Nie istnieje coś takiego jak jednostka sama dla siebie. Owszem, jako istoty ludzkie jesteśmy unikalne, niepowtarzalne, oryginalne. Mamy też potencjał i powołanie by dopełnić się w naszej niepowtarzalności.

Zygmunt Bauman powiedział kiedyś, że geniusz to ktoś jednokrotny, całkowicie oryginalny. Jednak będąc unikatami zawsze jesteśmy jednocześnie częścią czegoś większego od nas – nosimy to w sobie jak element hologramu nosi w sobie całość obrazu. Podejście systemowe nazywa te większe całości systemami. Łączą się ze sobą, mają obszary wspólne, mniejsze systemy wchodzą w skład większych. Antropolog Gregory Bateson mówił o ekologii umysłu, czyli świecie, który jest żywą jednością, na która składa się wiele mniejszych zbiorów. To one tworzą podstawę wszelkich systemów ludzkich i biologicznych – nasz wielki wspólny ekosystem. Jest oparty na dynamice przepływów i relacji, które mogą być zrozumiane tylko w jakimś kontekście, mówiącym o tym, dokąd zmierzają, skąd przybywają. Odnowa jest możliwa i pożyteczna tylko wtedy, gdy mniejszy system albo element systemu działa się w zgodzie z tymi dynamikami, nie wbrew nim. Inaczej można zniszczyć ekosystem i samych siebie przy okazji.

Filozof Bernard Stiegler mówił, że ludzkość jest potencjalnie głupia, bo tylko gatunek ludzki może zniszczyć sam siebie, poprzez swoje celowe i racjonalne działanie. Taka śmiercionośna racjonalność to ludzka gatunkowa głupota. By przed nią się uchronić, potrzebujemy czegoś więcej niż celowości i rozumu. Potrzebujemy świadomości systemowego kontekstu.

Żywe systemy działają w stałej relacji z kontekstem – i tu nie różnimy się od lasu czy od mrowiska. Systemy coś z otoczenia pobierają i coś mu oddają. Zdarzają się systemy pasożytnicze, grabiące zasoby z otoczenia i nie dające mu nic w zamian (albo wręcz zatruwające je). Jeśli nie mają się dokąd przenieść, to wcześniej czy później skazane są na śmierć razem ze swoim otoczeniem. Jednak one, w odróżnieniu od ludzi, nie wiedzą co czynią, po prostu tak działają, bo taka jest ich nisza w większym ekosystemie. Systemy, które nie są pasożytnicze starają się o dwustronnie pożyteczną wymianę. Dzięki temu mają szansę na przetrwanie w dłuższym okresie, a otoczenie korzysta na ich istnieniu. Otoczenie daje systemowi energię potrzebną do życia. Drzewo żyje dzięki ogrodowi i jednocześnie dba o ogród – pobiera wodę i minerały potrzebne do życia, daje cień i tlen ludziom i kotom, zapewnia mieszkanie ptakom i wiewiórkom, nektar pszczołom i kompost z liści mniejszym roślinom rosnącym wokół.

Człowiek korzysta na obecności drzewa, ale jest w ogrodzie ambiwalentną obecnością. Nie zawsze zachowuje się dobrze. Czasami cieszy się zielonością i jest jej wdzięczny, a czasami śmieci, wycina drzewa. Czasami wręcz robi to bez opamiętania, bez troski o to, czy cokolwiek wokół przeżyje. Może nawet lepiej, by się nigdy tu nie pojawił. Bywa, że nawet jako ogrodnik zachowuje się różnie, choć w tej roli przynajmniej miewa dobre intencje. Ba, miewa wizje, wielkie idee i plany. Uprawia, przycina, zaszczepia, sadzi nowe gatunki, cyzeluje, przerabia przyrodę według swoich upodobań. Nic nie zostawi takim jak było. Jest ambitny. I to bywa zarówno cnotą, jak przekleństwem.

Socjolog Zygmunt Bauman obserwował takich nadmiernie ambitnych ogrodników i sam w swoim ogrodzie starał się ich nie naśladować. Opisując ewolucję systemów społecznych, stwierdził, że nowoczesne, modernizujące się społeczeństwo jest podobne do ambitnej ogrodniczej utopii. Poddawane jest wizjom i zabiegom porządkowania, organizowania. Niektóre rośliny (i ludzie) stają się w takim ogrodzie pożyteczne i pożądane, trzeba o nie dbać, a inne (i inni) są chwastami, które trzeba usunąć. Ogrodnik modernizator musi być czujny, metodyczny i dobrze zorganizowany.

Ale istnieje też nowa wersja utopii ogrodnika, która powstała w trakcie książki-rozmowy między Zygmuntem Baumanem, Ireną Bauman, Jerzym Kociatkiewiczem i mną. W tej nowej ogrodniczej utopii wymóg czujności pozostaje w mocy, ale metodyczność nie jest konieczna. „Organizacja” zmienia znaczenie – nowy ogrodnik, którego nazwaliśmy ogrodnikiem arkadyjskim, nie stara się narzucać przyrodzie wzorców, a raczej czule z nią współpracuje. Zamiast usuwać chwasty, arkadyjski ogrodnik cieszy swoje oko liliami na polu, a ucho śpiewem niebieskich ptaków. Pozwala krzewom rosnąć tak jak najbardziej lubią. Kocha tak samo mocno róże i mlecze. Jednak jest czujny – dba o dobro słabszych i bardziej delikatnych roślin, strzeże ogrodu przed gatunkami inwazyjnymi. Buduje domki lęgowe jerzykom i hotele dla dzikich zapylaczy. Nie interesuje go geometria efektywności – o wiele bardziej ceni sobie fraktalność natury. Taki ogród nie miejscem schludnym ani schlebiającym mieszczańskim gustom. Nie znajdziecie tu biednych drzewek w donicach ani prestiżowego stolika kawowego. Ogrodnik arkadyjski stara się stwarzać warunki do symbiozy – kompostuje i pozwala ogrodowi stale się odnawiać, chwali obfitość. Nie lubi pozorów. Przez jego ogród przepływa i światło, i ciemność. Drapieżniki tu nie rządzą, ale pojawiają się i zabijają. Ogrodnik arkadyjski nie zamyka w domu swojego czarnego kota. Niektóre gruszki rosnące pod jego oknem są piękne i kształtne, a inne krzywe i pokraczne. W ogrodzie jest miejsce dla wypielęgnowanych i wychuchanych róż i dla niedookreślonych gatunków zielska. Ogrodnik świetnie się czuje z niejasnością, ambiwalencją, niejednoznacznością. Nie jest dla niego problemem, że życie rozkwita poza klasyfikacjami i poza konkursem. To ogród pełen wyobraźni, gdzie każda roślina żyje własnym życiem, jest oryginalna, niepowtarzalna, jednokrotna – a więc genialna. Ale żadna nie żyje osobno, wszystkie współpracują ze sobą, tworząc zmienną i nieprzewidywalną harmonię.

Takie ogrody sprawiają, że człowiekowi chce się wracać na Ziemię, jak nawołuje Bruno Latour. Socjolog ostrzega, że nasze czasy są oderwane od wszystkiego, co życiodajne. To czasy nierówności, śmiercionośnej i obsesyjnej produktywność, rabunkowej globalizacji. Ludzkość popadła w szał niszczenia – samej siebie i planety, na której żyjemy. Gatunek ludzki potrzebuje dramatycznego zwrotu, przestawienia i nakierowania kompasu nie na przemysłowe korzyści czy narodowe zwycięstwa, ale na dobro ekosystemu, który wszystkich i wszystko żywi. Koniecznie powinniśmy wypracować sposoby myślenia i organizowania swoich działań politycznych tak, by nauczyły nas jak dobrze zamieszkiwać na naszej planecie.

Naprawdę musimy wrócić do ogrodów, jak śpiewała w 1970 roku Joni Mitchell.

 

Ogród

Archanioł wygnał z Raju
Adama i Ewę
ale zwierzęta zostały

rośliny rosną,
jabłka spadają,
gniją,

sad rośnie,

i widzi sam, że
jest dobry

Powoli
zacierają się nazwy

Co wieczór Bóg
przechadza się
po ogrodzie

I wtedy pachną
niewiadome kwiaty,

spomiędzy traw
wysiewają się ziarna
nienazwanych dni
(Warszawa, 2022)


 

Zgodnie z podejściem systemowym systemy otwarte wchodzą w interakcje z otoczeniem, dzięki czemu zapewniają sobie niezbędne do funkcjonowania zasoby. Jednak w tym procesie tracą stopniowo energię. Ten proces utraty energii, stopniowego rozpadu, erozji, nosi nazwę entropii. System to coś więcej niż suma części, wiemy to już od czasów Arystotelesa. Organizmy żywe są systemami złożonymi. Ekosystem sam jest niezwykle złożonym systemem i składa się z wielu mniejszych, połączonych ze sobą systemów.

Niezwykle złożone są także systemy społeczne. Takim ogromnym systemem jest kapitalizm, od kilkuset lat stanowiący odpowiednik społecznego ekosystemu. On także podlega procesom entropii. Francuski filozof Bernard Stiegler twierdził, że od kilku dziesięcioleci procesy entropii tego wielkiego systemu nasilają się. Następuje proces zmierzający do śmierci systemu. Niestety, system ten jest na tyle potężny i wyposażony w niezwykle efektywne technologie, że może nie tylko sam zginąć, ale zabrać ze sobą do grobu inne wielkie systemy żywe – może spowodować śmierć całej planety. Czy można temu zaradzić, czy te potężne technologie, mechanizmy rynkowe i polityczne mogą to odwrócić, cofnąć? Niestety nie. Entropia jest procesem nieodwracalnym.

Stiegler zauważa, że towarzyszy temu swego rodzaju rozpowszechnienie się nihilizmu, który przestał być jedynie filozofią, ale stał się strukturalną przypadłością naszej cywilizacji ekonomicznej i technologicznej. Nasz świat choruje na nihilizm. Wiele decyzji podejmowanych jest bez brania po uwagę konsekwencji, ani długo- ani nawet krótkookresowych. To nie jest to samo co krótkowzroczność. To jest świadome działanie na szkodę innych, na szkodę dobra wspólnego. Tak, pragnienie korzyści, cynizm, żądza sukcesu za wszelką cenę, chciwość odgrywają tu ważną rolę, ale nie jedyną. W ostateczności zdaje się działać zasada „bo tak”. Czemu ścinają te drzewa? Bo tak. Po co zwalniają tych ludzi? Bo tak. Po co zamykają ten miły warsztat rzemieślniczy? Bo tak. Wyobraźmy sobie najgorszy i najplugawszy scenariusz i chwyćmy się go, on na pewno się sprawdzi. Jest to jakieś poczucie mocy, jazda z prądem historii. Nazywam to przywództwem chaosu, te postaci to surferzy entropii. Te osoby czasami promowane są przez różne ośrodki władzy, ale są też nieraz wybierane w demokratyczny sposób. Charakteryzują się tym, że czynnie uczestniczą w procesie rozpadu. Wszyscy to obserwujemy od bardzo wielu lat. Jest coraz bardziej tak samo. Jak kiedyś wyraził się mój student, gdy przyzwyczailiśmy się do czegoś naprawdę słabego, to za chwilę przestaje to obowiązywać i robi się jeszcze gorzej – i zaczynamy z nostalgią oglądać się na to „słabo”, które już było.

A teraz wyobraźmy sobie, że zaczyna się dziać dokładnie odwrotnie. Zatrzymajmy się przy tym uczuciu na chwilę. Wejdźmy w ten obraz. Jak to jest, jakie to przywodzi uczucia?

Persefona wychodzi na górę

Gdy wyszła,
oślepiło ją słońce,
nie wie, w którą stronę
iść. Przez wszystkie te lata,
gdy droga wiodła w dół,
widziała, jak dobrzy ludzie
podleją, potwornieją,
zdarzało się, że przychodziła jej myśl –
jak to będzie, gdy zaczną się zmieniać, tylko
w tę drugą stronę, czy tamto drugie zdziwienie
naprawdę ma smak ambrozji
i czy tej, która jadła granaty
ambrozję się podaje.
Zanim wyruszy dalej
przez chwilę w świecie naprawdę
zapanuje cisza.
(Warszawa, 2021)

Czy umielibyśmy się cieszyć, gdyby zaczął się odwrotny proces, gdybyśmy, tak jak bogini podziemi Persefona, mogli wyjść na powierzchnię i zobaczyć świat, który powoli zaczyna rozkwitać?
Ten rozkwit wokół wychodzącej z Hadesu Persefony, to właściwość organizmów żywych polegająca na odrywaniu się od dynamiki rozpadu i dezorganizacji. Fizyk Erwin Schrödinger twierdzi, że gdy żywe organizmy się formują, budują potencjał energetyczny – porządek, który obala i opiera się entropicznemu dryfowi w kierunku chaosu. Holenderski teoretyk organizacji i filozof Hugo Letiche zauważa, że życie rozwija sposoby, aby powstrzymać śmierć i dezintegrację – to pomysły i idee, które dają nam energię i nadzieję, coś rzadkiego, innego, coś co – aż dziw, że istnieje. To bioróżnorodność, potrzebna do regeneracji i rozkwitu środowiska naturalnego, a także różnorodność potrzebna systemom społecznym do regeneracji.

Negentropia w systemach społecznych to na ogół nie programy wdrażane przez główne instytucje polityczne i gospodarcze, ale odmienne, nowe, różne rzeczy dziejące się na marginesach, na obrzeżach. Negentropia nie jest programem politycznym ani strategią gospodarczą. Jest czymś co wybija i przerzuca system na inne tory, powoduje bifurkację. Problem w tym, że w naszych czasach marginesy te są odcinane i niszczone, system wpadł w śmiertelny korkociąg błędnych kół. Rozwiązuje swoje problemy na zasadzie „więcej tego samego”, nie szuka nowych treści, nie uczy się na błędach. Konsoliduje się, powiększa swoją władzę i swoją jednolitość. Jak powiada niemiecki filozof Byung Chul Han obezwładnia nas tyrania tego samego, powoduje wypalenie, powszechną demotywację. Działamy bo musimy, ale nie sprawia nam to radości ani przyjemności.

A jednak istnieją fenomeny, które aż zadziwiają swoją żywotnością. Działają one w trybie niemal niewidocznym, większość może nie zdawać sobie sprawy z ich istnienia. W świecie organizacji i zarządzania są to tak zwane organizacje alternatywne, które bada obecnie bardzo wiele osób, z wyżej podpisaną włącznie – badamy je empirycznie, a więc one istnieją naprawdę. Bernard Stiegler wyraża nadzieję, że w ten sposób – przy pomocy ludzkiej twórczości, pomysłowości i negentropijnej pracy – wyrwanie się z nihilizmu jest nieprawdopodobne, nieracjonalne, nieprzewidywalne, możliwe.

Organizacje – przedsiębiorstwa, organizacje pozarządowe, kościoły – mogą zarówno przyczyniać się do entropii, jak i mogą być nadzieją na ratunek. Francuski ekonomista Benjamin Coriat proponuje rozwiązywanie problemów „po ludzku”, troskliwe zarządzanie dla dobra wspólnego. Nie możemy odwrócić antropocenu, ale możemy go przesycić, rozsadzić życiem, twórczością, zgodnością z otaczającym nas życiem – możemy przeobrazić antropocen śmierci w negentropocen życia, poezji, jaskółek.

Źródło

Pod samym niebem jest źródło
Z którego tryskają jaskółki.
Tam zaczynają się wszystkie wędrówki
I spora część wierszy.
Tylko trafić tam nie jest łatwo
Mnóstwo astronomicznych wydarzeń
Jak wielki parasol nad nami. Dlatego
Nie spadają
Nam gwiazdy na głowę, ale
I sami nie wiemy
Dokąd idziemy. To prawda, że
Człowiek człowiekowi Kainem
Ale czasami człek człekowi
Jaskółką, i stąd nasza pewność, że
Latanie jest koniecznie możliwe.
(Viry-Châtillon, 2020)


 

Po wielu rozmowach z kolegami i setkach dyskusji w social media dochodzę do wniosku, że mężczyźni są najlepszymi ekspertami od spraw kobiet. Doradzą nam w każdej sytuacji, znają nasze uczucia, wiedzą, czego chcemy i czego się boimy. Bez żadnych wątpliwości wytłumaczą, jak kobiety znoszą aborcję, dlaczego nie powinny przeklinać, a nawet o co chodzi w tym całym feminizmie.

Mężczyźni potrafią też odróżnić „prawdziwe” kobiety od „dziwadeł”. Uczestniczki Strajków Kobiet to tylko wybryk natury, pogwałcenie boskich praw. Mężczyźni przecież wiedzą, że „normalne” kobiety tak się nie zachowują. „Normalne” kobiety są miłe i spokojne: oddane matki, strażniczki domowego ogniska. Wspierające mężczyzn: polityków, ekspertów, przedsiębiorców, ciężko pracujących specjalistów. Tych, którzy ustalają reguły i sprawiają, że budujemy przyszłość.

W świecie, w którym chłopcy i dziewczynki wychowywani są według innych narracji, bycie ekspertką jest podwójnie trudne. Kulturowe światy „męski” i „damski” mocno się różnią i o ile mężczyźni bez najmniejszego problemu wkraczają w damski, żeby go objaśniać czy porządkować, o tyle w drugą stronę jest już nieco inaczej.

„Sierpińska to gorzej niż zbrodnia”, chora psychicznie, troll, szowinistka, „jesteś jedną z najbardziej toksycznych dyskutantek na fejsie”, szkodnik, „jesteś agresywna”, „wiem, że pani mnie nie lubi”, „nie mogę uwierzyć, że osoba tak inteligentna i o takiej wiedzy jak ty” może uważać, że X, „nie znosisz sprzeciwu”, „generalnie żadne fakty cię dotąd nie przekonały”, “to, co napisałaś, jest „jednoznaczne”. 

Tego między innymi dowiedziałam się o sobie, dzieląc się publicznie opiniami i odczuciami.

Kiedy mówię o tym, co JA obserwuję, co JA czuję, co JA wiem – dostaję w odpowiedzi informacje (w 98% od mężczyzn), co ja obserwuję, co ja czuję i co ja wiem (albo – częściej – czego nie wiem). To, że analizuję raporty i artykuły naukowe, rozmawiam z badaczami, uczestniczę w konferencjach – wielu osobom nie wystarcza, by mogły uznać, że mogę mówić o rzeczach, na których się znam. Zastanawiam się czasem, jak poradziłabym sobie bez tych „życzliwych” komentarzy, które objaśniają mi, jakie naprawdę są moje emocje, myśli i poglądy. Być może po prostu nie mogę być ekspertką? Być może, kiedy mężczyzna pisze bzdury, a ja wprost je tak nazywam, łamię zasadę, według której słowo mężczyzny to świętość? Być może nie powinnam używać jakichś wyrażeń i powstrzymać się od sarkazmu? Wkraczam w kulturowy świat, którego nie rozumiem.

Problem w tym, że mężczyźni też pewnych rzeczy zupełnie nie rozumieją. Są jednak na tyle pewni swoich racji, że nie dopuszczają do siebie myśli, że tak jest. Na zwróconą uwagę odpowiadają „przesadzasz” albo „przecież to oczywiste, że tak właśnie uważasz”. Wszystko jest dla nich oczywiste. Dzielą też rzeczy na ważne i banalne. Banalne może być obrażanie i obmacywanie, bo przecież „mężczyźni już tacy są”. Nic złego nie ma też we wmawianiu  poglądów czy uzurpowaniu sobie prawa do „właściwej” interpretacji wypowiedzi (bo czy kobiety wiedzą, co tak naprawdę chcą powiedzieć?). Ani w tłumaczeniu, że pewne rzeczy nie mogą zasmucać kobiet ani ich drażnić, podobnym do „nie płacz, przecież to cię nie boli”, którym część rodziców reaguje na płacz małych dzieci. Kobiety przecież histeryzują, bo generalnie świat (zawężany najczęściej do bogatych państw Północy) jest pełen równych szans dla wszystkich. Tylko czy rzeczywiście kobiety miały takie same jak mężczyźni możliwości tworzenia świata, w którym wszyscy żyjemy? Prawa wyborcze uzyskały pod koniec XIX w., w niektórych krajach dopiero w XX w. (Polska 1918, USA 1920, Chiny 1947, Szwajcaria 1971, Arabia Saudyjska 2015). Przez setki lat ich status jako obywateli był podrzędny, a wpływ na politykę – właściwie żaden. Los kobiety ograniczał się de facto do małżeństwa lub życia zakonnego, służby w domu rodzinnym i śmierci. Spod władzy ojca przechodziła pod władzę męża, jak przedmiot, który służy do załatwiania interesów, utrwalania sojuszy i zdobywania dóbr. Kiedy jednak mówię, że mężczyźni mieli setki lat na wdrażanie pomysłów stworzenia „idealnego świata” i powinni zamilknąć, gdy kobiety wychodzą teraz na ulicę, dowiaduję się, że „żaden historyk nie powie, że to świat mężczyzn”. Więc drogie kobiety – choć niemal o niczym nie mogłyście decydować, musicie wziąć współodpowiedzialność za wszystkie wojny.

Coraz mniej mi się chce uczestniczyć w dyskusjach, nawet zupełnie „niewinnych”. Powstrzymuję się, wiedząc, że mogę zaraz zobaczyć/usłyszeć, jak pozbawieni poczucia humoru strażnicy dogmatów zaczną roztrząsać mój stan psychiczny czy moje znajomości. Cenzuruję samą siebie i wiem, że nie tylko ja. Koleżanki aktywistki, naukowczynie, działaczki społeczne mówią mi, że nie odzywają się, bo mają dość ataków ad personam, wyszydzania, podważania ich kwalifikacji. Takimi sposobami de facto rugujemy kobiety ze sfery publicznej. Bo one nie mają ochoty udowadniać, że same wiedzą lepiej, co myślą i czują. Nie chcą, żeby mężczyźni objaśniali im świat.

Uwaga dla mężczyzn: Felieton zawiera dużą dawkę sarkazmu. Zastosowane uogólnienia są zabiegiem literackim. Jeśli ktoś odczuwa potrzebę wytłumaczenia mi, co „naprawdę” miałam na myśli, to mogę zaproponować takiej osobie 2 szklanki zimnej wody (jedną doustnie, drugą na głowę) i zajęcie się własnym światem wewnętrznym.

Fot. The Focal Project


 

Historia Berlina ma wiele obliczy. Najbardziej znanym jest dzielący miasto mur. 13 sierpnia minęło 60 lat od rozpoczęcia jego budowy. W listopadzie mur ma dwie rocznice: 9 listopada 1989 roku mur przestał dzielić, a dokładnie 30 lat temu, czyli w listopadzie 1991 mur przestał istnieć – zostały tylko fragmenty, które opowiadają turystom swoją historię.

Ale zacznę od początku. Po przegranej II wojnie Niemcy zostały podzielone na cztery strefy okupacyjne (amerykańską, francuską, angielską i radziecką), podobnie wyglądał podział stolicy państwa. W latach 1948-49 Berlin Zachodni jest całkowicie odcięty od prądu, dostaw. Z pomocą przychodzą alianci tworząc „most powietrzny” i zapewniając podstawowe produkty. W kwietniu 1949 roku powstaje RFN, zaś w październiku NRD – dwa państwa niemieckie o dwóch różnych ustrojach, oraz najbardziej na wschód wysunięty przyczółek świata zachodu – Berlin Zachodni. Ponieważ nie każdemu mieszkańcowi NRD odpowiadał system wschodni, dość licznie przedostawali się oni do RFN. To z kolei nie odpowiadało ówczesnym władzom wschodnim i najpierw postawiono zasieki z drutu kolczastego, a następnie w 1961 roku rozpoczęto budowę liczącego 156 km muru berlińskiego.

Miał on skutecznie zatrzymać ludzi w NRD. Warto wspomnieć, że każda z uciekających osób po przekroczeniu granicy i znalezieniu się w Berlinie Zachodnim mogła poczuć uścisk pomocnej dłoni. Najważniejsze dla uciekinierów z NRD było to, aby mieć mur za plecami, stojąc twarzą do muru można było zginąć.

Szacunki są różne, bo podaje się od 78 do 250 ofiar śmiertelnych podzielenia miasta. Różnice wynikają z przyczyn śmierci. Ludzie ginęli, ponieważ mieli wypadki podczas przekraczania granicy, po nieudanej próbie ucieczki popełniali samobójstwa, zostali zastrzeleni podczas próby pokonania muru… Ginęli również strażnicy pilnujący muru. Jako ostateczną liczbę ofiar muru podaje się 136 osób. Po zjednoczeniu Niemiec odbyły się liczne procesy, w których oskarżono władze NRD oraz pełniących na granicy strażników. 35 strażników uniewinniono, ale 44 zostało skazanych na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu.

Kawałki muru istnieją do dzisiaj, a w miejscach gdzie ginęli ludzie próbujący przekroczyć mur stoją charakterystyczne pomniki w kształcie czworokątnego słupa informujące o ofiarach, które poniosły śmierć podczas próby przekroczenia granicy w danym miejscu.

Na granicy białorusko-polskiej zaczyna się dziać niemal analogiczna sytuacja. Na razie powstają zasieki z drutu żyletkowego. Z jedną małą różnicą. W podzielonym Berlinie nie można było wyjść poza mur i przywitać się z osobą czekającą z wyciągniętą dłonią. Trzeba było pokonać mur, mieć go za plecami. Na tej granicy, białorusko-polskiej, po polskiej stronie nikt nie czeka z wyciągniętą dłonią, a ci, którzy chcieliby tę dłoń wyciągnąć, skutecznie są od granicy odsuwani, zaś zasieki z drutu kolczastego rozciągane są między uchodźcami a strażnikami wpatrzonymi w koczujących ludzi. Ci strażnicy nie strzelają, ale biernie patrzą na szukających pomocy, głodnych i wyziębionych ludzi. Wprowadzenie stanu wyjątkowego w obszarze przygranicznym miało na celu odcięcie ludzi od informacji, ale już wiadomo, że na granicy, na oczach strażników zaczynają umierać ludzie.

Ciekawi mnie, jak strażnicy wpatrzeni przez zwoje drutu kolczastego w koczujących na granicy uchodźców zachowają się w dniu wigilii Bożego Narodzenia. Raczej na pewno tradycja nakaże im, rozstawiając talerze na kolację wigilijną, postawić dodatkowe nakrycie dla „zbłąkanego wędrowca”.

Co dalej? Czy powstanie 418-kilometrowy mur na granicy?

Kiedy i jakie konsekwencje zostaną wyciągnięte wobec tych strażników? Warto w tym momencie przytoczyć art. 162 § 1 k.k., który mówi, że „kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3″.

I na koniec jeszcze jedno pytanie: czy my także za kilka lat na granicy polsko-białoruskiej postawimy upamiętniające monumenty, aby nauczyć następne pokolenia, że oba te mury, ten berliński i ten polski, to tylko granice człowieczeństwa?


 

MOTTO

Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.

Papież Franciszek mówi, że tylko prawda może nas wyzwolić z tej dusznej sytuacji, w jaki się znaleźliśmy jako ludzkość. W Kościele Katolickim i w akademii jest podobnie – brakuje osób ze środka instytucji, mówiących prawdę nie po to by atakować, ale po to by odnowić i uratować. Część, być może najbardziej dla tych instytucji cenna, nie mówi prawdy z powodu lojalności, ale przede wszystkim z powodu paraliżującego wstydu – oddając w ten sposób, chcąc nie chcąc, pole innym: drapieżnikom, potworom, które przejęły nasze światy, definiują nam życie i zamykają nas w swoich obrzydliwych klatkach z kłamstwa i przemocy. Niedostatek prawdy w ważnych instytucjach społecznych wynika z tego, że władza i mikropolityka stają się potężniejsze, niż wartości, nawet wartość centralna – w akademii jest nią nauka.

Wartość centralna, czyli – po co to wszystko w ostateczności robimy? Celem pracy naukowców jest wnoszenie wkładu w naukę, w wiedzę. Nauka to rozmowa kierująca się ustalonymi regułami, prowadzona co najmniej od czasów Platona i Aspazji. Na wiedzy otrzymanej od poprzedników nowe pokolenia naukowców budują nowe poziomy. Słowami jednego z uczestników tej rozmowy z naszych czasów, profesora Thomasa Docherty, „[u]niwersytet można scharakteryzować jako spotkanie, które generuje czas lub które generuje otwartość na przyszłe możliwości, otwartość na różnicę i zmianę, na świat i nasze zaangażowanie z nim i w nim”. Uniwersytet pełni rolę bufora między teraźniejszością a przyszłością i żadna inna instytucja społeczna tej roli na siebie przyjąć nie umie. To nie to samo co „centrum wiedzy” zbierające i dokumentujące, oraz rozwijające stan wiedzy. Z jednej strony bowiem akademia zachowuje to, co jest, co już wiemy. Ale z drugiej – poszukuje rzeczy nowych, nieistniejących, na które nie mam popytu, ani rynku, które nie wiadomo kiedy ani czy powstaną. Do tego potrzebne jest skupienie, spokój do pracy i wielka odwaga myślenia.

Bernard Stiegler pisze o kolektywnej indywiduacji. Akademia opiera się na niej. Indywiduacja to poszukiwanie, stawanie się niepodobnym do niczego innego, na właściwy sobie sposób. Nie umieramy dokładnie o tyle, o ile odróżniamy się od wszystkiego innego. Geniusz to jednokrotność. Ale akademia to nie jednostkowy geniusz, lecz zbiorowy, kolektywny podsystem, którego obowiązkiem społecznym jest pokazywanie nowych dróg rozwoju, by ludzkość uniknęła bezwładnego ruchu po jednej, zdefiniowanej energetycznie trajektorii – ku entropii, ku rozpadowi.

Jeśli to nie jest centralną wartością akademii, to staje się ona badawczą monokulturą; pojawia się jednogłos, jeden wielki super-autor. Słowami Byung-Chul Hana – piekło tego samego, bez szans na odnowę i bez oryginalnych rozwiązań, reagujące tak samo i nie uczące się, czyli – głupota. Nasze społeczeństwo wiedzy to tak naprawdę społeczeństwo głupoty.

Jednak ta przemiana nie nastąpiła ze złej woli – przeciwnie. W polskiej akademii wiele osób popierało reformę mającą nas uczynić nowoczesnym ośrodkiem kreującym doskonałą wiedzę, bo miało nadzieję, że ona wypali feudalizm i układy, mikropolitykę wywali na śmietnik, wyczyści wszystko jak czysty kwas solny. Niestety, reforma pogorszyła tylko sytuację, bo teraz dopiero, pozbawieni hamujących takie dynamiki struktur, ludzie nabrali napędu żeby ze sobą walczyć o wszystko, żeby tworzyć grona mikropolitycznej mikrowładzy: by wzajemnie sobie pomagać „punktować”, by umawiać się, wzajemnie się cytować, by marginalizować wszystkich, którzy nie pasują do towarzystwa. A co z nauką? Gdzie ona jest? Nauko, nauko, czemu nas opuściłaś?

Tu kończą się notatki pisane tą samą nerwową ręką i zaczynają się poszarpane, pokreślone kartki. Pojawiają się nowe zapiski, urywkowe, jedno, góra trzy zdania, potem przerwa, każde pisane innym, ale bardziej energicznym charakterem pisma.

Gdybym dziś miał radzić doktorantom, to najpierw spytałbym, po co im doktorat. Jeżeli chcą pracować na akademii, to potrzeba promotora z grantami i silną grupą, która się nawzajem wspiera i promuje. To jest czysta polityka. To nie jest sito przepuszczające naprawdę najlepszych kandydatów. Jeśli zaś doktorant nie widzi się w akademii, tylko raczej np. w przemyśle (tak, są tacy), to szukałbym takiego promotora, który ma aktualny dorobek i czas, przy czym czas może oznaczać aktualny brak doktorantów.

Mówiąc wprost: taplamy się w kulturze patronatu. Potrzebny jest ktoś osadzony i z dojściami, w ostatecznym rachunku z dojściami do partii władzy.

Każdy, kto miał do czynienia z polskim szkolnictwem wyższym, wie, że kierunkiem, który opłaca się najbardziej „studiować”, żeby zrobić karierę naukową, jest układoznawstwo

Mam wrażenie, że ta relacja promotor-doktorant w wielu przypadkach utraciła coś bardzo ważnego. Ale to nie wina jednej ze stron, tylko chyba raczej niedbania o samą relację. Najważniejsza jest silna pozycja mikropolityczna promotora. Plus oblatanie w światku konferencyjno-grantowym, wbijanie się na własną rękę to jest robota weekendowa, a jednocześnie konieczna, by w ogóle się jakoś sensownie zakorzeniać.

Młodzi wychowywani są na tej tratwie, innego świata nie poznają.

Oraz ostatni wpis, wielkimi drukowanymi literami, po nim dziennik się urywa:

PRECZ Z TRATWY DINOZAURY, PRZYSZŁOŚĆ NALEŻY DO NAS!

Nie dowiemy się, co się stało i kim był autor bądź autorka tych zapisków: czy oczekującym nowych przygód Prospero, czy adaptującym się do życia na bezludnej wyspie Robinsonem, czy zwykłym rozbitkiem. Jednak ostatni wpis daje do myślenia – gdy mówimy o dinozaurach warto pamiętać, że to one są protoplastami naszych współczesnych ptaków, także jaskółek. Może właśnie w takim momencie jak ten nauczyły się latać.

———

Monika Kostera jest profesorem tytularnym nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej. Wszystkie wygłaszane tu opinie są oparte na jej doświadczeniu i nie reprezentują marki, strategii ani misji żadnej organizacji.

MOTTO:
Nauka to nie są odkrycia ani wielcy, sławni ludzie, lecz bardzo złożony system powiązanych ze sobą elementów i często bardzo skomplikowanych relacji między nimi. Fala zmian i reform nauki przelewająca się od kilku leci przez świat jest falą tsunami, rozbijającą struktury właściwe dla instytucji i organizacji nauki, oferującą w zamian co najwyżej zestaw tratw. Podczas, gdy publiczność ze zgrozą i niejaką fascynacją obserwuje potworności jakie mają miejsce na tej Tratwie Meduzy, przyjrzyjmy się szczątkom okrętu.

Jeszcze nigdy nie zaszkodził mi w mojej pracy żaden akademicki leń. Wielokrotnie zdarzało się jednakowoż, że szkodzili mi ambitni akademiccy pracusie. Bywało, że bardzo poważnie. Potrzebuję spokoju do pracy, warunków pracy zgodnych z wymogami BHP mojej profesji. Potrzebuję mieć własny pokój w budowlach i korytarzach akademii. Tacy jak ja, którym nikt przy zdrowych zmysłach nie odmówi pracowitości, wymagamy, absolutnie wymagamy, by nam nie przeszkadzano przy pracy frenetycznym hałasowaniem rozmaitymi doskonałymi strategiami produktywności i sukcesu.

Istnieją liczne bajdy podmiejskie o facecie, który jako publikacje oddawał przełożonym stos papierów, zawierający puste kartki. Oraz klechdy o gościu, który chwalił się, że może nie opublikować absolutnie nic w ciągu 10 lat i nikt go nie zwolni (owszem taka dykteryjka istniała dawno dawno temu, za siedmioma lasami historii, ale była o wolności akademickiej; czy ktoś jeszcze pamięta, co to jest wolność akademicka? i nie, nie chodzi tylko o deklarowanie poglądów politycznych przez akademików). Zewsząd, tak ze środka jak i z zewnątrz środowiska, słyszy się wciąż, że przywilej, że śrubę przykręcić, za mordę chwycić i zmusić do wydajnego publikowania – bo lenie, bo nieroby, bo akademia musi wykazać społeczeństwu, że coś produkuje. Bo: miernoty i odciąć finansowanie.

W efekcie wylądowaliśmy w naszych czasach z akademią cierpiącą na ADHD. Produkujemy jak szaleni, tryskamy permanentnym uderzeniowym strumieniem tekstów, gdzie chwalimy się gigantycznym ich znaczeniem dla praktyki i poznania (impact). Jednocześnie nigdy nie mieliśmy chyba jeszcze tak znikomego wpływu na cokolwiek, prócz własnego wypalenia zawodowego. Tych tekstów nikt nie czyta, nawet inni akademicy, i są na to solidne badania. Piszemy ciągle to samo lub jakieś do połowy przemyślane banały. W Polsce autoplagiat, czyli publikowanie tego samego w różnych albo nawet identycznych wersjach (w innych krajach wstyd lub nawet karalne wykroczenie) właściwie się znormalizował, nikt się tym nie gorszy, nikt tego nie sprawdza. We wszelkich formularzach oceny widnieją rozmaite rubryki sprawdzające produktywność: ilość tego czy innego, tekstów, punktów, powołań. Nie istnieje miejsce na to, co warunkuje sensowne pisanie i publikowanie, a co zajmuje dużo czasu. Czas na czytanie, myślenie, dojrzewanie, dyskutowanie tekstów z innymi, na popełnianie błędów. Wreszcie, badania naukowe mają swoje wymagania, które na ogół nie licują w żaden sposób z wymogiem ciągłe produktywności. Badania jakościowe to badania procesów, więc nie mają prawa zająć mało czasu, bo inaczej wychodzą badania bylejakościowe. Badania ilościowe mają przetestować hipotezę, więc nie mogą dziać się na skróty i prowadzić wyłącznie do weryfikacji. Jeśli prowadzą, to są zafałszowane.

A że część z nas prochu nie wymyśli? Albo że wymyśli a potem przez 10 lat będzie czytać i dyskutować? Czy to naprawdę jest problem? Utrzymanie nas wszystkich, „pracusiów” i „leni”, wcale nie jest aż tak strasznie drogie. Zawsze tak było i jest to normalne, że tylko niewiele spośród nas to wielcy odkrywcy. I jeśli już to raz, dwa razy w życiu, nie codziennie, do jasnej Anielki. Większość środowiska nie jest i nie musi odkrywać radu, ale może poszukiwać, czytać, dyskutować, uczyć na tym zaawansowanym poziomie innych jak szukać i rozpoznawać, że się coś odkryło. Tak było zawsze i jest to naturalna cecha naturalnego żywego systemu, jakim jest akademia. Dopóki nie przeszkadzają w pracy sobie i innym, bezproduktywni też do tego systemu należą. Nie mówiąc już o tym, że często z różnych powodów publikujemy zrywami a potem milczymy przez wiele lat (jeśli dobre niebiosa i inni ludzie na to nam pozwolą) – bo trzeba przepracować, przemyśleć, pozwolić dojrzeć. Kto w ogóle potrafi dziś odróżnić ziarno od plew bez użycia tego generatora plew jakim są parametry (o nich innym razem)? Ile z tego co teraz z siebie, za przeproszeniem, wydalamy, zostanie po nas za 50, 100 lat? I czy na pewno będą to te rzeczy, które nagradza obecny system oceny i wartościowania? W tej presji na publikowanie nie chodzi o budowanie nauki, bo mało kto zajmuje się tym problemem wśród jej propagatorów. Nie, chodzi o zdyscyplinowanie środowiska, wyrugowanie „przywilejów”.

Czy przywilejem jest noszenie okularów przez spawacza? Ochronników słuchu przez pracownika obsługującego młot pneumatyczny? Ergonomiczne podnoszenie pacjentki przez pielęgniarkę? A może to, o czym piszę tutaj nie jest przywilejem, tylko czymś, co naprawdę jest nam potrzebne do pracy? I może my wiemy lepiej co jest a co nie jest – a nie obserwujący i wrogi nam często zewnętrzny decydent? Bo praca twórcza i naukowa wiąże się z użyciem zarówno umysłu jak i ciała w określony sposób, na tyle brutalnego i zakładającego wykraczanie poza społeczne ramy bez oczywistej własnej korzyści, że wiele i wielu z nas targa, wypacza, tarmosi? Jeśli akademicy nie wyglądają na osoby „normalne”, to może właśnie na tym to polega? (a ci najbardziej pośród nas normalni – może nie zawsze tworzą naukę aż tak zachwycającą jak ich autorzy?). Istnieje takie piękne szwedzkie słowo: arbetsro. Oznacza spokój, pokój dla pracy. Zakończmy wojnę z pracownikami i wciągnijmy na maszty flagi pokoju.


 

W moim osobistym rankingu najbardziej absurdalnych komentarzy udających argumenty, znajduje się tekst o wiatrakach przyczyniających się do zagłady owadów. Według autora pobudowano je w korytarzach ekologicznych i teraz masowo wybijają wszystko, co się w ich pobliżu pojawia. Oczami wyobraźni ujrzałam stada migrujących ważek[1] siekanych na pył łopatami wiatraków.

Wszystko niby się zgadza, ale to tylko chwytliwy (szczególnie emocjonalnie) slogan, a nie sensowny argument. Wiatraki w Polsce od dawna mają robiony czarny PR, więc winę za wymieranie owadów też można na nie zrzucić. Choć mogą przyczyniać się do pogarszania sytuacji, to kluczem zawsze są proporcje – czy jest to w 90% czy w 0,009%? Bo gdy skupiamy się na czymś, co całościowo nie jest istotne, łatwo możemy stracić z oczu sedno problemu.

Za zagładę owadów na naszych szerokościach odpowiedzialne są głównie pestycydy (nie tylko insektycydy, ale też herbicydy). Potwierdzają to od dekad setki badań naukowych, co roku dokładane są nowe. Można próbować rozmywać tą informację różnymi mądrze brzmiącymi, ale pustymi merytorycznie zdaniami, jednak nie zmieni to faktu, że pestycydy to substancje bardzo szkodliwe dla wszystkich żywych organizmów. W tym kontekście, jako „kontrargument”, często przytaczana jest zasada Paracelsusa, o tym, że to dawka czyni truciznę i że wszystko może być trucizną. Podobnie – niby logiczne, a jednak nieprawda.

Paracelsus żył w XVI w. i w swojej praktyce zalecał min. leczenia syfilisu[2] rtęcią. Sam też ją łykał, w wyniku czego miał wyniszczony organizm. Jednak faktycznie, te dawki, które zażywał nie zabiły go od razu. Rtęć jest obecnie uznawana za jedną z najbardziej toksycznych substancji dla żywych organizmów. Do tego, o ile w przypadku zwierząt nerki i wątroba pomagają poradzić sobie z (niektórymi) truciznami, a ich metabolity, podobnie jak metabolity leków, mogą być usuwane[3], to z ekosystemu nic nie może zostać ot tak „wydalone”. Jeśli nie zostanie zneutralizowane, to gdzieś się skumuluje. Problemem jest gdzie, w jakiej ilości oraz komu i jak bardzo to szkodzi. Raport Europejskiej Agencji Środowiskowej[4] z zeszłego roku pokazuje, że w glebie oraz wodach gruntowych i powierzchniowych na terenie Unii Europejskiej nadal znajdowane są pozostałości DDT, ekstremalnie szkodliwego pestycydu wycofanego z użycia w UE około 30 lat temu[5]. Towarzyszą mu dziesiątki innych toksycznych substancji, których łącznego wpływu na istoty żywe nie da się praktycznie zbadać[6].

Lanie trucizn na rośliny, gleby, rozpylanie w powietrzu prowadzi do tego, że – co chyba nie jest dla wszystkich oczywiste – mamy ich coraz więcej w otoczeniu. Owadów – może poza tymi, które żywią się krwią i są mniej narażone przez to na zatrucie poprzez kontakt z rośliną czy glebą – za to coraz mniej. Producenci pestycydów jednak uspakajają: wystarczy wysiać łąkę kwietną, wybudować ul na biurowcu, postawić domek dla owadów albo – mój faworyt! – edukować dzieci[7] żeby „uratować zapylacze”. Kiedy sprzedaje się środki wyjaławiające glebę i zabijające znajdujące się w niej larwy (np.: trzmieli) nie pozostaje oczywiście nic innego jak bezczelny greenwashing z drogą ludzkiemu sercu pszczołą miodną w tle. Której, swoją drogą – jak i większości zwierząt hodowlanych – wyginięcie bynajmniej nie grozi.

Takim odwracaniem uwagi są też chwytliwe teksty rozpowszechniane w internecie (jak ten o wiatrakach siekających owady). Stopień ich bzdurności może być naprawdę dowolny. Pokazują to idealnie artykuły Lasów Państwowych o „groźnych” chrząszczach czyhających na ludzkie życie pod sosnami i brzozami. Które to chrząszcze trzeba w związku z tym eksterminować lejąc pestycydy z samolotów. Zapewniam was jednak, że te i podobne im absurdy poniosą dalej w świat „pożyteczni pidioci”. A także ci, którzy żyją z ich rozpowszechniania, ci, którzy robią to w ramach dziwacznie pojmowanej misji „informowania” świata, czy ci, którym to pasuje do wyznawanej ideologii. Oraz cała rzesza ludzi, którzy sami już nie wiedzą co ma sens a co nie, bo w zaśmieconej infosferze, jaką mamy, wszystko staje się równouprawnione. Oczywiście ze szkodą dla wiedzy. Sedno problemu rozmywa się w ten sposób w morzu bzdur i absurdów, a szkodliwe substancje dorzucane do środowiska dalej zatruwają owady. I nas samych. Bo w walce o interesy nie liczą się nie tylko trzmiele czy motyle, ale i ludzkie zdrowie.

Przypisy

[1] Nie wiem czy po XIX w. obserwowano w Polsce większe migracje ważek, ale kiedyś (kiedy sporo różnych istot zamieszkiwało nasz kraj) całe ich „stada” potrafiły przelatywać na duże odległości.

[2] Sformułował również sporo innych zasad m.in. hormezy – leżącą u podstaw współczesnej homeopatii.

[3] Substancje znajdujące się w ludzkim moczu także mają wpływ na inne organizmy, przykładem są znajdowane w rzekach pozostałości niesteroidowych leków przeciwzapalnych, które – chcąc nie chcąc – zażywają ryby.

[4] ETC/ICM Report 1/2020: Pesticides in European rivers, lakes and groundwaters.

[5] Jednak był dłużej produkowany (na eksport)

[6] Duża ilość metali ciężkich, w tym rtęci, jest też uwalniana z depozytów gromadzonych dziesiątkami lat w wiecznej zmarzlinie. Gdy topnieje ona wraz z ocieplaniem się planety, to trucizny nawiewane dekadami na północ globu spływają do oceanów.

[7] Takie pomysły przesyłało np.: Polskie Stowarzyszenie Ochrony Roślin (zrzeszające producentów i importerów pestycydów).

Miałam kiedyś potrzebę wyciągnięcia pewnych papierów z sekretariatu Filozofii UW, więc zawitałam tam po latach nieobecności. W sekretariacie na ścianie wisi Matka Boska. Bywałam w sekretariatach różnych wydziałów na UW, ale raczej nie widziałam tam jednak symboli religijnych. Matka Boska w sekretariacie Filozofii nieco mnie poruszyła, bo to jednak Filozofia; myślenie, wątpienie, dociekanie, badanie; teiści, deiści, ateiści; krytycy religii, ale i tomiści, no święty obrazek na pewno nie jest dla nich wspólnym mianownikiem. Symbol religijny jakoś tu szczególnie nie pasuje. (więcej…)

Narada działaczy pozaparlamentarnej opozycji politycznej z Polskiego Stronnictwa Platformy Obywatelskiej Prawa i Sprawiedliwości, przygotowujących propozycję zmian ustrojowych w Konstytucji Zielonopospolitej Polskiej w roku 2029…

(więcej…)

Rok temu usłyszałam o akcji „Godzina dla Ziemi” z ust Reni Jusis, której muzyki nie znam zupełnie, ale zaangażowanie społeczne cenię i pomyślałam, że przynależność zobowiązuje. No więc siedziałam sama w ciemnościach i czułam się trochę głupio…. I wtedy przypomniała mi się SZARA GODZINA…. (więcej…)

Życzę kobietom, byśmy żyli w państwie, w którym o sprawach kobiet i dzieci współdecydują kobiety, a nie znajdujący się ponad prawem krajowym autokratyczni mężczyźni-kawalerowie poprzebierani za kobiety.

Od początku istnienia rodzaju ludzkiego kobiety i mężczyźni żyją ze sobą lub obok siebie. A mimo to jakoś wciąż nie mogą się dogadać na płaszczyźnie społecznej, co wg niektórych jest spowodowane odmienną budową mózgu, odmiennymi hormonami i dlatego różną hierarchią wartości. Ale wszak już dawniej bywało, że istniały społeczności kierowane przez kobiety (matriarchat), a parę tysięcy lat temu niektóre z kobiet bywały potężnymi władczyniami (Hatszepsut). Mimo to w znacznej części dzisiejszego świata (islam) kobieta nadal nie jest istotą równą mężczyźnie. Nawet w cywilizacji Zachodu bywa z tym różnie: podczas gdy w Szwecji kobiety zajmują 45% kierowniczych stanowisk, to już w USA- tylko 14%. A przecież inaczej widząc świat, wrażliwe na cudzą krzywdę oraz bardziej skłonne do pragmatycznych negocjacji zamiast ideologicznych konfrontacji, kobiety mogłyby ogromnie zmienić priorytety polityki społecznej i gospodarczej.

Czyż nie jest zatem stratą, że stanowiąc prawie 52% polskiej populacji, kobiety mają tak niewielki wpływ na losy kraju? A nawet na swój własny?

Zagadnienie to jest mi bliskie z trzech powodów. Wychowałem się wśród ludzi z Wileńszczyzny, gdzie przynajmniej w moim otoczeniu to zwykle kobiety odznaczały się zaradnością, gdy mężczyźni bywali albo mało odpowiedzialni, albo gnuśni, albo zastraszeni. Możliwe, że to spuścizna po rządach carskich i bolszewickich, kiedy mężczyznom na kresach za byle co mogła grozić zsyłka.

Drugi powód – przez całe życie pracuję na Wydziale Nauk Przyrodniczych lub Biologicznych, gdzie kobiety stanowią połowę kadry akademickiej, równie często jak mężczyźni pełniąc funkcje kierownicze. I jakoś wydział się nie zawalił. Jako pracownik nauki widzę zaś, jak wiele kobiety wniosły do światowej wiedzy biologicznej. Ot, choćby do sposobu rozumienia ewolucji życia społecznego naczelnych, gdzie wielki jest wkład trzech badaczek: J. Goodall, D. Fossey i A. Birukas. Nowe pokolenie kobiet-badaczek, z prof. Lynn Margulis na czele, udowodniło też, że w ewolucji istotną rolę odgrywała nie tylko („męska”) rywalizacja między najlepiej przystosowanymi, ale i zdolność do współpracy lub symbiozy.

I jest trzeci powód – ostatnio jestem w partii, której dynamizm nadają głównie kobiety. To spotkania z nimi nauczyły mnie, jak wiele jeszcze powinno być w naszym kraju zmienione, aby stał się on demokracją. Z proporcjonalną reprezentacją płci w organach ustawodawczych i wykonawczych, z równą płacą za jednakową pracę i z podobnymi szansami na karierę zawodową. Zarazem jednak widzę, jak trudno jest akcentować sprawy kobiece w społeczeństwie, które straciło poczucie wspólnoty, a nawet ma wcale niemało zwolenników powrotu do wzorców nieomal feudalnych.

A teraz krótko: zamiast banalnego kwiatka na 8 marca, ofiaruję kobietom polskim życzenie lepszej przyszłości, kształtowanej wespół z nimi, a nie ponad nimi. Życzę obu głównie kobiecym gremiom, Partii Kobiet i naszej partii ZIELONI 2004, lepszego dotarcia do ogółu polskich kobiet. Przełamania ich bierności, tak aby poczuły się odpowiedzialne nie tylko za wychowywanie dzieci, ale i za to, jakie będą późniejsze losy młodej generacji Polaków. Aby nie była ona znowu zmuszona emigrować, bo panowie chcą nam budować tylko stadiony i kościoły zamiast żłobków, przedszkoli, szkół i domów studenckich. Życzę kobietom, byśmy żyli w państwie, w którym o sprawach kobiet i dzieci współdecydują kobiety, a nie znajdujący się ponad prawem krajowym autokratyczni mężczyźni-kawalerowie poprzebierani za kobiety. Trzeba by jednak pierwej wyrwać wiele polskich kobiet nie tylko ze świeżej niewoli zakupizmu, ale i z feudalnego przeświadczenia, że od rządzenia są tylko mężczyźni. Bo aż nazbyt dobrze widać, jak ci ostatni to robią: ot, choćby zagraniczne zadłużenie kraju jest dziś 4-krotnie większe, niż w najgorszym momencie PRL-u.

W interesie nas wszystkich życzę, by kobieca energia i zdolność współodczuwania mogła zostać wykorzystana do uzdrowienia polskiego szkolnictwa (uwolnionego od indoktrynacji), odrodzenia funkcjonalnej służby zdrowia i do normalizacji życia publicznego. Sądzę, że powinniśmy znowu stać się solidarnym społeczeństwem, a nie „państwem bez społeczeństwa”, czyli – jak powiedział prof. J. Czapiński – stadem egocentryków.

Wydostać się poza patriarchat. Czy jest to możliwe? Czy są takie miejsca na świecie? Powiedzmy to tak: są takie miejsca, gdzie patriarchat nie wydaje się tak oczywisty, naturalny, przyrodzony. Wręcz przeciwnie – wydaje się nieoczywisty, nagryziony, uszczerbiony, przypomina topniejącą ogromną górę lodową. A tam, gdzie jest go mniej, mężczyznom i kobietom jest lepiej: zostają uwolnieni z niewygodnych, często nierealistycznych narzuconych ról „kobiety” i „mężczyzny”. Co za ulga.

Feminizm jest bardzo prostą sprawą. Chce, żeby ludzie byli traktowani równo i sprawiedliwie, żeby jedni nie wykorzystywali drugich, żeby wszyscy mieli szanse realizować swój różny potencjał… Żeby byli wolni i mieli prawo decydować o swoim życiu.

Życzę nam wszystkim solidarności. Kobietom i mężczyznom, starszym i młodszym, gejom i heterykom; tym, którzy lubią siedzieć w domu, i tym, których nosi w poszukiwaniu lepszych miejsc.