W świecie malejącej stabilności i rosnących nierówności postawienie na odzyskiwanie przez lewicę pojęcia wolności brzmi na straceńczą misję. Z drugiej strony – cóż jest do stracenia?
Rzut oka na ideową linię frontu nie napawa optymizmem. Przed wiosennymi wyborami do Parlamentu Europejskiego wzrost znaczenia populistycznej prawicy nie ulega wątpliwości. Kolejne państwa zaczynają być podatne na jej przekaz niechęci do elit, lęku przed obcymi oraz odrzucenia wizji ponadnarodowych wspólnot politycznych.
Nowy porządek polityczny
Do listy krajów, w których zaczęła odnosić swoje sukcesy – na razie na poziomie regionalnym – dołączyła niedawno Hiszpania. W wyniku wzrostu jej znaczenia przeciągają się próby utworzenia rządu w Szwecji. Gdy jej reprezentanci wychodzą z ław belgijskich gabinetów rządowych trzęsie to całą tamtejszą sceną polityczną.
Jednocześnie – wbrew prognozom sprzed 10 lat – globalny kryzys ekonomiczny nie przyniósł światu zdecydowanego odejścia od neoliberalizmu. Choć nie da się ukryć, że pojawiło się więcej przestrzeni do głoszenia alternatywnych przekonań, a także nieco więcej przyzwolenia na obieranie bardziej pragmatycznego kursu przez rządy, to jednak skala wdrażanej w różnych zakątkach globu polityki cięć i zaciskania pasa i jej skutki (od Brexit po wysokie bezrobocie w Grecji) nie dają nam zapomnieć o sobie po dziś dzień.
W tak zarysowanym kontekście mówienie o wolności – szczególnie w lewicowym czy progresywnym wydaniu – nie jest sprawą prostą. Jedna z ważnych stron ideowego sporu preferuje wyidealizowaną wspólnotę, dla której wolność stanowić może zagrożenie. Nie po to odbudowuje się poczucie narodowej dumy, jedności i wartości, by ktoś miał je bezkarnie kwestionować.
Między populizmem a liberalizmem
Powody do wpisania kogoś na ten nieprawomyślny rejestr mogą się zresztą – o czym warto pamiętać – zmieniać. W monokulturowej Polsce podejrzana może być właściwie każda odmienność, podczas gdy np. Marie Le Pen sprawnie udaje się przekonać niemało francuskich gejów, że stoi po ich stronie w kontrze nawet nie tylko do radykalnych islamistów, co do muzułmanów w ogóle.
Po drugiej stronie mamy obóz liberalny, który przez długie lata zrównywał wolność z wolnością gospodarczą. W efekcie opowieść o wolności przestała kojarzyć się na przykład z wolnością od niedostatku – tak jak prawa człowieka często kojarzą się dziś z (niewątpliwie ważnymi) demonstracjami czy maratonami pisania listów, a nie prawem do opieki zdrowotnej, edukacji czy świadczeń społecznych.
Pokryzysowy liberalizm retorycznie próbuje się przesuwać, w różnych językach prezentując opowieść o tym, jak to „byliśmy głupi”. Praktyka rządzenia pokazuje niestety, że z utartych kolein wychodzi się trudniej, niż poprzez parę deklaracji o trosce o planetę czy potrzebie wzmacniania klasy średniej. Chcący budować ropociągi Justin Trudeau czy podnoszący akcyzę na paliwa i zapominający o stworzeniu wiarygodnej alternatywy dla transportu samochodowego Emmanuel Macron są tego najlepszymi przykładami.
Dla formacji ekopolitycznych wyzwanie to okazuje się podwójnie trudne. W jaki sposób przekonywać do regulacji, niezbędnych do walki ze zmianami klimatu, które krytykowane będą z prawej strony za „atak na wolność”? Jak pokazywać, że odpowiedzią na konsumpcyjny idealizm nie jest autorytarna wspólnota, dla której różnorodność jest siłą, a nie słabością?
Skandynawska zieleń
Odpowiedzi na te pytania próbuje udzielić lider duńskiej partii ekopolitycznej Alternatywa, Uffe Elbaek. Fakt, że przed jej założeniem był ministrem kultury z ramienia tamtejszej partii socjalliberalnej zdaje się tłumaczyć, dlaczego wciąż do wątku wolności podchodzi z pewnym sentymentem – sentymentem, który nie przeszkadza mu jednak w podkreślaniu roli nordyckiego modelu społecznego czy otwartego na różnorodność społeczeństwa.
Swoje przemyślenia przed tegorocznymi wyborami parlamentarnymi przelał na karty swej nowej publikacji, „The Next Denmark. Freedom and Community – a New Narrative”. Już sam tytuł wskazuje na ideowe filary wizji Elbaeka, które – by przynieść najlepszą synergię – powinny iść ze sobą w parze.
Nieprzekonanych uspokajam – dla tego duńskiego polityka nie ma nic lepszego, niż progresywne podatki i powoływanie się na Thomasa Piketty’ego. Marząc o wspólnocie podkreśla, w jaki sposób była ona podmywana przez lata neoliberalnego kursu ekonomicznego. Za źródła kryzysu liberalnego porządku demokratycznego uważa nierówności, ślepą pogoń za wzrostem gospodarczym oraz wynikłą z tego połączenia alienację.
Na kryzys demokracji radzi on… więcej demokracji – i to nie tylko w systemie politycznym, ale również w gospodarce. Zaufanie zamiast kontroli, tolerancja zamiast murów, funkcjonowanie w obrębie granic ekosystemowych zamiast pogoni za statusem materialnym – oto skrócony wyciąg z recepty na odnowienie naszych społeczeństw w duchu kreatywnej, demokratycznej rewolty przeciwko status quo.
I tu właśnie w tę opowieść wkracza wolność – a nawet trzy wolności. Fundamentem wizji Elbaeka nie jest „wolność od”, na przykład wszechogarniającego państwa, lecz „wolność do” życia w demokratycznych, dających naszemu życiu sens społecznościach, do doświadczania harmonii, równowagi i bliskości oraz do równych praw i możliwości życiowych. To wizja, w której wolność nie zależy od zasobności portfela, ale która przenika wszystkie dziedziny życia. Jej poszerzanie na całe społeczeństwo nie jest fanaberią, lecz warunkiem jej zaistnienia.
Wspólnota współpracy
Wspomnianemu marzeniu o nowej, lepszej Danii (i świecie) towarzyszy zestaw kilkudziesięciu propozycji programowych, podzielonych na 10 działów. Znajdziemy w nich sporo dobrze znanych z kart programów ekopolitycznych pomysłów, takich jak skrócenie tygodnia pracy (lider Alternatywy proponuje jego ograniczenie do 30 godzin) czy wykorzystanie zamówień publicznych do promowania biznesu realizującego cele społeczne i ekologiczne.
To, co w zaprezentowanej wizji się wyróżnia, to sporo miejsca poświęconego na promowanie modelu spółdzielczego. Dania ma w tym zakresie bogatą, sięgającą XIX wieku historię – ich rozwój napędzała popularność szkół ludowych, a ich kulturowe znaczenie umożliwiło podtrzymanie atrakcyjności tego modelu i jego stosowanie w nowych sektorach, takich jak rozproszona energetyka odnawialna.
Zdaniem Elbaeka model kooperatywny realizuje w praktyce zasady demokracji ekonomicznej i powinien być wspierany, np. poprzez stworzenie dedykowanego spółdzielniom banku inwestycyjno-rozwojowego. Specjalny fundusz spółdzielczy mógłby wspierać finansowo nowe inicjatywy ze środków już istniejących spółdzielni, a pieniądze reinwestowane przez nie w swoją działalność mogłyby z kolei być zwolnione z podatków.
Podobne zwolnienie powinno jego zdaniem przysługiwać również (przez pierwszy rok bądź do osiągnięcia określonej wielkości/obrotów) nowym biznesom – a już na pewno tym, realizującym cele społeczne lub ekologiczne.
Postulat ten wpisuje się w szerszy pakiet doceniania aktywności i kreatywności gospodarczej (np. premiowania firm stawiających w równym stopniu na kwestie ekologiczne, społeczne i ekonomiczne) przy jednoczesnej, konsekwentnej walce z negatywnymi kosztami zewnętrznymi dotychczasowego modelu działalności gospodarczej (opodatkowanie zużycia zasobów naturalnych na szczeblu międzynarodowym, oddzielenie bankowości detalicznej od reszty systemu bankowego).
Nowe horyzonty wolności
Wizja poszerzania wolności sięga w Elbaeka tam, gdzie tradycyjnie ją rozumiejący liberałowie rzadko sięgali. Proponuje on zagwarantowanie – z poziomem konstytucyjnym włącznie – praw przyrodzie, co wymuszałoby np. rekompensowanie lasom za eksploatację surowców, które dostarczają człowiekowi). W ustawie zasadniczej powinny znaleźć się jego zdaniem również prawa i wolności cyfrowe, jakie jak uznanie prawa użytkowników do swoich danych czy ograniczenie inwigilacji do przypadków, w których zgodę na nadzór wyraził sąd.
Z postulatów tych wyłania się obraz ludzi, którzy odzyskują kontrolę i podmiotowość. By marzenie to nie pozostało jedynie na papierze muszą rosnąć musi wpływ pracowników na przedsiębiorstwa, w których są zatrudnieni (od udziału w podejmowanych decyzjach oraz prawa pierwokupu sprzedawanej firmy po dostęp do ich akcji), a demokratyczne doświadczenie przekazywane nie tylko za pomocą teorii, ale również praktyki (3-6- miesięczna, analogiczna do wojskowej, obowiązkowa służba demokratyczna w organizacjach pozarządowych lub innych inicjatywach społecznych po zakończeniu edukacji szkolnej).
Atrakcyjność tak zaprezentowanej wizji, poza jej holistycznym charakterem, polega na nieoczywistym łączeniu wątków we spójną opowieść o świecie. Świecie, w którym – podobnie jak w publikacji Dirka Holemansa o wolności i bezpieczeństwie w coraz bardziej złożonej rzeczywistości – wolność nie polega na zawierzaniu rzeczywistości niewidzialnej ręce rynku, lecz na jej aktywnym współtworzeniu w każdym aspekcie życia.
Wyborczy test
Być może taka właśnie opowieść, twórczo wiążąca ze sobą stare, dobre ekopolityczne zasady samostanowienia, sprawiedliwości społecznej oraz świadomości ekologicznej, może być dobrym antidotum na rosnące wpływy prawicowego populizmu? Póki co – patrząc się na wyniki z Niemiec czy z Belgii – wykazuje ona pewien potencjał mobilizacyjny, choć głównie w Europie Północnej.
Okazuje się bardziej żywotna, niż można było się tego spodziewać po odrodzeniu oldskulowej polityki walki klasowej w Wielkiej Brytanii czy eksperymentach z lewicowym populizmem na południu kontynentu. Pytanie o to, na ile można ją próbować zaszczepić w Europie Środkowej – i z jakimi wyborczymi skutkami – pozostaje otwarte.
Zdj. Fragment okładki „The Next Denmark”
Zmiana modeli produkcji nie powinna kończyć się wyłącznie na zmniejszeniu ich negatywnego wpływu na środowisko. (więcej…)
W 1993 r. nowo wybrane władze miasta Belo Horizonte, stolicy stanu Minas Gerais w Brazylii ogłosiły, że dostęp do żywności jest prawem każdego mieszkańca. Patrus Ananias de Souza, nowy burmistrz, wdrażanie planu walki z głodem rozpoczął od stworzenia 20-osobowej rady składającej się z obywateli, robotników, przedstawicieli biznesu i kościoła, która miała wprowadzać nową politykę żywnościową w życie. Powstały liczne rolnicze targi, na których lokalni drobni farmerzy mogli sprzedawać swoje zbiory bezpośrednio. Zachęcono drobnych przedsiębiorców do zakładania sklepów ABC (od portugalskiego „żywność po niskich cenach”), w których obowiązywały ustalone przez władze miasta niskie ceny dla kilkunastu wybranych produktów pochodzących od lokalnych wytwórców. W mieście zaczęły powstawać „restauracje ludowe”, w których cena za posiłek nie przekraczała 1 reala brazylijskiego (1,50 zł). Samorządowy plan uwzględnił również edukację w zakresie zdrowego odżywania się, a także kontrolę jakości oraz cen żywności dostępnej w sklepach na terenie miasta. Informacje o najniższych cenach publikowane były w ogólnodostępnych miejscach, takich jak chociażby przystanki autobusowe.
Takie systemowe rozwiązania mogłyby być marzeniem członków i członkiń kooperatyw spożywczych, których naczelną zasadą jest samoorganizacja celem pozyskania taniej i zdrowej żywności. W Polsce działa ich już ok. 10 w największych miastach, takich jak Warszawa, Łódź, Poznań, Gdańsk czy Kraków. Zakupy robione są z różną regularnością, niestety przeważnie na lokalnych giełdach, które tylko w przypadku sezonowych produktów gwarantują dostęp do świeżej żywności, inne produkty są importowane lub hodowane w warunkach szklarniowo-chemicznych; nie zawsze udaje się też ominąć pośredników. Podejmowane są próby nawiązania kontaktu z lokalnymi rolnikami, którzy uprawiają zdrową żywność, jednak tu bardzo trudny do ominięcia jest wymóg certyfikowania, który automatycznie podnosi ceny. Inną przeszkodą w utrzymaniu stałej więzi z lokalnymi producentami jest fakt, że kooperatywa to struktura nieformalna, niehierarchiczna, a przez to niestabilna, o rotacyjnym składzie członków, niejednokrotnie utrzymywana na barkach kilku najwytrwalszych osób.
„Z natury więc kooperatywy spożywczej wynika, że jest ona stowarzyszeniem otwartym dla wszystkich, przyrodzoną nieprzyjaciółką wszelkich monopoli i ograniczeń, prawdziwym stowarzyszeniem ludowym. Biorąc na siebie zadanie bezpośredniego nabywania towarów, dąży ona z konieczności rzeczy do tego, aby ogarnąć sobą wszystkich spożywców, tj. wszystkich ludzi; czyli, innymi słowy, aby zawładnąć całym rynkiem krajowym, aby ten rynek zorganizować i przystosować do potrzeb ludności, odebrać rządy jego z rąk kapitalistów i kupców i oddać w ręce ludu”, pisał Edward Abramowski na przełomie XIX i XX w. Jednym z realnych śladów czerpania z myśli Abramowskiego jest tzw. „fundusz gromadzki”, będący swego rodzaju wewnętrznym 10% podatkiem narzucanym na każde zakupy dokonywane poprzez Kooperatywę. Obecnie jest on przeznaczany na wspomaganie lokalnych inicjatyw promujących idee sprawiedliwości społecznej lub w razie konieczności może stanowić kasę zapomogową dla członków i członkiń. Według teoretyka spółdzielczości Romualda Mielczarskiego fundusz miał stanowić wspólny zysk kooperatywy, który następnie inwestowany byłby w rozwój chociażby infrastruktury (tak przecież powstał w 1907 r. w Łodzi związek Społem, do dziś zarządzany przez współtworzące go Spółdzielnie Spożywców).
Wyzwanie, przed jakim stoją dziś kooperatywy, to dostęp do zdrowej, świeżej i taniej żywności, skoro członkowie i członkinie to świadomi konsumenci, dla których alternatywą nie są sklepy z certyfikowaną organiczną żywnością – zdrowa żywność nie powinna być wszak przywilejem klasy średniej. Jedną z możliwości jest bezpośrednie wsparcie gospodarstwa rolnego na regularnych zasadach – zarówno finansowo, logistycznie, jak i fizyczną pracą przy kolejnych etapach upraw w myśl zasady „you do not pay for food, you pay for agriculture”. System rolnictwa wspieranego przez społeczność (Community Supported Agriculture)1 opiera się na dzieleniu upraw, ale i odpowiedzialności, a co za tym idzie ryzyka związanego z nieudanym plonem.
W 2011 r. mieszkańcy miasta Sedgwick w stanie Maine (USA) wbrew prawu stanowemu przyjęli uchwałę, zgodnie z którą lokalni farmerzy mogliby sprzedawać żywność bezpośrednio. W kolejnych miesiącach podobną uchwałę przyjęły kolejne miasta tego stanu: Penobscot, Blue Hill, Trenton, Hope, Plymouth, Appleton i Livermore. „Uznajemy, że mamy prawo do wytwarzania, przetwarzania, sprzedawania, kupowania i konsumowania lokalnej żywności, promując w ten sposób samowystarczalność, dbając o zachowanie rodzinnych farm i lokalnych tradycji żywnościowych. Prawo do posiadania lokalnego systemu żywnościowego jest związane z naszym niezbywalnym prawem do samostanowienia” – czytamy w uchwale przyjętej w Penobscot. W Polsce to właśnie kooperatywy spożywcze powinny być propagatorkami dyskusji na temat nawyków konsumenckich, a przede wszystkim obywatelskiego udziału w kształtowaniu polityki rolnej i żywieniowej.
Zielone Wiadomości: Jesteś zaangażowany w propagowanie koncepcji PROUT. Co oznacza ta nazwa?
Łukasz Warcholik: PROUT to skrót od angielskich słów „Progressive Utilization Theory”, czyli Teoria Postępowego Użytkowania. To koncepcja ekonomiczna sformułowana w 1959 r. przez indyjskiego filozofa Prabhata Ranjana Sarkara. W jednym z wykładów powiedział on: „Skoro całe dobro wszechświata jest wspólnym dziedzictwem wszystkich żywych istot, jak można usprawiedliwić system, w którym niektórzy opływają w luksusy, podczas gdy inni, pozbawieni podstawowego pożywienia, więdną i umierają z głodu?”.
ZW: Pewnie nie można, ale czy jest jakaś alternatywa?
ŁW: PROUT jest propozycją złotego środka między interwencją państwa a gospodarką rynkową. Chodzi o to, żeby postawić w centrum człowieka i jego potrzeby.
ZW: To kapitalizm nie zaspokaja potrzeb człowieka?
ŁW: Celem gospodarki jest zrównoważone zaspokajanie potrzeb – nie tylko materialnych – całego społeczeństwa i wszystkich jednostek. Kapitalizm nie jest w stanie sprostać temu zadaniu, ponieważ opiera się na egoizmie, chciwości. Ma wiele cech pozytywnych, ale nie jest w stanie zachować ekologicznej równowagi planety, służyć lokalnym społecznościom ani zapewnić wszystkim odpowiedniego stopnia dobrobytu. Trudno też myśleć o rozwijaniu w sobie miłości, empatii, poczucia piękna, jeśli on i jego dzieci cierpią głód lub dookoła toczy się wojna. Dlatego niezbędny jest nowy system…
ZW: Może wystarczyłoby trochę naprawić to, co jest?
ŁW: Przecież ten system się wali! Z punktu widzenia PROUT kapitalizm to model społeczno-gospodarczy, w którym dominuje klasa ludzi akumulujących kapitał. To się po prostu nie sprawdza. Nieuregulowana chciwość ludzka powoduje kryzysy i zniszczenia, które przeważają nad potencjalnymi korzyściami, jakie przedsiębiorczość jednostki mogłaby przynieść społeczności.
ZW: Dlaczego w takim razie nie komunizm?
ŁW: Komunizm upadł, bo był niezgodny z psychologicznymi potrzebami człowieka i przyjmował nierealistyczne założenia o całkowitej równości. A przecież każdy ma inne potrzeby i każdy inaczej angażuje się w pracę dla dobra społeczeństwa. Czas poszukać alternatyw, które zainspirują nas do rozwiązań korzystnych dla całej ludzkości, a nie tylko jednej grupy.
ZW: Jak mogłyby wyglądać te rozwiązania?
ŁW: Potrzebny jest nam system, który zakłada racjonalne wykorzystywanie zasobów planety i potencjału wszystkich ludzi, a nie taki, który tłamsi ogromną część ludzkości, spychając ją do rangi niewolników. Chodzi o system nastawiony na potrzeby ludzi, a nie na zyski korporacji. Dlatego musi być oparty na spółdzielczości, na ochronie lokalnych rynków i na moralnym przywództwie. Tylko taki system zagwarantuje wszystkim ludziom płacę pozwalającą na zaspokojenie ich podstawowych potrzeb: wyżywienia, ubrania, edukacji, opieki zdrowotnej i mieszkania. Powinno temu towarzyszyć ograniczenie gromadzenia nadmiernych majątków i wyznaczenie dochodu maksymalnego.
ZW: Czyli mamy tu wymiar gospodarczy i polityczny. W gospodarce chodzi o…
ŁW: …produkcję nastawioną na zaspokajanie ludzkich potrzeb, a nie ich kreowanie. Główną formą przedsiębiorstwa powinny być spółdzielnie. Prywatne firmy powinny działać w segmencie drobnej produkcji czy usług. Natomiast przemysł kluczowy dla całej gospodarki powinien być zarządzany przez władze lokalne w formie infrastruktury i jej zadaniem jest stymulowanie pozostałych dwóch sektorów: spółdzielczego i prywatnego na zasadzie „zero zysków, zero strat”. Przykłady takich strategicznych gałęzi przemysłu to np. dystrybucja wody, energii czy przemysł wydobywczy. Planowanie gospodarcze powinno odbywać się w jak największym stopniu na szczeblu lokalnym. Nie można pozwalać na wysysanie kapitału z gospodarki lokalnej. Trzeba wprowadzić zrównoważoną dystrybucję zasobów naturalnych. Ważna jest samowystarczalność regionów i państw. Lokalna produkcja na lokalny rynek oznacza więcej miejsc pracy, zdrowsze produkty, zdrowszą konkurencję. Oznacza to również koniec spekulacji walutowych.
ZW: A nie obawiasz się, że koncentracja na zaspokajaniu ludzkich potrzeb może oznaczać większą eksploatację przyrody?
ŁW: PROUT wiąże się blisko z neohumanizmem, czyli światopoglądem, który rozszerza etykę humanistyczną na świat roślin i zwierząt. Ludzie nie są nikim lepszym ani gorszym od innych żywych stworzeń – są częścią świata ożywionego i są od niego zależni. Każdy z nas posiada ogromny potencjał fizyczny, mentalny i duchowy. Naszym zadaniem jako jednostek i społeczeństwa jest dążenie do pełnego wykorzystania potencjału wszystkich ludzi. Jednym z aspektów tego potencjału jest działanie dla dobra społeczeństwa. Człowiek ma nie tylko potrzeby materialne, jest zdolny pielęgnować również takie wartości, jak spokój wewnętrzny, miłość, współczucie, samoświadomość i poczucie jedności. Pozwoli to ograniczyć dążenie ludzi do kumulowania majątku i rozszerzyć uczucie braterstwa na świat zwierząt i roślin.
ZW: Mówiłeś o moralnym przywództwie. Uważasz, że moralne przywództwo jest możliwe do pogodzenia z demokracją?
ŁW: To teraz mamy demokrację? (śmiech) Mówienie o demokracji w czasach, kiedy spekulanci i agencje ratingowe mogą decydować o losach państw, to czysta farsa. System polityczny zapewnia dziś korzyści przede wszystkim wąskiej grupie ludzi i korporacji, zdolnych wpływać na decyzje rządów większości państw świata. O prawdziwej demokracji możemy mówić jedynie wówczas, gdy gospodarka i pieniądz kontrolowane są lokalnie. Dlatego tak ważna jest maksymalna decentralizacja gospodarki, która umożliwi wprowadzenie demokracji ekonomicznej. Do tego niezbędne jest wykształcone społeczeństwo. Takie społeczeństwo wybierze przywódców o uniwersalistycznych poglądach i wysokim standardzie moralnym.
ZW: A jeśli ludzie wybiorą po prostu to, co zawsze? Niektórzy wolą „znane zło”, boją się ryzykownych eksperymentów…
ŁW: Mamy kryzys, a kryzys sprzyja poszukiwaniu alternatyw. Takie alternatywy powstają na naszych oczach, np. Zielony Nowy Ład albo właśnie PROUT.
W przedmowie do książki Po kapitalizmie. Wizja nowego świata według teorii PROUT [pdf], autorstwa Dady Maheshvaranandy, dyrektora wenezuelskiego Instytutu Badań nad PROUT, Noam Chomsky napisał: „Doniosłą rolę w tym momencie historii odgrywają wizje alternatywne. Spółdzielczy model demokracji gospodarczej, który prezentuje teoria PROUT, oparty na fundamentalnych wartościach ludzkich i współużytkowaniu zasobów planety w sposób zapewniający powszechne korzyści, zasługuje tutaj na poważne potraktowanie”.
ZW: To śmiała teoria, ale czy ma jakiekolwiek szanse na realizację?
ŁW: PROUT nie jest wyłącznie teorią. Mimo że nigdzie nie wprowadzono tego modelu na skalę ogólnokrajową, ew wielu miejscach na świecie ludzie próbują oddolnie wdrażać zasady tego systemu w skali lokalnej. Dotyczy to m.in. takich krajów, jak Australia, Brazylia, Wenezuela, Indie, USA, Haiti, Filipiny…
ZW: A co konkretnie robią ci ludzie?
ŁW: Fundamentalne zasady PROUT to konkretne wytyczne pokazujące, w jaki sposób stworzyć samowystarczalny region czy kraj ze zdecentralizowanym zarządzaniem kapitałem, z lokalnymi decyzjami gospodarczymi, z polityką i gospodarką ukierunkowaną na potrzeby człowieka i społeczności, a nie na interesy korporacyjne. Bo PROUT to i spółdzielczość, i permakultura, i ekowioski, i maksymalna decentralizacja kapitału sprowadzająca się docelowo do zmniejszenia transportu, i alternatywne źródła energii, i przestawienie produkcji na lokalne potrzeby społeczeństwa. A także wszelkie inicjatywy poszerzające edukację społeczną, ekologiczną i gospodarczą.
ZW: Mimo wszystko brzmi to jak utopia…
ŁW: Nawet jeśli tak jest, to jest to „utopia realistyczna”, już dziś wcielana w życie w różnorodnych formach i pod różnymi nazwami przez miliony ludzi i społeczności na całym świecie.
Więcej o PROUT: po polsku i po angielsku.
Cokolwiek myśleć o obecnym systemie ekonomicznym, jedno jest bezdyskusyjne: system ten cechuje się brakiem demokracji, partycypacji, przejrzystości oraz odpowiedzialności. Czas najwyższy, aby upomnieć się o demokrację ekonomiczną. (więcej…)