniem pomysłu jest, że wartości osób, które zamieszkują obszary Rosji i jej azjatycką część, są zupełnie inne od zachodnich. Dugin uważa, że nie należy brać europejskich/zachodnich wzorów demokracji, ponieważ jest to system mentalnie obcy Rosjanom. Jego koncepcje uznaje się czasem za wariackie, ale jego relacje z przedstawicielami ultraprawicowymi w Europie, są niebezpieczne. Ślady Dugina widać w wielu przedsięwzięciach.

Jak autorytaryzm ma się do kwestii „moralnych” doskonale pokazuje fakt, że Dugin i jego córka byli zatrudniani w stacji telewizyjnej Tsargrad oligarchy Konstantina Małofiejewa. Małofiejew sponsoruje zarówno Le Pen, jak i ruchy anty-aborcyjne czy dostarcza broń do Doniecka. Dugin i Małofiejew, co pokazuje ich korespondencja, wykradziona przez hackerów, są w codziennym kontakcie. Kiedy rozmawia się o nim w Rosji rozmówcy często mówią, że jego rola nie jest tak duża. Nie wiem, jaka jest jego pozycja teraz, po napaści na Ukrainę, bo tam następuje permanentna roszada. Ale wciąż jest w ścisłej relacji z Małofiejewem, który ponownie przydaje się Kremlowi przy Ukrainie i jego pozycja wydaje się mocna . Oznacza to, że Dugin może mieć teraz swój moment albo przynajmniej chcieć go mieć.

Czy możesz zatem wyjaśnić lepiej, kim jest Małofiejew, bo wydaje się, że to postać o wiele większych wpływach niż sam Dugin?

Małofiejew, który często działa razem z Yaknuninem, to taki ortodoksyjny oligarcha, którego celem jest restauracja świata monarchii, gdzie Putin byłby carem, a wyborów nie ma. Prowadzi elitarne szkoły dla dzieci, które mają kształtować przyszłe elity takiego carskiego dworu. Jest bardzo blisko kościoła prawosławnego i tych wszystkich postaci tworzących patriarchat moskiewski. Oprócz zaangażowania w przemyt broni rosyjskiej do Ukrainy w 2014 roku, oddelegował dwóch swoich bliskich współpracowników ( jeden z jego ochrony, czyli Igor Girkin), którzy zostali przywódcami w Donbasie i na Krymie. On sam jest objęty sankcjami we wszystkich możliwych krajach także tych mniejszych, jak Czarnogóra, gdzie pomagał GRU przeprowadzić nieudany zamach na premiera, kiedy kraj ten zamierzał dołączyć do NATO. Jest to człowiek ambitny i niebezpieczny, jeden z głównych finansistów ruchów fundamentalistycznych na świecie, World Congress of Families i powiązanych z nim organizacji anty-aborcyjnych czy anty-LGBT, które zakazują aborcji w Polsce czy w USA. W odróżnieniu od innych oligarchów jest stosunkowo młody, bo ma 48 lat. Jego core business to telekomunikacja. To człowiek do wszystkiego, który zajmuje się także kryptowalutami . Ma realne wpływy i możliwości działania, w przeciwieństwo do Dugina, który raczej wojuje myślą i słowem.

Jeden z Twoich interlokutorów, zresztą z Rosji użył na działania ulltrakonserwatystów określenia wojna, którą gnębiona mniejszość fundamentalistyczna prowadzi z demokratycznym światem, w którym rządzą feministki, LGBT+ i polityczna poprawność. Homoseksualizm nazywa „nowym totalitaryzmem”, a celem walki jest utrzymanie tożsamości płciowej w obawie przed następnym krokiem, jakim będzie transhumanizm i pozbycie się tożsamości ludzkiej. Jak walczyć z taką retoryką?

To słowa Aleksieja Komowa i to jest jedna z osób, z którą udało mi się porozmawiać w Moskwie, bo z Małofiejewem nie udało mi się spotkać. Komow to człowiek, który pracuje dla Mołofiejewa, należy wraz z nim do kręgu Dugina. Jest uznawany za ambasadora World Congress of Families, pomagał w infiltracji tych środowisk, zasiadł jako trustee w zarządzie WCF. Jest blisko związany z ruchami ultraprawicowymi, zwłaszcza włoską Legą. To poliglota, szkołę kończył w Hawanie, mieszkał w Londynie, w Stanach. Wszystko z uwagi na pracę ojca, który rzekomo pracował w dyplomacji, ale w żadnych oficjalnych rejestrach nie znalazłam jego nazwiska. Wygląda to na typowy życiorys osób, które służyły jako agenci KGB.

Dlaczego Komow użył słowa „to jest wojna”? Nam się wydaje, że jesteśmy atakowani, że ktoś zabiera nam prawa, a tymczasem oni, fundamentaliści uważają, że są na wojnie i muszą się bronić. O tym opowiadał mi Komow w Moskwie w 2019 roku. Widziałam to także, biorąc udział w ich kongresach, zjazdach, prowadząc rozmowy lub czytając wywiady. Fundamentaliści cały czas czują, że są w twierdzy, której muszą bronić. Bardzo wielu z nich używa słowa wojna. Tę frazę „to jest wojna”, która stała się tytułem mojej książki, słyszałam w kilku językach. Uznałam, że skoro tamta strona definiuje to, co się dzisiaj dzieje jako wojnę, a my tego tak nie nazywamy, ewentualnie mówimy o „wojnie kulturowej”, to może nie rozumiemy, co się naprawdę dzieje. Z moich rozmów z fundamentalistami wynika, że są przekonani, iż przegrywają na tej wojnie. Ich plan był taki, że począwszy od 2013 roku w ciągu dziesięciu lat, czyli do 2023 uda im się osiągnąć, co zamierzali. W planach był atak totalny na wszystko. Wyznaczony cel nie został osiągnięty, choć mają swoje małe lub większe zwycięstwa np. w Stanach Zjednoczonych, w Polsce lub w Afryce. Ale to ciągle nie jest to, czego chcieli. Konieczne jest uświadamianie społeczeństwa, że toczy się wojna. Moja książka jest próbą pokazania tego zagrożenia dla demokratycznego porządku świata i praw człowieka. Od pięciu lat na spotkaniach z czytelniczkami i czytelnikami muszę łopatologicznie tłumaczyć całą tę historię, na szczęście coraz rzadziej spotykam oskarżenia o „teorie spiskowe”. Na razie mamy tylko polską wersję książki, ale na wiosnę ukaże się niemieckie tłumaczenie, szukam wydawcy angielskiego.

Byłabym ciekawa twojej opinii o roli kobiet w organizacjach ultraprawicowych. Wymienię tylko dwie prominentne przedstawicielki takich ruchów Marine Le Pen i Giorgia Meloni.

Nie mam odpowiedzi na to pytanie. Wymagałoby to głębszych studiów socjologicznych/ psychologicznych. Mimo tego, że jestem działaczką feministyczną, to wolałabym, żeby świat nie cierpiał na podział na mężczyzn i kobiety. Zostałyśmy przyparte do muru i musimy się bronić, pewne kwestie uporządkować, przełamać, wyrównać itp., ale to w pewnym sensie sztuczny podział, narzucony przez moment historyczny. Dlatego to pytanie nie jest trafne: kobiety, jak każdy człowiek, jak wielu mężczyzn, mogą być głupie. I dlatego kobieta też może zostać faszystką.

Wstęp do Twojej książki kończysz bardzo optymistycznie stwierdzeniem, że wygra wolność. Czy w świetle nowych wydarzeń takich jak pandemia, napaść Rosji na Ukrainę, skuteczne ograniczenia prawa aborcyjnego w Polsce i Stanach Zjednoczonych, dalej możemy być optymistkami? Czy sprawy na pewno idą w dobrym kierunku?

W tym momencie zwłaszcza, gdy przytłacza nas to, co widzimy w Ukrainie, trudno sobie wyobrażać, że tak. Ale kiedy spojrzeć na to z punktu widzenia historycznego, a ja jestem jednak z zawodu historyczką i lubię nie dawać się unosić wszystkim przelotnym emocjom, uważam, że konserwatyści popełniają wielki błąd, za który będą musieli sporo zapłacić. To ostatecznie wyjdzie na naszą korzyść. A więc to nie kwestia optymizmu, tylko zachodzących procesów.

Obecne starcie z fundamentalistami powoduje ogromną oddolną mobilizację i utrwalenie wartości (tzw. progresywnych), które nam przyświecają. Świetnym przykładem jest Polska i pomysł OI o zakazie aborcji, który obecnie wspierany jest tylko przez 12% społeczeństwa w stosunku do ok. 70% , które jest przeciwko zakazom. To ogromny progres bo jeszze kilka lat temu za prawem do aborcji było 40%. Ich średniowieczne zapędy zmusiły osoby neutralne do przemyślenia spraw i te 30% już wie, co myśli i co jest prawidłowe i dobre dla świata. I to jest chyba najważniejsze. Rządzący wprawdzie lekceważą tę nierównowagę, ale gdy odejdą, to my jak z katapulty wystrzelimy gdzieś dalej. Jesteśmy w dosyć trudnym momencie, ale ostatecznie trudno mi sobie wyobrazić, aby z tego równania miało wyniknąć coś innego niż wejście głębiej w progresywizm. Pytanie tylko, co się będzie działo na Kremlu i jak bardzo będzie nadal chciał wtrącać się w nasze sprawy, siejąc dezinformację, wspierając finansowo organizacje przeciwne, czyli dalej instrumentalizując „tradycyjne wartości”, by rozgrywać swoje własne, geopolityczne gry.

Klementyno Twoja ksiązka to alert dla kobiet całego świata. Świadomość to pierwszy ważny krok w walce z demonami. Jaką sugerujesz nam strategię obrony?

Pierwszym krokiem w starciu z ww ruchami, to świadomość. Drugim krokiem jest dotarcie do polityków i uwrażliwienie ich w tym temacie. To zaskakujące, że osoby na wysokich stanowiskach politycznych nie są przestrzegane przez służby o zagrożeniu, a przecież działania tych ruchów, choć przebranych za swojski konserwatyzm, noszą znamiona ingerencji obcej. To jest sprawa bezpieczeństwa narodowego. Poza tym rada dla ludzi: ustawiczna mobilizacja, która wiem z własnego doświadczenia, jest męcząca, ale inaczej tego nie zrobimy. Nie znaczy to, że musimy ciągle chodzić na manifestacje, ale ważne by każdy znalazł swoje poletko, gdzie się sprawdzi w walce. Musimy w oddolnej mobilizacji przyglądać się temu, co się dzieje i reagować, reagować i reagować, bo mamy do czynienia z ogromnym kryzysem politycznym. Dlatego musimy politykom patrzeć bardzo skrupulatnie na ręce, a zwłaszcza ich finansom, bo oblicze dzisiejszej polityki to ogromna korupcja – model tak świetnie sprawdzony przez włodarzy Kremla. Jak donoszą amerykańskie służby od około 2013 Rosja zainwestowała ponad 300 milionów dolarów w dotacje dla sprzyjających im organizacji/partii, które są odpowiedzialne za ten cały cyrk, z którym mamy w ostatnich latach do czynienia.

Artykuł „The Global Reach of the Religious Right” ukazał się pierwotnie na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy za zgodę na przedruk materiału.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

W Hali Stulecia we Wrocławiu już 8 i 9 października odbędzie się największe święto środowisk kobiecych, czyli XIV Kongres Kobiet. W tym roku przebiega pod hasłem „Moc jest w nas. Kobiety na rzecz pokoju, równości, klimatu i demokracji”.

Kobiety nie mają władzy, ale mają moc! – mówią organizatorki – To my rodzimy, wychowujemy dzieci, jesteśmy tytankami pracy. Tyle, że w ukryciu, bo jesteśmy niewidoczne. Niewidoczne w mediach, w polityce, w różnych zawodach. Ale mamy MOC i siłę! Mamy pomysły, żeby zmieniać naszą rzeczywistość
i świat uczynić nieco lepszym – takim, w którym kobiety i mężczyźni będą czuli się coraz lepiej.

Od 14 lat Stowarzyszenie Kongres Kobiet działa wspólnie na rzecz sprawiedliwości społecznej, praw kobiet, równouprawnienia, demokracji egalitarnej i demokracji troski. „W tym roku na Kongresie odbędą się zarówno debaty plenarne (poświęcone ekonomii, wojnie, ekologii, sztuce oporu) jak i wiele paneli, wykładów i warsztatów zgromadzonych w rozlicznych centrach tematycznych takich jak m.in. gospodarki i równości, europejskie, samorządowe, przywództwa, ekologii, zdrowia, kultury, edukacji, praworządności, feminizmu, macierzyństwa i inne. Na Kongresie znajdzie się też przestrzeń wystawowa, kino kongresowe oraz punkty konsultacyjno-doradcze. A w sobotę wieczorem zapraszamy na koncert Mery Spolsky „- mówi prof. Magdalena Środa, członkini Zarządu Stowarzyszenia Kongres Kobiet.

Dotychczas kongresy poświęcone były sytuacji w Polsce. Ale ten rok jest szczególny. Chcąc wyrazić swoje wsparcie dla Ukrainy, Kongres zaprosił do Wrocławia delegację z Ukrainy. Przyjadą członkinie Ukraińskiego Kongresu Kobiet, siostrzanej organizacji wraz Vice marszałkinią Ukraińskiego Parlamentu Oleną Kondratiuk. Okrągły stół, który poprowadzi prof. Małgorzata Fuszara będzie okazją do spotkania kobiet z organizacji pozarządowych z Ukrainy i tych, które działają w Polsce na rzecz Ukrainek w Ukrainie oraz Ukrainek w Polsce. Sesje plenarne poświęcone będą m.in. dyskusji o stanie świata i Polski z udziałem członkiń Gabinetu Cieni. Panelistki, opowiedzą o tym „Jak przerwać marazm antropocenu?” o „Nadziejach ekofeminizmu”, o poszukiwaniu przywódczyń, o stanowisku „Kobiet przeciwko wojnom i na wojnach o swoje prawa”. Nie zabraknie rozmów o przyrodzie i o tym, jak ją chronić, poczynając od rzek i katastrofy ekologicznej Odry. Ochrona klimatu i przyrody, ekologia i środowisko muszą interesować dziś każdą i każdego. Wszyscy ponosimy odpowiedzialność za to czy nasza piękna błękitna planeta pod koniec tego stulecia będzie się wciąż nadawała do życia dla ludzi i wszystkich innych istot.

Dla kobiet, szczególnie tych młodych, to jest kluczowa kwestia, ale to niełatwe zadanie i wymaga dużo eksperckiej wiedzy – mówi Ewa Sufin-Jacquemart, członkini Zarządu Stowarzyszenia Kongres Kobiet. – Klimat i przyroda są w sercu ekofeministycznej wizji jutra, którą promujemy.

Kongres Kobiet co roku gromadzi znamienite postaci ze świata kultury, nauki, biznesu, a także aktywistki społeczne. Nawet pandemia nie przeszkodziła w organizacji tego ważnego wydarzenia. Po dwóch latach obradowania w formie hybrydowej kobiety z entuzjazmem przyjęły wiadomość, że XIV Kongres odbędzie się ponownie na żywo. Podczas otwarcia, po wystąpieniach założycielek Kongresu – Henryki Bochniarz i Magdaleny Środy – oraz Jacka Sutryka, prezydenta Wrocławia, wystąpi Olga Tokarczuk, laureatka nagrody IX Kongresu Kobiet.

Liczne debaty, wykłady i warsztaty zawsze są okazją do wspólnego poszukiwania rozwiązań dla
najbardziej istotnych problemów. Jak zapewniają organizatorki, każda uczestniczka wyjedzie z Wrocławia z konkretną wiedzą i narzędziami, które będzie mogła wykorzystać w swojej społeczności lokalnej walcząc z dyskryminacją, zabiegając o równość płci i o lepsze jutro.

Zielone Wiadomości objęły swoim patronatem Centrum Zielone (8.10.2022 godz. 15:00 – 18:30, Rotunda), w którym odbędą się trzy dyskusje przy okrągłym stole:

15:00 – 16:10 „Ekofeministyczna troska jako polityczny program”

Kolejna debata wokół ekofeminizmu jako myśli i ruchu społecznego, dla którego troska jest narzędziem politycznej zmiany. Zaproszone dyskutantki to: Magdalena Gałkiewicz, Ewa Sufin-Jacquemart, Ewa Ernst-Dziedzic (Austria), Angelika Kimbort, Dominika Lasota, Monika Żółkoś, prowadzi: Elżbieta Osowicz. Wideo: Magdalena Środa. Rozdawana będzie książka: „Odwaga troski. Ekofeminizm jako źródło inspiracji”. Debata organizowana przez Green European Foundation ze wsparciem Parlamentu Europejskiego.

16:15 – 17:20 „Jak konsumować mniej, ale lepiej dla siebie i świata?”

O wybranych aspektach odpowiedzialnej konsumpcji w dziedzinie energii, mody, kosmetyków i żywności zachęcą do dyskusji: Urszula Zielińska, Joanna Wis-Bielewicz (Orsted), Antonina Samecka, Ewa Badowska-Domagała, Adela Gąsiorowska, prowadzi: Ewa Sufin-Jacquemart

17:25 – 18:30 „Gaja i jej zagrożona bioróżnorodność”

O zagrożonych ekosystemach Odry i innych rzek, zieleni miejskiej i starych lasów jak Puszcza Białowieska będą inicjować dyskusję: Elżbieta Polak, Małgorzata Tracz, Beata Olejarz, Małgorzata Piszczek, Sabina Lubaczewska, Natalia Koryncka-Gruz, prowadzi: Katarzyna Karpa-Świderek


 

Feminizm to przede wszystkim idea emancypacji, jednak często jest używany do promowania idei, które zamiast służyć wyzwoleniu, prowadzą do skostnienia struktur władzy i przemocy. Oto co trzeba zrozumieć, by feminizm mógł służyć emancypacji.

Feminizm nie jest kobietą. Przynależność do dyskryminowanej grupy sama w sobie nie jest ani cnotą, ani zaletą. Walka o prawa grupy dyskryminowanej, gdy jest się jej częścią, też nie jest sama w sobie społeczną cnotą, choć jest aktem odwagi cywilnej i niezbędnej do funkcjonowania w społeczeństwie godności. Z kolei walka o prawa takiej grupy, gdy nie jest się jej częścią, bywa chwalebne, ale bywa też przejawem besserwisserstwa, narcyzmu, a nawet patronizującego stosunku do tej grupy i zawłaszczenia jej doświadczeń i cierpień. Feminizm nie jest o kobietach. Jest o emancypacji, świadomości, wolności – rozumianej nie jako prawie do czy od, lecz jako ontologicznej niezależności od ustalonych z góry form. Patriarchat jest systemem władzy, ustalającym bardzo wiele ludzkich form z góry i w sposób przez stulecia przyjmowany jako oczywisty i „naturalny”.

Feminizm jest społecznym działaniem przeciwko patriarchatowi.

Feminizm nie jest mężczyzną. Rodzaj męski rzeczownika „feminizm” zaprasza do emancypacyjnego myślenia o języku, który wykracza poza formy dominacji i nieposłuszeństwa. Przypomina, że współistnieją w naszej mowie i myśli różne formy i niektóre z nich bywają bardziej otwarte na odczytania i użycia, niż wiele spośród naszych dominujących wyobrażeń. Język polski jest plastyczny i bogaty, rzeczywiście jest „giętki” i nie wtłacza wyobraźni w jednoznaczne tryby. Końcówka –izm sugeruje przynależność do kategorii mowy ideologicznej, czyli mającej związek z władzą – legitymizowania istniejącej lub walki o nową. Retoryka –izmów to sztuka przekonywania o tym, że przyszłość nieuchronnie wynika z pewnych form teraźniejszości. Ale istnieje też poetyka –izmów, mówiąca coś dokładnie odwrotnego – wspólna mowa jest poezją, ma rytm i moc wywoływania różnych obrazów, różnych przyszłości, otwierania nowych przestrzeni.

Feminizm jest o otwieraniu przestrzeni kobietom i temu, co w nas wszystkich kobiece. Dwie uczone, naukowczynie zajmujące się zarządzaniem, Maria Daskalaki i Marianna Fotaki, podkreślają, że feminizm polega na przeciwstawianiu się uciskowi kobiet z powodu tego, że są kobietami. Nie chodzi o celebrowanie kobiet uciskających innych ludzi równie skutecznie jak czynią to hegemoniczni mężczyźni. Feminizm inspiruje i daje energię do tego, by walczyć o równość wszystkich kobiet i ludzi. Nie chodzi o to, by pojedyncze kobiety odtwarzały męskie wzorce przywilejów i sprawowały władzę nad wszystkimi innymi. Feminizm nie cieszy się z tego, że Margaret Thatcher była premierem (czy też premierką) wielkiej Brytanii, że Ayn Rand była główną filozoficzną ideolożką dominującego od dziesięcioleci systemu neoliberalnego, że Alice Elisabeth Weidel była liderką AfD (Alternative für Deutschland), a Marine Le Pen jest przewodniczącą le Rassemblement National (dawniej Front National). Nie jest feminizmem bycie miliarderką, Françoise Bettencourt Meyers, MacKenzie Bezos ani Alice Walton to nie feministyczne ikony. Tak pojęty „feminizm” to zwykły kapitalizm tożsamościowy – zarządzanie zasobem, jakim jest marka „kobiecości”. W feminizmie nie chodzi o odwrócenie hierarchii, lecz o zakwestionowanie reguł strukturalnego braku dostępu i braku głosu w przestrzeni społecznej dla kobiet i wszystkiego, co kobiece w człowieku. W ostateczności ideałem przyświecającym nam, feministkom, jest zrobienie miejsca do tworzenia wspólnot demokratycznych, równych, prawdziwych.

Filozof i poeta Franco „Bifo” Berardi pisze, że różnicująca tożsamość to rezultat zamrożenia procesu identyfikacji, które to zamrożenie polega na redukowaniu złożoności do dających się przewidzieć wzorców, zdefiniowanych potrzebami psychologicznymi lub poglądami politycznymi. Ta moc definiowania człowieka poprzez z góry przyjęte wzory – to właśnie to, z czym feminizm walczy. Podporządkowanie tożsamościowym wzorom daje iluzoryczne poczucie przynależności do jakiejś wspólnej przeszłości, np. wyznaczonej przez genetykę albo wspólne historyczne doświadczenia. Ta wspólnota jest iluzoryczna, ponieważ nie daje energii do działania na rzecz wspólnych celów i musi być utrwalana przez wytyczanie i głośne definiowanie granic (np. ciągłe określanie, kto do niej nie należy).

Feminizm to wspólne patrzenie w możliwą przyszłość i znajdowanie tam tego, co nas łączy. Daje energię do działania na rzecz tego, co jeszcze nie jest spełnione, a więc – co społecznie (jeszcze) nie istnieje. Tworzy się w działaniu, więc deklaratywne ustalanie granic i definiowanie jej przy pomocy negacji, odrzucania tych, którzy do niej nie należą, nie jest koniecznie. Tak pojęty feminizm to nic innego jak solidarność. Solidarność łączy wspólną wizją przyszłości – łączy także osoby bardzo różne, bardzo odmienne. Na tym polega jego szczególna moc. Feminizm jest dynamiczny, żywy, falujący, jest jak poetyka, nie jak retoryka. Jest zmienny w czasie, jest ludzki – należy do nas, jest rodzaju ludzkiego i dotyczy tego, co w nas wszystkich kobiece. Zwraca uwagę na połączenia, z duszą – Animą, ze światem i z naturą – Gają.

Feminizm jest androgynką. Androgyniczność to część kondycji ludzkiej, nasza szczególna złożoność. To prawda o nas, ludziach, która jest w naszych czasach niemal wymazana z publicznej przestrzeni. Przez tysiące lat była jej częścią; jeszcze w latach 90. było na nią miejsce. Nie mieści się w dychotomii ani nie jest niebinarna. To po prostu nasza ludzka dynamika i specyfika: większość z nas, może wszyscy, jesteśmy i-i, nie albo-albo, nie dajemy się zredukować do chromosomów, mamy oprócz nich całą grę hormonów, które się zmieniają w trakcie życia człowieka.

Z socjologicznego punktu widzenia płeć jest konstruktem społecznym – role społeczne związane z płcią są w danym miejscu i czasie bardzo silnie zdefiniowane, ale nie są takie same pomiędzy kontekstami, nawet jeśli ich uczestnicy bardzo często tak uważają. Jeszcze silniej niż inne role społeczne, role płci są naturalizowane – ich definicja opiera się na założeniu, że są określone przez prawa boskie, naturalne, biologiczne. Prócz tego dochodzi jeszcze wiele innych dynamik, energii, pożądań, estetyk. Gdzieś po tej wielowymiarowej skali poruszamy się, my, ludzie, chyba większość z nas. Oczywiście, są osoby bardziej jednoznacznie binarne. Ale to żadna reguła. Nie chodzi tu o stan przejściowy, który należy skorygować. Nie potrzebuje operacji ani terapii farmakologicznej w większości przypadków. Potrzebuje dostrzeżenia, uznania, poszanowania. To, co patriarchat przemocą wyrzuca z nas po to, by „osiągnąć sukces”, to głównie – w gigantycznej i przeważającej mierze – nasze aspekty i energie kobiece. To prowadzi nie tylko do zubożenia i sztucznego ujednolicenia kondycji ludzkiej. To także logika wzmożenia energii i dynamik vtypu patriarchalnych nostalgii, retrotopijnych męskich frustracji przejawiających się przez mizoginię i przemocowe estetyki gwałtu i triumfu, pogardy dla nieliniowości, witalności postrzeganej jako chaotyczność, marginalizacji czułości, wrażliwości, niekonkurencyjnego stosunku do udziału w życiu społecznym.

Świat bez kobiet jest śmiertelną fantazją. Świat bez androgyniczności jest pozbawiony fantazji, sztuki, erotyki i poezji. Jest retorycznym więzieniem z góry narzuconych form.

Andrygyniczność to nie tylko współwystępowanie pierwiastka męskiego i żeńskiego, ale także efekt synergetyczny między nimi, atrakcyjność, erotyzm rozumiany nie tylko jako seksualność czy zdolność do genetycznej reprodukcji, ale jako siła tworzenia. Greckie bóstwo atrakcji i tworzenia, Eros, było androgynem, jednym z czterech przedwiecznych bóstw istniejących na początku dziejów, było też odpowiedzialne za połączenie niepołączalnych żywiołów ziemi i nieba. Nie tylko w starożytności androgyniczność odpowiada za energie łączące i twórcze. Również całkiem współcześnie badaczki zwracają uwagę na znaczenie androgynicznej energii, także w tak mało w oczach wielu osób poetycznej dziedziny życia, jaką jest zarządzanie. By wymienić tylko kilka przykładów: badania Alice Sargent, Carolyn Lynn Martin, Gary’ego Powella, Anthony’ego Butterfielda i innych pokazują, że androgyniczność w zarządzaniu pozwala na łączenie efektywności z rozwojem jednostkowym, otwiera nowe, interesujące drogi dla dojrzewania tak organizacji, jak człowieka. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety powinni uczyć się rozwijać w sobie pewne cechy, które dotąd mogą być tłumione, a które przypisywane są drugiej płci, by być bardziej wszechstronnymi, nowoczesnymi menedżerami. Androgyniczność w organizacjach pozwala na wytworzenie zgodności i budowania sojuszy niepolegających na kompromisach, ale na głębokich i niebanalnych synergiach. Odpowiedzialne i skuteczne przywództwo umie korzystać z władzy tak w „męski”, jak w „kobiecy” sposób, to jest zarówno poprzez stanowczość, jak przez budowanie przynależności i więzi.

Androgyniczność oznacza nie tylko stosowanie jednego i drugiego rodzaju władzy, lecz umie je łączyć i mieszać ze sobą, co potęguje potencjał przywódczy i otwiera drogę do rozwijania całego zakresu pożytecznych postaw i zachowań organizacyjnych. Co więcej, eliminuje to negatywne skutki dominacji tradycyjnego męskiego stylu zarządzania, czyli przede wszystkim niweluje poziom agresji. Wreszcie, androgyniczność wspierana w miejscu pracy zmniejsza poziom stresu, co ułatwia procesy uczenia się. Androgyniczność to nie jest miejsce na spektrum pomiędzy tym, co męskie, i tym, co kobiece. Androgyniczność jest syntezą, jest możliwością wystąpienia takich syntez w życiu społecznym i w życiu każdej jednostki ludzkiej.

Feminizm otwiera drzwi, za którymi istnieje przyszłość, w której jest miejsce na coś innego niż to, co dyktuje nam hegemoniczny patriarchat przy pomocy swoich coraz bardziej liniowych i zero-jedynkowych struktur i technologii. Przyszłość, w której jest miejsce na androgyniczność, poezję, twórczość, wrażliwość, współczucie, spontaniczność, współpracę, tożsamość rozumianą jako poszukiwanie, a nie jako definicja i marka, na fantazję, erotykę, odpowiedzialność, bezcelową zabawę, muzykę, rytm, popełnianie błędów, znajdowanie drogi, pożądanie, tęsknotę, czułość, marzenie, lenistwo, dobrą, sensowną pracę, przyjaźń, wierność, człowieczeństwo.

Jestem feministką, bo jestem człowiekiem. Po polsku człowiek to rodzaj męski. Po szwedzku człowiek, människa, to rodzaj żeński. Feminizm to przyszłość, w której możliwy jest rodzaj ludzki.


 

Od Szwecji po Meksyk, awangarda państw toruje drogę feministycznej polityce zagranicznej. Unia Europejska poczyniła postępy w promowaniu równości płci w swoich działaniach zewnętrznych, ale pozostaje dużo do zrobienia, zanim doprowadzi to do zmiany strukturalnej. Juliane Schmidt apeluje o zakorzenioną w intersekcjonalności¹ zieloną politykę feministyczną, która umożliwiłaby Unii Europejskiej realizację w praktyce jej ideałów wolności i równości.

Kwestia równości płci znalazła się w centrum uwagi w kwietniu 2021 r., po tym, gdy podczas szczytu w Turcji nie przewidziano krzesła dla Przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen. Niezależnie od tego, czy „safogate” została nieproporcjonalnie wyolbrzymiona, czy też nie, incydent ten pokazał, jak dużo pozostaje do zrobienia w całej Unii Europejskiej, jej instytucjach i państwach członkowskich, aby zwiększyć świadomość kwestii związanych z równouprawnieniem płci. Dla wielu osób to zdarzenie było tylko kroplą w morzu zdominowanego przez mężczyzn świata polityki zagranicznej.

Świat polityki staje się dzisiaj coraz bardziej złożony i zantagonizowany. Unia Europejska próbuje znaleźć w nim swoje miejsce, nie zdradzając jednocześnie swoich fundamentalnych wartości wolności i równości, jak również zobowiązania do przestrzegania praw człowieka i różnego rodzaju mniejszości. Przyjęcie zielonej polityki feministycznej umożliwiłoby UE rzeczywistą realizację tych wartości.

Kwestionowanie struktur i dynamiki władzy UE

Feministyczna polityka zagraniczna dąży do umieszczenia kwestii równości płci w głównym nurcie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Dotyczy ona przede wszystkim ochrony praw człowieka kobiet i dziewcząt oraz uznania, że jest to warunek wstępny osiągnięcia szerszych celów politycznych, takich jak pokój, bezpieczeństwo i zrównoważony rozwój. Najczęściej skupia się na zwalczaniu przemocy seksualnej i promowaniu edukacji kobiet, wzmocnienia pozycji kobiet w życiu gospodarczym oraz ich reprezentacji w polityce i podejmowaniu decyzji (w tym w negocjacjach pokojowych).

Zielona feministyczna polityka zagraniczna posuwa się o krok dalej. Jest głęboko zakorzeniona, uznając, że płeć jest konstruktem społecznym, i że globalne wyzwania, takie jak konflikty, zmiana klimatu i klęski żywiołowe, mają konsekwencje związane z aspektem płci, które powodują nasilenie różnych, wzajemnie powiązanych form dyskryminacji. Kwestionuje status quo, apelując o przemyślenie na nowo niesprawiedliwych norm płciowych i patriarchalnej dynamiki władzy. Co ważne, zielona feministyczna polityka zagraniczna przyjmuje podejście intersekcjonalne – jej celem jest osiągnięcie równości dla wszystkich ludzi i płci (nie tylko białych, heteroseksualnych, pełnosprawnych i cispłciowych kobiet). Promuje ona zmianę opartą na prawach i włączających, niedyskryminacyjnych interakcjach poprzez wielowymiarowe podejście we wszystkich dziedzinach polityki, w tym w wymiarze zewnętrznym. Bezpieczeństwo, prawa człowieka, migracja, handel, pomoc rozwojowa i humanitarna oraz zmiana klimatu – wszystkie one muszą być traktowane z uwzględnieniem ich wzajemnego powiązania.

Co to oznacza w praktyce? Po pierwsze, zajęcie się brakiem równości w strukturach i relacjach władzy wewnątrz instytucji Unii Europejskiej, aby zwiększyć obecność kobiet i grup marginalizowanych w procesach kształtowania polityki i podnieść świadomość kwestii związanych z płcią. Zaczynając od góry, należy zastosować szereg środków we wszystkich instytucjach i służbach. Oprócz wielu innych, powinny one zawierać obowiązkowe szkolenia dla wszystkich pracowników UE; politykę zerowej tolerancji dla molestowania seksualnego i przemocy o podłożu seksualnym; wytyczne dotyczące różnorodności, równości i integracji społecznej; oraz procedury rekrutacyjne uwzględniające problematykę płci. Muszą im towarzyszyć szczegółowe, możliwe do zmierzenia cele (w tym cele dotyczące różnorodności w unijnych instytucjach, delegacjach i misjach), jak również monitoring i kontynuacja.

Jeśli chodzi o treść polityki, zielona feministyczna polityka zagraniczna implikuje przemyślenie na nowo wielu obszarów. W zakresie polityki bezpieczeństwa, oznacza to odejście od androcentrycznego rozumienia bezpieczeństwa z wiążącymi się z nim figurami silnych mężczyzn i obrazami męskiej siły. Powinno być ono zastąpione długoterminowym rozumieniem bezpieczeństwa i stabilności, które jest feministyczne i włączające. Badania pokazują, że strategie, które nie dążą do zakończenia nierówności i niesprawiedliwości, nie doprowadzą do trwałego pokoju. Podobnie, unijna polityka rozwojowa powinna odejść od podejścia neokolonialnego, które opiera się na uzależnieniu od pomocy i wydobywaniu surowców, do podejścia zorientowanego na upodmiotowienie i poszanowanie praw człowieka. Po części, wymaga to działań humanitarnych uwzględniających problematykę płci oraz zmianę narracji wokół kobiet i grup zmarginalizowanych na taką, która uzna je przede wszystkim za podmioty pozytywnych zmian, a nie tylko beneficjentów pomocy.

Strategie, które nie dążą do zakończenia nierówności i niesprawiedliwości, nie doprowadzą do trwałego pokoju.

Oznacza to również wykorzystanie pozycji UE jako podmiotu globalnego handlu, poprzez zawarcie szczegółowych i wiążących rozdziałów dotyczących problematyki płci lub wymogów zachowania należytej staranności we wszystkich umowach handlowych UE. Unia Europejska powinna podjąć wyraźne zobowiązanie do promowania praw osób LGBTQI+ w swojej polityce zagranicznej oraz dążyć do tego, by kobiety i grupy zmarginalizowane brały udział w międzynarodowym procesie podejmowania decyzji dotyczących działań na rzecz klimatu.

Polityka zagraniczna musi się opierać na ścisłej współpracy ze społeczeństwem obywatelskim, w szczególności z obrońcami praw kobiet i grup zmarginalizowanych. Powinni oni/one być naturalnymi sojusznikami, jeśli chodzi o rozwijanie inkluzywnych strategii badawczych z międzysektorową perspektywą, których wciąż relatywnie brakuje w procesach kształtowania polityki UE. Drobiazgowe międzysektorowe analizy i systematyczne oceny wpływu powinny stanowić podstawę wszystkich polityk UE, wraz z wyspecjalizowanymi doradcami monitorującymi postęp i specjalnymi zasobami oraz projektami budżetowymi służącymi finansowaniu tych zmian.

Wiosną 2021 roku grupa Zieloni/Wolny Sojusz Europejski w Parlamencie Europejskim uczyniła krok w tym kierunku, publikując strategię, która postuluje feministyczną politykę zagraniczną i opisuje szczegółowo, jak ją wprowadzić. Strategia ta przedstawia czterostronne podejście: reprezentacja wszystkich płci i udział w procesach podejmowania decyzji; podejście oparte na prawach, które zapewnia ochronę podstawowych wolności wszystkich ludzi, a nie tylko garstki uprzywilejowanych; specjalne fundusze i zasoby; oraz użycie danych, badania i szerokie konsultacje, które posłużą za podstawę opracowania rozwiązań uwzględniających różnorakie i częściowo pokrywające się formy dyskryminacji.

Wolny postęp na drodze do zgodnej z zasadą równości płci polityki zagranicznej UE

Globalny trend w kierunku nowego podejścia do polityki zagranicznej daje się zauważyć od mniej więcej dwóch dekad. W roku 2000 Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła przełomową rezolucję w sprawie kobiet, pokoju i bezpieczeństwa. W 2018 roku UE ustanowiła swój program na rzecz kobiet, pokoju i bezpieczeństwa, w tym podejście strategiczne i plan działania na lata 2019-2024. W 2020 roku uchwaliła trzecią część planu działania (Gender Action Plan III – GAP III) w sprawie równości płci, która określa założenia programu na rzecz równości płci i równouprawnienia kobiet w zewnętrznych działaniach UE. Wszystko to przyczyniło się do wejścia kwestii równości płci do głównego nurtu polityki zagranicznej UE i mogłoby posłużyć za podstawę europejskiej feministycznej polityki zagranicznej. Ale kilka państw wyprzedza pozostałe kraje UE, jeśli chodzi o wprowadzanie w życie założeń feministycznej polityki zagranicznej.

Pionierką w tej dziedzinie jest Szwecja, która jako pierwsze państwo na świecie w 2014 roku ogłosiła przyjęcie feministycznej polityki zagranicznej. W 2018 roku szwedzkie Ministerstwo Spraw Zagranicznych opublikowało oparty na tym podejściu informator, aby udostępnić zbiór praktycznych informacji i zainspirować dalszą pracę w obszarze feministycznej polityki zagranicznej. W jej ramach Szwecja ma koordynatorkę feministycznej polityki zagranicznej, sieć punktów kontaktowych w instytucjach i służbach państwowych, jak również corocznie uaktualniany plan działania. Ponadto Szwecja przeznacza 90 procent swojej pomocy rozwojowej na cele związane z równouprawnieniem płci. Szwedzka feministyczna polityka zagraniczna jest nieodłączną częścią szerszego programu na rzecz równości płci w tym kraju, a jego rząd określa się nawet jako feministyczny.

Podążając śladami Szwecji kilka innych krajów UE, w tym Luksemburg, Hiszpania i Cypr, ogłosiło przyjęcie feministycznej polityki zagranicznej, podczas gdy Francja wdrożyła feministyczne podejście do dyplomacji. Od 2014 roku 79 państw opracowało krajowe plany działania na rzecz poprawy udziału kobiet w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa. Poza UE, w 2017 roku Kanada wprowadziła feministyczną politykę rozwojową. W 2020 roku Meksyk stał się pierwszym krajem Ameryce Łacińskiej, który przyjął feministyczną politykę zagraniczną, a Malezja zasygnalizowała, że również nosi się z takim zamiarem.

Niemniej jednak, kobiety i przedstawiciele oraz przedstawicielki grup zmarginalizowanych są dzisiaj nadal mniejszością wśród osób zajmujących wysokie stanowiska w systemach politycznych lub służbach dyplomatycznych i militarnych krajów członkowskich UE. Przy obecnym tempie postępu pozostaną nią jeszcze przez długi czas. GAP III jest dużym osiągnięciem, lecz nie idzie wystarczająco daleko, by skutecznie promować zmianę strukturalną. Podobnie jak inne dokumenty UE jest napisany niewystarczająco integracyjnym językiem, opartym na binarnej koncepcji płci. Brakuje w nim zasad budżetowania uwzględniających problematykę płci i, pomimo uznania włączenia tematyki płci do głównego nurtu polityki za „odpowiedzialność dla wszystkich”, istniejące plany działania i strategie – w tym te, które są częścią programu na rzecz kobiet, pokoju i bezpieczeństwa – nie są w wystarczającym stopniu wprowadzane w życie. Ponadto wiele strategii UE nadal nie uwzględnia problematyki płci i ich równouprawnienia lub są one niespójne w znaczeniu intersekcjonalności. Na przykład, krótko po publikacji GAP III Komisja Europejska ogłosiła swoją strategię na rzecz odnowy multilateralizmu, w której całkowicie zabrakło wymiaru płci i intersekcjonalności.

GAP III nie odnosi się również w wystarczającym stopniu do rosnących wyzwań w kontekście międzynarodowym, w którym mamy do czynienia ze sprzeciwem wobec praw kobiet i grup zmarginalizowanych oraz kurczeniem się przestrzeni dla społeczeństwa obywatelskiego. Widzimy to w poważnych problemach finansowych organizacji społecznych, przywróceniu „zasady globalnego knebla”² podczas prezydentury Donalda Trumpa, zwiększającym się sprzeciwie wobec Konwencji Stambulskiej o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet (w tym wśród państw członkowskich UE), a także we wzrastającym dyskursie antygenderowym na całym świecie. Przejawem tego ostatniego zjawiska są między innymi trudności z uchwaleniem ostatniej rezolucji ONZ w sprawie kobiet, pokoju i bezpieczeństwa. Jego skutkiem w UE jest brak jakichkolwiek konkretnych wniosków dotyczących GAP III, jak również kwestionowanie przez niektóre państwa członkowskie prawie wszystkich tekstów odnoszących się równości płci lub praw osób LGBTQI+.

Służba dyplomatyczna UE nie wywiązuje się z deklaracji

W odniesieniu do struktur UE największe wyzwania dla zielonej feministycznej polityki zagranicznej dotyczą zarządzania Europejską Służbą Działań Zewnętrznych (ang.European External Action Service – EEAS), której przewodniczy Wysoki Przedstawiciel Josep Borrell. Mężczyźni zajmują w tej instytucji prawie 80 procent wyższych stanowisk i około 70 procent stanowisk średniego szczebla (jedynie w przypadku tych drugich zwiększyła się reprezentacja kobiet, odkąd Borrell objął swoje stanowisko w grudniu 2019 roku). Program działania na rzecz zmniejszenia nierównowagi płci w zarządzaniu EEAS stanowi dobry początek, ale jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia, jeśli chodzi o jego wdrożenie, zapewnienie partycypacji i równowagi pomiędzy pracą a życiem prywatnym, zajęcie się problemem braku podań o pracę ze strony kobiet i osób z grup zmarginalizowanych, a także włączenie perspektywy intersekcjonalnej do opisu stanowisk pracy i procesu oceny pracowników. Poza poprawną politycznie retoryką, Borrell nie wyróżnia się jako orędownik równości płci i intersekcjonalności. Politico cytowała ostatnio pracowników EEAS, opisujących zdominowaną przez mężczyzn kulturę pracy, w której kwestia równości płci nie jest traktowana przez kierownictwo poważnie i pozostawiona głównie kobietom.

Mężczyźni zajmują prawie 80 procent wyższych stanowisk i około 70 procent stanowisk średniego szczebla w EEAS.

Niedawna procedura ponownego mianowania na stanowisko głównego doradcy EEAS ds. równouprawnienia płci, kobiet, pokoju i bezpieczeństwa również była niepokojącym wyrazem postrzegania integracji przez kierownictwo EEAS, jako kwestii o o niewielkim znaczeniu Po zakończeniu kadencji pod koniec 2020 roku procedura mianowania następczyni rozpoczęła się dopiero po wielu skargach eurodeputowanych i społeczeństwa obywatelskiego. Dopiero w kwietniu 2021 roku holenderska dyplomatka Stella Ronner-Grubacic została mianowana doradczynią sekretarza generalnego ds. równouprawnienia płci i różnorodności, ale zmieniona nazwa tego stanowiska sugeruje, że urząd ten będzie miał nowe zadania, mniejsze znaczenie i ograniczone zasoby. Łączenie odpowiedzialności za ogólną różnorodność i równość płci nie wskazuje na skierowanie należytej uwagi i koniecznych środków na obie z tych kwestii.

Kolejnym problemem jest brak współpracy EEAS ze społeczeństwem obywatelskim. Wymownym tego przykładem może być wizyta Specjalnego Przedstawiciela UE ds. dialogu pomiędzy Belgradem a Pristiną, Miroslava Lajčáka w Kosowie w listopadzie 2020 roku, podczas której nie spotkał się on z przedstawicielkami żadnej z organizacji zajmujących się prawami kobiet. W odpowiedzi na krytykę stwierdził, że w rzeczywistości spotkał się z „kobietami z Kosowa”, co oznacza całkowity brak zrozumienia zagadnienia, o którym tu mowa. Są również doniesienia, że delegacje UE zlecają pracę związaną z GAP III, w tym konsultacje z przedstawicielkami społeczeństwa obywatelskiego, podmiotom zewnętrznym, co skutkuje ogromnym ograniczeniem zaangażowania w te procesy i kontaktu z niezależnymi ekspertami. Ponadto obnaża to brak kompetencji i zasobów, które umożliwiłyby prowadzenie tej pracy przez instytucje unijne.

Zielona feministyczna polityka zagraniczna: od koncepcji do praktyki

Zielona feministyczna polityka zagraniczna nie jest czymś, co wystarczy „odfajkować”. Aby była skuteczna, wymaga rzeczywistej zmiany systemowej wewnątrz Unii Europejskiej. Europejska polityka zagraniczna jest obecnie głównie kształtowana przez starszych, białych mężczyzn, którzy zazwyczaj tworzą polityki służące interesom innych starszych, białych mężczyzn. Jeżeli nie zmienimy oblicza polityki zagranicznej UE, pozostanie ono męskie, blade i znużone. Ale sama reprezentacja – podejście „dodaj kobiety/mniejszości i zamieszaj” (ang. “add-women/minorities-and-stir” approach) – nie przekłada się automatycznie na bardziej integracyjną i transformatywną politykę. Wdrożenie zielonej feministycznej polityki zagranicznej wymaga kompleksowego podejścia i progresywnego przywództwa, które bierze odpowiedzialność za wszystkie konieczne procesy. Ważne będą zmiany w kulturze instytucjonalnej UE – kampanie informacyjne, wytyczne i szkolenia mogą przyczynić się do zmiany nastawienia i sposobu myślenia.

Intersekcjonalność musi być naczelną zasadą feministycznej polityki zagranicznej UE.

Feministyczna polityka zagraniczna nie jest nową koncepcją i wielu ekspertów/ekspertek podkreślało konieczność podejścia międzysektorowego. Jednak przykłady feministycznej polityki zagranicznej, w tym w Szwecji, są często krytykowane ze względu na nie uwzględnianie w wystarczającym stopniu innych grup zmarginalizowanych, takich jak LGBTQI+ i ludzie dyskryminowani ze względu na rasę. Intersekcjonalność musi więc być naczelną zasadą feministycznej polityki zagranicznej UE. Musi to być poparte odpowiednimi środkami (dokumentami politycznymi, strategiami, planami działania, publicznymi oświadczeniami, przypisanymi zasobami), jak również wsparciem wszystkich krajów członkowskich UE.

Wziąwszy pod uwagę nasilający się w niektórych państwach członkowskich sprzeciw wobec równości płci i praw osób LGBTQI+, droga do takiej zmiany paradygmatu wydaje się być jeszcze daleka. Chociaż istnieje awangarda państw, które rozwijają feministyczną politykę zagraniczną, są również takie, dla których jest ona wciąż nie do pomyślenia. Podobny podział można zaobserwować pomiędzy konserwatywnymi/prawicowymi a liberalnymi/lewicowymi partiami w Parlamencie Europejskim, gdzie wprowadzenie progresywnego języka w odniesieniu do płci do jakiegokolwiek tekstu pozostaje wyzwaniem. Ale ponieważ UE opiera się na kompromisie i konsensusie, w wciąż ma szansę na pozycję lidera w tej kwestii.

Aby to osiągnąć, potrzebni są ludzie, którzy są wystarczająco odważni, by dążyć do zmian transformacyjnych, zamiast niewielkich reform tu i tam. Kiedy w 2014 roku szwedzka minister spraw zagranicznych, Margot Wallström po raz pierwszy ogłosiła feministyczną politykę zagraniczną jej państwa, została wyśmiana. Kilka lat później idea ta znalazła się w głównym nurcie, wzrasta świadomość jej znaczenia i podejmowane są coraz liczniejsze działania. Jeśli spojrzymy na Niemcy przed zbliżającymi się wyborami federalnymi we wrześniu 2021 roku, zobaczymy znaki dające nadzieję, ponieważ Zieloni popierają feministyczny rząd i feministyczna politykę zagraniczną (przeczytaj więcej na stronie: German Greens).

Zielona feministyczna polityka zagraniczna jest częścią szerszej debaty na temat godzenia fundamentalnych wartości UE z jej polityką zagraniczną. Równość jest zapisana traktatach unijnych. Wdrożenie zielonej feministycznej polityki zagranicznej mogłoby skutecznie wprowadzić tę wartość do praktyki polityki zagranicznej. UE musi zaprzestać traktowania praw i wartości, jako kwestii mało istotnych w polityce zagranicznej. Wyznaczyła sobie standard, w którym równość oraz uniwersalne prawa i możliwości znajdują się na przedzie i w centrum. Teraz powinna o to walczyć wszelkimi dostępnymi środkami.

Przypisy:

1. Intersekcjonalność – zjawisko krzyżowania się ze sobą, nakładania i zazębiania różnych kategorii społecznych, wzmacniających dyskryminację grup i jednostek, np. płci konstruowanej społecznie, etniczności, rasy, klasy, orientacji seksualnej, narodowości, wieku, religii, czy niepełnosprawności[1]. Analiza intersekcjonalna (teoria przecięć) została rozwinięta przede wszystkim w ramach feminizmu. (Wikipedia).

2. Stosowany przez USA zakaz dotowania z funduszy federalnych organizacji rozwojowych, które w jakikolwiek sposób działają na rzecz prawa kobiet do aborcji (z ang. „global gag rule”).

Artykuł pierwotnie ukazał się w Green European Journal. Angielska wersja dostępna jest tutaj: https://www.greeneuropeanjournal.eu/a-green-feminist-foreign-policy-for-the-eu/

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

Fot. European Parliament


 

Po wielu rozmowach z kolegami i setkach dyskusji w social media dochodzę do wniosku, że mężczyźni są najlepszymi ekspertami od spraw kobiet. Doradzą nam w każdej sytuacji, znają nasze uczucia, wiedzą, czego chcemy i czego się boimy. Bez żadnych wątpliwości wytłumaczą, jak kobiety znoszą aborcję, dlaczego nie powinny przeklinać, a nawet o co chodzi w tym całym feminizmie.

Mężczyźni potrafią też odróżnić „prawdziwe” kobiety od „dziwadeł”. Uczestniczki Strajków Kobiet to tylko wybryk natury, pogwałcenie boskich praw. Mężczyźni przecież wiedzą, że „normalne” kobiety tak się nie zachowują. „Normalne” kobiety są miłe i spokojne: oddane matki, strażniczki domowego ogniska. Wspierające mężczyzn: polityków, ekspertów, przedsiębiorców, ciężko pracujących specjalistów. Tych, którzy ustalają reguły i sprawiają, że budujemy przyszłość.

W świecie, w którym chłopcy i dziewczynki wychowywani są według innych narracji, bycie ekspertką jest podwójnie trudne. Kulturowe światy „męski” i „damski” mocno się różnią i o ile mężczyźni bez najmniejszego problemu wkraczają w damski, żeby go objaśniać czy porządkować, o tyle w drugą stronę jest już nieco inaczej.

„Sierpińska to gorzej niż zbrodnia”, chora psychicznie, troll, szowinistka, „jesteś jedną z najbardziej toksycznych dyskutantek na fejsie”, szkodnik, „jesteś agresywna”, „wiem, że pani mnie nie lubi”, „nie mogę uwierzyć, że osoba tak inteligentna i o takiej wiedzy jak ty” może uważać, że X, „nie znosisz sprzeciwu”, „generalnie żadne fakty cię dotąd nie przekonały”, “to, co napisałaś, jest „jednoznaczne”. 

Tego między innymi dowiedziałam się o sobie, dzieląc się publicznie opiniami i odczuciami.

Kiedy mówię o tym, co JA obserwuję, co JA czuję, co JA wiem – dostaję w odpowiedzi informacje (w 98% od mężczyzn), co ja obserwuję, co ja czuję i co ja wiem (albo – częściej – czego nie wiem). To, że analizuję raporty i artykuły naukowe, rozmawiam z badaczami, uczestniczę w konferencjach – wielu osobom nie wystarcza, by mogły uznać, że mogę mówić o rzeczach, na których się znam. Zastanawiam się czasem, jak poradziłabym sobie bez tych „życzliwych” komentarzy, które objaśniają mi, jakie naprawdę są moje emocje, myśli i poglądy. Być może po prostu nie mogę być ekspertką? Być może, kiedy mężczyzna pisze bzdury, a ja wprost je tak nazywam, łamię zasadę, według której słowo mężczyzny to świętość? Być może nie powinnam używać jakichś wyrażeń i powstrzymać się od sarkazmu? Wkraczam w kulturowy świat, którego nie rozumiem.

Problem w tym, że mężczyźni też pewnych rzeczy zupełnie nie rozumieją. Są jednak na tyle pewni swoich racji, że nie dopuszczają do siebie myśli, że tak jest. Na zwróconą uwagę odpowiadają „przesadzasz” albo „przecież to oczywiste, że tak właśnie uważasz”. Wszystko jest dla nich oczywiste. Dzielą też rzeczy na ważne i banalne. Banalne może być obrażanie i obmacywanie, bo przecież „mężczyźni już tacy są”. Nic złego nie ma też we wmawianiu  poglądów czy uzurpowaniu sobie prawa do „właściwej” interpretacji wypowiedzi (bo czy kobiety wiedzą, co tak naprawdę chcą powiedzieć?). Ani w tłumaczeniu, że pewne rzeczy nie mogą zasmucać kobiet ani ich drażnić, podobnym do „nie płacz, przecież to cię nie boli”, którym część rodziców reaguje na płacz małych dzieci. Kobiety przecież histeryzują, bo generalnie świat (zawężany najczęściej do bogatych państw Północy) jest pełen równych szans dla wszystkich. Tylko czy rzeczywiście kobiety miały takie same jak mężczyźni możliwości tworzenia świata, w którym wszyscy żyjemy? Prawa wyborcze uzyskały pod koniec XIX w., w niektórych krajach dopiero w XX w. (Polska 1918, USA 1920, Chiny 1947, Szwajcaria 1971, Arabia Saudyjska 2015). Przez setki lat ich status jako obywateli był podrzędny, a wpływ na politykę – właściwie żaden. Los kobiety ograniczał się de facto do małżeństwa lub życia zakonnego, służby w domu rodzinnym i śmierci. Spod władzy ojca przechodziła pod władzę męża, jak przedmiot, który służy do załatwiania interesów, utrwalania sojuszy i zdobywania dóbr. Kiedy jednak mówię, że mężczyźni mieli setki lat na wdrażanie pomysłów stworzenia „idealnego świata” i powinni zamilknąć, gdy kobiety wychodzą teraz na ulicę, dowiaduję się, że „żaden historyk nie powie, że to świat mężczyzn”. Więc drogie kobiety – choć niemal o niczym nie mogłyście decydować, musicie wziąć współodpowiedzialność za wszystkie wojny.

Coraz mniej mi się chce uczestniczyć w dyskusjach, nawet zupełnie „niewinnych”. Powstrzymuję się, wiedząc, że mogę zaraz zobaczyć/usłyszeć, jak pozbawieni poczucia humoru strażnicy dogmatów zaczną roztrząsać mój stan psychiczny czy moje znajomości. Cenzuruję samą siebie i wiem, że nie tylko ja. Koleżanki aktywistki, naukowczynie, działaczki społeczne mówią mi, że nie odzywają się, bo mają dość ataków ad personam, wyszydzania, podważania ich kwalifikacji. Takimi sposobami de facto rugujemy kobiety ze sfery publicznej. Bo one nie mają ochoty udowadniać, że same wiedzą lepiej, co myślą i czują. Nie chcą, żeby mężczyźni objaśniali im świat.

Uwaga dla mężczyzn: Felieton zawiera dużą dawkę sarkazmu. Zastosowane uogólnienia są zabiegiem literackim. Jeśli ktoś odczuwa potrzebę wytłumaczenia mi, co „naprawdę” miałam na myśli, to mogę zaproponować takiej osobie 2 szklanki zimnej wody (jedną doustnie, drugą na głowę) i zajęcie się własnym światem wewnętrznym.

Fot. The Focal Project


 

Danuta Nowak o pięknym i niezwykłym miejscu – Domu Spotkań Twórczych „Ptasia Dolina” na Pogórzu Kaczawskim

Najpierw pojawiła się wizja wspólnego życia na wsi.

Potem dyskusje i wybór części Polski, gdzie oboje czulibyśmy się dobrze.

Mój mąż pragnął zamieszkać na wschodzie Polski. Ja nie widziałam dla siebie innego miejsca niż mój rodzinny Dolny Śląsk. W górach lub na pogórzu.

Początkowo miał być to po prostu domek na wsi. Mały, tylko dla nas, otoczony lasami, wśród innych domów, we wsi – by mieć sąsiadów, ale też żeby nie zawłaszczać kolejnego kawałka Ziemi ingerując w nienaruszoną przyrodę. Chcieliśmy wykorzystać infrastrukturę jaka już istniała, zamiast tworzyć nową. Z przyrodą wokół, na wyciągnięcie ręki. Z ludźmi, dla których natura jest ważna i dbają o nią.

Zanim podjęliśmy decyzję o zamieszkaniu na wsi, poza głównymi drogami, bez sklepu itp. przygotowywaliśmy się do tego długo, mieszkając w małej miejscowości na ziemi łódzkiej. Mieliśmy tam ogród, który po dwóch latach przerobiliśmy na permakulturowy. Próbowaliśmy swojej niezależności np. testując żywienie się tylko plonami z ogrodu (piekliśmy chleby, pasztety z dyni i cukinii, robiliśmy przetwory z owoców, pomidorów i innych warzyw, kwiatów czy ziół, korzystaliśmy z dziko rosnących roślin). Jedliśmy też jajka od naszych kur.

Pewnej jesieni postanowiłam przeprowadzić eksperyment. Uznałam, że skoro mamy kury oraz własny, naturalny ogród, a także potrafimy przetwarzać jedzenie, to warto zobaczyć, jak to jest w ogóle nie korzystać ze sklepów, samodzielnie przygotowując pożywienie. Mieliśmy trochę zapasu mąki, kasz i oliwę. Reszta produktów pochodziła z naszego ogrodu. Tak przeżyliśmy miesiąc nie kupując nic w żadnych sklepach, również z artykułami tekstylnymi czy AGD. Okazało się to zaskakująco łatwe, po czasie eksperymentu trudno było znaleźć w sklepie spożywczym jakieś produkty, które byłyby nam potrzebne, a zarazem warte zakupu. Uważamy, że przeprowadzenie takiego detoksu od wszelkich usług i towarów raz na jakiś czas każdemu wyjdzie na zdrowie.

Staraliśmy się też uniezależnić od codziennego jeżdżenia do miasta do pracy. Znacznie ważniejsza stawała się jakość naszego życia niż jego standard. Wiedzieliśmy, ile czasu potrzebujemy pracować w mieście, a ile warto wykorzystać na pracę we własnym ogrodzie, by mieć zdrowe i dobrej jakości pożywienie z własnej uprawy. Jako że od kilkudziesięciu lat jesteśmy wegetarianami, ogród warzywny, sad, łąka i las są dla nas bardzo istotnymi elementami ekosystemu.

Droga na Pogórze Kaczawskie

Z własnego doświadczenia wiemy, że żyjąc w mieście wpada się w pułapkę zarabiania, aby korzystać z atrakcji jakie oferuje (koncerty, kino, teatr, inne wydarzenia kulturalne i społeczne itp.), by jeść zdrowo, odpoczywać/regenerować się, wyjeżdżając w piękne miejsca. Gdy żyje się bliżej przyrody i lubi pracę w ogrodzie okazuje się, że zmniejsza się ilość potrzeb związanych z aktywnym wypoczynkiem w dziczy czy dbaniem o jakość życia, rozładowywaniem napięć i stresów. Można to robić każdego dnia zamiast czekać na weekendy i urlopy. Zaczyna się odkrywać piękno w przyrodzie otaczającej nas w najbliższej przestrzeni. Jest nim śpiew ptaków, zwierzęta wokół, piękne wschody i zachody słońca, doświadczanie deszczu, wiatru, dotyk i zapach gleby, szczególnie zroszonej deszczem, spektakle na niebie podczas burz. Wtedy zaczynamy żyć zgodnie z rytmem pór roku. Gdy odkrywa się przyjemność w prostych rzeczach, przestaje się chcieć mieć więcej. Z czasem otoczenie staje się miejscem, w którym czujemy się dobrze zarówno my, jak i nasi goście, oraz inni dzicy mieszkańcy ogrodu.

Nasze dziesięcioletnie wspólne doświadczenie życia na wsi w województwie łódzkim prowadziło nas dalej. Wiedzieliśmy już, że męczy nas miasto, nawet gdy tylko przyjeżdżamy do niego do pracy robiąc warsztaty. Chcieliśmy mocniej zanurzyć się w przyrodę, spowolnić nasze życie. Jeszcze bardziej doświadczać przyrody i odgłosów natury, zamiast hałasu drogi wojewódzkiej, jaką mieliśmy zza oknem. Czuliśmy, że jesteśmy na to gotowi.

Gdy już wspólnie zdecydowaliśmy się, aby zamieszkać na Dolnym Śląsku chcieliśmy zawęzić obszar poszukiwań.

Od ponad dziesięciu lat pracuję jako moderatorka odnowy dolnośląskiej wsi, wspierając mieszkańców przy aktywizacji oraz tworzeniu strategicznych dokumentów dla gmin i sołectw. Dzięki temu dość dobrze poznałam specyfikę różnych zakamarków województwa dolnośląskiego, poszczególnych regionów, zależności, uwarunkowań, historii, a także ukształtowania terenu. Moją szczególną uwagę zwróciły okolice parku krajobrazowego Chełmy. Wiedziałam też, że jest to teren gdzie żyją ludzie aktywni i kochający swoje miejsce na ziemi. Poczułam, że znajdzie się tu też przestrzeń na nasze działania. To pozwoliło nam całkowicie świadomie wybrać Pogórze Kaczawskie – teren interesujący przyrodniczo i geologicznie, ale jeszcze nieodkryty i „zdeptany” przez turystykę. Miejsce, gdzie mógł powstać nasz ogród (ze względu na temperatury, wybór padł na pogórze a nie góry). Odkryliśmy małą XIV-wieczną wioseczkę o szumnej nazwie Nowa Wieś Wielka, w gminie Paszowice.

Jak piękne miejsce znaleźliśmy odkrywamy spacerując po okolicy. Poza przyrodą, spotkaliśmy tu wartościowych ludzi, którzy wspierali nas już podczas remontu, rozmawiając, zapraszając na wspólne kolacje. Utrzymujemy kontakt z poprzednimi właścicielami, szczególnie z seniorką rodu, panią Wandą.

Remontując, przyglądamy się domowi i okolicy. Staramy się wykorzystać jak najwięcej materiałów z odzysku – starą cegłę, deski, drzwi i podłogi. To co da się zachować, zachowujemy. Wymieniamy jedynie niezbędne elementy. Gdy okazało się, że pod naszymi sufitami kryją się stare belki postanowiliśmy je odsłonić i zabezpieczyć. Skuwając stare tynki odkryliśmy kamienne ściany. Część z nich zostawiliśmy odsłonięte. Obserwujemy otoczenie, to jak światło pada na budynek, skąd wieją wiatry. Dopiero potem decydujemy się na zmiany w otoczeniu, nasadzeniach drzew i krzewów.

Początki były trudne. Dom wymagał dużo pracy i serca. Fot. Igor Buszkowski

Kiedy szuka się domu na Dolnym Śląsku to najczęściej spotkać można duże poniemieckie budynki połączone z pomieszczeniami gospodarczymi. Taki też jest nasz dom. Trzypoziomową stodołę postanowiliśmy przerobić na sale warsztatowe. Ponieważ zajmujemy się edukacją przyrodniczo-artystyczną uznaliśmy, iż może nadszedł czas, by nie musieć już jeździć po placówkach oświatowych Polski, ale w zamian zacząć zapraszać grupy do nas. Szczególnie, że nasza wieś leży na terenie obszaru Natura 2000, Parku Krajobrazowego Chełmy oraz otoczona jest trzema wąwozami, a dwa z nich są rezerwatami przyrody (Wąwóz Lipa i Wąwóz Siedmicki).

Planowane jest też utworzenie Geoparku UNESCO na terenie Gór i Pogórza Kaczawskiego (tzw. Krainy Wygasłych Wulkanów). Występuje tu wielkie bogactwo roślin i zwierząt – jelenie (jesienią wokół słychać odgłosy z rykowiska), muflony, salamandry, żmije zygzakowate, borsuki jedzące orzechy w sadzie, nietoperze w stodole, mnóstwo ptaków, w tym żurawie, bociany czarne czy bieliki. Wiosną zakwitają m.in. rośliny z rodziny storczykowatych.

Plemię Ptaków

Wraz z mężem – Darkiem, pracuję z dziećmi i młodzieżą. Kilka lat temu uczestniczyliśmy w Zgromadzeniu Kręgów, gdzie zajmowaliśmy się dziećmi, współtworzyliśmy przestrzeń dla dzieci. Na zakończenie kilkudniowego spotkania, wspólnie z Magdą Polkowską z projektu „Baśnie Ludów Ziemi”, przedstawiliśmy spektakl o plemieniu ptaków, które nauczyło ludzi jak być szczęśliwymi. Jak ważne są spotkania, rozmowy, taniec i śpiew. Plemieniu, które nauczyło ludzi tego, dzięki czemu ludzie mogą być szczęśliwi, aby spotykali się razem, rozmawiali, tańczyli i śpiewali.

Myśląc o funkcji, jaką miał spełniać nasz dom, wiedzieliśmy jedno – ze względu na swoje rozmiary nie jest to dom tylko dla nas. To przestrzeń na spotkania, twórcze działania, radość, śpiew, inspirację i inicjatywy szanujące wszystkie istoty na Ziemi. Również ważnym tematem jest dla nas suwerenność żywnościowa i szacunek dla Ziemi jako żywicielki, i jak najmniejsze jej eksploatowanie. Tak narodziła się nazwa Dom Spotkań Twórczych „Ptasia Dolina”.

Tworząc Dom Spotkań, już podczas odnajdywania ukrytego piękna naszego budynku i okolicy, zapraszaliśmy osoby chcące współtworzyć go z nami. Zorganizowaliśmy dwa spotkania (jesienią i wiosną), podczas których tynkowaliśmy ściany gliną. Przyjeżdżali nasi znajomi, młodzież, z którą pracujemy w ramach obozu Tropami Tęczowego Wojownika.

W działaniach kierujemy się zasadą, aby żyć nie tylko dla siebie. Chcemy być pomostem łączącym ludzi z przyrodą, ludzi w relacjach z innymi – w miejscu zamieszkania oraz w przestrzeni obozów, jakie corocznie organizujemy dla dzieci i młodzieży. Interesują nas: łączenie idei, wartości, szacunek dla przyrody, historii i tradycji.

Wiosną 2019 r. (jeszcze podczas remontu), w Ptasiej Dolinie odbyły się Warsztaty Permakulturowego Projektowania Siedliska organizowane przez Asię Bojczewską z Ekopoletko i Bena Lazara z Permakultura.Edu.Pl oraz warsztat stolarski prowadzony przez Alicję Liczkowską i Jędrzeja Cyganika z „Drwa. Tales of the Woods”. Zostaliśmy też zaproszeni do współtworzenia projektu Forest School Center dla nauczycieli leśnych przedszkoli oraz Akademii Głębokiej Ekologii. W ramach tych projektów w Ptasiej Dolinie odbywały się warsztaty.

Obecnie wraz z Joanną Bojczewską rozpoczęliśmy projekt „PDC – Ptasia. Roczne Projektowanie Permakultury w Ptasiej Dolinie”.

Warsztaty projektowania permakulturowego z PermaKultura.Edu.PL. Fot.Piotr Łóżny

Kolędowanie

Zdając sobie sprawę, że w świadomości mieszkańców możemy budzić pewien niepokój, ze względu na dużą liczbę pojawiających się u nas ludzi, głównie młodych, postanowiliśmy przedstawić się sąsiadom, odwiedzając ich podczas kolędowania. Mieliśmy już takie doświadczenia z lat poprzednich. Darek kolędował z Teatrem Węgajty, a razem, wspólnie z młodzieżą z organizowanych przez nas obozów Tropami Tęczowego Wojownika, kolędowaliśmy w domach pomocy społecznej.

W tamtym okresie nasz Dom nie był jeszcze gotowy na przyjęcie gości. Nie mieliśmy ogrzewania ani łazienek. Ale ugościła nas wieś. Przyjechało 30 osób z Polski i zagranicy. Przez trzy dni przygotowaliśmy się ucząc kolęd i pastorałek oraz tworząc kostiumy: śmierci, diabłów, aniołów i herodów. Tego dnia wiele drzwi stanęło przed nami otworem.

Otwarcie Domu

Po półtorarocznym remoncie Domu postanowiliśmy otworzyć go dla naszych przyjaciół i sąsiadów. Zaprosiliśmy też społeczność gromadzącą się wokół obozów Tropami Tęczowego Wojownika. Było dużo poezji, śpiewu, wspólnego gotowania, rozmów w kręgu, itp. W następnym tygodniu zaprosiliśmy mieszkańców naszej wsi, aby opowiedzieć o sobie, posłuchać o naszej miejscowości od lokalnego historyka, sołtysa, członków lokalnego stowarzyszenia i mieszkańców.

W następnych miesiącach organizowaliśmy jeszcze wiele spotkań artystycznych, takich jak koncert Teatru Węgajty, potańcówkę z węgierskim zespołem Szepszerevel grającym muzykę csango, czy wieczór autorski o mitologii słowiańskiej.

Mamy dużo planów na dalsze działania, projekty związane z przyrodą i uprawą ziemi. Jednym z nich jest stworzenie społecznego Domu Nasion i edukowanie mieszkańców w temacie zbierania i przechowywania nasion starych odmian roślin. Będziemy go realizowali współpracując z pasjonatami i nauczycielami tworzenia naturalnych ogrodów oraz stowarzyszeniami wspierającymi suwerenność żywnościową.

Inne, ważne dla nas projekty, które planujemy realizować w najbliższym czasie, dotyczą rozwoju osobistego w kontakcie z naturą. Szczególnie te skierowane do kobiet. Zarówno kontakt kobiety z Ziemią, która nas karmi oraz bycie w lesie, doświadczanie go wszelkimi zmysłami, może być uzdrawiające dla świata. Kobiety, które odkryją swoją siłę dzięki kontaktowi z przyrodą lub odnowią utraconą więź z Ziemią, będą uczyły innego, pełnego szacunku jej traktowania.

Rozumiejąc, jak ważne i wielopoziomowe jest przygotowanie się do przeprowadzki na wieś, stworzenie sobie odpowiedniego modelu z uwzględnieniem trudności i zagrożeń a nie tylko romantyczną wizją sielskiego życia wiejskiego, przygotowaliśmy program wspierający osoby decydujące się na świadome zamieszkanie na wsi. Pracuję z nimi m.in. takimi metodami, jak: mentoring i coaching.

Życie na wsi, w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami niesie ze sobą wiele wyzwań. Podobnie jest z tworzeniem i utrzymywaniem więzi społecznych. Mamy świadomość, że podążamy wymagającą ścieżką, jednak dla nas tylko takie życie ma sens.

Danuta Nowak – coach, mentorka, pedagożka i animatorka społeczna. Prowadzi warsztaty i konsultacje indywidualne w zakresie prostego życia w bliskości natury i zakorzeniania się na wsi. Pasjonuje się naturalnym ogrodnictwem i projektowaniem permakulturowym.

Kontakt: danuta.nowak.hr@gmail.com

Dom Spotkań Twórczych „Ptasia Dolina”, Pogórze Kaczawskie: https://www.facebook.com/PtasiaDolina

Artykuł ukazał się w wakacyjnym numerze Miesięcznika Dzikie Życie, lipiec / sierpień 2020

Opublikowano za zgodą autorki i redakcji Miesięcznika Dzikie Życie


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Luka płacowa mimo krytyki ma się dobrze. Kobiety ciągle są gorzej wynagradzane niż mężczyźni na tych samych stanowiskach. Ada Tymińska pisze o luce płacowej w Unii Europejskiej.

Z danych opublikowanych przez Eurostat za rok 2018 wynika, że stopa luki płacowej w Unii Europejskiej wyniosła 15,7%[1] . Choć ogólna tendencja jest spadkowa , to zadziwiać może powolne tempo tego spadku oraz, w ogóle, samo istnienie tego zjawiska w tak znaczącej skali – szczególnie biorąc pod uwagę, że zapis o równości wynagrodzenia dla pracowników płci męskiej i żeńskiej znalazł się w Traktacie rzymskim ustanawiającym Europejską Wspólnotę Gospodarczą z 1957 roku. Dlaczego zatem nadal w Polsce i ogólnie, w Unii Europejskiej problem ten pozostaje nierozwiązany?

Zdecydowani liderzy kontra emocjonalne matki

Trudno pokrótce opisać przyczyny, z których wynika istnienie zjawiska nierówności płacowej, nadal, po uchwaleniu licznych aktów prawa krajowego i międzynarodowego służących jego zwalczaniu. Ogólnie powiedzieć można, że istnieje oczywisty związek pomiędzy luką płacową a obecnymi w społeczeństwie postawami dyskryminacyjnymi oraz szkodliwymi stereotypami płciowymi. Zjawiskiem pokrewnym do tego jest także dyskryminacja oparta o zbudowane na doświadczeniu heurystyki. Doświadczenie życiowe, zaobserwowane sytuacje, ale również nabyte w trakcie procesu socjalizacji wzorce, mają wpływ na podejście do pracownika, charakteryzującego się konkretną cechą – w tym wypadku będzie to płeć.

Kobiety są zatem postrzegane jako mniej wydajni pracownicy ze względu między innymi na swoją rzekomą emocjonalność, czy niezdolność do podejmowania logicznych decyzji. Takie postawy myślowe kształtują nie tylko obraz kobiet-pracowniczek z perspektywy pracodawców, ale mają również wpływ na to, w jaki sposób takie kobiety postrzegają siebie same[2]. Z badań statystycznych wynika zatem między innymi to, że kobiety rzadziej wykazują skłonności do zachowań konkurencyjnych oraz częściej zniechęcają się po porażce[3].

Rezultatem tej sytuacji jest silna segregacja zawodowa między pracownikami różnej płci. Przybierać może ona charakter wertykalny, który określa się mianem zjawiska tzw. „szklanego sufitu” (brak możliwości awansu przez kobiety powyżej pewnego poziomu w hierarchii stanowisk), czy „lepkiej podłogi” (awans z niskich stanowisk jest trudniejszy w przypadku kobiet niż w przypadku mężczyzn). Z drugiej strony, segregacja zawodowa ma często również charakter horyzontalny, znacznie trudniejszy w praktycznym zwalczaniu, a polegający na tym, że domeną kobiet są często profesje niżej płatne, w których częściej występuje zatrudnienie o charakterze „prekaryjnym”[4].

Unia i Kodeks pracy na straży równości?

Zapobieganie nierównościom płacowym między kobietami i mężczyznami zostało uznane za jeden z fundamentów prawa wspólnotowego, a potem unijnego[5]. Jego szczególny społeczno-ekonomiczny charakter sytuuje go na pograniczu dwóch zakresów: po pierwsze, rozumiany jako wytyczna o charakterze ekonomicznym ma na celu zapewnienie równości o charakterze czysto ilościowym i ma za zadanie ochronę tych państw, które w wyższym stopniu zapewniają swoim pracownicom-kobietom ochronę przed dyskryminacją. Ponad to rozumienie nadaje mu się jednak również wymiar jednego ze składników „postępu społecznego”, który nie może być redukowany jedynie do wartości stricte gospodarczych. Unia Europejska ma starać się budować społeczeństwo nieobarczone żadną formą dyskryminacji, niezależnie od jej przesłanek – co więcej, w zakresie jej działalności ma znajdować się nie tylko zwalczanie takich zjawisk, ale również zapobieganie im. Za drogę do takiej prewencji uznaje się z jednej strony tzw. „dyskryminację pozytywną”, czy „faworyzację wyrównawczą”, zaś z drugiej – włączanie problemu nierówności w główny nurt polityki i nadawanie mu uniwersalnego charakteru[6].

W polskim prawie realizację tych wytycznych unijnych, skonkretyzowanych w dyrektywie 2006/54/WE, stanowią przepisy Rozdziału IIa Kodeksu pracy. Stanowi on, że w przypadku zaistnienia nierówności płacowej, pracownikowi dyskryminowanemu przysługuje roszczenie do sądu pracy o wyrównanie wynagrodzenie oraz odszkodowanie za doznaną szkodę, wynikającą z nierównego potraktowania. W ramach tych przepisów obowiązuje zasada przeniesionego ciężaru dowodu – poszkodowany pracownik musi tylko uprawdopodobnić zaistnienie sytuacji dyskryminacyjnej.

W rzeczywistości jednak, na skarżącym ciążą bardzo silne obowiązki dowodowe. Zgodnie z jednolitym orzecznictwem Sądu Najwyższego pracownik, dochodzący od pracodawcy odszkodowania za nierówne traktowanie w zakresie zarobków, powinien konkretnie wskazać osoby wykonujące tę samą pracę, bądź pracę mniejszą, a otrzymujące wynagrodzenie wyższe. W praktyce wymaganie to nierzadko okazuje się trudne do spełnienia, a niekiedy wręcz niemożliwe, co pozbawia dyskryminowane kobiety faktycznej możliwości dochodzenia swoich praw. Ponadto, pokrzywdzone pracownice rzadko decydują się na podjęcie drogi sądowej, z obawy przed negatywnymi konsekwencjami w miejscu pracy.

Konieczność mainstreamingu

Według opublikowanego w lutym bieżącego roku raportu Głównego Urzędu Statystycznego pt. Struktura wynagrodzeń według zawodów w październiku 2016 r., przeciętne wynagrodzenie mężczyzn było o 18,5% (734,50 zł) wyższe od przeciętnego wynagrodzenia kobiet[7]. W obliczu tych danych, należy wrócić do pytania z pierwszej części artykułu. Skoro zasada równego traktowania w zakresie wynagrodzenia ma dla Unii Europejskiej tak fundamentalny charakter i obowiązuje już od kilkudziesięciu, to dlaczego takie zjawisko nadal istnieje, a poziomu spadku jego skali nie można uznać (zwłaszcza na przestrzeni ostatnich kilku lat) za zadowalający? Dlaczego, mimo zagwarantowania im prawnych narzędzi ochrony, kobiety wciąż boją się dochodzić swoich praw – albo są ich nieświadome.

Na poziomie czystej legislacji trudno o szersze uregulowanie problemu dochodzenia praw poszkodowanych kobiet, które czyniłoby zadość normatywnemu charakterowi przepisów. Istnieją jednak formy dyskryminacji, wyszczególnione we wstępie, które nie poddają się takim prostym mechanizmom – a i w przypadku tych teoretycznie poddających się, okoliczności faktyczne czynią przepisy bezużytecznymi. Stąd też potrzeba wprowadzenia tematyki równościowej do głównego nurtu polityki, ale również edukacji – to pozwoliłoby na korektę istniejących szeroko stereotypów i wpłynęło na sposób myślenia z jednej strony przyszłych zatrudniających – z drugiej zaś, samych dziewcząt i kobiet, nieświadomych często własnych możliwości.

Kluczową rolę odgrywa tu perspektywa gender mainstreamingu, polegająca na wprowadzaniu perspektywy równości płci do legislacji i działań władz publicznych różnego rodzaju, nie tylko tych bezpośrednio dotyczących zasady równego traktowania[8]. Omawiając nową podstawę programową (co stanowi potrzebę szczególnie naglącą w zakresie tzw. „doradztwa zawodowego”), nowelizację przepisów prawa pracy, czy nową kampanię społeczną dotyczącą zapobiegania nowotworom – i w nieskończenie wielu innych przypadkach – państwo powinno brać pod uwagę perspektywę równości szans kobiet i mężczyzn. Dopóki jednak dyskusja związana z równością płci sprowadza się, jak mogliśmy być świadkami kilka lat temu, do kolejnych interpretacji i reinterpretacji pojęcia gender, trudno spodziewać się w tym zakresie jakichkolwiek działań, a ciężar uświadamiania pozostaje na barkach organizacji pozarządowych oraz instytucji takich jak Rzecznik Praw Obywatelskich.


[1] http://ec.europa.eu/eurostat/tgm/table.do?tab=table&init=1&language=en&pcode=sdg_05_20&plugin=1.

[2] S. Janssen, S. Tuor Sartore, U. Backes-Gellner, Discriminatory social attitudes and varying gender pay gaps within firms, w: „ILR Review”, 69 (1), styczeń 2016, s. 274-6.

[3] Raport IBS pt. Nierówności płacowe kobiet i mężczyzn. Pomiar, trendy, wyjaśnienia, 2016, s. 4-5.

[4] Raport Europejskiego Instytutu ds. Równości Kobiet i Mężczyzn (EIGE) pt. Gender, skills and precarious work in the EU, 2017.

[5] Wyrok w sprawie Defrenne (II), sygn. C-43/75.

[6] C. Barnard, EC Employment Law (II edition), Oxford 2000, s. 228-9.

[7] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-zatrudnieni-wynagrodzenia-koszty-pracy/struktura-wynagrodzen-wedlug-zawodow-w-pazdzierniku-2016-r-,4,8.html.

[8] Por. również podręcznik wydany przez Komisję Europejską pt. Podręcznik włączania problematyki równości płci do głównego nurtu polityk. Zatrudnienie, integracja społeczna i ochrona socjalna z 2008 roku; niektóre państwa, takie jak Belgia, czy Hiszpania już oficjalnie, ustawowo wprowadziły do swojej polityki tę perspektywę.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jestem ekofeministką. Byłam nią od zawsze, chociaż jeszcze kilka lat temu nie umiałam tego nazwać. Z równością i sprawiedliwością w dzisiejszym świecie bywa trudno. Lubimy dzielić, wartościować, oceniać. Lubimy być w opozycji do innych.

Pragniemy wpływu, kontroli, ulegamy sugestiom. Te egoistyczne potrzeby ludzi wykształciły opresyjne, hierarchiczne systemy, które wpychają nas dzisiaj w różne role. Role, które sankcjonują nierówne traktowanie wynikające z płci, rasy, pochodzenia, wyznania/bezwyznaniowości, niepełnosprawności, czy gatunku. Tak powstał patriarchat,  który szczęśliwie zaczyna się chwiać w posadach. Dokładnie w ten sam sposób powstał antropocentryzm. To, czym tak naprawdę jest i za co jest odpowiedzialny trudno jest zauważyć i zrozumieć. Trudno, ponieważ trzeba wyjść z uprzywilejowanej pozycji bycia człowiekiem i spojrzeć szerzej. Nagle zobaczymy lustrzane odbicie tego, co kobietom robił i robi świat kształtowany przez mężczyzn. Zobaczymy także, że sprawiedliwość, równość i prawo do szczęścia, czy dobrobytu to wartości, których nie wolno nam ograniczać do świata ludzkiego.

W tym rozumieniu istotą ekofeminizmu staje się piękna, spójna, szeroka perspektywa, która widzi nie tylko dyskryminację kobiet czy mniejszości, ale również przyszłych pokoleń, zwierząt i natury. To wizja świata harmonijnego, wolnego od dyskryminacji – płciowej, rasowej, społecznej, czy właśnie gatunkowej. To właśnie moja wizja świata.

Ale od początku. Jaka jest aktualna sytuacja kobiet? Trudna. Oburzyłyśmy się – słusznie – gdy religijni fundamentaliści chcieli jeszcze bardziej ograniczyć, już i tak absurdalnie ograniczone, prawa reprodukcyjne. Znalazłyśmy wówczas wsparcie pewnej męskiej części społeczeństwa, która zrobiła wtedy „mały krok do tyłu”, by spojrzeć nieco szerszej niż z perspektywy uprzywilejowanego mężczyzny. Ale czy na tyle szeroko, żeby zobaczyć w całości system opresji, w którym my kobiety musimy funkcjonować? Opresyjny podział ról i wpychanie nas w stereotypy już jako małe dziewczynki w procesie wychowania i socjalizacji? Przemoc, z którą musimy się mierzyć na każdym etapie naszego życia – fizyczną, systemową, słowną, ekonomiczną, seksualną itd.?  Podwójne standardy? Szklane sufity? Niższe wynagrodzenie za taką samą pracę, często ze znacznie lepszym wykształceniem? I w końcu brak prawa do decydowania o własnym ciele? Nie! Cała władza – polityczna, ekonomiczna, prawna i medialna jest niezmiennie w męskich rękach, co powoduje, że koszty społeczne oraz gospodarcze są ogromne. Dlaczego? Dlatego, że ponad połowa społecznego potencjału się marnuje. Moje pytanie brzmi, jaka jest nasza reakcja na to, gdy okazuje się, że wbrew logice wciąż wielu uważa, że to właśnie płeć powinna determinować szanse na szczęśliwe życie? Że to właśnie płeć powinna uprawniać jednych do władania innymi?

Skoro zatem uznajemy, że to kim się urodziliśmy, nie daje nikomu prawa do dyskryminacji i przemocy wobec nas, to jak możemy godzić się na niesprawiedliwość wobec innych istot? Jeżeli oczekujemy zrozumienia naszej feministycznej perspektywy, to jak możemy godzić się na utrwalanie antropocentrycznego porządku, który używa tych samych mechanizmów co patriarchat. Który daje pełne prawo do instrumentalnego traktowania zwierząt i przyrody? Jak możemy zamykać oczy na ból i cierpienie w hodowlach przemysłowych, gdzie płeć determinuje czas trwania i skalę przemocy, gdzie najbardziej eksploatowane są zwierzęta płci żeńskiej – krowy na mleko, kury na jajka? Gdzie cielęta i kurczaki płci męskiej to odpad produkcyjny, który ląduje w rzeźni lub w mielarce, do której jest wrzucany żywcem?  Jak możemy zgadzać się na wyzysk naszej planety, nieograniczone wydobycie jej zasobów, spalanie paliw kopalnych, wyspy plastiku dryfujące po morzach, zatruwanie wody, powietrza i gleby? Załamanie się klimatu oraz gospodarki, masowe migracje i wojny, przemoc i gwałty, które będą bezpośrednim następstwem katastrofy ekologicznej, dotkną właśnie nas – kobiety, nasze dzieci i wnuki.

Zastany świat, którego nas nauczono, który nam wdrukowano, i który większość społeczeństwa przyjmuje bezkrytycznie, to świat, który odbiera podmiotowość zarówno kobietom, jak i zwierzętom, czy szerzej, przyrodzie. Uprzedmiotowienie, umniejszanie czy wręcz zaprzeczenie krzywdy mają służyć jednemu – utrzymaniu status quo obowiązującej hierarchii stworzonej przez i dla białego mężczyzny, który kiedyś siłą fizyczną, a dzisiaj siłą rozpędu kapitalizmu i wszelkich religii, widzi się w centrum świata.  Przykłady można mnożyć. Sprowadzanie kobiet do obiektów seksualnych w reklamach, filmach, w przestrzeni publicznej to dokładnie ten sam mechanizm, który odpowiada za przedstawianie zwierząt jako produkty. Z jednej strony mamy fragmenty kobiecego ciała użyte do reklam narzędzi, opon czy firm energetycznych, z drugiej – fragmenty ciał zwierząt reklamowane jako kiełbasy, szynki, buty czy paski. Również język jest tak skonstruowany, by odcinać naszą świadomość od rzeczywistości. Nie nazywamy rzeczy po imieniu, nie mówimy, że jemy zwłoki zwierzęcia, fragment mięśni świni lub krowy, lecz mięso, wieprzowinę albo wołowinę – jakby to było całkowicie oderwane od istoty, którą zabiliśmy. Wycinkę lasu czy puszczy nazywamy pozyskiwaniem drewna, systemowe lub wręcz dla rozrywki strzelanie do zwierząt – regulacją gatunku. Usprawiedliwiamy sobie masowe i niewyobrażalnie okrutne mordowanie zwierząt, nazywając je humanitarnym ubojem. Co jest humanitarnego w rażeniu prądem, w strzelaniu między oczy czy wrzucaniu żywcem do oparzarki wycieńczonego, sparaliżowanego strachem zwierzęcia, które chce żyć?  Obozy zagłady miliardów zwierząt nazywamy hodowlą. Ta zbiorowa halucynacja jest tak powszechna, tak powszednia, tak oswojona, że każda próba jej zburzenia musi napotkać na paniczny opór. Podobny do tego, z jakim spotkały się sufrażystki w końcu XIX żądające praw wyborczych. Podobny, bo nadchodząca zmiana uderza w zastany, patriarchalny porządek.

Dlatego ekofeminizm musi być i jest praktyczny. To szeroki wachlarz konkretnych wartości, zachowań i postaw, praktyk, które, jeżeli zostaną przejęte przez większość społeczeństwa, doprowadzą do przebudowy świata, jaki znamy, na świat bardziej sprawiedliwy i równościowy. I może, jeżeli będziemy dostatecznie mądrzy jako społeczeństwo i poddamy się tej transformacji bez opierania –  ekofeminizm uratuje nas przed czołowym zderzeniem, w kierunku którego pędzimy?

W skali mikro ważne są nasze codzienne wybory konsumenckie, wybory , które są dobre dla planety, dla środowiska, dla innych ale i dla nas samych, bo przecież od tego, jak urządzimy sobie świat, zależy to, jak będzie nam się na tym świecie żyło.  Stąd rezygnacja z jedzenia zwierząt oraz produktów pochodzenia zwierzęcego, czasem od razu, czasem stopniowo eliminując kolejne produkty pozyskiwane na drodze eksploatacji. Gatunkowizm, czy też szowinizm gatunkowy, nie różni się bowiem niczym od szowinizmu płciowego, genderowego, od rasizmu, homofobii oraz wszystkich innych form dyskryminacji, wykluczeń i -izmów. Nie możemy też zapominać, jaki wpływ na naszą planetę ma hodowla zwierząt – zwłaszcza ta przemysłowa. 77% powierzchni ziem uprawnych wykorzystywanych jest pod produkcję paszy dla zwierząt, ziem głównie w krajach globalnego południa, gdzie najwyższą cenę płacą najbiedniejsi i najsłabsi, bardzo często kobiety i dzieci. Również dlatego płonie Amazonia, a w niej setki tysięcy zwierząt. Rdzennym ludom odbierane są prawa do ziem ich przodków.  Ziemia traci swoje płuca, bo mała grupka zamożnych i wpływowych mężczyzn daje sobie prawo do rozporządzania i dewastowania dla własnego zarobku dobra wspólnego wszystkich ziemian, tych ludzkich i tych nieludzkich. Hodowla przemysłowa to także problem wody, zużywa ona bowiem 1/3 wody pitnej na planecie. Dla zobrazowania skali – do wyprodukowania 1 kg wołowiny potrzeba 14.500 litrów wody. To również zabójstwo dla bioróżnorodności. Dzisiaj zwierzęta hodowlane  stanowią 67 % wszystkich kręgowców na Ziemi. Zwierząt dzikich jest zaledwie 3%, a ich liczba gwałtownie spada. Emisje gazów cieplarnianych z rolnictwa i leśnictwa to według najnowszego raportu IPCC około 23% wszystkich emisji. Do tego trzeba doliczyć kolejne kilkanaście procent pochodzących ze zmarnowanego jedzenia. Obniżenie emisji z tych sektorów jest równie kluczowe jak transformacja energetyczna.

Te wybory to też ograniczenie konsumpcji w ogóle. Postwzrost, który jest historią o tym, że nie możemy na ograniczonej planecie mieć nieograniczonego wzrostu. O tym, że aktualny model wytwarzania, zużywania i wyrzucania, model, w którym, koncerny i ich interesy są stawiane ponad interesem dobra wspólnego, i  którego tak broni patriarchat, to wycieczka wprost w przepaść, w której zginiemy wszyscy. Dlatego kupujmy lokalnie, od lokalnych producentów, w warzywniakach i na targach, minimalizując ślad węglowy wynikający z transportu żywności. Nie marnujemy! Jeśli już decydujemy się na jakiś produkt egzotyczny, niech to będzie fair trade i bez plastiku, można sprawdzić na etykiecie. Na zakupy chodźmy z własnymi torbami i woreczkami, kupujmy na wagę. Jest coraz więcej sklepów, które nam to umożliwiają. Unikajmy kupowania produktów wysoko przetworzonych, pakowanych w plastik. Czytajmy etykiety, sprawdzajmy kosmetyki, czy nie są testowane na zwierzętach, wybierajmy takie, które są zero waste albo chociaż less waste.  Butelki tylko szklane, i jeśli jest możliwość to zwrotne. Woda z kranu, nigdy z plastiku. Ciuchy z second handów. Meble używane, odrestaurowane, z upcyclingu. Sprzęty – o ile to możliwe naprawiajmy, a nie wymieniajmy na nowe. Zamiast samochodu własne nogi, rower lub komunikacja publiczna. Zamiast samolotu – pociąg. Oszczędzajmy prąd. Oszczędzajmy wodę, która jest dobrem deficytowym. Nie odwracajmy głowy od praw zwierząt, od troski o środowisko i planetę. Pamiętajmy, że oddziałujemy na siebie, a skutki katastrofy ekologicznej uderzą najsilniej właśnie w w nas – kobiety, dzieci i zwierzęta. Równość, sprawiedliwość i potrzeba świata wolnego od cierpienia, o który walczymy jako feministki, musi być włączająca na wszystkich możliwych polach. Jeśli to nie nastąpi, to żadna to będzie  równość i żadna sprawiedliwość. A kiedy już to wszystko ułoży się w kompletny, spójny obraz, pamiętajmy, że mamy moc kształtowania tej rzeczywistości nie tylko przez nasze codziennie wybory konsumenckie, lecz także poprzez kształtowanie polityki, biernie i czynnie w niej uczestnicząc.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

W wiejskich regionach Indii, nawiedzanych suszą i nękanych przez zadłużenie, gdzie tysiące rolników popełniają samobójstwo, kobiety przejmują pałeczkę i odbudowują solidarne i trwałe rolnictwo.

Podczas gdy jej sąsiadki usadawiają się wokół niej, w cieniu niewielkiego terakotowego domku, Shaila Shikrant, owinięta w pomarańczowe sari, napełnia miseczki ziarnem i warzywami: ryżem, pszenicą, kukurydzą, grochem, orzeszkami ziemnymi, ziarnem sezamu, ciecierzycą, soczewicą i kozieradką. Z jej uśmiechu można wywnioskować, że są to owoce jej pracy. Ale mamy tu również do czynienia ze swego rodzaju rewolucją.

Jesteśmy w Masli, wiosce zamieszkanej przez 800 rodzin i położonej w sercu Marathwady, w stanie Maharashtra, 500 kilometrów od stolicy stanu Bombaju (Mumbaju). Region, nękany falami niesłychanych upałów, stał się epicentrum poważnego kryzysu rolniczego: w ciągu ostatnich dwóch lat samobójstwo popełniło tu ponad 6 tys. rolników, doprowadzonych na skraj wytrzymałości przez następujące po sobie susze i permanentne zadłużenie. Zjawisko nabrało ogólnokrajowego wymiaru: jak wynika z danych przekazanych przez władze w maju 2017 r. Sądowi Najwyższemu, od 2013 r. w całych Indiach rokrocznie odbiera sobie życie 12 tys. rolników.

Alternatywa niszczycielskiej modernizacji

Eksperci wskazują również na podupadającą strategię rolną: od 10 lat uprawy żywnościowe ustępują miejsca uprawom komercyjnym, w tym uprawie trzciny cukrowej, rośliny wprawdzie bardziej opłacalnej, lecz wymagającej ogromnych ilości wody. Zgodnie z danymi podawanymi przez władze w latach 2004-2014 z 300 tys. do miliona hektarów zwiększyła się powierzchnia ziemi wykorzystywanej pod uprawę trzciny, która pochłania 70% wód z nawadniania w regionie.

„Mając 5 hektarów ziemi, produkowaliśmy jedynie trzcinę” , opowiada Shaila Shikrant. „Gdy zabrakło wody, wszystko straciliśmy, nie mieliśmy już pieniędzy, żeby wykarmić rodzinę”.  Rolniczka zanurza palce w miskach z ziarnem, delikatnymi gestami miesza je i przesypuje przez palce. Kobiety siedzące wokół niej słuchają z uwagą. Od fali samobójstw, która przetoczyła się przez region w 2014 r., wszyscy biorą przykład z tej pionierki zrównoważonego rolnictwa. „Poprosiłam męża, żeby oddał mi hektar ziemi, bym mogła uprawiać na niej 20 różnych gatunków potrzebujących mniej wody. Chciałam mieć z czego wyżywić rodzinę, gdy interes z trzciną cukrową się nie udał, chciałam powrócić do tradycyjnych metod przy użyciu nawozów naturalnych. Mąż początkowo był sceptyczny, ale w końcu się zgodził. Rok później, gdy zobaczył rezultaty, oddał mi do użytku połowę naszej ziemi”.

Zbiory przewyższyły najśmielsze oczekiwania. Nie tylko zapewniły rodzinie pożywienie, lecz sprzedaż nadwyżki podwoiła roczne dochody rodziny, które wynoszą dziś 6 tys. euro, czyli niemal 4 razy więcej niż wynosi średni dochód rolnika z tego stanu (1600 euro rocznie). Od tego czasu ta 38-letnia kobieta nie przestała poszerzać swojej działalności, nabywając żywy inwentarz, który dostarcza jej nawozów, i sprzedając ekologiczne nasiona w Mumbaju. Ostatnio pokonała kolejny etap – zarejestrowała własne przedsiębiorstwo rolne – „wszystko zapisane na moje imię!”, wyjaśnia otoczona patrzącymi na nią z podziwem sąsiadkami. Dzięki jej radom również one zdobyły nowy status w swoich rodzinach. Jedna z nich nie może się nacieszyć: „Gdy powiedziałyśmy naszym mężom i ich rodzinom, że chcemy uprawiać część ziemi, pokpiwali sobie z nas. Lecz teraz, gdy zarabiamy więcej od nich, patrzą na nas zupełnie inaczej!”

Kobiety budują suwerenność żywnościową

W Maharashtrze, podobnie jak i w innych częściach Indii, kobiety stanowią ponad połowę robotników rolnych, jednak kierowanie uprawą jest domeną niemal wyłącznie mężczyzn, w rękach których pozostaje prawie 80% ziem uprawnych. Tej patriarchalnej tradycji rzucają wyzwanie Shaila Shikrant i jej koleżanki – i nie są w tym osamotnione. Według organizacji pozarządowej Swayam Shikshan Prayog (Doświadczenie Samoedukacji, SSP), wśród 2,3 mln rodzin wiejskich żyjących w okręgu Marathwada, 40 tys. kobiet przejęło w ten sposób kontrolę nad co najmniej jednym hektarem ziemi, by prowadzić na niej uprawy żywnościowe, często porzucone przez mężczyzn. Niektóre z nich były wcześniej przeszkolone przez rządową Agricultural Technology Management Agency (Rolno-Technologiczną Agencję Zarządzania, ATMA) we współpracy z organizacjami pozarządowymi, w tym SSP. Jednak ruch szerzy się sam poprzez powstawanie tysięcy women’s farmers groups, grup wzajemnego wsparcia, których członkinie dzielą się swoją wiedzą oraz częścią swych oszczędności. Od ogrodniczek z Uttar Pradesh po rolniczki uprawiające ryż z Tamil Nadu, kobiety stały się jednym z głównym filarów rozwoju lokalnego w całych Indiach i otrzymują coraz większe wsparcie ze strony uniwersytetów, organizacji pozarządowych i lokalnych władz.

W ciągu niecałych dwóch lat w wiosce Chivuri, 40 kilometrów od Masli, DeltaSakhi Farmer’s Group zgromadziła na wspólnym rachunku ponad 1300 euro. To wielka szansa dla 25 członkiń, których mężowie zaciągali nierzadko pożyczki od lichwiarzy przy oprocentowaniu sięgającym nawet 12%. Teraz, gdy kobiety potrzebują pieniędzy na sfinansowanie jakiegoś przedsięwzięcia, zwracają się do tej grupy, która ma możliwość uzyskania pożyczki od lokalnego banku. Zaś tamtejsi lichwiarze zmuszeni byli zwinąć działalność.

„Mężczyźni są większymi indywidualistami: pracują na własnej ziemi, każdy na swoim kawałku pola, podczas gdy my pracujemy w grupie”, wyjaśnia Vanita Balbhim przewodnicząca grupy, u której odbywa się cotygodniowe zebranie. „I lepiej zarządzamy pieniędzmi!”, dorzuca jej przyjaciółka Lakshmi Brirajdar, wywołując powszechny wybuch śmiechu. „My sprzedajemy nawet za 10 rupii (12 eurocentów), jeśli potrzeba! A gdy chce nam się pić, pijemy herbatę w domu zamiast wyrzucać pieniądze na alkohol!”

Chivuri jest połączona z resztą świata wąską błotnistą drogą, wydeptaną przez stada wychudzonych zebu, i zagubiona między ciągnącymi się jak okiem sięgnąć polami. Pomiędzy domami krytymi blaszanymi dachami wznosi się hinduistyczna świątynia w kształcie stożka, rośnie akacja katechu, której cień służy za miejsce spotkań starszych, oraz mały budynek bez drzwi, z którego dochodzą głosy dzieci recytujących alfabet. W tych zapadłych wioskach, gdzie 30% rodzin żyje poniżej progu ubóstwa, grupy rolniczek przekształcają lokalną gospodarkę, zapewniając sobie samowystarczalność żywnościową oraz dostęp do mikrokredytów – dwóch kluczowych dźwigni rozwoju w czasach kryzysu.

I tak, od kiedy rozpoczęła produkcję ekologicznych owoców i warzyw przed dwoma laty, pani Balbhim jest w stanie zapewnić wyżywienie swojej rodzinie, dokładając ponad 1000 euro do rocznego dochodu rodziny wynoszącego 780 euro. Zaoszczędzone pieniądze pozwoliły na założenie nowego dachu oraz zakup lodówki, a co najważniejsze, na sfinansowanie edukacji jej czterech córek. „Jestem z niej taka dumna” mówi, nie ukrywając emocji jej najstarsza córka, Supriya, studentka informatyki. „Zdecydowała się wyjść z domu, żeby uprawiać swoje pole, a teraz stoi na czele grupy rolniczek… Żadna miejscowa kobieta nigdy tego nie robiła!”

Jak pokonać patriarchat?

W konsekwencji masowej migracji mężczyzn do wielkich miast kobiety-rolniczki zaczynają odgrywać coraz większą rolę dla indyjskiego rolnictwa, nie są jednak w pełni uznane jako takie. „Jeżeli mąż wyjeżdża szukać pracy w mieście, albo umiera, kobieta przejmuje stery. Jednak bez prawnego uznania, kobiety nie mają dostępu do potrzebnych środków, jak choćby pożyczki bankowe, ubezpieczenie czy dotacje rządowe”, ubolewa Soma Parthasarathy, jedna z członkiń-założycielek Mahila Kisan Adhikaar Manch (Makaam), siatki stowarzyszeń na rzecz praw rolniczek. Poprawka z 2005 r. w indyjskim prawie spadkowym gwarantuje Indyjkom równe prawo do własności rodziców, jednakże rzadko jest ona wcielana w życie. „Warunki społeczne niewiele się zmieniły: dziewczyny rzadko domagają się swojego udziału w spadku, ponieważ zachęca się je, by ustąpiły na rzecz mężczyzn z rodziny”, wyjaśnia ta 60-latka i działaczka feministyczna, gdy rozmawiamy w hałaśliwej kawiarni w New Delhi. „Żyjemy w patriarchalnym świecie, w którym mężczyźni nadal kontrolują zasoby, po to, by mieć kontrolę nad kobietami. Trzeba by zrobić znacznie więcej, by im w tym przeszkodzić…” Makaam, wraz z organizacją pozarządową Oxfam, walczy o przyjęcie projektu ustawy złożonego w wyższej izbie Parlamentu w maju 2012 r. przez Monkombu Sambasivana Swaminathana, ojca „zielonej rewolucji” w Indiach. Prawo to pozwalałoby władzom lokalnym łatwiej przyznawać status rolniczki kobietom, które dzierżawią i uprawiają ziemię i unieważniłoby tytuły własności nie zawierające nazwiska żony. Rolniczki przybyłe z całych Indii, w tym wiele wdów po rolnikach, którzy popełnili samobójstwo, powtórzyły to żądanie 20 listopada 2017 r. podczas wielkiej manifestacji rolników przed parlamentem.

Tymczasem emancypacja kobiet ze wsi postępuje w różnym tempie, w zależności od warunków właściwych dla poszczególnych stanów. W regionach, gdzie kryzys gospodarczy zmusza mężczyzn do migracji do miast lub do targnięcia się na swoje życie, jest ona wręcz koniecznością. „Każde nieszczęście jest szansą, żeby posunąć się do przodu: kobiety wykorzystały okazję, jaką dały im długie okresy susz, by przekonać rodziny, że mogą odgrywać rolę liderek”, zauważa Naseem Shaikh, szefowa projektu SSP, z którą spotykamy się w jej biurze w Osmanabadzie (Maharashtrze). Od 3 lat ta organizacja pozarządowa działa jako pośrednik między władzami lokalnymi a grupami rolniczek, którym ułatwia proces formalizacji oraz pomaga w uzyskaniu subwencji. „Praca kobiet mówi sama za siebie, gdy zaczynają napływać pieniądze, to im daje większą siłę negocjacji. Otwarcie konta bankowego i zdobycie kawałka ziemi nastąpią naturalnie, nie trzeba przyspieszać biegu spraw”. Jeden z szefów administracyjnych okręgu Anup Shengulwar nie kryje entuzjazmu: „Jeżeli chodzi o liczbę kobiet-przedsiębiorczyń, to nadal jesteśmy w tyle za stanami z południa kraju, takimi jak Telangana czy Andhra Pradesh, jednak sytuacja szybko się zmienia. Tutaj bardzo boleśnie odczuliśmy skutki suszy. Mężczyźni porzucają pracę na roli, podczas gdy kobiety nadal chcą zajmować się uprawą. Próbujemy więc przeszkolić je możliwie najlepiej. Już teraz zauważalna jest poprawa poziomu ekonomicznego w tutejszych wsiach”.

1/3 rolniczek zarejestrowanych przez SSP ma obecnie w posiadaniu część ziemi należącej do rodziny, a co więcej, kobiety zdobyły społeczną egzystencję. „Wcześniej nikt mnie nie szanował”, wyznaje Rekha Shinde z wioski Hinglajwadi. „Gdy potrzebowałam 10 rupii [12 eurocentów], musiałam prosić o nie 5 dni, nie pozwalano mi również wychodzić domu. Teraz wnoszę do rodzinnego budżetu 10 tys. (125 euro) miesięcznie, pomogłam też 40 kobietom w założeniu własnych firm.” Znakiem ich nowego znaczenia w społeczności, jest wzniesiona przez ratusz w centrum wioski sala zebrań dla grupy samopomocy, której przewodzi Rekha Shinde.

Mężczyźni są właściwie pierwszymi beneficjentami tej nowej równowagi sił: w rodzinach, gdzie kobiety wzięły sprawy w swoje ręce, nie odnotowano jak dotąd ani jednego samobójstwa. „Przedtem w okresie suszy czułem się naprawdę sam”, wyznaje Vishnu Kumbhar, 50-latek o wysuszonej słońcem twarzy. Jego żona Kamal, z 700 euro miesięcznego dochodu oraz narodową nagrodą w dziedzinie mikroprzedsiębiorstw, stała się sławna w okręgu Osmanabadu. Ta wychowana w biedzie córka robotnika najemnego przekształciła 6 hektarów ziemi przy wjeździe do Hinglajwadi w farmę eksperymentalną, a do pracy dojeżdża na skuterze. Zbiornik wody, elektryczny inkubator, staw z algami na paszę dla zwierząt – tej matce dwójki dzieci nigdy nie brak pomysłów. Jej ostatnie przedsięwzięcie: sprowadzenie z sąsiedniego stanu Madhiya Pradesh 500 kur kadaknath – gatunku cennego ze względu na swoje wartości odżywcze – które karmi obserwowana przez ciekawskie dzieci z wioski. „Teraz to ja kieruję się jej radami”, przyznaje pan Kumbhar, śmiejąc się i spoglądając na swoją żonę. „Mam wrażenie, przy moim wsparciu, nie ma przed nią żadnych granic”.

tłum. Ewa Cylwik

Artykuł ukazał się w Le Monde diplomatique (marzec 2018) oraz w Zielonych Wiadomościach nr 29 (lipiec 2018).

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Ruch feministyczny, który w swoich początkach był jednym z ważnych nurtów krytyki kapitalizmu, stał się dostarczycielem najważniejszych idei dla jego najnowszego, neoliberalnego wcielenia.

Jako feministka zawsze sądziłam, że walcząc o emancypację kobiet, pomagam budować lepszy świat – świat bardziej egalitarny, bardziej wolny i sprawiedliwy. Jednak w ostatnich latach z niepokojem obserwuję, że ideały, które zrodziły się w ruchu wyzwolenia kobiet, służą zupełnie innym celom. Najbardziej martwi mnie to, że naszej krytyki seksizmu coraz częściej używa się do usprawiedliwienia nowych form nierówności i wyzysku.

Okrutnym zrządzeniem losu ruch na rzecz wyzwolenia kobiet wplątał się w niebezpieczne związki z neoliberałami i wspiera ich wysiłki na rzecz budowy społeczeństwa wolnorynkowego. Idee feministyczne, które niegdyś współtworzyły radykalny, lewicowy światopogląd, coraz częściej służą umacnianiu ideologii wolnorynkowego indywidualizmu. Gdy feministki z dawnych lat krytykowały karierowiczostwo, feministki dzisiejsze wprost zachęcają kobiety, by włączały się do wyścigu szczurów. Ruch, dla którego najważniejsza była solidarność społeczna, namawia kobiety do większej przedsiębiorczości. Kultura polityczna, która kiedyś ceniła sobie wartości takie, jak troska i współzależność, kładzie dzisiaj nacisk na osobisty sukces i system wartości, który zapewnia awans w oparciu o indywidualne talenty i zasługi.

Tym, co leży u podłoża tych zmian, jest radykalna transformacja kapitalizmu. Zarządzany przez państwo kapitalizm ery powojennej ustąpił miejsca nowemu modelowi – kapitalizmowi niezorganizowanemu, globalistycznemu i neoliberalnemu. Feminizm drugiej fali powstał jako ruch krytyczny wobec kapitalizmu starej daty, by po latach przejść na służbę jego nowego wcielenia.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, łatwo dostrzec, że ruch wyzwolenia kobiet zmierzał jednocześnie do dwóch możliwych wersji przyszłości. W wersji pierwszej dążył do świata, w którym emancypacja kobiet szła ręka w rękę z demokracją uczestniczącą i solidarnością społeczną; w wersji drugiej obiecywał nową formę liberalizmu, w którym kobiety i mężczyźni mieli się cieszyć większą autonomią, szerszym zakresem wyborów życiowych i realną szansą na awans społeczny w nagrodę za talent i osobiste zasługi. W tym sensie feminizm drugiej fali był ruchem politycznie ambiwalentnym, zgodnym z obiema wizjami społeczeństwa i przyjaznym różnym scenariuszom historycznym.

W ostatnich latach ta polityczna ambiwalencja osłabła, a przewagę zyskał scenariusz liberalno-indywidualistyczny. Jednak nie stało się tak dlatego, że byłyśmy biernymi ofiarami uwodzicielskiej siły neoliberalizmu. Wprost przeciwnie! Same się czynnie przyczyniłyśmy do takiego rozwoju sytuacji, wnosząc do nowego modelu kapitalizmu trzy ważne idee.

Pierwszą z nich była nasza krytyka „pensji rodzinnej” i kluczowego dla tradycyjnego kapitalizmu modelu społecznego, w którym mężczyzna jest żywicielem rodziny, a kobieta gospodynią domową. Feministyczna krytyka tego modelu legitymizuje dzisiaj „kapitalizm elastyczny”. Wszak współczesna, neoliberalna forma kapitalizmu zależy w wielkiej mierze od pracy zarobkowej kobiet, zwłaszcza zaś od niskopłatnej pracy w usługach i w produkcji, wykonywanej nie tylko przez młode i niezamężne kobiety, ale również przez kobiety zamężne i posiadające dzieci; nie tylko przez kobiety dyskryminowane rasowo, ale przez kobiety wszystkich narodowości i ze wszystkich grup etnicznych. Gdy kobiety na całym globie masowo wkroczyły na rynek pracy, tradycyjny model pensji rodzinnej zastąpiony został przez model nowszy i bardziej nowoczesny – model rodziny z dwojgiem żywicieli, najwyraźniej usankcjonowany przez współczesny feminizm.

I nikogo zdaje się nie obchodzić, że wspierany przez nowy model rodziny neoliberalny kapitalizm oznacza spadek przeciętnej płacy, mniejsze bezpieczeństwo zatrudnienia, obniżający się poziom życia, gwałtowny wzrost liczby godzin pracy zarobkowej, więcej pracy na dwie, trzy lub nawet cztery zmiany i wzrost ubóstwa w rodzinach, w których funkcję „głowy” coraz częściej pełnią kobiety. Neoliberalizm robi, co może, by „wróbel stał się kanarkiem”(1) , akcentując coraz bardziej potrzebę tzw. wzmocnienia narracji o upodmiotowieniu kobiet. Powołując się na feministyczną krytykę pensji rodzinnej dla usprawiedliwienia wyzysku, nowy kapitalizm zaprzęga marzenie o emancypacji do lokomotywy akumulacji kapitału.

Nie jest to jedyna koncepcja, jaką feminizm wniósł do neoliberalnego etosu, przyczyniając się tym samym do jego umocnienia. W epoce kapitalizmu zarządzanego przez państwo, słusznie krytykowałyśmy lewicę za myślenie tak bardzo skupione na walce klas, że nie chciała ona dostrzec żadnych form niesprawiedliwości „nieekonomicznej”, takich jak przemoc w rodzinie, nadużycia seksualne lub ograniczanie praw reprodukcyjnych. Odrzucając ideologiczny „ekonomizm” i upolityczniając to, „co prywatne”, feministki poszerzyły zakres tego, „co polityczne”, rzucając wyzwanie tradycyjnym hierarchiom społecznym, powstałym na bazie kulturowo skonstruowanych różnic pomiędzy płciami. Konsekwencją tych zmian powinno być rozszerzenie zakresu walki o sprawiedliwość, tak, by objęła ona i kulturę, i ekonomię. Jednak stało się inaczej. Feministyczna krytyka skupiła się całkowicie na „tożsamości płciowej” kosztem troski o podstawowe źródła utrzymania. Co gorsza, feministyczny zwrot ku polityce tożsamości połączył się ściśle z umacniającym się neoliberalizmem, który chciał tylko jednego: całkowitego wyparcia z pamięci idei równości społecznej. W efekcie doszło do absolutyzacji krytyki kulturowego seksizmu, a stało się to dokładnie w tym momencie, gdy okoliczności wymagały, by zdwoić wysiłki na rzecz krytyki ekonomii politycznej.

W końcu feminizm wniósł niemały wkład w upowszechnienie kolejnej idei neoliberalizmu: krytyki paternalizmu państwa opiekuńczego. Ta niezaprzeczalnie postępowa myśl w dobie kapitalizmu organizowanego przez państwo weszła później do arsenału neoliberalnych argumentów w wojnie przeciwko koncepcji „państwa-niańki”. W ostatnich latach neoliberalne państwo wciąż z niej korzysta, cynicznie akcentując rolę organizacji pozarządowych i przekazując im swoje obowiązki.

Wymownym przykładem tych przemian jest koncepcja mikrokredytu – programu udzielania niewielkich pożyczek bankowych ubogim kobietom z krajów globalnego południa. Stworzony jako oddolna alternatywa wobec rządowych, biurokratycznych programów umocnienie pozycji kobiet, mikrokredyt reklamowany jest jako feministyczne antidotum na problem ubóstwa i poddaństwa kobiet. Nie dostrzega się przy tym niepokojącego zbiegu okoliczności: mikrokredyty stały się popularne dokładnie wtedy, gdy państwa zaczęły rezygnować z makrostrukturalnych programów zwalczania ubóstwa – programów, których drobne pożyczki nie mogą w żadnym razie zastąpić. I w tym przypadku dawna idea feministyczna została przejęta przez neoliberalizm. Koncepcja mająca pierwotnie na celu demokratyzację władzy państwowej w celu upodmiotowienia obywateli, jest obecnie wykorzystywana jako argument na rzecz urynkowienia i obniżenia kosztów funkcjonowania państwa.

We wszystkich tych przypadkach dwoistość polityczną feminizmu zastąpił neoliberalny indywidualizm. Jednak nie znaczy to, że dawny, solidarystyczny scenariusz jest całkiem martwy. Obecny kryzys stwarza wręcz szansę na ponowne podjęcie jego głównych idei łączących marzenie o wyzwoleniu kobiet z wizją społeczeństwa solidarnego. W tym celu jednak feministki muszą zerwać niebezpieczne związki z neoliberalizmem i użyć swoich dawnych idei na rzecz własnych celów.

Po pierwsze powinnyśmy zerwać fałszywy związek pomiędzy naszą krytyką pensji rodzinnej i modelem kapitalizmu elastycznego, przekonując do kultury mniej skupionej na pracy zarobkowej, a wyżej niż dotąd ceniącej zajęcia niezarobkowe, a wśród nich – między innymi – prace opiekuńcze. Po drugie, możemy odwrócić przejście, jakie się dokonało od krytyki ekonomizmu do polityki tożsamości przez połączeniu obu nurtów w feminizmie: walki o zmianę porządku społecznego opartego na wartościach kultury patriarchalnej z walką o sprawiedliwość ekonomiczną. W końcu powinnyśmy się rozprawić z fałszywym poglądem łączącym naszą krytykę biurokracji z wolnorynkowym fundamentalizmem. Powinnyśmy powrócić do idei demokracji uczestniczącej jako narzędzia umacniającego oddolną władzę obywateli, niezbędną do ograniczania wpływów kapitału w imię sprawiedliwości społecznej.

(1) Zdanie to jest trawestacją przysłowia „Kto się wróblem urodzi, kanarkiem nie zdechnie”. (Przyp. Tłum.)

tłum. Andrzej Dominiczak

przedruk za: Le Monde Diplomatique, nr 11/93, listopad 2013

artykuł ukazał się również w zeszycie trzecim abc kapitalizmu, dostępnym na balcerowicz.com

Nancy Fraser –  profesor socjologii na Uniwersytecie Chicagowskim oraz filozofii i teorii politycznej w New School for Social Research w Nowym Jorku. Napisała m.in. Scales of Justice: Reimagining Political Space in a Globalizing World (2008). W Polsce ukazała się jej praca pt. Redystrybucja i uznanie (wraz z Axelem Honnethem, 2005).

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Prezydent Francji, Francois Hollande, został oskarżony o seksizm, po tym jak utworzył nowe Ministerstwo Rodziny, Dzieci i Praw Kobiet.

Prawicowa posłanka do Zgromadzenia Narodowego, Nathalie Kosciusko-Morizet, skomentowała to złośliwie tweetem: „Hollande zapomniał o szyciu i gotowaniu”. W podobnym duchu wypowiada się grupa Femen France.

Danielle Bousquet, przewodnicząca rady ds. równości płci zapytała retorycznie: „Czy nie jest to zamknięcie kobiet w stereotypowych rolach, które towarzyszyły im przez stulecia: żony i matki?”. Tymczasem nowa minister, Laurence Rosignol, zapowiedziała pod naciskiem opinii publicznej, że w dalszym ciągu będzie feministką z nowoczesną wizją rodziny i kwestii kobiet. Rosignol jest jedną z głównym działaczek kobiecych Partii Socjalistycznej.

Prezydent Hollande nie pierwszy raz popadł w tarapaty związane z dwuznacznym stosunkiem do feminizmu. Podczas kampanii wyborczej, na fali afery związanej z Dominikiem Strauss-Kahnem i oskarżeniem jego o gwałt, obiecywał, że jego rząd będzie walczył o równość płci, a sam deklarował się jako zagorzały feminista. Później jednak zdegradował urząd odpowiadający za równość płci z poziomu ministerstwa (które sam utworzył), a w kolejnych przetasowaniach gabinetowych kobiety nie obejmowały resortów siłowych. Także po niedawnych z zamachach w Paryżu redakcja Charlie Hebdo zauważyła, że w miejscach publicznych Hollande pojawiał się otoczony wyłącznie doradcami płci męskiej.

Część feministek oskarża prezydenta o cyniczną grę by przypodobać się prawicowemu lobby tradycjonalistycznemu, przed planowanymi na przyszły rok wyborami prezydenckimi. Urzędująca głowa państwa idzie póki co łeb w łeb wspólnie z prawdopodobnymi kandydatami prawicy – Nicolasem Sarkozy i Marine Le Pen.

Dodał Łukasz Markuszewski.