W dniach 12. do 15. lipca 2018 r. w Janowie Podlaskim odbędzie się czwarty już Zielony Letni Uniwersytet, nad którym patronat objęła redakcja „Zielonych Wiadomości”.
Tytuł tegorocznego ZUL to PRZEKRACZANIE GRANIC, zwrot o wielu znaczeniach i implikacjach, wspomaganych przez fakt, że ZLU będzie odbywać się w pobliżu granicy z Białorusią i Ukrainą, w regionie mieszania się wielu kultur, dialektów, języków i religii.
Będziemy „przekraczać granice” budując koalicję polsko-ukraińsko-białoruską przeciwko planowanej drodze wodnej E40 z Odessy do Gdańska, a także polsko-czesko-niemiecką koalicję przeciwko podobnemu projektowi E30 zagrażającemu Odrze.
Tytuł ten ma również znaczenie w kontekście dzików i wirusa afrykańskiego pomoru świń (ASF), jako że ma powstać 1200 km ogrodzenie wzdłuż wschodniej granicy Polski w celu powstrzymania rozprzestrzeniania się wirusa, zaledwie kilka kilometrów od miejsca ZLU. Ale czy można narzucić granice dzikim zwierzętom? Obecnie rzeka Bug pełni rolę naturalnej granicy, ale przecież zwierzęta nie mają nic wspólnego z politycznym aspektem granic czy narodowości.
Kolejnym kontekstem, do którego odnosi się tytuł, jest kontekst geopolityczny: relacje między Unią Europejską, której częścią jest Polska, a Ukrainą i Rosją. Te relacje, dzięki zewnętrznym naciskom ze strony Władimira Putina i Donalda Trumpa, jak i wewnętrznym ze strony polskich polityków, wydają się prowadzić do drugiej zimnej wojny.
„Przekraczanie granic” odnosi się również do zmian klimatycznych, które są problemem przekraczającym wszelkie granice, podobnie jak problem zanieczyszczonego powietrza. Ponadto odnosi się do globalizacji, która doprowadziła do szybkiej ekspansji wielonarodowych korporacji i ich ponadnarodowej władzy i wpływu, de facto nie uznających żadnych granic.
Granice wpływają również na naszą żywność i sposoby jej wytwarzania oraz na konsekwencje wynikające z tych sposobów produkcji i reguł międzynarodowego handlu dla gospodarstw rodzinnych, środowiska i przyszłych pokoleń.
Jako Zieloni staramy się także przekraczać „granice” narzucone przez dominującą rzeczywistość naszych miast. Wraz z ruchami miejskimi zrzeszonymi w Kongresie Ruchów Miejskich działamy na rzecz przekształcenia miast w przestrzenie zakorzenione w idei Commons – miejsc, które służą swoim mieszkańcom i wspierają wspólnotowe, zorientowane na społeczność mechanizmy podejmowania decyzji, a tym samym tworzenie bardziej otwartych i tolerancyjnych miast, w których między innymi kobiety mają równy głos.
Krótko mówiąc, zielona polityka burzy wiele konwencjonalnych idei i wizji świata i wiele różnych granic. Nasz Zielony Letni Uniwersytet ma na celu pokazanie i wzmocnienie nowych, przekraczających granice wizji.
Program ZLU, oprócz debaty otwierającej na temat przyszłości Europy w kontekście zmieniającej się geopolityki i zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, ogniskuje się wokół kilku głównych tematów:
– Zmian klimatu i przygotowania do szczytu klimatycznego COP24 w Katowicach;
– Zielonych wizji rolnictwa, żywienia, rozwoju obszarów wiejskich i Wspólnej Polityki Rolnej;
– Zielonych wizji samorządu, ze szczególnym uwzględnieniem samorządów regionalnych i miejskich oraz z przekształceniami miast zgodnymi z ideałami ruchów miejskich;
– Rzeczy Zielony Letni Uniwersytet w ramach współpracy z Koalicją Ratujmy Rzeki
Oprócz kilku warsztatów, okrągłych stołów i debat ekspertów, odbędą się również dyskusje na temat walki z zanieczyszczeniem powietrza, miast równych szans, przeciwdziałaniu korupcji oraz roli sztuki i artystów w aktywizmie obywatelskim i politycznej transformacji Polski i Europy.
W Janowie Podlaskim otwieramy się także na lokalną społeczność i lokalnych działaczy, aby usłyszeć od nich o ich marzeniach i osiągnięciach oraz dostarczyć im informacji o nowym zielonym transgranicznym projekcie.
Kiedy: 12-15 lipca 2018 r.
Gdzie: Pensjonat „Uroczysko Zaborek” w Janowie Podlaski (adres: Kolonia 28, 21-505 Janów Podlaski)
www.zaborek.com.pl
*** SZCZEGÓŁOWY PROGRAM (pobierz załącznik)
Źródło: Fundacja Strefa Zieleni – www.strefazieleni.org
Zielony Letni Uniwersytet «Przekraczanie granic» jest organizowany przez Green European Foundation przy wsparciu Fundacji Strefa Zieleni, z finansowym wsparciem Parlamentu Europejskiego.
Seminarium „Zielona wizja rolnictwa, żywienia i rozwoju obszarów wiejskich” oraz warsztat „W kierunku COP24” organizowane są we współpracy i przy finansowym wsparciu Fundacji Heinricha Boella w Warszawie.
Debata na temat transformacji miast w kierunku Dóbr Wspólnych jest organizowana w ramach międzynarodowego projektu „Tworzenie społeczeństw społeczno-ekologicznych poprzez transformację miejskich Dóbr Wspólnych” przez Zieloną Fundację Europejską przy wsparciu Fundacji Strefa Zieleni, przy finansowym wsparciu Parlamentu Europejskiego.
Paweł Krzaczkowski: W swojej książce Dziury w całym: wstęp do miejskich rewolucji piszesz, że jej celem jest zmiana języka, którym się posługujemy, mówiąc o mieście. A zatem jaki język dominuje obecnie zarówno w skali globalnej, jak i lokalnej?
Krzysztof Nawratek: Nie można powiedzieć, że w skali globalnej obowiązuje tylko jeden język, bo są jednak pewne wariacje, jak Kurytyba, Seul, Bogota, czy wcześniej Porto Alegre, gdzie dokonują się niekapitalistyczne reformy. To o czym mówię, to przede wszystkim Europa, gdzie język neoliberalnego kapitalizmu stał się monopolistą.
Czym charakteryzuje się ten język?
Niezwykle prymitywną, jednowymiarową logiką kapitału, gdzie wszystko jest oceniane pod kątem bezpośredniego zysku finansowego. Nic więcej nie ma znaczenia. Cała książka Dziury w całym to wezwanie do rozbicia tej homogenicznej narracji i przywrócenia pluralizmu, do eksperymentowania i pluralistycznej gospodarki. Jest taka książka The end of capitalism (as we knew it), w której autorki dokonały wieloaspektowego zmapowania różnych, niekapitalistycznych porządków gospodarczych. Niestety nie są w stanie pokazać, jak można by w ten sposób zawalczyć o uniwersalizm. A to z kolei jest ambicją Dziur w całym.
Kto w tym przypadku stoi za tą neoliberalną gramatyką?
Biznes, deweloperzy, politycy. Bardzo trudno usłyszeć w Polsce czy Europie polityka, który posługuje się inną logiką. Na szczęście poza Europą wygląda to nieco lepiej. Jaime Lerner dowiódł, że można myśleć inaczej, stawiając na jakość życia mieszkańców, a nie zysk. Podobnie burmistrz Seulu Park Won-soon wydaje się myśleć w innych kategoriach niż bezpośredni zysk. To jest działacz społeczny, który przez wiele lat angażował się w rozwijanie ekonomii recyklingu. Stworzył sieć punktów, w których ludzie na przykład wymieniają się ubraniami, zamiast je kupować. Tak że te alternatywne narracje gdzieś powoli kiełkują.
Czy miasta odgrywają dzisiaj istotną rolę polityczną?
Mam zdecydowanie odmienne zdanie niż Benjamin Barber, który mówi o parlamencie miast i politycznej sile miasta. Według mnie współczesne miasta znalazły się w głębokim kryzysie. Ich znaczenie jest niewielkie i zapożyczone z zewnątrz. Kiedy w swoich rozważaniach wracam do miasta przemysłowego, to dlatego, że mechanizm wzrostu był w ich przypadku wewnętrzny. To była lokalna, sterytorializowana gospodarka o globalnej skali rażenia. Współczesne miasta są tylko zasobem dla globalnego kapitału. W konsekwencji wszystkie budynki, które miały określone funkcje – produkcyjne czy mieszkalne – stały się w istocie jedynie przedmiotem operacji finansowych. Ich racją bytu jest zysk posiadaczy kapitału. W tym sensie architektura przestała służyć mieszkańcom miast. Dlatego moim zdaniem współczesne miasta są bardzo słabe. Jedyna ich siła to mieszkańcy – oni są „zasobem”, który może się zbuntować.
Czy takie słabe miasto może być podmiotem rewolucji?
Odpowiem tak. Współczesny kapitalizm finansowy jest niematerialny, a miasto jest materialne. Ma budynki, ciało, infrastrukturę. W związku z tym miasto istnieje w konflikcie z obecną formą kapitalizmu. I tutaj wóz albo przewóz. Albo miasto się podda i zostanie tym, czym jest w tej chwili, czyli polem wyzysku, albo spróbuje odbudować znaczenie terytorialności, lokalności, materialności.
Właściwie dlaczego istnieją miasta? Może to tylko obszary zurbanizowane, a nie miasta?
Miasto istnieje tylko dlatego, że istniało. Jedyny sens miasta polega dzisiaj na byciu przestrzenią, w której globalny, niematerialny i nieterytorialny kapitalizm styka się z tym, co materialne. Żeby się mógł przetworzyć i wzmocnić, kapitał musi dotknąć tego, co materialne.
Jeżeli myślimy o programie emancypacji, czy możemy znaleźć dla niego jakąś inspirację w historii miast?
Bardziej w micie niż historii. Mówię o micie, bo wyobrażenie demokracji ateńskiej nie ma nic wspólnego z tym, co było naprawdę w Atenach, ale jako mit i demokracja ateńska, i polis są inspirujące, podobnie włoskie miasta handlowe.
Zmierzam do pytania, czy można postawić tezę, że w pewnych okresach historycznych miasto było bardziej upodmiotowione niż dzisiaj?
Na pewno tak, choćby dlatego, że centra finansowo – decyzyjne znajdowały się w miastach. Tak było w przypadku miast przemysłowych dziewiętnastego wieku.
Uważasz, że miasta mogą dzisiaj same się upodmiotowić?
Podmiotem rewolucji może być tylko władza. Taki podmiot, który posiada już nad czymś władzę. Zauważ, że miasta europejskie dostawały nadania królewskie, a zatem władza zewnętrzna, państwowa budowała podmiotowość miasta. W innym przypadku to się nie udawało. Miasto samo nie potrafiło zbudować swojej podmiotowości.
A zatem, żeby miasto się upodmiotowiło, potrzebuje silnego impulsu ze strony silnego państwa?
Dzisiaj państwa nie wiedzą, co zrobić z miastami, a najlepszym rozwiązaniem jest według mnie użycie ich jako dźwigni rozwoju całego państwa, jako trampoliny do skoku w nowoczesność. Tak zrobiły Chiny, kiedy wprowadzano tam kapitalizm. Państwo zainwestowało w miasta, pozwoliło sobie na eksperymenty na obszarach specjalnych stref ekonomicznych i dzięki temu samo się wzmocniło. To jednak państwo nadało miastom podmiotowość. Swoją drogą, Chiny wydają mi się bardzo ciekawe, bo z jednej strony mamy tam silny wątek neokapitalistyczny, a z drugiej, gdy obserwuję chińskie miasta, wydaje się, że logika jest tam nieco inna, bardziej pluralistyczna, że obok języka kapitalistycznego wzrostu obecny jest język spoistości społecznej, nawet jeśli te dwa języki są w oczywistym konflikcie.
Przyjmijmy na moment, że tendencje neoliberalne będą się nasilać przez kolejne dziesięciolecia. Jak to może zmienić miasta? Czy możemy traktować Dubaj jako wzorzec miasta przyszłości?
Tak, ale pod warunkiem że weźmiesz Dubaj w całości, to znaczy z milionami wyzyskiwanych robotników. Myślę, że to może być wizja przyszłości, tylko nie mówmy tego głośno, bo w Polsce wszyscy się tym zachwycą.
Czy taka tendencja rozwojowa pociąga za sobą także unifikację architektoniczną? Czy morfologia Dubaju jest tutaj czymś paradygmatycznym?
Myślę, że tak. Przecież następuje okropna unifikacja architektury. Różni się tym, że jest wygięta w lewo czy prawo. W zasadzie nie powstają nowe typologie i nowa architektura jako taka. Rem Koolhaas napisał kiedyś o wieżowcu jako ostatecznym modelu typologicznym. W S, M, L, XL Koolhaas w pewnym momencie przekracza architekturę. Rzeczywiście wieżowiec to koniec architektury, ale istnieje coś dalej, czyli architektura, która staje się urbanistyką. I tutaj można się spodziewać czegoś nowego.

Wieżowce w Dubaju. Foto: Christopher Lance/Flickr/CC BY-NC-ND 2.0
Ta skala chyba bardziej cię interesuje niż same budynki.
Uczę architektury, więc jako taka musi mnie interesować, ale wolę zajmować się miastem, a jeśli budynkiem, to jako elementem większej całości, czyli co on robi dla swojego otoczenia, dla miasta, społeczeństwa.
To co robią budynki dla otoczenia?
Logika, którą według mnie można przeciwstawić logice zysku, to logika rozwiązywania problemu. Jeśli przeniesiemy ją na obszar architektury, nie będziemy mówić o budynku, który ma jakoś wyglądać, przyciągać uwagę, że ma być oryginalny i ładny, że ma być tani, ale drogo się sprzedać, tylko o tym, jak zaczyna odpowiadać na określone problemy, o tym, czy je rozwiązuje, czy nie, czy jest na przykład samowystarczalny energetycznie, czy przetwarza odpady, czy otwiera się na inne budynki, czy staje się hybrydą placu i budynku.
Czy architektura i skala architektoniczna mogą odegrać jakąkolwiek rolę emancypacyjną, nadać dynamikę ruchowi społecznemu?
Zauważ, że budynek nie powstaje sam z siebie, ale w sieci zależności. Ktoś go buduje, skądś pochodzą materiały budowlane, wykorzystuje się określone umiejętności, i ktoś go potem użytkuje. W związku z tym coś tak nieważnego jak pojedynczy budynek ma wpływ na szerszy kontekst. Często powołuję się na przykład kościołów budowanych w latach osiemdziesiątych w Polsce. Z cząstkowych badań wynika, że około 40 procent produkcji cegielni, które były małymi, niepaństwowymi zakładami, szło wówczas na kościoły. W tym czasie powstało jakieś cztery tysiące kościołów. To był ogromny ruch społeczny, który materializował się w budynkach, łącząc szereg różnych praktyk i instytucji. Myślę więc, że architektura może mieć polityczną moc sprawczą.
A dzisiaj? Czy widzisz gdzieś takie cegielnie i kościoły?
Te ruchy są dużo słabsze. Kościół był jednak potężną instytucją. Dzisiaj to takie działania lokalne, spółdzielnie społeczne, squaty. Tutaj można szukać aktorów oporu. Można też wspomnieć o Rural Studio, które jest zinstytucjonalizowaną próbą wypracowania niekapitalistycznej teorii i praktyki architektonicznej. Grupa ta stworzyła jakiś czas temu program budowy tanich domów po 20 tysięcy dolarów. Pojawił się jednak problem, bo domy zaczęły trafiać na rynek wtórny i kosztowały już znacznie więcej. W związku z tym Rural Studio zaczęło wypracowywać mechanizmy, które zabezpieczą te budynki przed spekulacją. I to jest dla mnie ciekawe, że coś, co się zaczyna od czysto architektonicznego zadania: jak zbudować tani budynek, nie jest w stanie się obronić bez wejścia w dialog i współpracę z pewnymi aktorami społecznymi, politycznymi czy ekonomicznymi.

Foto: Hans Drexler/Flickr/CC BY-NC 2.0
Czy ten model Rural Studio mógłby się upowszechnić?
On się nie może rozpowszechnić tak łatwo, ponieważ funkcjonuje w określonym kontekście, też prawnym. W stanie Alabama, gdzie działa Rural Studio, prawo budowlane jest bardzo liberalne, w związku z tym łatwo było rozpocząć tego typu działalność, budować budynki z odpadów, bez specjalnego troszczenia się o pozwolenie na budowę. Więc takie proste przełożenie ich doświadczeń na warunki na przykład polskie nie może się udać. Z drugiej strony oni działają już dwadzieścia lat i ten ogrom doświadczeń, który zebrali, na pewno jest do wykorzystania. To zresztą nie musi być trudne. Łatwo sobie wyobrazić konkurs na tanie budynki mieszkalne ogłoszony przez miasto, budynki, które są zarazem projektem socjoekonomicznym, mieszkańcy partycypują w jego budowie, uczą się fachu i tak dalej. Do tego miasto udostępnia bezpłatnie swoje tereny. Jeśli Rural Studio może budować domy po 20 tysięcy dolarów każdy, to nie sądzę, by mieszkania w Polsce po 40 czy 50 tysięcy złotych były czymś niemożliwym. A budynki komunalne w takiej cenie robiłyby różnice. To nie jest coś, czego nie da się zrealizować, brakuje jednak woli politycznej, żeby przeciwstawić się wielkiemu kapitałowi i deweloperom.
Czym są dzisiaj architekci i architektki?
W zasadzie 2008 rok zrobił bardzo dobrze architektom, bo zmusił nas do refleksji, co tak naprawdę robimy. W wielu miejscach na świecie, także w Polsce, architekci i architektki szukają swojej drogi z większym zaangażowaniem w sprawy społeczne. Razem z Tatjaną Schneider z Uniwersytetu w Sheffield próbujemy tworzyć organizację skupiającą postępowych architektów i wykładowców, zobaczymy, co z tej inicjatywy wyjdzie. Ale tego typu grup pojawia się coraz więcej. W niedawno wydanej książce Future practice Rory Hyde usiłuje tę dokonującą się w tej chwili zmianę w zawodzie architekta opisać.
Czy architektura w kategoriach politycznych może odegrać jeszcze jakąkolwiek pozytywną rolę?
Architektura jest niezbędna, bo współtworzy ramy dla aktywności społecznej, ekonomicznej, politycznej. W związku z tym mam nadzieję, że architektura będzie istotna. Ale niekoniecznie architekturę będą robić architekci. To od architektów zależy, czy będą chcieli się włączyć do rewolucji, czy raczej będą się starali zachować uprzywilejowane pozycje.
Pier Vittorio Aureli zadał niedawno pytanie o rolę papierowej architektury w praktykach architektonicznych i krytyce. Odwoływał się oczywiście do Archizoomu i Superstudia. Uważam, że ich doświadczenia powinny stanowić ważny punkt odniesienia w szukaniu strategii oporu w obszarze architektury. Czy sądzisz, że można dziś wskazać na jakieś krytyczne praktyki architektoniczne, coś w rodzaju architektury krytycznej?
Najciekawsze dzisiaj, choć jestem do tego sceptycznie nastawiony, są wszystkie rozwiązania open source. Choćby wikihouse. To jest bardzo interesujące, bo kwestionuje pozycję architekta, choć nie brutalnie, bo ktoś tę początkową wiedzę wypracowuje. Nie chodzi tutaj o odrzucenie wiedzy fachowej, a demokratyzację wiedzy. To ma rdzeń anarchistyczny i towarzyszy temu wizja samoorganizującego się społeczeństwa. Wydaje mi się, że to za mało. Nie odrzucam tego, ale uważam, że wrogowie są za silni, żeby coś takiego było dostateczną formą oporu. Zgadzam się, że lata sześćdziesiąte są ważnym punktem odniesienia i wciąż można i należy z nich korzystać. Architektura bez architektów to właśnie lata sześćdziesiąte. Teraz się to powtarza, tylko ze względu na internet i inną technologię ma trochę inny wymiar. Jeśli chodzi o architekturę papierową, to jej w zasadzie nie ma. Wielokrotnie rozmawiałem ze swoimi studentami o tym, jak komunikować się ze społeczeństwem, bo nie mamy obecnie ani wizualnego, ani konceptualnego języka, który byłby do przyjęcia, i który mógłby przedstawić wizję innej architektury i świata.
Co z kolei ważnego dzieje się w skali urbanistycznej? W osiemnastym czy dziewiętnastym wieku istotnym czynnikiem przekształceń morfologii miast było to, by znalazły się w nich parki publiczne. Czy dostrzegasz dzisiaj coś analogicznego?
Jeszcze tego nie widzę, ale to może być moja ślepota, bo do pewnego stopnia urban farming, czyli uprawa żywności w miastach, może być zapowiedzią czegoś takiego. I to jest przełożenie tamtych parków, o których mówiłeś, i nie tylko w Hawanie, Detroit, ale też w Seulu. Z wielką nadzieją patrzę przede wszystkim na przewartościowanie pojęcia własności. Statuty miejskie, które uchwalono w Brazylii na początku dwudziestego pierwszego wieku, pozwalają przejmować nieruchomości, które są nieużytkowane albo źle użytkowane przez wspólnotę lub miasto. Ponadto odrzucenie mocnego podziału na to, co prywatne i publiczne. Wydaje mi się, że to też jest optymistyczne. Miasto kompaktowe, czy tego chcemy, czy nie, będzie rozwiązaniem, które jest konieczne, i ze względu na koszty funkcjonowania miast, i kwestie społeczne. Wydaje mi się, że miasta będą musiały się radykalnie zwijać i zagęszczać, i to oczywiście stworzy zupełnie nową urbanistykę i nową architekturę. Czekają nas bardzo ciekawe czasy.
Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Recykling Idei” Dziękujemy za zgodę na publikację.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Oto twój kraj. Podziwiaj jego naturalne skarby, jego naturalne zasoby, podziwiaj jego historię, jego romantyzm jako święte dziedzictwo dla dzieci twoich, jak i ich dzieci. Nie pozwól zapatrzonym w siebie ludziom, albo chciwym interesom okradać twój kraj z jego piękna, jego bogactwa i jego romantyzmu.
Prezydent USA, twórca 23 amerykańskich parków narodowych,
Teodor Roosevelt
Profesor Hugo Conwentz – niemiecki Gdańszczanin, jeden z twórców europejskiego ruchu ochrony przyrody, jest uznawany również za ojca europejskich parków narodowych. Niemiecki przyrodnik Aleksander von Humboldt stworzył w XIX w. pojęcie „pomnika przyrody”, prof. Conwentz już w początkach swojej działalności rozwinął tę ideę, inwentaryzując pomnikowe głazy narzutowe na dzisiejszym Pomorzu Gdańskim, a następnie tworząc rejestr starych, pomnikowych drzew na terenach Polski. W roku 1909 pod wpływem idei Hugo Conwentza pierwsze parki narodowe w Europie tworzy Szwecja.
Po wkroczeniu wojsk niemieckich do Puszczy Białowieskiej w 1915 roku, administracja niemiecka rozpoczęła rabunkową eksploatację zasobów tego ostatniego lasu naturalnego na Niżu Europejskim. W ciągu 3,5 roku okupacji zdołano wyciąć gigantyczną ilość 5 mln m³ puszczańskiego drewna. By ten cel osiągnąć, Niemcy budują w pobliskiej Hajnówce dwa ogromne tartaki, fabrykę suchej destylacji drewna, a także 300-kilometrową sieć wąskotorowej kolejki leśnej, pozwalającej sięgać po zasoby nawet najdalszych zakątków puszczy.
W tym czasie jednak Hugo Conwentz przekonuje dowództwo armii niemieckiej do oszczędzenia choć części puszczy. Na podstawie badań naukowych opracował on plan utworzenia na północ od Białowieży dużego rezerwatu leśnego chroniącego najcenniejszą część Puszczy Białowieskiej. W konsekwencji jego wysiłków, na początku 1918 roku niemiecki zarząd leśny wyznaczył wyłączony z użytkowania gospodarczego obszar o powierzchni ok. 30 km kwadratowych. Na urzędowej mapie teren ten oznaczono jako Naturschutzpark – po latach stał się on pierwszym polskim Parkiem Narodowym. Zmarły w 2015 r. obrońca Puszczy Białowieskiej – Janusz Korbel pisał: „Paradoksalnie, to właśnie Niemcy, którzy potwornie puszczę wyrżnęli podczas wojny – utworzyli tutaj pierwszy rezerwat i po prawdzie to Hugo Conwentzowi należałoby postawić w Białowieży pomnik lub chociaż nazwać jego imieniem ulicę”.
Gdy przed 25 laty zdecydowałem się być przewodnikiem turystycznym w Białowieskim Parku Narodowym, bardzo szybko dostrzegłem, że docierają tu turyści ze wszystkich kontynentów – ta puszcza stała się na całym świecie symbolem naturalności środowiska, a także swoistym miejscem pielgrzymkowym. W latach 90-tych, spośród Europejczyków, szczególnie często była ona odwiedzana przez Holendrów, od których szybko nauczyłem się dwóch znaczących holenderskich słów: mooi bos –„piękny las” – były to słowa szczególnie często przez nich powtarzane. W Holandii wycięto lasy już przed dwoma tysiącami lat – dla mieszkańców tamtejszych bezleśnych polderów dzikość puszczy to coś zupełnie niezwykłego – to coś jakby z innej planety…
Pewnego czerwcowego dnia szliśmy do puszczy Parkiem Pałacowym w Białowieży z dyrektorem zieleni miejskiej Amsterdamu, który na widok kwitnących parkowych trawników przystanął i wykrzyknął: „Jaki wspaniały widok! My w Holandii nigdy nie widzimy tych wszystkich kwitnących gatunków traw, bo z zasady kosimy je przed kwitnieniem”. Holandia to jeden z najbardziej rozwiniętych krajów świata – czy rzeczywiście rozwój musi oznaczać fundamentalną ingerencję w środowisko? Albo inaczej – czy wtłaczanie natury w karby ograniczonych ludzkich wyobrażeń to rzeczywisty „rozwój”? Czy o taki rozwój nam chodzi?
Nie ma wątpliwości co do tego, że fenomen ocalenia Puszczy Białowieskiej stał się wyzwaniem dla zachodniego paradygmatu wydajności i produktywności. Ostatni las naturalny Europy ocalał, ponieważ carom Wszechrusi zabrakło praktycznego umysłu Holendrów. Rosyjscy imperatorzy zamiast zyskownie sprzedawać 40 metrowe białowieskie kolosy na deski, woleli widzieć puszczę jako teren swoich polowań, i to polowań nie byle jakich – carowie polowali na największe ssaki Europy – żubry. Z punktu widzenia Holendrów czy Niemców władcy Rosji byli niewiarygodnie zacofani – oni zamiast zamienić puszczańskie drewno na gotówkę, woleli tam polować! Cóż za marnotrawstwo! Miliony kubików dębiny i drewna jesionu gnije w lesie! Tak, to prawda – osiemnastowieczni władcy Polski czy carowie Rosji zdecydowanie nie rozumieli kapitalizmu, tej ideologii przeliczanego na jednostki monetarne zysku i straty. Ideologii mówiącej: „Jeżeli coś nie da się zmierzyć (przeliczyć na pieniądze?) – nie istnieje!”.– oni głęboko tkwili w feudalizmie. Feudalizm to ustrój w którym pozycji społecznej danej osoby nie określa jej majątek – pieniądz. W feudalizmie liczy się pozycja w piramidzie feudalnej podległości – tu właśnie pozycja, status feudalny – daje pieniądze, a nie odwrotnie. Stąd dla władców największego państwa świata – rosyjskich carów, najważniejsze było pokazanie swojego statusu – najwyższej pozycji w feudalnej hierarchii. I do tego celu Puszcza Białowieska nadawała się doskonale – gatunek ginący – żubr europejski ostał się na wolności jedynie tutaj. Nie było innego władcy na świecie, który mógłby na te królewskie zwierzęta polować – to właśnie dlatego carowie otoczyli puszczę ścisłą ochroną.

Foto: Frank Vassen/Flickr/Creative Commons
Czy nie jest tak, że harmonii z przyroda nie da się zaplanować, zorganizować, zaksięgować czy wyprodukować? Ktoś powiedział, że logika ciągłego wzrostu, to logika komórki rakowej. Harmonii natury obce jest pojęcie wzrostu za wszelką cenę dlatego najbardziej bogate, najbardziej rozwinięte ekosystemy to ekosystemy nieekspansywne – zrównoważone. Nauka o środowisku mówi: „Dojrzały ekosystem stanowi ogromną ilość związków pomiędzy jego składnikami: drzewami, podszytem, runem leśnym, glebą, grzybami, owadami i zwierzętami”. Tutaj równowaga jest wynikiem subtelnej sieci wzajemnych wpływów i zależności. Tak, jak ciągle odkrywamy nowe gatunki roślin czy zwierząt, tak samo powoli poznajemy elementy tej sieci. Biolog Anna Kujawa pisze, że Puszcza Białowieska jest: „wielowiekowym, wielogatunkowym lasem naturalnym, w którym ciągłość procesów ekologicznych (w tym zamierania drzew i przywracania składników w nich zgromadzonych do gleby Puszczy) spowodowała, że fragment Puszczy jakim jest Białowieski Park Narodowy jest najbogatszą w gatunki grzybów ostoją w Polsce. Na obszarze 0,03% Polski rośnie tu co najmniej 47% wszystkich grzybów wielkoowocnikowych znanych z terenu naszego kraju.”
Według brytyjskiego naukowca – Jamesa Lovelocka cała nasza planeta nie jest jakąś bezładną masą mieszających się i reagujących przypadkowo ze sobą związków chemicznych, lecz żywym, samoregulującym się organizmem stanowiącym jedną wielką, harmonijną i niepodzielną całość. Wszystkie żywe organizmy – od bakterii, aż do płetwali błękitnych; od podmorskich alg, aż po tysiącletnie sekwoje, mają jeden wspólny cel – działanie dla podtrzymania istnienia całego środowiska.

Można zapytać: Kiedy wreszcie zaczniemy postrzegać Naturę jako swego przyjaciela, a nie wroga, z którym albo musimy prowadzić nieustanną walkę, albo naturę „czynić sobie poddaną”, ograniczając, regulując, sterylizując, modyfikując?
Naturalne ekosystemy Puszczy Białowieskiej, tak jak jej żubry, możemy dziś oglądać wyłącznie dzięki ludziom, którzy płynęli pod prąd (nieprzypadkowo mówi się, że „z prądem płyną tylko śnięte ryby”). Taki był Hugo Conwentz. W czasach rewolucji przemysłowej był niestrudzonym orędownikiem ochrony przyrody – występował między innymi na: I Kongresie Ochrony Krajobrazu w Paryżu (1909 r.), także na konferencjach naukowych w Pradze i Brnie (1913 r.), których następstwem było powołanie w Czechach i na Morawach pierwszych organizacji ochrony przyrody. Jego seria wykładów wygłoszonych w roku 1904 w Szwecji tak poruszyły rząd i szwedzką opinię publiczną, że już pięć lat później utworzono tam pierwsze europejskie parki narodowe. W 1906 r. dzięki staraniom prof. Conwentza, powstał w Gdańsku pierwszy Urząd Konserwatora Przyrody.
Hugo Conwentz pochodził z rodziny mennonickiej wyznającej prymat dobra wspólnego nad interesem indywidualnym. Dla mennonitów podstawowe wartości to: równość, solidarność społeczna, oraz współodpowiedzialność. Mennonici są pacyfistami – odrzucają przemoc jako sposób rozwiązywania konfliktów, nie noszą i nie używają broni, obowiązuje ich zakaz sprawowania wysokich urzędów, nie uznają hierarchii kościelnej, odmawiają też pełnienia służby wojskowej – za co nie raz spotykały ich prześladowania. Mennonici to także mistrzowie osuszania terenów zalewowych i walki z powodziami, są uznawani za swoistych pionierów ruchu ekologicznego – robili wiele, by zrozumieć procesy przyrodnicze w swoim otoczeniu. Dzięki tej wiedzy mogli przekształcać otoczenie przyrodnicze w sposób niedestrukcyjny.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Tradycja dóbr wspólnych ma bardzo długą historię. Narzucona nam przez neoklasyczną ekonomię definicja homo oeconomicus, nieustannie kalkującej i zachłannej jednostki, jest stosunkowo nowa i można uznać ją bardziej za anomalię niż historyczną regułę. Nawet dziś, kiedy własność prywatna stała się fundamentem nowej neoliberalnej religii, użytkowe dobra wspólne zapewniają utrzymanie 25% ludności Ziemi.
W podręcznikach ekonomii trudno jednak szukać wzmianki o takim sposobie korzystania z zasobów. Nawet jeśli się je dostrzega, to traktuje jako bezwartościowe. Najważniejszy wskaźnik poziomu bogactwa PKB obejmuje tylko to, co wytwarzają rynki. Nic więc dziwnego, że mimo trzykrotnego wzrostu tego wskaźnika od roku 1950 poziom zadowolenia z życia niemal we wszystkich krajach pozostaje niezmiennie na poziomie roku 1975.
Przeciw historycznym obciążeniom
W Polsce debata na temat dóbr wspólnych jest znacznie trudniejsza niż w innych krajach. Po II wojnie światowej to, co wspólne stało się synonimem własności państwowej. Dziś dominującą pozycję w gospodarce mają rynki, państwa zaś, jak się wyraził Michael Bauwens, są tylko „młodszym wspólnikiem sektora rynkowego”. W okresie realnego socjalizmu państwo starało się nie tylko ograniczać znaczenie własności prywatnej, ale również innych form własności. Dobra wspólne były rugowane nie przez prywatnych właścicieli, ale przez państwo, które niechętnie patrzyło na wszelką demokratyczną społeczną samoorganizację.
Nie wszyscy jesteśmy świadomi, w jak dużym stopniu korzystamy z dóbr wspólnych. Oddychamy powietrzem, które jeszcze do nikogo nie należy. Pijemy wodę, do której mamy swobodny dostęp. Możemy swobodnie zbierać w lasach grzyby czy jagody, odpoczywać w przestrzeni publicznej.
Pamięć o dobrach wspólnych żywa jest bardziej na wsi, ponieważ lokalna specyfika życia od zawsze wymuszała tam kooperację. Wzajemna pomoc i dość swobodne, ale oparte na zwyczajowych zasadach korzystanie z własności innych było powszechne. Wymieniano między sobą nasiona, sezonowo wypasano bydło na pastwiskach sąsiada, budowano wspólne studnie, które choć znajdowały się na ziemi konkretnego właściciela, to korzystać z nich mogli wszyscy, nawet rodziny z nim skonfliktowane.
Po okresie realnego socjalizmu zostało nam przekonanie, że „wspólne” znaczy niczyje. Ułatwiło to budowanie gospodarki, która gloryfikuje własność prywatną. Dobra wspólne traktowane są jako „komunistyczny” relikt. Wartość z definicji przypisujemy dobrom, które mają właściciela: prywatnego lub państwowego. Chęć określenia dokładnych zasad zarządzania dobrem wspólnym brzmi utopijnie lub co najmniej niepraktycznie.
Nie tylko zasoby
Ten sposób myślenia po części wynika z tego, że dobro wspólne wiele osób utożsamia tylko z zasobami. Zdaniem Davida Bolliera to powszechny błąd. Oprócz zasobów wymienia on społeczność plus zestaw norm i reguł stosowanych do zarządzania nimi. Jego zdaniem dobra wspólne mają sens tylko w komplecie i zapewne nie będą w stanie przetrwać oddzielnie, bo są od siebie wzajemnie zależne. Punktem odniesienia jest społeczność, co stwarza olbrzymie problemy neoliberalnej ekonomii, w której suwerenem może być tylko jednostka.
U źródeł dóbr wspólnych zawsze leży odpowiedzialność, również za przestrzeń wokół nas. W miejscu, w którym mieszkam coraz częściej mieszkańcy organizują się i przejmują przyblokowe trawniki urządzając na nich kolorowe ogrody. Wszystkie decyzje podejmowane są demokratycznie. Każdy ma swoje miejsce do zagospodarowania i określony zakres obowiązków. W pewien sposób dochodzi do „zawłaszczenia” przestrzeni publicznej, w rzeczywistości jest to jej odzyskiwanie. Każdy może się włączyć w pielęgnację ogrodu, o ile będzie przestrzegać wypracowanych zasad. Miejsca takie nabierają indywidualnego charakteru i stają się miejscem spotkań dla mieszkańców.
Podobnych inicjatyw pojawia się coraz więcej. Ludzie współdziałają, by zaspokajać swoje potrzeby. Wymaga to jednak zmiany w myśleniu. Chcąc mieć dostęp do zdrowej żywności, ludzie organizują się w kooperatywy spożywcze. Rozwija się dynamicznie ruch Slow Food. Zaczynają powstawać towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych, lokalne waluty i rozwija dynamicznie społeczność wolnego oprogramowania. Budżety partycypacyjne, których źródeł należy poszukiwać w dobrach wspólnych, rozprzestrzeniają się niczym wirus. Wprowadza go coraz więcej miast w Polsce, chociaż jeszcze nie do końca wszyscy rozumieją „o co w tym chodzi”.
Jednocześnie rozwijają się ruchy społeczne, które walczą z prywatyzowaniem dóbr wspólnych. W Warszawie przykładem może być prywatyzacja SPEC, przedsiębiorstwa ogrzewającego mieszkania w mieście. Z ideologicznych powodów sprzedano coś, co funkcjonowało bardzo dobrze, przynosząc nawet zyski. Sprzedano mimo, że wcześniej z publicznych pieniędzy przeprowadzono kosztowny proces unowocześnienia infrastruktury. Zjawisko to doczekało się już specjalnego terminu: prywatyzacja zysków.
Korporacje coraz agresywniej starają się rozszerzać stan swojego posiadania kosztem dóbr wspólnych. Doskonale ilustruje to przykład miejskich wodociągów. Pomysły na ich prywatyzację stają się coraz powszechne. Następnym konsekwentnym krokiem jest wprowadzenie opłat za wodę (a nie za jej doprowadzenie). I tak rzeczywiście już się dzieje, co zawsze budzi szeroki społeczny protest. We Włoszech w referendum na temat prywatyzacji miejskich wodociągów i innych zasobów wodnych w kraju aż 94% głosujących odrzuciło możliwość prywatyzacji.
Ramy naszej przyszłości
W trosce o wzrost PKB lub bilans korporacji nie uwzględnia się tego, co John Ruskin nazywa „antybogactwem”. Są to niemierzalne i niezamierzone szkody wyrządzone przez rynki. Koszty „antybogactwa” przenoszone są przede wszystkim na dobra wspólne. Dlatego, jak zauważa David Bollier, działalność rynkowa kłóci się z wartościami ekologicznymi. Dobra natury nie mają nalepki z ceną. Ograniczoność zasobów coraz częściej uświadamia nam, że powszechne w neoliberalnej ekonomii przekonanie, że jak coś nie ma przypisanego właściciela, to nie należy do nikogo, jest na dłuższą metę nie do utrzymania.
Własność prywatna nie jest wrogiem dóbr wspólnych. Potrzebna jest jednak równowaga, która uległa w ostatnich dziesięcioleciach zachwianiu. Przewaga rynków i bierna rola państwa sprawiają, że dobra wspólne są coraz bardziej zagrożone. Jak zauważa David Bollier, musimy wciąż zużywać więcej i więcej nieodnawialnych zasobów, szybciej i szybciej, po to tylko, żeby utrzymać obecny standard życia – jednocześnie tworząc coraz więcej „antybogactwa”, z którym nikt nie chce się zmierzyć. Globalne ocieplenie jest logiczną konsekwencją takiej mentalności.
Idea dóbr wspólnych daje nam ramy dla opisu nowej przyszłości, w której ważną rolę będzie pełnić samoorganizacja i samorząd. Już teraz uzupełnia to, a zarazem stanowi wyzwanie dla działalności państwa. Jak pisze David Bollier: „w dobru wspólnym chodzi o opiekę nad tym wszystkim, co posiadamy wspólnie, jako ludzie. O dbałość, abyśmy to dziedzictwo chronili i przekazali, nieumniejszone, następnym pokoleniom. To obejmuje wszystko, od dziedzictwa wiedzy i kultury, przez spójność naturalnych ekosystemów, przestrzeń publiczną i tradycje społeczności, niezbędne do życia wspólnie użytkowane lasy, łowiska i uprawy, aż do niezliczonych innych zasobów, jakie moralnie lub prawnie współposiadamy”.
Odrodzenie zainteresowania dobrami wspólnymi (commons), poparte m.in. przez ekonomiczną nagrodę Nobla dla Elinor Ostrom oraz globalne walki skoncentrowanych na nich ruchów społecznych, stanowi świetną okazję do przyjrzenia się zbiorowi ustalonych poglądów na urbanizację i politykę miejską.
Warto to zrobić, wykorzystując stosunkowo nowe spojrzenie na miasto jako przestrzeń tego, co wspólne. Ta perspektywa, forsowana przez takich teoretyków jak David Harvey czy Antonio Negri, nie tylko uwypukla jego wspólnotowy charakter, dostrzegając w mieście zbiorowy wytwór zamieszkujących je osób, ale też uwrażliwia jego mieszkańców na zagrożenia związane ze współczesną, publiczno-prywatną falą grodzeń, wywłaszczeń czy kontroli.
Zmiana dyskursu, za pomocą którego opisujemy nasze miasta, to szansa na porzucenie zdradliwego słownika neoliberalizmu (w swojej złagodzonej wersji uwzględniającego także takie terminy jak „partycypacja”, „kreatywność” czy „przestrzeń publiczna”) i uwidocznienie dokonywanych w jego ramach codziennych i zakrojonych na szeroką skalę kradzieży miejskiego bogactwa. Szansa, której nie sposób wykorzystać bez ponadklasowego porozumienia oraz odnowy oddolnej tradycji samorządności i współpracy, co wiązać się musi z wyraźnym zakwestionowaniem stojących za pasożytniczą urbanizacją kapitalistycznych struktur ekonomicznych.
Miejskość i to, co wspólne
Połączone losy miast i dóbr wspólnych, jak przekonuje w swojej najnowszej książce „Stop Thief! The Commons, Enclosures and Resistance” wybitny historyk Peter Linebaugh (, to historia długowiecznego antagonizmu – ostateczny rozkwit i rozrost tych pierwszych to konsekwencja brutalnego wywłaszczenia drugich: opartych na demokratycznym gospodarowaniu przestrzeni wiejskich. Wyraźną zmianę tego stosunku przynosi dopiero obecna, trzecia fala grodzeń związana z kolejnymi przeobrażeniami kapitalizmu. Pozytywne efekty dokonującego się na naszych oczach przejścia to, z jednej strony, popularyzacja niekapitalistycznych, wspólnotowych modeli wytwarzania i wymiany dóbr (spółdzielnie, kooperatywy, miejskie ogródki), z drugiej – rosnąca świadomość faktu, że każdy z mieszkańców to pełnoprawny współtwórca i współwłaściciel swojego miasta, umożliwiający, dzięki własnej szeroko rozumianej pracy, jego codzienny metabolizm i historyczne trwanie.
Na zmiany te reaguje powoli język nauk i ruchów społecznych, oferując nam nowe, bardziej otwarte i dynamiczne rozumienie tego, co wspólne. Znajduje to swoje przełożenie na gruncie miejskiej polityki w zakresie alternatywnych sposobów organizacji i dystrybucji miejskiego bogactwa. Rozszerzenie pojęcia dóbr wspólnych o niematerialne efekty ludzkiej współpracy (np. kulturę, język, styl życia, komunikację, wiedzę, sztukę, informację) pozwala widzieć w jego miejskich odmianach coś więcej aniżeli zastane, skończone i materialne dobra naturalne (woda, powietrze, ziemia, las itp.), jak również przenieść akcent z samych zasobów na nieodłączną im praktykę uwspólniania. Tę zaś postrzegać jako świadome odwrócenie mechanizmów wolnorynkowych, podejmowane w duchu kooperacji, solidarności i pomocy wzajemnej. Obecność tych ostatnich, jak również horyzontalne i antyhierarchiczne formy organizacji oraz dowartościowanie zjawiska współdzielenia, pozwalają widzieć współczesnych „kommonersów” (tzn. wytwórców, strażników i beneficjentów dóbr wspólnych) zarówno w miejskich ogrodnikach i skłotersach, jak i członkiniach globalnego ruchu Occupy.
Przedstawione rozumienie dóbr wspólnych, zakładając istnienie tworzącej je i opiekującej się nimi wspólnoty, zrywa zatem z neoliberalnym równaniem: wspólne to niczyje. Okazuje się też, co równie ważne, zyskującym na znaczeniu narzędziem służącym odzyskiwaniu lub uspołecznianiu przestrzeni rozkładanej przez kapitał i podporządkowanych mu aktorów publicznych – niszczejących pustostanów, opuszczonych lotnisk, skwerów i fabryk czy prywatyzowanych przez miejskie elity parków.
Cicha kradzież
Produkcja miejskich dóbr wspólnych, choć zakorzenia się w codziennych praktykach konsumpcji i reprodukcji, pozostaje wyjątkowo wrażliwa na przeciwstawne jej logice działania kapitału i neoliberalnego państwa. Sprzyja temu z pewnością radykalnie otwarty i odnawialny charakter miejskiego bogactwa, jak również jego swoista przezroczystość. Wielu autorów twierdzi wręcz, że dobra wspólne stają się widoczne dopiero w chwili swojego zaniku – gdy ulegają zniszczeniu lub prywatyzacji. Podejmowane w takiej sytuacji akty oporu okazują się często spóźnione. Tezę tę potwierdzają kolejne przykłady gentryfikacji w miastach o silnej tradycji protestu (Nowy Jork, Berlin, Barcelona, Londyn, Buenos Aires) dokonywane przy cichym lub nieświadomym współudziale artystów i aktywistów. Doprowadziło to nie tylko do wymiany dotychczasowych mieszkańców objętej procesem gentryfikacji dzielnicy (klasy robotniczej, emerytów, przedstawicieli mniejszości etnicznych), ale i do utraty kojarzonej z nimi miejskiej wyjątkowości czy autentyczności.
Gentryfikacja to tylko jeden z przykładów neoliberalnego grodzenia miejskich dóbr wspólnych. Pozostałe to m.in. utowarowienie metropolitalnych subkultur i estetyki (np. graffiti, grunge, skateboarding), urynkowienie ulicznych form komunikacji i ekspresji (vlepki, flash mob), ograniczenie dostępu do przestrzeni rekreacyjnych (parki, place zabaw, boiska sportowe, akweny), prywatyzacja i/lub zmiana funkcji przestrzeni publicznych czy wreszcie – przejmowanie miejskich „nieużytków” i zaostrzenie kontroli w stosunku do zarządzających nimi aktywistów (skłotersów, ogrodników, animatorów centrów społecznych itp.). Przechwyceniu podlega w ich wypadku nie tylko niematerialne dobro, ale i materialna przestrzeń jego użytkowania, co usprawiedliwiane bywa koniecznością modernizacji i postępu, poprawy jakości życia i stopnia bezpieczeństwa mieszkańców czy – co znacznie bliższe prawdy – zwiększania ekonomicznej atrakcyjności miasta i idącej za tym maksymalizacji zysków. Krajobraz po tak prowadzonej bitwie to zatem nie tylko mnożące się w miastach całego świata kamery przemysłowe, płoty czy punkty ochrony, ale i estetyzująca okolicę mała architektura, miejska zieleń czy sztuka publiczna.
Tak rozumianemu grodzeniu dóbr wspólnych towarzyszy często całkowita zmiana stylu życia korzystających z nich ludzi – w tym utrata mieszkania i środków utrzymania. Pozwala to je łączyć z historycznymi przykładami grabienia „wspólnego pastwiska”. Tym, co odróżnia nowe formy wywłaszczeń od starych, jest rosnąca cierpliwość, wyrafinowanie czy nawet dyskrecja stojących za nimi aktorów. David Bollier pisze w tym kontekście o cichych i nieprzyciągających uwagi kradzieżach, które pozbawiają zawłaszczone dobra wyróżniających je cech oraz „szkodzą ludzkim zdolnościom samoorganizacji i samorządności, samodzielnego zaspokajania potrzeb, ochrony własnej kultury i sposobu życia” (The Commons. Dobro wspólne dla każdego, Zielonka 2014).
Pasożytnicza urbanizacja i nowe ruchy miejskie
Szczególne zainteresowanie współczesnego kapitalizmu dla wyjściowo nierynkowych, ale podlegających skutecznemu utowarowieniu praktyk uwspólniania skłania badaczy do poszukiwania nowych miejskich metafor. Jedną z lepszych propozycji opisu takiego stanu rzeczy jest termin „pasożytnicza urbanizacja”, którym posługuje się w swojej ostatniej książce „The New Urban Question” Andy Merrifield. Zwraca on uwagę na sprawność systemu w neutralizowaniu potencjalnych ogniw oporu, ale i właściwą mu niezdolność do usunięcia stanowiącej o jego istocie nierówności, i przypomina, że trwałość owego zjawiska to wspólny interes miejskich elit, zaniepokojonych coraz większą ilością alternatyw dla oferowanego przez nie modelu rządzenia. W miastach na całym świecie nie brakuje niestety udanych prób kooptowania dla tych celów samych miejskich aktywistów, co skutkować może neutralizacją politycznego potencjału dóbr wspólnych, jak również klasową barierą dostępu dla tych, którzy najbardziej ich potrzebują. Przykładów dostarczają tu nieudolne kopie miejskich commons w rodzaju wykluczających najuboższych, oddolnie grodzonych miejskich upraw czy sieci wymiany dla klas średnich.
Zauważmy, że takie postawienie sprawy – utożsamienie miejskiego pasożyta z nielicznymi, lecz monopolizującymi władzę elitami – odpowiada rozpoznaniu oferowanemu przez same ruchy społeczne. Odzyskiwanie miasta staje się dla nich tożsame z upodmiotowieniem osławionych 99%, czyli osób pozbawionych prawa do decydowania o kształcie procesów urbanizacyjnych i sposobie prowadzenia miejskiej polityki. Wymusza to na miejskich aktywistach wyostrzenie wrażliwości na niesprawiedliwość przestrzenną i nierówności klasowe oraz zachęca do uporczywego budowania politycznego sojuszu przeciwko pozostającemu w mniejszości kapitałowi, a ponad dotychczasowymi różnicami w spojrzeniu na to, co miejskie. Kluczowe znaczenie odgrywa w tym wypadku uczenie się w ramach ruchu, które pozwala na horyzontalną i ponadlokalną wymianę doświadczeń i taktyk pomiędzy aktywistami z całego świata, jak również dzielenie się wiedzą umożliwiającą odzyskiwanie i radykalne demokratyzowanie prawa do miasta.
Choć język dóbr wspólnych nie należy do kluczowych elementów toczonej w Polsce dyskusji nad kształtem i powinnościami polityki miejskiej, warto pamiętać, że zachowuje on swój wyjściowy sens tylko jako narzędzie krytyki, kontestacji czy wreszcie zniesienia dominującego modelu gospodarczo-politycznego. Nie można w nim zatem upatrywać ani narzędzia reformy współczesnego kapitalizmu i państwa, ani sposobu na powrót do historycznych modeli gospodarowania zasobami. Dobra wspólne, nie służąc antymiejskiemu eskapizmowi i klasowemu separacjonizmowi, wyposażają nas w instrumenty do budowania rzeczywistej alternatywy. Ta zaś uruchamiana być musi w samym sercu neoliberalnego splotu państwa i kapitału. Skoro, jak pisze Linebaugh, współcześni kommonersi nie mogą już uciec do lasu czy w góry, muszą podjąć się bezprecedensowego zadania uwspólnienia miasta.
Wygląda na to, że w końcu udało się wynegocjować porozumienie między administracją Berlina a firmą Veolia. Berlin za 590 mln euro (plus 54 mln) z powrotem odkupi 24,9% udziałów w BWB – berlińskiej spółce wodociągowej – których właścicielem była od 1999 r. Veolia. Po tym jak RWE w 2012 r. odsprzedał swoje udziały (24,9%) za 658 mln euro, największy niemiecki projekt partnerstwa publiczno-prywatnego z udziałem samorządu dobiegł końca.
To wielki sukces 666000 obywateli Berlina, którzy opowiedzieli się za powrotem wodociągów w ręce publiczne w referendum z 2011 r. Było to pierwsze wygrane referendum w historii miasta. „Cieszymy się i jesteśmy dumni, że udało nam się zwrócić wodociągi Berlina w publiczne ręce, ale krytykujemy zarazem zbyt wysoką cenę, jaką za to zapłacono” – mówi Gerlinde Schermer, która jako członkini miejskiego parlamentu głosowała w 1999 r. przeciwko tej niefortunnej sprzedaży. „Wiemy, że z tego powodu będzie trudno obniżyć cenę wody przez najbliższe 30 lat” – dodaje.
Inicjatywa Berliner Wassertisch która od 2006 r. walczy o demokratyczne, prowadzone z udziałem mieszkańców zarządzanie wodociągami, zdaje sobie sprawę, że sukces nie oznacza końca pracy. „Musimy teraz kontrolować i naciskać na naszych polityków” – mówi Dorothea Haerlin, jedna z inicjatorek kampanii. – „Musimy sprawić, by nie poszli długo praktykowaną drogą zarządzania wodociągami w sposób nastawiony na zysk”. Dlatego Berliner Wassertisch opublikował już propozycję Karty Berlińskich Wodociągów i rozpoczyna ogólnomiejską debatę o tym, jak stworzyć Berlińską Radę ds. Wodociągów, będącą instrumentem partycypacji i demokracji bezpośredniej, prowadzącym do demokratycznego, transparentnego, ekologicznego i prospołecznego zarządzania berlińskimi wodociągami.
Pierwszy komentarz Laury Valentukeviciute z organizacji GiB (Dobra Wspólne w Rękach Obywateli): „To może być pierwszy wielki krok ku innemu zarządzaniu dobrami publicznymi, nieopartemu już na logice zysków, lecz na kosztach i dobru powszechnym”. Ostateczna decyzja co do umowy nadal czeka na akceptację berlińskiego parlamentu, ale nikt nie wątpi, że rządząca miastem koalicja SPD i CDU się na nią zgodzi.
Przeł. Katarzyna Sosnowska
Czytaj też artykuł Karoliny Jankowskiej o rekomunalizacji berlińskiej sieci energetycznej.
W mojej refleksji nad teorią peer-to-peer przyjmuję dość prostą, ale jak sądzę prawdziwą formułę, opisującą kryzys, w jakim znalazł się globalny system neoliberalnego kapitalizmu.
Po pierwsze: pozorna obfitość. Chodzi o błędne przekonanie o niewyczerpanym bogactwie przyrody jako zasobie, którego ludzkość może używać, nie bacząc na skończoność naszej planety, niezbędne cykle regeneracji przyrody itp. Naturę traktuje się przedmiotowo, jakby można było z niej do woli czerpać i zaśmiecać ją.
Po drugie: sztuczna rzadkość. Chodzi o błędne, wielokrotnie obalone przez badania przekonanie, że wymiana wiedzy w dziedzinie innowacji, kultury i nauki musi być sztucznie ograniczana, w sposób, który sprzyja monopolom i chroni ich oparte na rencie monopolistycznej dochody.
Zrównoważona, zdolna do trwania cywilizacja bądź ekonomia polityczna musi odwrócić oba te bieguny. Potrzebuje pogodzić się z ograniczeniami świata przyrody i uszanować jego cykle regeneracji. I potrzebuje też poluzować sztuczne ograniczenia, pozwalając wiedzy i innowacjom na swobodniejszy obieg w łonie całej ludzkości. W gruncie rzeczy niepodobna rozwiązać pierwszego z tych problemów bez poważnego zmierzenia się z drugim.
Trzeba jednak pamiętać, że możliwe są takie rozwiązania tych dwóch problemów, które nie uwzględniałyby dobra samej ludzkości, to znaczy nie obejmowały równie doniosłego wymogu sprawiedliwości społecznej. Dlatego nasza konstrukcja potrzebuje jeszcze trzeciego filaru.
Te trzy zadania – odwrócenie pozornej obfitości i sztucznej rzadkości w kontekście sprawiedliwości społecznej – przekładają się na aktywność ruchów społecznych, zarówno już istniejących, jak i tych, które dopiero powstają.
Ruch ekologiczny oraz wszelkie inne siły podnoszące żądanie zrównoważonego i trwałego charakteru naszej produkcji materialnej są sojusznikiem niezbędnym, aby chronić naszą biosferę.
Ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej reprezentują liczne siły, broniące interesów pracowników najemnych i rolników i walczące o sprawiedliwe społecznie struktury na poziomie lokalnym, narodowym i globalnym.
Praktyka dzielenia się plikami przynosi historyczny przełom, włączając do tego wielkiego sojuszu kolejny, wyłaniający się ruch społeczny: ruch na rzecz swobodnego przepływu wiedzy, kultury i innowacji. Składają się nań: ruch na rzecz wolnej kultury, ruch na rzecz otwartego dostępu, hackerzy komputerowi oraz szereg innych aktorów, walczących przeciwko sztucznej rzadkości.
Każdy z tych ruchów przedstawia własną, komplementarną wizję świata zbudowanego wokół dóbr wspólnych i społeczeństwa obywatelskiego. Dla ruchu ekologicznego to ziemia i jej zasoby stanowią wspólne dobro, które należy chronić. Z kolei ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej pragnie zagwarantować, że dobra materialne będą rozdzielane sprawiedliwie, tak aby żadna cząstka ludzkości nie była wykluczona czy pozbawiona możliwości zaspokajania podstawowych potrzeb. Wreszcie ruchy na rzecz wolnej kultury chronią cyfrowe dobra wspólne związane z edukacją, wiedzą, nauką i innowacjami.
W wielkim sojuszu na rzecz dobra wspólnego chodzi o to, by uznać, że owe wielkie ruchy społeczne mają wspólny interes w żywotności, trwałości i zdolności wzbogacania przyrodniczych i ludzkich dóbr wspólnych. Zbudowanie tego sojuszu to wyzwanie polityczne XXI wieku.
Artykuł opublikowany pierwotnie 2 kwietnia 2010 r. na blogu Fundacji P2P pt. The Grand Alliance for the Commons. Przeł. A.O.