Krótki dekalog przyrody, czyli o czym mieszkańcy miast muszą wiedzieć. Drzewa przyuliczne, łąki miejskie, parki, ogrody deszczowe, ogrody miejskie, pnącza, krzewy… To ważne elementy ekologii miasta.
1. Po pierwsze nie szkodzić
Wycinanie zdrowych drzew w mieście powinno być ostatecznością – stare drzewa mają wielokrotnie większą wartość przyrodniczą, potencjał oczyszczania powietrza. Dysponujemy dziś bardzo zaawansowanymi metodami oceny stanu zdrowotnego, statyki i stopnia zagrożenia, jakie stwarzają drzewa. Powinny być one stosowane w mieście, bo nowe nasadzania drzew przyulicznych nie przyjmują się, nie wykazując takiego „przyzwyczajenia” do miejskich warunków jak te starsze. Czynnikiem w ogromnym stopniu ograniczającym wzrost drzew przyulicznych jest zasolenie. Konieczne jest podjęcie działań zmierzających do poprawy warunków wzrostu drzew przyulicznych i skuteczna walka z nadmiernym soleniem zimowym ulic.
2. Niezwykle ważne duże drzewa przyuliczne
W doborze drzew przyulicznych priorytetem powinny być gatunki rodzime sprawdzające się w warunkach miejskich. W najtrudniejszych warunkach środowiskowych, w wąskich pasach dużych ulic należy także stosować sprawdzone gatunki obce, wytrzymujące zasolenie i suszę. Należy także nastawić się na stosowanie zróżnicowanych pokrojów i odchodzić od drzew o mocno formowanych koronach, chyba, że jest to wyjątkowo uzasadnione ze względu na charakter architektoniczny ulicy lub obiektu. Należy zwracać uwagę na zachowanie ciągłości gatunkowej w alejach oraz na odpowiedni dobór wielkości drzewa do skali ulicy. Drzewa w donicach powinny pojawiać się jedynie wzdłuż najwęższych, kameralnych i reprezentacyjnych ulic. Duże drzewa w centrum miasta są realną odpowiedzią na powstawanie tzw. wyspy ciepła, zapylenie i zanieczyszczenie powietrza.
3. Wprowadzanie stref rzadszego koszenia oraz łąk w parkach, pasach przyulicznych i między jezdniami
Rzadsze koszenie fragmentów trawników, które nie są intensywnie użytkowane rekreacyjnie, wprowadza większą bioróżnorodność do miejskich parków, stając się korzystnym środowiskiem życia dla zwierząt. Powoduje to także oszczędności związane z rzadszą potrzebą pielęgnacji i zmniejsza wydatki energetyczne (efektywność energetyczna, ekologia!). Wprowadzanie stref rzadszego koszenia postuluje Abraham A. Mabelis w swoim raporcie „Zarządzanie Zielenią Warszawy 2006-2007). W pasach zieleni można zasiewać gatunki jednoroczne i dwuletnie, gatunki łąkowe i synantropijne, a także byliny łąkowe. Przykładem, do którego warto się tu odnieść, jest artystyczny projekt „Malwy idą do Domu” Teresy Murak i zasiewy kosmosów, chabrów, maków oraz malw przy przystankach i wzdłuż linii tramwajowej na Al. Niepodległości w Warszawie. Bardzo korzystnym i niezwykle estetycznym rozwiązaniem są „zielone torowiska”, na których także trzeba zadbać o prawdziwą biologiczną różnorodność. Przykład zieleni miejskiej w Gdyni pokazuje jak można dobrze odrobić lekcję z natury – w wąskich pasach przyulicznych wykorzystywane są tam m.in. trawy rosnące na wydmach i w środowisku nadmorskim, które mają dużą tolerancję na aerozol solny.
4. Więcej zróżnicowanych gatunkowo nasadzeń krzewów i bylin
Rabaty na Placu Grzybowskim w Warszawie są przykładem tego, jak można komponować naturalne i różnorodne rabaty o charakterze bylinowej łąki, fantastycznie poprzerastanej przez dzielżany, astry i dziesiątki gatunków ozdobnych traw. Na skwerach przy ulicach i na osiedlach powinno się odchodzić od popularnych w latach dziewięćdziesiątych jednorodnych, monokulturowych nasadzeń „nudnych” roślin okrywowych i krzewów, m.in. nadmiernie rozpowszechnionych irg, tawuł, berberysów i pięciorników. Nie dlatego, że są to rośliny niewartościowe, ale ze względu na ich nadreprezentację na ulicach, skwerach i w parkach.
5. Przypomnijmy sobie o pnączach
Pnącza, niezwykle estetyczne, uniwersalne rośliny są coraz rzadziej widywane. W związku z modą na zielone ściany, które nie najlepiej się sprawdzają w polskim klimacie, nieco zapomnieliśmy o pnączach. Mało atrakcyjne wizualnie ekrany akustyczne, które pojawiają się kilometrami w Warszawie, powinny być porastane przez pnącza. Podobnie ozdobione mogłyby być tzw. ślepe ściany, które dziś są nośnikami billboardów, a powinny być raczej wertykalnymi ogrodami. W wielu przypadkach pnącza mogą stanowić skuteczną metodę zapobiegania tagom i napisom na ścianach (nie mylić z wartościowym graffiti i muralami).
6. Powierzchnia (teren) prawdziwie biologicznie czynna
Wiele realizowanych dziś inwestycji, które muszą zachowywać odpowiedni stopień terenu biologicznie czynnego, tak naprawdę z prawdziwą “czynnością biologiczną”, bioróżnorodnością i realną wartością przyrodniczą ma niewiele wspólnego. Przepis nakazujący tworzenie takich powierzchni traktowany jest raczej jako zło konieczne. Sam problem legislacyjny i nieprecyzyjność definicji niemożliwy jest do zrewidowania na poziomie lokalnym. Należy jednak dążyć do tego, aby szczególnie w inwestycjach miejskich zapis ten skutkował tworzeniem realnie czynnej biologicznie powierzchni, m.in. ekstensywnych zielonych dachów, szczególnie ponad planowanymi parkingami podziemnymi.
7. Zieleń bardzo blisko, w przestrzeni codziennej
Wielu mieszkańców miasta na warsztatach, debatach i spotkaniach skarży się przede wszystkim na małą ilość zieleni w ich najbliższym otoczeniu. Zieleń osiedlowa to niezwykle ważny składnik miejskiego systemu zieleni. Jest wiele przykładów znajdowania przestrzeni na zieleń wśród nawet najbardziej gęstej miejskiej zabudowy. Nowojorskie parki kieszonkowe, system parkletów w San Francisco (publiczne trwałe mini-parki na dawnych miejscach parkingowych) czy w końcu zielone przystanki w Sheffield (wiaty z zielonymi dachami). Z czysto estetycznego punktu widzenia zieleń w mieście to także ogródki gastronomiczne, stragany kwiatowe czy przedświąteczne stoiska z choinkami – należy realizować działania prowadzące do zazielenienia i nadania spójności tym sezonowym obiektom (np. wzorem Market Street w San Francisco).
8. Dbanie o nawierzchnie przepuszczalne, ogrody deszczowe
Zieleń miejska ma niezwykle istotne znaczenie w gospodarce wodnej miasta. Poza dużymi parkami w gromadzeniu i przetrzymywaniu wody opadowej i jej filtracji znaczącą rolę mogą spełniać ogrody deszczowe, a także ogrody na dachach. Rewitalizacja King Street w Kitchener/Waterloo (Kanada) pokazuje, jak wykorzystywać przyuliczne rabaty, drzewa oraz meble miejskie, włączając je w system wstępnej filtracji, oczyszczania i częściowej retencji wody burzowej. Warto by się pokusić o podobne testowe rozwiązania przy kolejnych inwestycjach drogowych.
9. Dbanie o uniwersalny program parków, zieleńców i skwerów. Lepsze i bardziej naturalne place zabaw
Bezwzględną koniecznością dziś jest uniwersalne projektowanie terenów zieleni dostępnych dla osób z niepełnosprawnościami, starszych, niedowidzących, niewidomych etc. Parki muszą być dostępne dla jak najszerszych grup społecznych. Powinny oferować im zróżnicowane atrakcje. Byłoby dobrze, aby żaden z parków nie był „parkiem bez właściwości”. Należy śmielej wykorzystywać współczesne tendencje w zagospodarowywaniu terenów zieleni, wprowadzając m.in. bardziej naturalne, ale także bardziej zróżnicowane place zabaw.
10. Nie grabmy wszystkich liści!
Stałym widokiem w miejskich parkach są plastykowe torby pełne zgrabionych liści, zalegające pod drzewami nawet przez kilka miesięcy. Analogicznie jak przy strefach rzadszego koszenia można wprowadzać obszary niegrabienia liści – usuwając je pozbawiamy parki naturalnego nawozu, który wzbogaca glebę w składniki odżywcze. Nie na całej powierzchni parku najniższe piętro roślinności musi być trawnikiem czy murawą. Zadbajmy o miejsca z runem i podszytem, gdzie dobrze będą się czuły leśne geofity, cieniolubne byliny oraz rośliny okrywowe.
***
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Paweł Krzaczkowski: W swojej książce Dziury w całym: wstęp do miejskich rewolucji piszesz, że jej celem jest zmiana języka, którym się posługujemy, mówiąc o mieście. A zatem jaki język dominuje obecnie zarówno w skali globalnej, jak i lokalnej?
Krzysztof Nawratek: Nie można powiedzieć, że w skali globalnej obowiązuje tylko jeden język, bo są jednak pewne wariacje, jak Kurytyba, Seul, Bogota, czy wcześniej Porto Alegre, gdzie dokonują się niekapitalistyczne reformy. To o czym mówię, to przede wszystkim Europa, gdzie język neoliberalnego kapitalizmu stał się monopolistą.
Czym charakteryzuje się ten język?
Niezwykle prymitywną, jednowymiarową logiką kapitału, gdzie wszystko jest oceniane pod kątem bezpośredniego zysku finansowego. Nic więcej nie ma znaczenia. Cała książka Dziury w całym to wezwanie do rozbicia tej homogenicznej narracji i przywrócenia pluralizmu, do eksperymentowania i pluralistycznej gospodarki. Jest taka książka The end of capitalism (as we knew it), w której autorki dokonały wieloaspektowego zmapowania różnych, niekapitalistycznych porządków gospodarczych. Niestety nie są w stanie pokazać, jak można by w ten sposób zawalczyć o uniwersalizm. A to z kolei jest ambicją Dziur w całym.
Kto w tym przypadku stoi za tą neoliberalną gramatyką?
Biznes, deweloperzy, politycy. Bardzo trudno usłyszeć w Polsce czy Europie polityka, który posługuje się inną logiką. Na szczęście poza Europą wygląda to nieco lepiej. Jaime Lerner dowiódł, że można myśleć inaczej, stawiając na jakość życia mieszkańców, a nie zysk. Podobnie burmistrz Seulu Park Won-soon wydaje się myśleć w innych kategoriach niż bezpośredni zysk. To jest działacz społeczny, który przez wiele lat angażował się w rozwijanie ekonomii recyklingu. Stworzył sieć punktów, w których ludzie na przykład wymieniają się ubraniami, zamiast je kupować. Tak że te alternatywne narracje gdzieś powoli kiełkują.
Czy miasta odgrywają dzisiaj istotną rolę polityczną?
Mam zdecydowanie odmienne zdanie niż Benjamin Barber, który mówi o parlamencie miast i politycznej sile miasta. Według mnie współczesne miasta znalazły się w głębokim kryzysie. Ich znaczenie jest niewielkie i zapożyczone z zewnątrz. Kiedy w swoich rozważaniach wracam do miasta przemysłowego, to dlatego, że mechanizm wzrostu był w ich przypadku wewnętrzny. To była lokalna, sterytorializowana gospodarka o globalnej skali rażenia. Współczesne miasta są tylko zasobem dla globalnego kapitału. W konsekwencji wszystkie budynki, które miały określone funkcje – produkcyjne czy mieszkalne – stały się w istocie jedynie przedmiotem operacji finansowych. Ich racją bytu jest zysk posiadaczy kapitału. W tym sensie architektura przestała służyć mieszkańcom miast. Dlatego moim zdaniem współczesne miasta są bardzo słabe. Jedyna ich siła to mieszkańcy – oni są „zasobem”, który może się zbuntować.
Czy takie słabe miasto może być podmiotem rewolucji?
Odpowiem tak. Współczesny kapitalizm finansowy jest niematerialny, a miasto jest materialne. Ma budynki, ciało, infrastrukturę. W związku z tym miasto istnieje w konflikcie z obecną formą kapitalizmu. I tutaj wóz albo przewóz. Albo miasto się podda i zostanie tym, czym jest w tej chwili, czyli polem wyzysku, albo spróbuje odbudować znaczenie terytorialności, lokalności, materialności.
Właściwie dlaczego istnieją miasta? Może to tylko obszary zurbanizowane, a nie miasta?
Miasto istnieje tylko dlatego, że istniało. Jedyny sens miasta polega dzisiaj na byciu przestrzenią, w której globalny, niematerialny i nieterytorialny kapitalizm styka się z tym, co materialne. Żeby się mógł przetworzyć i wzmocnić, kapitał musi dotknąć tego, co materialne.
Jeżeli myślimy o programie emancypacji, czy możemy znaleźć dla niego jakąś inspirację w historii miast?
Bardziej w micie niż historii. Mówię o micie, bo wyobrażenie demokracji ateńskiej nie ma nic wspólnego z tym, co było naprawdę w Atenach, ale jako mit i demokracja ateńska, i polis są inspirujące, podobnie włoskie miasta handlowe.
Zmierzam do pytania, czy można postawić tezę, że w pewnych okresach historycznych miasto było bardziej upodmiotowione niż dzisiaj?
Na pewno tak, choćby dlatego, że centra finansowo – decyzyjne znajdowały się w miastach. Tak było w przypadku miast przemysłowych dziewiętnastego wieku.
Uważasz, że miasta mogą dzisiaj same się upodmiotowić?
Podmiotem rewolucji może być tylko władza. Taki podmiot, który posiada już nad czymś władzę. Zauważ, że miasta europejskie dostawały nadania królewskie, a zatem władza zewnętrzna, państwowa budowała podmiotowość miasta. W innym przypadku to się nie udawało. Miasto samo nie potrafiło zbudować swojej podmiotowości.
A zatem, żeby miasto się upodmiotowiło, potrzebuje silnego impulsu ze strony silnego państwa?
Dzisiaj państwa nie wiedzą, co zrobić z miastami, a najlepszym rozwiązaniem jest według mnie użycie ich jako dźwigni rozwoju całego państwa, jako trampoliny do skoku w nowoczesność. Tak zrobiły Chiny, kiedy wprowadzano tam kapitalizm. Państwo zainwestowało w miasta, pozwoliło sobie na eksperymenty na obszarach specjalnych stref ekonomicznych i dzięki temu samo się wzmocniło. To jednak państwo nadało miastom podmiotowość. Swoją drogą, Chiny wydają mi się bardzo ciekawe, bo z jednej strony mamy tam silny wątek neokapitalistyczny, a z drugiej, gdy obserwuję chińskie miasta, wydaje się, że logika jest tam nieco inna, bardziej pluralistyczna, że obok języka kapitalistycznego wzrostu obecny jest język spoistości społecznej, nawet jeśli te dwa języki są w oczywistym konflikcie.
Przyjmijmy na moment, że tendencje neoliberalne będą się nasilać przez kolejne dziesięciolecia. Jak to może zmienić miasta? Czy możemy traktować Dubaj jako wzorzec miasta przyszłości?
Tak, ale pod warunkiem że weźmiesz Dubaj w całości, to znaczy z milionami wyzyskiwanych robotników. Myślę, że to może być wizja przyszłości, tylko nie mówmy tego głośno, bo w Polsce wszyscy się tym zachwycą.
Czy taka tendencja rozwojowa pociąga za sobą także unifikację architektoniczną? Czy morfologia Dubaju jest tutaj czymś paradygmatycznym?
Myślę, że tak. Przecież następuje okropna unifikacja architektury. Różni się tym, że jest wygięta w lewo czy prawo. W zasadzie nie powstają nowe typologie i nowa architektura jako taka. Rem Koolhaas napisał kiedyś o wieżowcu jako ostatecznym modelu typologicznym. W S, M, L, XL Koolhaas w pewnym momencie przekracza architekturę. Rzeczywiście wieżowiec to koniec architektury, ale istnieje coś dalej, czyli architektura, która staje się urbanistyką. I tutaj można się spodziewać czegoś nowego.

Wieżowce w Dubaju. Foto: Christopher Lance/Flickr/CC BY-NC-ND 2.0
Ta skala chyba bardziej cię interesuje niż same budynki.
Uczę architektury, więc jako taka musi mnie interesować, ale wolę zajmować się miastem, a jeśli budynkiem, to jako elementem większej całości, czyli co on robi dla swojego otoczenia, dla miasta, społeczeństwa.
To co robią budynki dla otoczenia?
Logika, którą według mnie można przeciwstawić logice zysku, to logika rozwiązywania problemu. Jeśli przeniesiemy ją na obszar architektury, nie będziemy mówić o budynku, który ma jakoś wyglądać, przyciągać uwagę, że ma być oryginalny i ładny, że ma być tani, ale drogo się sprzedać, tylko o tym, jak zaczyna odpowiadać na określone problemy, o tym, czy je rozwiązuje, czy nie, czy jest na przykład samowystarczalny energetycznie, czy przetwarza odpady, czy otwiera się na inne budynki, czy staje się hybrydą placu i budynku.
Czy architektura i skala architektoniczna mogą odegrać jakąkolwiek rolę emancypacyjną, nadać dynamikę ruchowi społecznemu?
Zauważ, że budynek nie powstaje sam z siebie, ale w sieci zależności. Ktoś go buduje, skądś pochodzą materiały budowlane, wykorzystuje się określone umiejętności, i ktoś go potem użytkuje. W związku z tym coś tak nieważnego jak pojedynczy budynek ma wpływ na szerszy kontekst. Często powołuję się na przykład kościołów budowanych w latach osiemdziesiątych w Polsce. Z cząstkowych badań wynika, że około 40 procent produkcji cegielni, które były małymi, niepaństwowymi zakładami, szło wówczas na kościoły. W tym czasie powstało jakieś cztery tysiące kościołów. To był ogromny ruch społeczny, który materializował się w budynkach, łącząc szereg różnych praktyk i instytucji. Myślę więc, że architektura może mieć polityczną moc sprawczą.
A dzisiaj? Czy widzisz gdzieś takie cegielnie i kościoły?
Te ruchy są dużo słabsze. Kościół był jednak potężną instytucją. Dzisiaj to takie działania lokalne, spółdzielnie społeczne, squaty. Tutaj można szukać aktorów oporu. Można też wspomnieć o Rural Studio, które jest zinstytucjonalizowaną próbą wypracowania niekapitalistycznej teorii i praktyki architektonicznej. Grupa ta stworzyła jakiś czas temu program budowy tanich domów po 20 tysięcy dolarów. Pojawił się jednak problem, bo domy zaczęły trafiać na rynek wtórny i kosztowały już znacznie więcej. W związku z tym Rural Studio zaczęło wypracowywać mechanizmy, które zabezpieczą te budynki przed spekulacją. I to jest dla mnie ciekawe, że coś, co się zaczyna od czysto architektonicznego zadania: jak zbudować tani budynek, nie jest w stanie się obronić bez wejścia w dialog i współpracę z pewnymi aktorami społecznymi, politycznymi czy ekonomicznymi.

Foto: Hans Drexler/Flickr/CC BY-NC 2.0
Czy ten model Rural Studio mógłby się upowszechnić?
On się nie może rozpowszechnić tak łatwo, ponieważ funkcjonuje w określonym kontekście, też prawnym. W stanie Alabama, gdzie działa Rural Studio, prawo budowlane jest bardzo liberalne, w związku z tym łatwo było rozpocząć tego typu działalność, budować budynki z odpadów, bez specjalnego troszczenia się o pozwolenie na budowę. Więc takie proste przełożenie ich doświadczeń na warunki na przykład polskie nie może się udać. Z drugiej strony oni działają już dwadzieścia lat i ten ogrom doświadczeń, który zebrali, na pewno jest do wykorzystania. To zresztą nie musi być trudne. Łatwo sobie wyobrazić konkurs na tanie budynki mieszkalne ogłoszony przez miasto, budynki, które są zarazem projektem socjoekonomicznym, mieszkańcy partycypują w jego budowie, uczą się fachu i tak dalej. Do tego miasto udostępnia bezpłatnie swoje tereny. Jeśli Rural Studio może budować domy po 20 tysięcy dolarów każdy, to nie sądzę, by mieszkania w Polsce po 40 czy 50 tysięcy złotych były czymś niemożliwym. A budynki komunalne w takiej cenie robiłyby różnice. To nie jest coś, czego nie da się zrealizować, brakuje jednak woli politycznej, żeby przeciwstawić się wielkiemu kapitałowi i deweloperom.
Czym są dzisiaj architekci i architektki?
W zasadzie 2008 rok zrobił bardzo dobrze architektom, bo zmusił nas do refleksji, co tak naprawdę robimy. W wielu miejscach na świecie, także w Polsce, architekci i architektki szukają swojej drogi z większym zaangażowaniem w sprawy społeczne. Razem z Tatjaną Schneider z Uniwersytetu w Sheffield próbujemy tworzyć organizację skupiającą postępowych architektów i wykładowców, zobaczymy, co z tej inicjatywy wyjdzie. Ale tego typu grup pojawia się coraz więcej. W niedawno wydanej książce Future practice Rory Hyde usiłuje tę dokonującą się w tej chwili zmianę w zawodzie architekta opisać.
Czy architektura w kategoriach politycznych może odegrać jeszcze jakąkolwiek pozytywną rolę?
Architektura jest niezbędna, bo współtworzy ramy dla aktywności społecznej, ekonomicznej, politycznej. W związku z tym mam nadzieję, że architektura będzie istotna. Ale niekoniecznie architekturę będą robić architekci. To od architektów zależy, czy będą chcieli się włączyć do rewolucji, czy raczej będą się starali zachować uprzywilejowane pozycje.
Pier Vittorio Aureli zadał niedawno pytanie o rolę papierowej architektury w praktykach architektonicznych i krytyce. Odwoływał się oczywiście do Archizoomu i Superstudia. Uważam, że ich doświadczenia powinny stanowić ważny punkt odniesienia w szukaniu strategii oporu w obszarze architektury. Czy sądzisz, że można dziś wskazać na jakieś krytyczne praktyki architektoniczne, coś w rodzaju architektury krytycznej?
Najciekawsze dzisiaj, choć jestem do tego sceptycznie nastawiony, są wszystkie rozwiązania open source. Choćby wikihouse. To jest bardzo interesujące, bo kwestionuje pozycję architekta, choć nie brutalnie, bo ktoś tę początkową wiedzę wypracowuje. Nie chodzi tutaj o odrzucenie wiedzy fachowej, a demokratyzację wiedzy. To ma rdzeń anarchistyczny i towarzyszy temu wizja samoorganizującego się społeczeństwa. Wydaje mi się, że to za mało. Nie odrzucam tego, ale uważam, że wrogowie są za silni, żeby coś takiego było dostateczną formą oporu. Zgadzam się, że lata sześćdziesiąte są ważnym punktem odniesienia i wciąż można i należy z nich korzystać. Architektura bez architektów to właśnie lata sześćdziesiąte. Teraz się to powtarza, tylko ze względu na internet i inną technologię ma trochę inny wymiar. Jeśli chodzi o architekturę papierową, to jej w zasadzie nie ma. Wielokrotnie rozmawiałem ze swoimi studentami o tym, jak komunikować się ze społeczeństwem, bo nie mamy obecnie ani wizualnego, ani konceptualnego języka, który byłby do przyjęcia, i który mógłby przedstawić wizję innej architektury i świata.
Co z kolei ważnego dzieje się w skali urbanistycznej? W osiemnastym czy dziewiętnastym wieku istotnym czynnikiem przekształceń morfologii miast było to, by znalazły się w nich parki publiczne. Czy dostrzegasz dzisiaj coś analogicznego?
Jeszcze tego nie widzę, ale to może być moja ślepota, bo do pewnego stopnia urban farming, czyli uprawa żywności w miastach, może być zapowiedzią czegoś takiego. I to jest przełożenie tamtych parków, o których mówiłeś, i nie tylko w Hawanie, Detroit, ale też w Seulu. Z wielką nadzieją patrzę przede wszystkim na przewartościowanie pojęcia własności. Statuty miejskie, które uchwalono w Brazylii na początku dwudziestego pierwszego wieku, pozwalają przejmować nieruchomości, które są nieużytkowane albo źle użytkowane przez wspólnotę lub miasto. Ponadto odrzucenie mocnego podziału na to, co prywatne i publiczne. Wydaje mi się, że to też jest optymistyczne. Miasto kompaktowe, czy tego chcemy, czy nie, będzie rozwiązaniem, które jest konieczne, i ze względu na koszty funkcjonowania miast, i kwestie społeczne. Wydaje mi się, że miasta będą musiały się radykalnie zwijać i zagęszczać, i to oczywiście stworzy zupełnie nową urbanistykę i nową architekturę. Czekają nas bardzo ciekawe czasy.
Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Recykling Idei” Dziękujemy za zgodę na publikację.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Niedługo minie 25 lat od opublikowania zbioru esejów Gernota Böhmego „Für eine ökologische Naturästhetik”, wydanego po polsku w 1992 r. przez Oficynę Naukową pod tytułem „Filozofia i estetyka przyrody”. Książka Böhmego jest szczególnie interesująca nie tylko ze względu na krytykę klasycznej i modernistycznej estetyki oraz historycznych antropologii, określających miejsce człowieka w świecie przede wszystkim według racjonalistycznych kartezjańskich kategorii, lecz ze względu na projekt zielonej polityki i nowej ekologii, w której głównym punktem odniesienia jest człowiek i jego samopoczucie.
Centralnym punktem myśli Böhmego jest stosunek człowieka do przyrody i człowieka do własnego ciała. Niemiecki filozof wskazuje na paradoksy naszego stosunku do środowiska, pokazując pewne historyczne wyobrażenia roli przyrody, przede wszystkim jako elementu do przetworzenia i wykorzystania, a także przyrody „dzikiej” jako miejsca romantycznego powrotu. Traktowanie przyrody jako pewnej zewnętrzności jest, zdaniem filozofa, m.in. wynikiem myśli kartezjańskiej i kantowskiej, której ofiarą padło także ludzkie ciało. W sposobie traktowania przyrody (jako opozycji kultury) i ciała (jako opozycji ducha) zachodzi więc pewna symetria. Böhme dąży do reintegracji człowieka z przyrodą poprzez przypomnienie – wydawałoby się oczywistego faktu – przynależności człowieka do przyrody przez własną organiczność.
Nie chciałbym w tym króciutkim artykule skupiać się na źródłach myśli Böhmego, ani streszczać jego filozoficznych wywodów. Zobowiązany jednak jestem wyjaśnić kwestię estetyki. Dla Böhmego wiąże się ona z przewartościowaniem dotychczasowych projektów z estetyką kantowską na czele. Zasadza się ona na usytuowaniu człowieka w świecie, przede wszystkim jako cielesnego podmiotu w przyrodzie, w której jako organizm żywy jest zanurzony, stanowi jej część. Uznanie cielesności człowieka przynosi zwrot ku bezpośredniemu doświadczeniu, które w klasycznych estetykach – będących w dużej mierze teoriami poznania – było dewaluowane na różne sposoby, czego koronnym przykładem jest sąd smaku Imanuela Kanta, zakładający bezinteresowność i dystans wobec przedmiotu postrzeganego.
Zdaniem Böhmego podmiot postrzega z pozycji swojego usytuowania w otoczeniu, nie zaś „spoza świata”; jego zmysły są zaangażowane w poznanie świata wokół. Odczuwanie zmysłowe otoczenia wiąże się z przypisaniem mu – nie na drodze intelektualnej, lecz właśnie odczucia – odpowiedniego nastroju. Jak pisze Böhme, pod wpływem krajobrazu możemy odczuć melancholię, radość czy piękno, przypisując taką wartość nie własnemu subiektywnemu doświadczeniu, lecz quasi-obiektywnemu charakterowi otoczenia, zaś taki sąd o otoczeniu z reguły ma charakter intersubiektywny i jest potwierdzany przez innych postawionych w podobnej sytuacji; przypisanie nastrojów przedmiotom jest reakcją na nie i ich ułożenie. Jest to oczywiście skrócone i upraszczające przedstawienie koncepcji niemieckiego filozofa.
Gdzie znajduje się potencjał społeczny myśli Böhmego?
Estetyka Bömego jako zmysłowe doświadczenie własnego usytuowania stanowić może punkt wyjścia dla teorii ekologii społecznej. Ekologia ta zajmuje się nie tyle ratowaniem dzikiej „nieskażonej” przyrody – która skądinąd jest też pewnego rodzaju konstruktem ideowym – lecz kształtowaniem i ochroną przyrodniczych przestrzeni miejskich posiadających określone wartości estetyczne. Odpowiednie wykorzystanie nastrojów jest jednym z elementów zapewniających komfort i dobre samopoczucie mieszkańców różnych struktur ekologicznych. Teoria Böhmego przede wszystkim posiada potencjał emancypacji codziennego – pozornie wydawać by się mogło subiektywnego – doświadczenia, które może stanowić głos mieszkańców miast pragnących, mieć wpływ na kształtowanie najbliższego otoczenia i stanowić oręż w walce z kapitalistyczną przedsiębiorczością, rządzoną przez racjonalne wskaźniki, o najbardziej fundamentalne prawa obywatelskie.
Oddajmy głos autorowi „Filozofii i estetyki przyrody”:
Uznanie faktów związanych z ludzkimi stanami ma ogromne znaczenie dla kształtowania struktur ekologicznych i dla polityki dotyczącej ochrony środowiska. W ten sposób głos zainteresowanych, tj. tych ludzi, którzy muszą żyć w określonej strukturze ekologicznej, nabiera całkiem innej wagi. Głos zainteresowanych uwzględniany jest wprawdzie w dyskusjach politycznych na temat środowiska naturalnego, kiedy jednak chodzi o uzyskanie odpowiedzi na konkretne problemy, to dokonuje się to na płaszczyźnie naukowej, tj. decydujący głos mają eksperci. Inicjatywy obywatelskie muszą odwoływać się do ekspertów i mierzalnych danych, aby ich problem mógł w ogóle być postawiony na płaszczyźnie faktów. Decydujące nie jest to, jak się czują, czy dobrze śpią, czy mogą swobodnie oddychać, lecz to, jak wielkie jest obciążenie powietrza w ppm czy poziom hałasu w decybelach. Ekologiczna estetyka przyrody wysuwa zatem polityczny postulat, aby za ekologiczny fakt uznać stan zainteresowanych osób, a tym samym, aby ich głos stał się jedynym autentycznym źródłem informacji.
Przytoczony tutaj fragment książki, mógłby stać się mottem wszystkich walczących o obywatelskie prawo w kwestii wpływu na otoczenie, w którym żyjemy. Ekologia jest tu tylko jednym z elementów poruszanego problemu, w dodatku nie jest rozumiana jako dążąca do ścisłego zachowania pewnego „pierwotnego” stanu przyrody. Człowiek w myśli Böhmego jest częścią natury, w tym sensie, w jakim odczuwa swoje bycie w najbliższym mu otoczeniu.
To czy jest szczęśliwy – dobrze się czuje na swoim podwórku, może swobodnie oddychać czystym powietrzem, usiąść na ławce by cieszyć się słońcem i bawić na polu z dziećmi, wyspać nie będąc przez cokolwiek niepokojonym – jest przedmiotem tej ekologii, oraz kwestią ochrony środowiska które go otacza i ma na niego bezpośredni wpływ – ale jednocześnie – jest przez niego kształtowane. Wreszcie myśl Böhmego stanowi wyzwanie dla urbanistów, którzy powinni traktować swoją pracę jako misję społeczną, włączając do procesu planowania opinie mieszkańców. Taki rodzaj planowania znany jest na świecie i nosi nazwę planowania partycypacyjnego. W Polsce ustawa o planowaniu przestrzennym zezwala na zgłaszanie własnych uwag do planów i studiów zagospodarowania, brak jednak szeroko zakrojonych konsultacji społecznych, czego przykładem mogą być kontrowersje dookoła studium zagospodarowania przestrzennego miasta Krakowa.
Prawo do kształtowania własnego otoczenia, w zgodzie z najbardziej podstawowymi odczuciami jest często naruszane, obywatele miast nie są często traktowani jako pełnoprawni uczestnicy dialogu z władzami, a ich potrzeby nie są traktowane poważnie. Nie chodzi tu o blokowanie każdej inwestycji, którą pragnie przeprowadzić miasto – te są częstym wynikiem potrzeb urbanistycznych i modernizacyjnych – ale o uwzględnienie realnych potrzeb mieszkańców, ich prawa do zdrowia i życia w przyjaznym i sprawiającym radość otoczeniu.
Miasto służy do mieszkania, ma dać szansę zadomowienia się, nie zaś stawiać na eksploatację przestrzeni i jej mieszkańców, w celu zarobku lub oszczędności. Na kształt miasta powinni wpływać przede wszystkim jego obywatele. Walka o każdy cal przestrzeni dospołecznionej czy zielonej, spotyka się z niezrozumieniem ze strony władz, oddalających argumenty potrzebą ekonomicznego rozwoju miasta lub ochroną praw inwestora. Cieszyć mogą oddolne inicjatywy obywateli, którzy coraz częściej nie lękają się sygnalizować własnych potrzeb i wysuwać argumentów niemieszczących się w wąskiej ekonomicznej racjonalności.