Aktywiści broniący od 2012 r. lasu Hambacher Forst przed wycinką wzywają do międzynarodowej solidaryzacji. Proszą o nią w obliczu eksmisji obozu, jaka właśnie jest przeprowadzana przez koncern RWE przy eskorcie policji.
Niemieckie telewizje prowadzą transmisję na żywo, przeciwnicy wycinki przypominają, że RWE powinno poczekać z wycinką i eksploatacją węgla na efekty pracy komisji węglowej. Policja i koncern oskarżają demonstrantów o akty agresji, a mieszkańcy oraz pielgrzymi przybywający na miejsce mówią, że to, co się dzieje z lasem to też przemoc ze strony policji i koncernu. Eskalacja trwa, a w jej tle dymi gigantyczna elektrownia na węgiel brunatny. Na drzewach powiewają romantyczne znaki nadziei dla jednych czy powód do śmiechu drugich.
Rumowisko
Zniszczone łóżka, krzesła, porozrzucane namioty, miażdżone sprzęty kuchenne, ubrania, rozjeżdżane info punkty i miejsca, które od sześciu lat służyły wielu aktywistom broniącym lasu Hambacher Forst. Setki policjantów, ciężki sprzęt, armatki wodne, samochody oraz pracownicy RWE – to wszystko wygląda, jakby właśnie miała być rozbijana szajka przestępcza w stylu Narodowosocjalistycznego Podziemia, jaka swego czasu działała na terenie Saksonii i zabijała ludzi pochodzenia np. tureckiego. Nic bardziej mylnego. Akcja skierowana jest przeciwko aktywistom, w większości osobom około dwudziestego roku życia, którzy – jak twierdzą – bronią lasu w ramach obywatelskiego nieposłuszeństwa.
W Hambacher Forst aktywiści od lat wiedzieli, że ten dzień może nadejść i de facto ataków na obóz było już wiele. Ale ten jest przeprowadzany z wielką pompą, która studzi nadzieje, że las, który stał się symbolem ochrony klimatu, wygra z przemysłem węglowym. W Polsce niszczenie tego lasu było już wielokrotnie wykorzystywane przez zwolenników budowy nowych odkrywek, aby pokazać, że węgiel brunatny ma się dobrze i to nawet w kraju Energiewende, jakim są Niemcy. Las był nawet porównywany do Puszczy Białowieskiej – że Niemcy też niszczą tereny chronione. I chociaż niektórzy podkreślają, że z naszą Puszczą las w Nadrenii nie ma nic wspólnego, to należy się tylko cieszyć, że w kraju nad Wisła wciąż mamy takie bogactwa przyrody. W Niemczech, szczególnie w Nadrenii Północnej, gdzie przecież znajduje się także węglowe Zagłębie Ruhry, Hambacher Forst uchodzi za ewenement ze względu na swój naturalny charakter. Jego znaczenie jest jednak dzisiaj symboliczne i przykuwa uwagę obserwatorów z całego świata, którzy pytają o to, jakim krajem są Niemcy i jakie mają priorytety.
Parę tygodni temu oglądaliśmy bowiem marsze neonazistów na ulicach Chemmnitz i słyszeliśmy, że policja nie dawała sobie rady z polującymi na uchodźców bojówkarzami. Dzisiaj widzimy jak całe zastępy opancerzonych funkcjonariuszy ściągają z drzew młodych ludzi, którzy często w tym lesie mieszkali od lat. Eksmisja trwa. Ktoś mógłby powiedzieć – koncern RWE realizuje swoje interesy i ma prawo do terenu, którego jest właścicielem. Ale od czasu kiedy obraduje komisja węglowa, czyli od czerwca 2018 roku, coraz to było sygnalizowane, że wszelkie inwestycje węglowe powinny poczekać, aż wyjaśni się jak długo i ile węgla Niemcy będą potrzebować. RWE chce najwyraźniej wyprzedzić wypadki i zająć teren, zanim okaże się, że spoczywający pod nim węgiel nie będzie potrzebny. Metoda faktów dokonanych jest bowiem częstym orężem w długotrwałych procesach, z jakimi mamy do czynienia w ochronie środowiska. Wykorzystywano ją w Puszczy Białowieskiej czy przy inwestycjach narciarskich na terenach chronionych w polskich górach. Dlaczego RWE nie miałby także z tego skorzystać?
Nie tylko aktywiści
Przez dłuższy czas w lesie Hambacher Forst protestowali młodzi ludzie, przyrodnicy, niektórzy mieszkańcy. Ale obecnie lista tych, którzy łapią się za głowę i próbują wnieść swój wkład w ten ważny protest jest coraz większa. Martin Classen, artysta fotografik z Kolonii przygotował wystawę, będącą z jednej strony prezentacją starych analogowych technik fotograficznych, ale też zajęciem stanowiska w politycznej debacie, jaką w Niemczech jest Energiewende. „To nie tak miało wyglądać!” – mówią przyrodnicy z BUND z Duesseldorfu. Tymczasem dzień za dniem demolka obozu postępuje. Jest to o tyle bulwersujące, że po zabójstwie Niemca w Chemmnitz przez młodych uchodźców reakcja policji i władz państwowych pozostawiała wiele do życzenia. Dopiero prezydent miasta Chemmnitz wezwał mieszkańców do sprzeciwu wobec samosądów oraz zorganizowanych przez neonazistowską scenę polowań na imigranów. W mieście miały miejsce łapanki na wszystkich, którzy według skrajnie prawicowego „Pro Chemmnitz” nie wyglądali jak typowi Niemcy. Policja przybyła do miasta z dużym opóźnieniem, dopiero kiedy w sieci pojawiły się obrazy hajlujących przeciwników polityki migracyjnej. Petra Pinzler z Zeit zapytała ostatnio: „Czy ktoś jeszcze rozumie priorytety Niemiec? Ja chyba nie”.
Zwolennicy eksmisji obozu, w tym policja, donoszą o przemocy, jaka spotyka ich z rąk aktywistów klimatycznych. Mówi się o niebezpiecznych przedmiotach, które znajdowane są w rumowisku niszczonej przez nich infrastruktury. Według niektórych mediów są to po prostu szklane butelki po piwie, według innych – materiały wybuchowe. Trudno ocenić to z daleka, ale zdjęcia i nagrania pokazujące jak policja wkracza na teren obozu, jak siłą ściąga ludzi z barykad nasuwają skojarzenia, że przemoc płynie także ze strony policjantów, za którymi stoi jednak broń, nietykalność cielesna i aparat państwowy.
Priorytety Republiki Federalnej?
Kiedy tak przyglądamy się eksmisji obozu i ciągniętym po ziemi aktywistom, nasuwają się jeszcze inne skojarzenia z Chemmnitz, a konkretnie bagatelizowanie problemu oraz eskalacja przemocy. Władze Saksonii przez lata przymykały oko na działalność grup o wyraźnie neonazistowskich zapędach. Nie wysłały zastępów policji do miasta, nie poprosiły o pomoc funkcjonariuszy z innych landów, kiedy na ulicy Chemmitz działa się jatka i prześladowano uchodźców. Wcześniej władze doprowadziły nie tylko do eskalacji przemocy, ale też do zakorzenienia się pewnych obyczajów, przez co land Saksonia zyskał już dawno miano neonazistowskiego matecznika. Z kolei władze Nadrenii Północnej Westfalii – czy to koalicja Zielonych i SPD, podczas rządów której wydano zgodę na rozszerzenie kopalni Garzweiler, czy obecny premier CDU Armin Laschet – koncernowi RWE dawano fora do rozpychania się swoimi brunatnymi łokciami po terenie. Kiedy Niemcy uchodziły za lidera klimatycznego i państwo przyjazne imigrantom, agresywny ale też populistyczny sprzeciw wobec polityki klimatycznej i migracyjnej narastał. Te zaniedbania odbijają się teraz czkawką, a świat przygląda się Republice Federalnej, która miała uchodzić za piewcę wolności, demokracji i tolerancji oraz transformacji energetycznej. Tymczasem w wielu miejscach na wchodzie zezwalano na prawicowe igranie z ogniem oraz na dalsze wydobycie węgla brunatnego na zachodzie. Kiedy obraduje komisja węglowa mająca ustalić koniec dla spalania węgla w Niemczech w energetyce, RWE niszczy ruch klimatyczny. W niemieckiej opinii publicznej, podobnie jak w Polsce, coraz częściej słychać, że aktywiści klimatyczni czy pokojowi są opłacanymi agentami. Na facebooku przeciwnicy obozu, w tym mężczyzna wyglądający na już leciwego pana pyta: „Z czego żyje ta młoda aktywistka? Kto jej płaci za protestowanie?”.
Wiara w cuda
Dzisiaj sytuacja w lesie wydaje się być krańcowa, zostaje już tylko wiara w boską interwencję, o którą zresztą proszą pielgrzymki przybywające do Hambacher Forst, które – jak podaje np. telewizja WDR – zawędrują także do Katowic na COP 24. Wielu wciąż ufa, że wiedza i fakty naukowe – jakbyśmy chcieli mniemać przynajmniej od XVII wieku – staną się władzą. Słuchając zwolenników spalania węgla w dobie zmian klimatu nietrudno przeoczyć, że mają oni raczej poczucie oderwanej od planety Ziemi omnipotencji. Zachowują się jak Pangloss z Kandyda, który optymistycznie wierzy, że żyjemy w najlepszym ze światów, mimo że ten się gotuje i pali. A porównanie do bohatera powiastki Woltera jest tu o tyle na miejscu, że do tej gorzkiej ironii skłoniły autora właśnie katastrofy, jakimi były trzęsienie ziemi w Lizbonie w 1755 r., następnie tsunami i wreszcie pożary, które łącznie pozbawiły życia około 90 tysięcy ludzi. Zachęta Kandyda do „uprawiania własnego ogródka” też może się wydawać sugestywna, kiedy jesteśmy konfrontowani z obrazami buldożerów niszczących obóz w Hambacher Forst.
Wracając do fotografa Martina Classena należy zwrócić uwagę na solidarność międzypokoleniową. Bo walka o klimat i sprawiedliwość społeczną dotyczy nierówności pokoleniowej. Ci którzy zbierają profity z węgla, ropy czy gazu zabierają przyszłość młodym. To nie 60-letni ministrowie klepiący się po plecach z prezesami koncernów będą umierać w przyszłości z gorączki i braku wody, ale ich wnuki. Wydaje się zatem, że wsparcie dla tych wchodzących w dorosłość walecznych nie jest tylko pochwałą hartu ich serc, ale także moralnym potwierdzeniem, że jest coś takiego jak dług, który zaciągamy u starszych ale i u młodszych pokoleń. Classen wprost przyznaje, że jego wystawa zdjęć z Hambacher Forst jest aktem protestu i jasnym komunikatem do premiera Nadrenii Północnej Saksonii Armina Lascheta: „Pan Laschet powinien się wstydzić, że nic nie robi w sprawie powiązań wielkiego przemysłu i polityki, i że sam przykłada do tego rękę. Rozmawiałem z wieloma osobami w różnym wieku, odmiennych poglądów politycznych, i wszyscy oni byli po prostu przerażeni oraz osłupieni tym, co się dzieje w Hambacher Forst”.
Kiedy eksmisja postępuje, obóz staje się śmieciem wywożonym przez koparki RWE, policja wykręca ręce aktywistom, a złość jednych na drugich narasta, widać na drzewach coś, co przetrwało jak na razie trwająca od paru dni bitwę. Na tych ogromnych roślinach, które wciąż stoją i onieśmielają swoim majestatem, migoczą okruchy nadziei a może dobry omen – jak czytamy w reportażu TAZ z Hambacher Forst. Niektóre gałęzie wciąż przyozdobione są łapaczami snów. Powiewają na wietrze i za nic sobie mają rozruchy, wrzaski aktywistów i ciężki sprzęt policji oraz RWE.
Żródła:
Wystawa i zdjęcia z Hambacher Forst: http://www.martin-classen.de/aktuell
https://www.ardmediathek.de/tv/Westart/Foto-Ausstellung-Die-Todgeweihten-Ham/WDR-Fernsehen/Video?bcastId=45518828&documentId=55927356
https://www1.wdr.de/mediathek/video/sendungen/lokalzeit-aachen/video-neue-angriffe-auf-polizisten-im-hambacher-forst-100.html
https://taz.de/!5531203/
http://www.taz.de/Reportage-aus-dem-Hambacher-Forst/!5531203/
https://www.zeit.de/politik/deutschland/2018-09/polizeieinsaetze-cdu-chemnitz-sachsen-nrw-rwe-5vor8
źródło; eko.org.pl
Artykuł udostępniony na podstawie licencji na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Niemcy odchodzą od węgla, chociaż dzieje się to w bólach i wciąż za wolno. Powołana właśnie Komisja Węglowa ma opracować mapę transformacji energetycznej. W międzyczasie problem nie ma już tylko charakteru technologicznego, ale także polityczny. Podsycane w ostatnich latach płonne nadzieje, że węgiel zostanie, przyparły Niemcy do muru – czy Angela Merkel wygra i wróci na tory lidera ochrony klimatu czy zwycięży raczej ksenofobiczna i populistyczna partia AfD, która będzie teraz żerować na obawach tych, którzy na transformacji mogą stracić najwięcej?
Stany Zjednoczone ostrzegają Niemcy?
Pod koniec czerwca 2018 r. niemiecki węgiel był solą w oku polityków, związków zawodowych, aktywistów i mieszkańców wsi zagrożonych wysiedleniem. Kraj nad Sprewą stoi przed trudnym zadaniem – współzałożyciel wspólnoty węgla i stali, a następnie unijny progresywny kraj pod względem rozwoju energetyki odnawialnej, pokazuje swoje pierwotne, węglowe oblicze. Mówi się o tym już nie tylko w kuluarach. Al Gore, laureat pokojowej nagrody Nobla za działania na rzecz ochrony klimatu twierdzi: „Niemcy, lider ochrony klimatu ryzykuje, że zostanie w tyle”. Podczas pobytu w Berlinie, amerykański polityk udzielił wywiadu dla New York Times’a 26 czerwca. Tego dnia Gore rozpoczął spotkanie dla mówców na rzecz ochrony klimatu (Climate Reality Project) w stolicy republiki federalnej. W tym samym czasie zaczęła obradować Komisja Węglowa przy Bundestagu. Podczas debat w ramach Climate Reality Project Niemcy były wielokrotnie podawane za przykład, że walka ze zmianami klimatu cały czas wymaga większego zaangażowania, gdyż koncerny konwencjonalne wciąż napierają. Obecny na spotkaniu organizowanym przez Gore’a Norbert Winzen z miejscowości Keyenberg, która podobnie jak Immerath zostanie zniszczona na rzecz odkrywki Garzweiler należącej do RWE powiedział: „Przyjedźcie do Nadrenii Północnej-Westfalii i zobaczcie jak kopalnia pożera wsie oraz ludzkie zdrowie psychiczne. Zobaczycie krajobraz jak po wojnie”. Gdzie są dzisiaj Niemcy z tamtych progresywnych, odnawialnych lat?

Immerath niedaleko Keyenberg, fot: Thomas Deicke, www.sola-domum.info
Niewygodna prawda
Niemcy przez lata uchodziły za przodownika ochrony klimatu na szczeblu unijnym i międzynarodowym. Wyznaczały standardy, dawały nadzieję na progres odnawialnych źródeł energii. Niestety pod wieloma względami to już przeszłość. Co prawda ich poziom rozwoju OZE jest wciąż imponujący (5 lipca 2018 samo słońce o godzinie 12 w południe dało 22 GW), ale wiele wskazuje, że na horyzoncie pojawiają się inni, np. Dania czy Szwecja, którzy bardziej niż Republika Federalna zasługują na miano lidera Energiewende.
Z pewnością nie jest to powód do dumy, ale fakty mówią same za siebie – cel redukcji gazów cieplarnianych o 40% do 2020 w stosunku do roku 1990 nie zostanie w Niemczech zrealizowany. Wszystko dlatego, że pod powierzchnią ambitnych czynów cały czas żarzył się protest lobby węglowego, które teraz zdołało się wybić na świecznik.
Słońce czy węgiel
Mimo rozwoju energetyki odnawialnej Niemcy nie odnotowały spadku emisji gazów cieplarnianych w ostatnich latach. Winny temu jest kochany przez Niemców transport i przemysł samochodowy oraz energetyka konwencjonalna. „Gdybym był Niemcem wziąłbym to sobie do serca” – powiedział Gore. Należy też dodać, że pieniądze na transformację płacą główni zwykli konsumenci prądu, obywatele. Za to często zwolnione są z tych opłat np. koncerny energetyczne. „Nie można spocząć na laurach. Niestety Niemcy nie są już liderem zielonej energetyki. Jest wiele krajów, które są obecnie szybsze na drodze zmian”. Również Kathrin Gutmann, dyrektorka kampanii Europe Beyond Coal czy Stefanie Groll mówiły w Berlinie, że od działania komisji węglowej zależy teraz reputacja Niemiec, jak również na co zostaną przeznaczone ogromne środki, którymi dysponują Niemcy – na energetykę odnawialną czy na węgiel. Niemcy mają problem, gdyż są wciąż numerem jeden w Europie, jeżeli chodzi o emisje CO2. Jeżeli będą teraz osłabiać cele polityki klimatycznej, to wydaje się mało prawdopodobne, aby mogły przekonać kogokolwiek na następnym COP 24 w Katowicach do swojego zielonego oblicza i progresywnej ścieżki. Polska, niestety, może na tym skorzystać.
Jak niemiecki węgiel walczył z unijnymi przepisami
Mówi się często, że to Polska idzie w zaparte jeżeli chodzi o forsowanie węglowej gospodarki, ale przykład z Niemiec, a konkretnie osób, które zasiadają teraz w komisji węglowej, pokazał, że także tam węgla broni się do upadłego. Przyjrzyjmy się zatem, jak niemieckie lobby chciało podważyć nowe unijne przepisy dotyczące emisji przemysłowych. Zaostrzenie przepisów emisyjnych dla np. tlenków azotu czy rtęci zostało przyjęte przy poparciu krajów członkowskich w kwietniu 2017 r. Chodzi o Dyrektywę w sprawie emisji przemysłowych UE. Uznano ją za krok w dobrym kierunku a mianowicie w stronę poprawy jakości powietrza, a więc też ludzkiego życia, poprzez zamykanie najbardziej zanieczyszczających elektrowni np. węgla brunatnego. Szybko znalazły się jednak podmioty, którym się to nie spodobało. Kiedy okazało się, że nowe przepisy oznaczają problemy dla około 2900 elektrowni węglowych branża zaczęła walczyć o zachowanie status quo. A że przemysł węglowy jest bardzo silny w Niemczech nie zdziwiło, że właśnie z tego kraju wyłonili się orędownicy zatrzymania procesu odchodzenia od węgla.
Jednym z aktywniejszych polityków okazał się Stanislaw Tillich (CDU) były premier Saksonii. Tillichowi zależało na rewizji przepisów unijnych dotyczących standardów emisyjnych dla tlenków azotu i dla rtęci. Tym samym, przy okazji, zagrał na anty-europejskich resentymentach w Saksonii. W ostatnich wyborach do Bundestagu prowęglowa kampania Tillicha przyniosła znamienny efekt – w landzie wzrosło poparcie dla AfD. O ile Tillich musiał się nieco powstrzymywać w węglowych obiecankach, kandydaci AfD mówili o brunatnej przyszłości dla Saksonii bez ogródek. Wzrost poparcia odnotowała dlatego AfD, a nie CDU.
Tillich występując przeciwko unijnym przepisom popierał de facto emisje rtęci czy tlenków azotu. O tym, że elektrownie na węgiel brunatny mają problem z emisją rtęci przekonaliśmy się w Polsce po ujawnieniu znacznie wyższej niż raportowanej (18 razy więcej) emisji tej neurotoksyny z elektrowni Bełchatów. Mimo że zanieczyszczenia ze spalania tego wyjątkowo emisyjnego paliwa przyczyniają się do przedwczesnych zgonów czy chorób, to minister Tillich uparcie walczył w trakcie pełnienia swoich publicznych obowiązków, aby branża węgla brunatnego w Europie miała się dobrze. Nie dziwi, że chciał również, aby do protestu dołączyły Polska i Bułgaria. Już samo to powoduje, że należy mieć wątpliwości, czy obecność Tillicha w komisji sprzyjać będzie rozwojowi i ochronie klimatu, czy raczej węglowi. Jeżeli teraz on czy Matthias Platzek (kolejny członek komisji przyjazny węglowi) zaczną działać wbrew swoim wcześniejszym obietnicom, może się okazać, że potencjalni wyborcy CDU czy SPD także przejdą na stronę AfD. A to oznacza dla Angeli Merkel nie lada problem oraz wyzwanie.

Kiedy pod koniec czerwca w Berlinie Al Gore uczył ludzi, jak skutecznie rozmawiać o zmianach klimatu, a Greenpeace rozlał żółtą farbę w centrum miasta, która z wysokości ułożyła się w kształt słońca – zaczęła obradować tzw komisja węglowa. Komisja nosi znamienną nazwę – „Rozwój, zmiana strukturalna i zatrudnienie”, jednak i tak nazywana jest Kohlekomission czyli Komisja Węglowa. Tillich i Platzek mówią otwarcie, że ich praca będzie wzorem dla innych węglowych regionów Europy. Z jednej strony możemy mieć nadzieję, że się nawrócili. Jeżeli jednak tak się nie stało, prace i wnioski komisji rzeczywiście mogą się okazać, ale antywzrorem ochrony klimatu.
Cele pracy komisji
Komisja „Rozwój, zmiana strukturalna i zatrudnienie” to pierwsze takie ciało powołane przy Rządzie Federalnym. Do jej głównych zadań należy:
- przedstawienie konkretnych możliwości dla przyszłościowych miejsc pracy w regionach, które czeka transformacja,
- opracowanie metod zmiany strukturalnej uwzględniającej sprawiedliwość społeczną oraz ochronę klimatu,
- przedstawienie, w jaki sposób uda się zrealizować cele redukcyjne do 2030 r.. Należy dodać, że Niemcy nie zrealizują celu 40% do 2020 r., ale prace Komisji mają sprawić, aby to zaniedbanie jak najbardziej zminimalizować,
- wreszcie komisja ma zająć się stopniowym odchodzeniem od spalania węgla oraz zaproponowaniem daty, kiedy w Niemczech węgiel nie będzie już spalany.
Prace komisji kierują na siebie spojrzenia wielu podmiotów, także w Polsce. Komisja węglowa ma zaprezentować swoje pierwsze ustalenia jesienią, m.in. na szczycie klimatycznym w Katowicach COP 24. Można się domyśleć, że od stanowiska Niemiec zależeć będą ambicje pozostałych państw w tym Polski. A ambicje członków Komisji idą w sukurs polskim lobbystom węglowym, którzy wyrazili swoje opinie ostatnio w Programie dla Sektora Węgla Brunatnego w Polsce. Matthias Platzek, członek komisji, mógłby się sam podpisać do wieloma tezami wyrażonymi w polskim programie. On sam, jako premier landu Brandenburgia przez lata uczył jak nieszczyć cele polityki klimatycznej oraz propagować hasła, że bez węgla brunatnego czeka nas zapaść.
Wysokie napięcie
Skład komisji sugeruje, że prace będą burzliwe. W każdym komisyjnym sektorze mamy spolaryzowane stanowiska – przewodniczący to lobbyści węglowi – wymieniani już Matthias Platzek i Stanislaw Tillich ale też Ronald Pofalla, który wsławił się m.in. przy lobbowaniu kontrowersyjnego projektu kolejowego Stuttgart 21. Do tego jest tam kobieta Barbara Praetorius, kiedyś związana z Agora Energiewende. Następnie mamy związek zawodowy Ver.di oraz IG BCE, który znany jest z poparcia dla węgla. Udział lobbystów węglowych ze wschodnich Niemiec pozwala na obawy, że zamknięcie tamtejszych elektrowni, bez których redukcja emisji CO2 w Niemczech nie będzie ani łatwa, ani szybka, może być odwlekane. Chodzi o elektrownie Jänschwalde czy Boxberg. Prace komisji wyznaczą także przyszły los dla planowanych odkrywek Welzow-Süd Teilfeld II czy Jänschwalde. Ewentualne poparcie dla dalszego istnienia zarówno kopalni jak i elektrowni we wschodnich Niemczech będą najlepszą wodą na młyn dla polskich planów budowy odkrywki Gubin, Złoczew czy Oczkowice. Trzeba dodać, że władze Brandenburgii czy Saksonii życzyłyby sobie, aby węgiel spalany był tam jeszcze przez dziesiątki lat. Nie trzeba chyba dodawać, że podobny plan nijak ma się do ochrony klimatu, żeby nie powiedzieć, że jest to wykorzystywanie sytuacji do realizacji własnych interesów kosztem bezpieczeństwa przyszłych pokoleń – naszych dzieci i wnuków.

Berlin – akcja Greenpeace
W niedzielę 24 czerwca w Berlinie i w innych niemieckich miastach odbyły się także protesty mieszkańców pod hasłem „Stop Kohle”. Ludzie skandowali hasła nawołujące, aby wziąć się do aktywniejszej pracy dla klimatu. Adresatem był rząd federalny – ludzie chcą większego wsparcia i ambicji na drodze odejścia od spalania węgla.
Przykład Niemiec może być przestrogą dla Polski – brak ambicji i transparencji w transformacji energetycznej wiązać się może z jej spowolnieniem, ale także z pożywką dla populizmu. Będzie też wyrzucaniem pieniędzy w błoto – tylko po to, aby wytrzeć łzy tym, którzy musieliby zacząć się dzielić bogactwem i energią. Okłamywanie ludzi, że przyszłość należy do węgla zemści się prędzej czy później – rozczarowani obywatele pokażą figę, kiedy przyjdzie wyłożyć karty na stół.
Burzenie kościoła, puszcza Hambacher niszczona przez buldożery RWE, gaz pieprzowy w oczy aktywistów klimatycznych. Oto obrazki, jakie docierały do nas ostatnio z Niemiec. (więcej…)
I Ogólnopolski Kongres Energetyki Obywatelskiej był okazją do policzenia szabel zwolenników rozproszonej, odnawialnej energetyki w Polsce. Jak wypadła? (więcej…)
Zielona posłanka z Niemiec Bärbel Höhn opowiada o źródłach sukcesu i wyzwaniach związanych z niemiecką transformacją energetyczną w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)
Jest taka społeczność na zachodzie Niemiec, która zaspokaja 250% swojego zapotrzebowania na energię elektryczną ze źródeł odnawialnych – i nie zamierza na tym poprzestać. (więcej…)
Frederik Moch z niemieckiej konfederacji związkowej DGB o tym, jak jednocześnie chronić klimat i ludzi – w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)
Opinia publiczna śledząca doniesienia na temat niemieckiej transformacji energetycznej – Energiewende – ma pełne prawo odczuwać zawrót głowy. (więcej…)
Niemiecka transformacja energetyczna oznacza nie tylko zmiany technologiczne i gospodarcze. Przemianie ulega również społeczny model dystrybucji i produkcji energii. Dobrym tego przykładem są spółdzielnie energetyczne.
Pierwsze spółdzielnie energetyczne zaczęły powstawać zaraz po wejście w 2000 r. ustawy o odnawialnych źródłach energii i liberalizacji niemieckiego rynku energii. Funkcjonowanie spółdzielni inicjują gminy, mieszkańcy oraz podmioty prawne, które mogą wykupywać udziały spółdzielcze oraz czerpać zyski z produkcji i dystrybucji energii. Zaletą takiego rozwiązania jest prostota oraz brak wymogu posiadania specjalistycznej wiedzy z zakresu prowadzenia działalności gospodarczej czy energetyki odnawialnej. Spółdzielnie zapewniają serwis technologiczny, produkują energię odnawialną, zajmują się dystrybucją i sprzedażą energii.
Do początku 2014 r. zarejestrowane były w Niemczech 942 spółdzielnie energetyczne, w tym 690 spółdzielni produkujących energię odnawialną. Instalacje spółdzielcze wyprodukowały w 2012 r. 580 milionów kWh, co statystycznie odpowiada rocznemu zapotrzebowaniu na energię elektryczną 160 tysięcy gospodarstw domowych. Warta zanotowania jest dynamika wzrostu liczby spółdzielni: jeszcze w 2010 r. było 249 spółdzielni energetycznych produkujących energię odnawialną. Spośród wymienionych 690 spółdzielni ponad 480 funkcjonuje w oparciu o ogniwa fotowoltaiczne. Popularna jest również produkcja biomasy (150 spółdzielni) oraz energii wiatrowej (114 spółdzielni). Od 2012 r. w związku ze zmianą prawa energetycznego w Niemczech spada dynamika wzrostu spółdzielni solarnych, a wzrasta ilość spółdzielni opierających swoją działalność na energii wiatrowej.
Większość, bo aż 91% spółdzielni zostało zarejestrowanych od r. 2006. W samym 2013 r. zarejestrowano 177 spółdzielni. Dynamiczny wzrost liczby spółdzielni od 2006 r. związany jest z dwoma czynnikami. Po pierwsze, w Niemczech dokonuje się transformacja energetyczna i zwiększa się świadomość ekologiczna mieszkańców w zakresie produkcji energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych. Po drugie, w 2006 r. przyjęto kolejne akty prawne regulujące powoływanie i organizację spółdzielni energetycznych.
Demokracja energetyczna
Większość z niemieckich spółdzielni jest skoncentrowana na oddolnej produkcji energii odnawialnej. Związane jest to przede wszystkim ze wzrostem zainteresowania lokalnymi i zdecentralizowanymi źródłami produkcji energii, ale również z tradycją ruchu spółdzielczego w Niemczech. W konsekwencji spółdzielnie posiadają demokratyczną i otwartą strukturę. Członkostwo jest otwarte tak dla pojedynczych osób, jak i dla stowarzyszeń i podmiotów prawnych. Zgodnie z prawem spółdzielczym każdy członek spółdzielni ma tylko jeden głos na walnym zgromadzeniu, co oznacza, że decyzje podejmowane są demokratycznie, bez względu na to, ile kto wnosi finansowo do danej spółdzielni. Chroni to kooperatywy przed przejęciem lub dominacją pojedynczych udziałowców. W praktyce uniemożliwia również wrogie przejęcie spółdzielni.
Istotna jest również zmiana sposobu myślenia o zyskach. Od innych form biznesowych spółdzielnie odróżniają przede wszystkim skoncentrowanie na wartościach wykraczających poza krótkoterminowy zysk, takich jak samopomoc dla członków spółdzielni. Podstawowym celem jest zapewnienie taniej i ekologicznej energii dla wspólnoty mieszkańców. Spółdzielnie energetyczne mogą być dla nich szczególnie korzystne jako metoda uniezależnienia się od awarii i dostaw ze strony wielkich operatorów.
Posiadając alternatywne źródła energii we własnych, sąsiedzkich czy gminnych rękach, można realnie zwiększyć swoje bezpieczeństwo. Jest to istotne szczególnie w kontekście polskim, gdzie w przypadku małych miejscowości dochodzi do awarii prawie 10-krotnie częściej, a jakość dostarczanej energii jest niska. Standardowe napięcie to 230 V, zaś na wsiach często zdarza się, że jest to poniżej 180 V.
Siła spółdzielni
Większość niemieckich spółdzielni to małe lub średnie organizacje. W r. 2010 ponad 60% spółdzielni liczyło od 3 do 100 członków. Ta liczba się jednak zmienia. Liczba spółdzielni z liczbą członków od 3 do 100 zmniejszyła się w okresie 2010-2012 z 62% do 50%. Wzrosła z kolei liczba spółdzielni z liczbą członków od 101 do 200 – z 23% w 2010 r. do 30% w 2012 r. Spółdzielnie większe niż 200 osób to mniejszość, ale i tak ich udział wzrósł z 15% w 2010 r. do 19% w 2012 r. Pomiędzy rokiem 2010 a 2012 65% spółdzielni zwiększyła liczbę członków. W 2012 r. do niemieckich spółdzielni energetycznych należało 76500 członków. Łączny kapitał zgromadzony przez spółdzielnie energetyczne w 2012 r. w Niemczech to 693 mln euro.
Do 2012 r. 80% spółdzielni miało mniej niż 2 mln euro kapitału, ale od 2006 r. daje się zauważyć wzrost liczby spółdzielni o kapitale powyżej 2 mln. Świadczy to o tym, że możliwy jest długoterminowy zysk spółdzielni oraz zwiększanie ich potencjału ekonomicznego. Większość spółdzielni funkcjonujących między 2010 a 2012 r. cechuje się wysokim poziomem kapitału własnego, przy czym obserwuje się procentowy wzrost tego kapitału, co związane jest ze wzrostem liczby członków. Jedynie 40% spółdzielni posiada mniej niż 30% kapitału własnego. Blisko 20% posiada od 90% do 100% kapitału własnego. Dla porównania średni udział kapitału własnego wśród wszystkich małych i średnich firm wynosił w 2012 r. w Niemczech 23%, a dla dużych firm – 29%.
Funkcjonowanie spółdzielni oparte jest przede wszystkim na kapitale własnym, co jest związane z polityką spółdzielni, aby bazować przede wszystkim na kapitale swoich członków i w miarę możliwości nie korzystać z kapitału podmiotów trzecich. Nie daje się jednak ukryć, że pomimo tego, że spółdzielnie posiadają stosunkowo wysoki poziom kapitału własnego, to konieczne są dodatkowe środki, aby zrealizować kolejne projekty energetyczne. Przy czym głównym dostarczycielem funduszy są w tym przypadku banki spółdzielcze.
Spółdzielnie są opłacalne
Celem spółdzielni nie jest maksymalizacja zysków, ale wsparcie członków spółdzielni. W tym sensie spółdzielnie cechują się inną filozofią organizacji. Nie da się jednak ukryć, że niemieckie spółdzielnie energetyczne to dochodowy interes. Co prawda w roku rejestracji spółdzielni większość, bo 55% spółdzielni generuje brak zysków bądź straty na poziomie 10 tys. euro rocznie. Jedynie 20% generuje zysk do 10 tys. euro rocznie w pierwszym roku rejestracji. Tym samym 80% spółdzielni ma zerową lub negatywną stopę zwrotu inwestycji w pierwszym roku.
Nie jest to jednak nic dziwnego, ponieważ należy najpierw zainwestować, aby osiągnąć zysk. Już jednak w kolejnym roku 73% spółdzielni generuje zyski. Jedna piąta z nich generuje do 10 tys. euro rocznego zysku, 44% – od 10 do 50 tys. euro rocznie w drugim roku działalności. Prawie 60% spółdzielni generuje od 1% do 10% stopy zwrotu inwestycji w ciągu dwóch pierwszych lat. Część z nich, 16% generuje ponad 10% stopę zwrotu inwestycji. Wysoka stopa zwrotu jest jednak po części zasługą dopłat państwa do produkcji energii.
Społeczno-ekonomiczny potencjał spółdzielni
76500 członków i kapitał 693 mln euro to wystarczające sumy, by mówić, że spółdzielnie energetyczne w Niemczech to ważny podmiot zmian społecznych i ekonomicznych. Wprawdzie całość inwestycji w energię odnawialną w Niemczech wynosiła w 2012 r. 19,5 mld euro. Istotna jest jednak dynamika wzrostu ruchu spółdzielczego. W 2012 r. już 20% spółdzielni zgromadziło ponad 200 członków oraz więcej niż 2 mln euro kapitału. Świadczy to o tym, że mają one potencjał rozwoju. Spółdzielnie produkujące zieloną energię są w Niemczech w fazie wzrostu.
Ważny jest przede wszystkim społeczno-ekonomiczny potencjał tych zmian. Spółdzielnie umożliwiają produkcję zregionalizowaną, zdecentralizowaną i lokalną. Są strukturą niepodatną na naciski ze strony dużych podmiotów finansowych. Potrafią dokonywać skutecznej alokacji kapitału przeznaczonego m.in. na produkcję energii oraz posiadają zdolność do łączenia członków, którzy są w stanie skutecznie wspierać biznesowe cele. Nie bez znaczenia jest również to, że zapewniają trwały zwrot poniesionych inwestycji.
Czas na polskie spółdzielnie energetyczne
– Polska wersja ustawy OZE, która została zatwierdzona w dniu 8.04.2014 przez Radę Ministrów, w porównaniu z niemiecką wersją ustawy OZE, nie sprzyja rozwojowi produkcji energii odnawialnej przez zdecentralizowanych producentów – mówił w kwietniu 2014 r. dr Lutz Ribbe, który przeprowadzał ocenę wdrożenia dyrektywy w sprawie odnawialnych źródeł energii w Polsce.
Do tej pory powstała w Polsce jedna spółdzielnia energetyczna. Ideę spółdzielni promuje Waldemar Pawlak, który zastanawia się nad założeniem spółdzielni z sąsiadami w celu budowy biogazowni. Rozwój energetyki realizowanej w modelu spółdzielni energetycznych postuluje również od lat prof. Krzysztof Żmijewski z Politechniki Warszawskiej. Jego zdaniem takie rozwiązania mogą być odpowiedzią na problem spodziewanego niedoboru energii elektrycznej, który już teraz jest zauważalny na obszarach wiejskich. Za szczególnie niekorzystny dla rozwoju ruchu spółdzielczego w Polsce uważa on zapis mówiący o ograniczeniu ceny sprzedawanej energii do 80% hurtowej ceny energii.
Czy rozwój spółdzielni energetycznych w Polsce jest możliwy? Ruch spółdzielczy ma w Polsce bogatą tradycję. W ostatnich latach okresu międzywojennego istniało w Polsce ponad 16 tysięcy spółdzielni. Pozostaje żywić nadzieję, że w przyszłości przynajmniej zbliżymy się do tej liczby. Jeżeli choć część z nich będą stanowiły spółdzielnie energetyczne, to w porównaniu z sytuacją obecną wykonamy milowy krok naprzód.
Źródło danych: Raport Wuppertal Institut für Klima, Umwelt, Energie GmbH, kwiecień 2014.
W trakcie wystąpienia posła partii Zieloni Olivera Krischera w parlamentarnej debacie na temat reformy EEG (ustawa o odnawialnych źródłach energii) 27 czerwca 2014 r. poseł CDU Philipp Lengsfeld zadał pytanie, wyrażające obawy części społeczeństwa w Niemczech:
Jestem posłem okręgu wyborczego Berlin-Mitte. Moi wyborcy wynajmujący mieszkania płacą każdego roku za skutki EEG-Umlage (…). Subwencje wynoszą 24 mld euro na rok. Wnioskuję z pańskiego wystąpienia, że jest pan zdania, że to nie wystarczy (…) i ta kwota powinna dalej rosnąć (…). Nie wystarczą panu te 24 mld euro co roku? Jak ma to dalej wyglądać: 30 mld euro, 35 mld euro? Proszę mi podać uczciwą kwotę. Czego pan oczekuje, jakie koszty mają jeszcze ponieść wynajmujący mieszkania m.in. w moim okręgu wyborczym w następnych latach?
Przyjmijmy, że 24 mld euro rocznie to dużo. 24 mld euro w 2014 r. to w przeliczeniu na 1 kWh energii elektrycznej 6,24 eurocenty. To jest właśnie EEG-Umlage – podział kosztów wsparcia OZE na wszystkich konsumentów. Przy czym 1 kWh energii elektrycznej kosztuje w Niemczech średnio 27 eurocenty brutto, częścią tej kwoty jest EEG-Umlage. Problem polega jednak na tym, że nie każdy konsument energii elektrycznej musi płacić tę samą wielkość w rachunku za energię.
Na mocy przyjętej 27 czerwca reformy 90% przedsiębiorstw reprezentujących 219 branż przemysłu uprawnionych zostało do złożenia wniosku o ulgę w wysokości płaconej EEG-Umlage. Celem tej regulacji jest odciążenie energochłonnych przedsiębiorstw, dla których ewentualnie zbyt wysokie koszty energii mogłyby prowadzić do utraty konkurencyjności na międzynarodowym rynku.
Według Zielonych realne zagrożeniem dla konkurencyjności dotyczy jednak jedynie 15 branż, tego samego zdania jest Komisja Europejska, krytykującą niemiecką reformę EEG. Oczywiste jest, że część EEG-Umlage, której nie płaci przemysł, dzielona jest po równo na pozostałych konsumentów energii, a więc prywatne gospodarstwa domowe oraz małe i średnie przedsiębiorstwa. Należy zatem zapytać posła koalicji rządzącej, pana Lengsfelda, dlaczego jego partia nie chce odciążyć swoich wyborców poprzez równiejsze rozłożenie kosztów EEG na wszystkich konsumentów energii elektrycznej?
Dodatkowo należy zapytać, dlaczego wedle niedawno przyjętej reformy EEG najemcy domów, którzy produkują energię elektryczną na własne potrzeby przy pomocy np. fotowoltaiki, mają płacić docelowo 40% EEG-Umlage, a prosumenci z kręgu przemysłu – jedynie 15%? Tym bardziej, że ci ostatni pozyskują energię elektryczną w większości z elektrowni/ instalacji konwencjonalnych, a więc na paliwa kopalne?
Do tej pory prosumenci w Niemczech nie ponosili żadnych opłat za możliwość konsumowania energii elektrycznej wyprodukowanej we własnej instalacji. Opłata, jaką właśnie wprowadzono, Sonnensteuer („podatek słoneczny“), jak nazywają ją Zieloni, jest zupełnie bezprecedensowa. To tak, jakby wprowadzić opłatę za warzywa i owoce, które spożywa się z własnego ogrodu. Jeśli rząd niemiecki chce w ten sposób zwiększyć krąg płacących EEG-Umlage, to może mu się nie udać, jeśli nowe, prosumenckie instalacje OZE przestaną powstawać ze względu na zwiększone koszty i tym samym ryzyko finansowe. A także samą absurdalność „podatku słonecznego”.
Odpowiedzi na powyższe pytania są oczywiste – jeśli poseł CDU staje w obronie swoich wyborców, to albo próbuje sprytnie zatuszować swoje prawdziwe intencje, albo nie rozumie reformy, którą 27 czerwca jego partia przyjęła. Niestety, jest to reforma, która zahamuje Energiewende w Niemczech, zwłaszcza tę oddolną, obywatelską, prosumencką i spółdzielczą, i przyczyni się do ponownego wzmocnienia pozycji i roli dużych koncernów energetycznych. Obecnie sprzedają one, notabene, energię elektryczną po cenach wyższych niż przedsiębiorstwa produkujące i sprzedające energię elektryczną w 100% z OZE, jak np. naturstrom. Czemu zatem pan Lengsfeld nie poleci swoim berlińskim wyborcom zmiany dostawcy energii z Vatenfall na naturstrom?
Na początku przyjęłam, że 24 mld euro rocznie to dużo. Weźmy jednak pod uwagę, że Niemcy wydają rocznie ok. 90 mld euro na import ropy, gazu i węgla, które to koszty rosną z roku na rok zdecydowanie szybciej niż koszty rozwoju OZE. Należy przy tym podkreślić, że te 24 mld euro zostają w kraju, generując rozwój gospodarczy, miejsca pracy itd., a 90 mld euro wypływa bezpowrotnie, głównie do Rosji.
Okazuje się zatem, że obecnie w Niemczech OZE to tylko kozioł ofiarny, a prawdziwy problem wzrastających kosztów energii leży gdzie indziej. Ale dojrzeć go można tylko wtedy, jeśli postawi się sobie za cel obywatelską Energiewende i odchodzenie od modelu energetyki opartego na funkcjonowaniu dużych koncernów energetycznych. Ten cel przyświeca jednak w trakcie obecnych rządów CDU/CSU i SPD jedynie świadomej części tego społeczeństwa. Politycy obecnej koalicji i zmanipulowani przez nich wyborcy działają w interesie koncernów.
Niemcy, Polskę i Czechy w obszarze polityki energetycznej łączy jedno: zależność od węgla. Jednocześnie kraje te wybrały różne strategie wobec owego uzależnienia. Jak wygląda debata o polityce energetycznej w tych państwach? Jak niemiecka transformacja energetyczna wpływa na Polskę i Czechy? (więcej…)
Jakie zmiany w systemach energetycznych w krajach Europy Środkowej zaszły w ostatnich latach? Jak wiele o polityce, realizowanej przez sąsiadów wie się w Czechach, Niemczech i w Polsce? Fundacja im. Heinricha Bölla postanowiła to sprawdzić. (więcej…)