Tekst jest zapisem wystąpienia podczas seminarium Climate Ethics and Economic Growth, które odbyło się w dniach 30-31 stycznia 2017 roku w Manchesterze. Tytuły w tekście pochodzą od redakcji.

Pojęcie „degrowth” brzmi jak zaprzeczenie wzrostu, stąd można odnieść wrażenie, że opowiadamy się za ujemnym wzrostem PKB (produkt krajowy brutto). Jednak degrowth to nie tylko propozycja zmniejszenia PKB, można bowiem wyróżnić trzy główne elementy, które przewijają się przez literaturę i nasze dyskusje. Podsumowaliśmy je w wydanej dwa lata temu książce (Degrowth. A vocabulary for a new era).

Po pierwsze, degrowth jest bezwzględną krytyką dogmatu wzrostu gospodarczego i towarzyszącej mu ideologii. Idee, które uprawomocniają wzrost gospodarczy, są też ideami, które starają się nas przekonać, że jego konsekwencje są zawsze korzystne, oraz że możliwe jest pogodzenie ciągłego wzrostu z istnieniem równościowego, zrównoważonego środowiskowo społeczeństwa.

Po drugie, degrowth jest hasłem, wokół którego skupiają się badania i poszukiwanie alternatyw. Skoro odrzucamy przyszłość podporządkowaną wzrostowi gospodarczemu, to co dalej? Jak rozwiązywać kwestie zatrudnienia, jak ma wyglądać praca, a jak polityka społeczna? I jak to zrobić w gospodarce, która nie tylko nie rośnie, a nawet może maleć?

I w końcu chyba najbardziej kontrowersyjny punkt. Twierdzimy, że zmniejszenie gospodarki nie tylko jest uzasadnione ze względu na negatywne konsekwencje dalszego wzrostu gospodarczego, ale jest też, co chciałbym stanowczo podkreślić, nieuniknione. Przyszłość wygląda ponuro i w perspektywie stu lat gospodarka w jakiś sposób pewnie i tak ulegnie zmniejszeniu. Tylko czy stanie się tak wskutek katastrof wywołanych zmianami klimatu, czy będzie to wynik przemyślanego przekształcenia? Oto jest pytanie.

Ograniczenie PKB nie jest zatem głównym postulatem degrowthu. Naszym bowiem zdaniem jest ono nieuniknione, zarówno jeśli chcemy „zazielenić” gospodarkę, jak i w razie ziszczenia się najgorszych scenariuszy. Hipoteza degrowthu zakłada, że dokonując pewnych zmian, możemy pomyślnie doprowadzić do zmniejszenia gospodarki. „Pewne zmiany” brzmią, jakby to było proste, choć oczywiście w rzeczywistości jest to bardzo trudne. Chodzi bowiem o głębokie przeobrażenie społeczeństwa, które sprawi, że ograniczenie gospodarki odbędzie się w sposób społecznie zrównoważony.

Jak naprawdę działa gospodarka

Większość ekonomistów twierdzi, że gospodarka może rosnąć nawet bez wzrostu w obrębie sektorów emitujących duże ilości dwutlenku węgla (carbon intensive). Oznaczałoby to, że wzrost tak zwanej nieważkiej części gospodarki (weightless economy), a więc gospodarki cyfrowej, usług informatycznych itp., mógłby zrekompensować spadek wzrostu w „cięższych” sektorach. W ramach ekonomii neoklasycznej i standardowego paradygmatu w ekonomii oczywiście ma to sens, ponieważ sposób, w jaki PKB łączy wszystkie dobra i usługi w jeden wskaźnik, sprawia, że mogą się one wydawać doskonale wymienne. Oczywiście teoretycznie może istnieć gospodarka, w której wzrost wywołany zwiększającą się liczbą masaży i usług językowych będzie w stanie zrekompensować spadki w produkcji przemysłowej. Jest to jak najbardziej możliwe, posługując się logiką PKB, ale coś tu chyba musi być nie tak. Przecież wiemy, że gospodarka wcale tak nie działa. Jest to złożony system, w którym nie jest możliwe, by same usługi napędzały wzrost PKB, podczas gdy przemysł i rolnictwo się kurczą.

Może was to zaskoczy, jeśli nie studiowaliście ekonomii, ale w klasycznej teorii wzrostu gospodarczego nie ma miejsca dla zasobów. Głównymi czynnikami produkcji, o których się naucza, są praca i kapitał. W nowych teoriach wzrostu dodatkowo uwzględnia się idee, innowacje i kapitał ludzki. I to by było na tyle. Dlatego właśnie wśród ekonomistów ekologicznych mówi się, że zgodnie z wywodzącym się z ekonomii głównego nurtu modelem do wypieku ciast i ciasteczek potrzeba tylko pieca i piekarza. Nie potrzeba paliwa do rozgrzania pieca ani mąki do wyrobienia ciasta. To jest właśnie standardowa funkcja produkcji w teoriach wzrostu gospodarczego.

Ekonomia ekologiczna, a więc dziedzina, z której się wywodzę, zupełnie inaczej postrzega gospodarkę. To podejście biofizyczne, zgodnie z którym proces gospodarczy polega na wydobyciu i przetworzeniu energii i zasobów oraz „zatopieniu” ich w produktach i usługach. Jest to zatem proces przetwarzania materii. Takie ujęcie zawdzięczamy Nicholasowi Georgescu-Roegenowi, na którego pracy opierają się badania wielu ekonomistów ekologicznych.

Usługi w ramach „nieważkiej” gospodarki także zawierają w sobie energię i zasoby. Bez wątpienia zawiera je w sobie komputer, zresztą ja jako wykładowca też wyrażam sobą całą energię i zasoby zużyte w procesie edukacji. Nauka, uniwersytet, przeloty, energia elektryczna używana w moim liceum itp. Wszystkie te procesy uosabiają sobą energię, dlatego z punktu widzenia ekonomii ekologicznej mówienie o usługach jako czymś „nieważkim” jest, podkreślam, bez sensu.

Czym z punktu widzenia ekonomii ekologicznej jest wzrost? Gospodarka jest przede wszystkim napędzana przez pracę – zarówno tę wykonywaną przez ludzi, jak i tę, którą za nas robią paliwa kopalne. I tak, gdy mówimy o wyrażanej w koniach mechanicznych mocy silnika, chodzi o pracę koni, którą dziś wykonuje paliwo, a z którą jeszcze wcześniej to my się mierzyliśmy. Oczywiście paliwo jest w stanie zrobić dużo więcej niż jakikolwiek człowiek, i dlatego to ono jest siłą napędzającą naszą gospodarkę. Wzrost opiera się właśnie na wykorzystywaniu wypracowanych w ten sposób nadwyżek. Produkuje się i pracuje dużo więcej, niż wraca do nas, pracowników. Ta nadwyżka przypada kapitaliście, który inwestuje w dalszy wzrost, pracę i dalsze wydobycie paliw kopalnych. O to chodzi we wzroście.

Wzrost nie jest zielony

Zdaniem ekonomistów ekologicznych wzrost jest uzależniony od ciągłego dostarczania tzw. energii netto. Chodzi o energię pomniejszoną o energię konieczną do jej wytworzenia, to właśnie ona napędza gospodarkę. Dlatego z punktu widzenia ekonomii ekologicznej nie jest zaskoczeniem, że wzrost PKB idzie w parze z emisją dwutlenku węgla. W końcu powstała w XIX wieku gospodarka kapitalistyczna była oparta na paliwach kopalnych i to one umożliwiły ten niesamowity i wyjątkowy etap w dziejach ludzkości. Oczywiście oprócz paliw kopalnych stały za tym również kapitalistyczne instytucje i rozwiązania, które wprowadziły innowację umożliwiającą przechwycanie nadwyżek i zasilanie nimi dalszego wzrostu.

O to chodzi – wykorzystywanie nadwyżek z nowych źródeł energii i zasilanie nim dalszego wzrostu. Myślę, że musimy zrozumieć ten proces, żeby uzmysłowić sobie, gdzie jesteśmy. Bo jeśli patrzeć na niego w taki sposób, jak robi to ekonomia neoklasyczna, bardzo trudno byłoby dojść do argumentów, jakie formułujemy. Z neoklasycznego punktu widzenia przecież wszystko jest możliwe, nawet zielony wzrost. Skoro można piec ciasteczka bez mąki i ciepła…

Kto ma rację? Oczywiście to otwarta kwestia. Nie twierdzę, że to my na pewno mamy rację, a neoklasyczni ekonomiści się mylą. Ale myślę, że warto spojrzeć na dane, a te zdają się potwierdzać nasze spojrzenie.

Jeśli wziąć pod uwagę emisje dwutlenku węgla wywołane przez handel międzynarodowy, widać, że gospodarka nie ulega dematerializacji. PKB idzie w parze z przepływem produktów, a tzw. ślad materialny krajów pokazuje, że im większa jest gospodarka, tym więcej materiałów zużywa. Relacja światowego PKB i emisji dwutlenku węgla wynosi jeden do jednego, i choć tzw. intensywność węglowa spada, to w tempie zaledwie 1% rocznie. Niektórzy powiedzą, że rok 2015 był pierwszym, w którym bez kryzysów i recesji udało osiągnąć się wzrost PKB bez zwiększania emisji. Możliwe, ale jeśli to w ogóle prawda, to odbywa się to bardzo, bardzo powoli.

Zestawiając PKB krajów z ich emisjami dwutlenku węgla okazuje się, że 1% wzrostu PKB powoduje zwiększenie emisji o 0,6-0,7%. Oczywiście są też inne czynniki wpływające na poziom emisji dwutlenku węgla, ale to wielkość gospodarki okazuje się statystycznie najistotniejsza. Odnawialne źródła energii budzą ogromne nadzieje, jednak przeszłość pokazuje, że wcale nie prowadzą one do dekarbonizacji gospodarki, a jedynym znanym sposobem ograniczenia emisji jest spadek PKB. OK, mogę się mylić i może w przyszłości to się zmieni i uda nam się doprowadzić do dematerializacji gospodarki i rozdzielenia wzrostu gospodarczego od emisji dwutlenku węgla (decoupling), ale w tym momencie najrozsądniej jest planować działanie na podstawie rzeczywistości, a nie naszych nadziei lub marzeń.

Ekonomiści mówią, że tak jak dzięki technologii wzrasta wydajność pracy, tak samo nowe rozwiązania pozwolą na wydajniejsze wykorzystywanie zasobów. OK, ale mówiąc o wyższej wydajności pracy wcale nie przewidują oni zmniejszenia zatrudnienia – to przecież oznaczałoby, że technologia tworzy bezrobocie. Tymczasem twierdzi się, że zatrudnienie wciąż rośnie. Dlaczego? Z powodu wzrostu. To ma sens i działa tak samo w odniesieniu do wydajności zasobów. Nadwyżki uzyskane dzięki wyższej wydajności są inwestowane w dalszy wzrost, czyli kolejne działania gospodarcze wykorzystujące zasoby. Nazywamy to paradoksem Jevonsa, od nazwiska Stanley’a Jevonsa, który jako pierwszy zauważył, że wzrost wydajności produkcji energii osiągnięty dzięki wykorzystaniu silnika parowego doprowadził do wzrostu, a nie ograniczenia zużycia węgla.

Nie uważam, żeby to był paradoks. Tak po prostu działa kapitalizm, i robi to dobrze. Nowe technologie podnoszą wydajność pracy i zasobów, i w ten sposób tworzy się wzrost. A co robi wzrost? Zużywa coraz więcej pracy i zasobów. Oto proces, który ekomoderniści, lub raczej postenvironmentaliści, próbują przedstawić nam jako nowinkę mająca uratować naszą przyszłość. Twierdzą, że w jakiś sposób dzięki nowej technologii zaczniemy zużywać mniej zasobów.

Inny argument wywodzący się z ekonomii mówi, że brudne źródła energii możemy zastąpić czystymi. Jednak w rzeczywistości mamy do czynienia z systemem, który stale dokonuje ekspansji poprzez dodawanie nowych źródeł energii. Stosowanie drewna jako paliwa wcale nie zostało ograniczone, gdy odkryto węgiel, gaz i ropę naftową. System zachowa się tak samo, gdy nadejdą odnawialne źródła, po prostu dodając je jako kolejne źródło energii. Naprawdę nie ma powodu, żeby przypuszczać, że cokolwiek zastąpi ropę, jeśli nie zadziałamy aktywnie w celu usunięcia jej z gospodarki. Ekomoderniści mówią, że „naturalnie zawsze zastępujemy”. Oczywiście zastępujemy, ale jak się okazuje zarówno zastępujące, jak i zastępowane źródła energii pozostają z nami.

Pozwólcie, że zadam ostateczny cios idei wzrostu gospodarczego, bo tak jak powiedziałem na początku, degrowth jest przede wszystkim jego bezwzględną krytyką. Wzrost wykładniczy brzmi niewinnie, a 2% rocznie nazywane jest zdrowym tempem wzrostu i uważane za umiarkowane i rozsądne. Choć czasem określa się je także jako „niski” wzrost. Ale te 2% wzrostu rocznie oznacza, że gospodarka podwoi się po 35 latach, po 70 latach będzie cztery razy większa, a po 105 latach urośnie ośmiokrotnie itd. Idea wzrostu wykładniczego polega właśnie na tym, że coś rośnie szybko i aż do nieskończoności. To jednak niemożliwe, bez względu na to, co podlega temu procesowi. Nawet jeżeli to coś jest nieważkie i tylko odrobinę materialne, po odpowiednim czasie i tak zbliży się do nieskończoności. Na tym właśnie koncentrowała się krytyka zawarta w raporcie Klubu Rzymskiego i w pracach Paula Ehrlicha na temat populacji i wzrostu gospodarczego. Hipoteza nieskończonego wzrostu jest nielogiczna, dlatego musimy zastanowić się jak ma wyglądać „lądowanie”. Oczywiście moglibyśmy schować głowy w piasek i uznać, że pomyślimy o tym za 50 lat, kiedy dalsze podążanie tą ścieżką nie będzie już możliwe, ale od pytania o sposób „lądowania” nie uciekniemy i któreś pokolenie musi okazać się wystarczająco odważne, by na nie odpowiedzieć.

Gdyby od 1960 roku roczna stopa wzrostu światowego PKB była niższa o 1%, to przy zachowaniu tej samej historycznej intensywności węglowej wyemitowalibyśmy 300 Gt (gigaton) dwutlenku węgla mniej. Z kolei wzrost wyższy o 1% oznaczałby wyemitowanie do atmosfery dodatkowych 442 Gt, co prawdopodobnie sprawiłoby, że dzisiaj zbliżalibyśmy się już do wzrostu temperatury o 2°C. To pokazuje, jak istotny wpływ na poziom emisji ma stopa wzrostu PKB. Oczywiście możemy założyć, że uda się ograniczyć intensywność węglową do zera, a przez to wzrost PKB przestanie mieć znaczenie. Ale nie tym powinniśmy się zajmować. Zajmujmy się rzeczywistością gospodarczą, a tę pokazuje nam dotychczasowy sposób funkcjonowania gospodarki.

W kierunku transformacji

Inżynierowie mówią, że dysponujemy już technologiami, których użycie mogłyby obniżyć emisje do pożądanego przez nas poziomu. Nie potrzebujemy zatem więcej innowacji i nowych technologii, mamy je, ale ich nie używamy. Dlaczego? Ponieważ nie przynosi to wystarczająco wysokich zysków i nie tworzy wystarczająco wysokiego wzrostu dla tych, którzy kontrolują gospodarkę. Wyzwaniem jest więc zmiana systemu i rozpowszechnienie tych technologii, nawet jeśli jest to nierentowne.

W ramach społeczności zajmującej się degrowthem dyskutujemy na temat kształtu systemu technologicznego, jaki mógłby funkcjonować w gospodarce bez wzrostu. Jest sporo interesujących pomysłów, wywodzących się z ruchu commons, jak otwarte oprogramowanie i otwarte zasoby wiedzy, a szerzej – zmiana systemu ochrony własności intelektualnej. Takie dyskusje są w tym momencie potrzebne i wymagają zaangażowania interdyscyplinarnej społeczności, świadomej ograniczeń, jakie nakłada na nas budżet węglowy (carbon budget). Nie powtarzajmy po raz kolejny, że aby uzyskać odpowiednią technologię, potrzebujemy wzrostu gospodarczego, zastanówmy się, jak zmienić system jej tworzenia i rozpowszechnienia.

Możecie twierdzić, prawdopodobnie słusznie, że degrowth jest pomysłem politycznie niemożliwym i że politycznie niemożliwe jest wyobrażenie sobie sugerowanej przeze mnie transformacji, prowadzącej do zmniejszenia gospodarki. Oczywiście dziś trudno wyobrazić sobie jakikolwiek projekt polityczny o charakterze przekształcającym rzeczywistość, a jeszcze trudniej taki, który zakłada łagodne zmniejszanie gospodarki. Nie zgadzam się jednak, że z tego powodu powinniśmy przestać o tym mówić, bo to doprowadzi do samospełniającej się przepowiedni. Myślę, że powinniśmy być wierni naszej diagnozie i nie powinniśmy jej dostosowywać do politycznych realiów. W polityce nie ma bowiem żelaznych praw – przecież nikt się nie spodziewał Francuskiej Rewolucji. Ale odróżnieniu od polityki, takie prawa działają we wszechświecie i mogą dotyczyć biofizycznego wymiaru gospodarki, sprawiając że, odwrotnie niż w polityce, nie wszystko jest możliwe.

Najpierw jednak powinniśmy zgodzić się co do diagnozy. Bowiem jeśli ktoś się z nią nie zgadza i jego zdaniem wzrost gospodarczy jest nieodzowny i do tego może być zielony, wtedy nic nie osiągniemy. Rozmowa na temat rozwiązań jest możliwa tylko jeśli zgodzimy się co do podstaw.

Kończąc pesymistycznie, przypomnę że jesteśmy na najlepszej drodze, żeby doprowadzić do podniesienia się temperatur o 2ºC, a może nawet o 4ºC. Niestety szybkie wprowadzenie w życie odpowiednich technologii wydaje się naprawdę trudne, szczególnie w ramach obowiązujących reguł. Poza tym nie ma raczej perspektyw na szybką zmianę społeczną, która zmieniłaby sposób używania energii. Wszystko to każe się zastanowić, jaki świat tworzymy. W razie upadku – o ile nadal pozostaniemy na powierzchni ziemi – gospodarka szybko się dostosuje, a PKB nadal będzie szło w parze z emisjami dwutlenku węgla, tyle że tym razem w dół. Pozostaje więc pytanie: jakie sposoby transformacji jesteśmy sobie w stanie wyobrazić mimo tak ponurej przyszłości?

* Zdecydowaliśmy się pozostać przy terminie angielskim „degrowth” (dosłownie: „de-wzrost”), ponieważ nie ma on na razie polskiego odpowiednika.  Przyjęło się tłumaczyć  go jako  „post-wzrost” , co jednak nie jest do końca właściwe, ponieważ angielski termin „post-growth” ma nieco odmienne znaczenie (przyp. red.).

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Rozmowa z Gail Tverberg, badaczką energii i gospodarki. Jako aktuariuszka zajmowała się do roku 2007 modelowaniem finansowym branży ubezpieczeniowej. Ze względu na swoje doświadczenie zagadnienia energetyczne rozpatruje z innej perspektywy niż większość analityków. Pisze regularnie na swojej witrynie OurFiniteWorld.com. Publikuje również artykuły naukowe i jest częstym prelegentem na konferencjach międzynarodowych.
Redakcja: Najnowsze dane wskazują, że cywilizacja przemysłowa wykroczyła poza środowiskową pojemność planety o ponad 60%. Jakie są ekonomiczne symptomy tych realiów?

Gail Tverberg: Gospodarcze objawy przekroczenia nośności środowiska naturalnego odbiegają od naszych oczekiwań. Z jednej strony młodym ludziom jest coraz trudniej zdobyć odpowiednie dochody i założyć własną rodzinę. Z drugiej – bogactwo w coraz większym stopniu koncentruje się w rękach stosunkowo wąskiej grupy osób. Powiązaną kwestią jest to, że bardzo wysokie poziomy zadłużenia zmuszają do utrzymania niskich stóp procentowych, aby nie pojawił się problem ogromnej liczby upadłości przedsiębiorstw i państw.

Obserwujemy deflację surowców naturalnych. Dlaczego?

Koszty produkcji ropy i innych zasobów naturalnych rosną. Równocześnie ma miejsce stagnacja płac pracowników spoza kręgu elit. Ekonomiczna „pompa”, którą powinien napędzać wzrost zadłużenia i uposażeń, spowalnia, co wyhamowuje wzrost światowej gospodarki. Anemiczny wzrost zmniejsza z kolei popyt na surowce wykorzystywane do budowy domów i fabryk, produkcji samochodów i innych towarów. Spowolnienie gospodarki przynosi niskie ceny surowców.

Zaciąganie długów nie przynosi już spodziewanych efektów?

Nie moglibyśmy obsługiwać naszej aktualnej gospodarki bez długu. To on stymuluje gospodarczy wzrost. Dzięki niemu wydobywamy z ziemi paliwa kopalne czy tworzymy urządzenia takie jak turbiny wiatrowe i panele słoneczne. Co najistotniejsze, zadłużenie pomaga podnieść ceny wszelkiego rodzaju materiałów i towarów (w tym ropy naftowej i prądu), gdyż pozwala, by większą liczbę klientów stać było na wykonane z ich użyciem produkty. Prawdziwą bolączką konsumentów są niewystarczające zarobki; dodawanie zadłużenia (przy niskich stopach procentowych) może w pewnym stopniu ukryć kwestię niskiej płacy. Jednakże z biegiem czasu niedopasowanie staje się coraz większe. Ostatecznie piętrzenie długów nie może tak po prostu go zatuszować. Niskie ceny ropy, jakie obserwujemy od połowy 2014 roku, są znakiem, że świat nie dodaje dość pensji, aby nadążyć za rosnącymi kosztami produkcji energii.

Jednocześnie borykamy się z nadmiarem zadłużenia.

Trudno jest z nim się uporać, ponieważ zmniejszenie długu zmniejsza popyt i powoduje dalszą redukcję cen surowców. Niskie ceny prowadzą do obniżenia poziomu produkcji towarów i eksploatacji surowców. Na przykład produkcja żywności uzależniona od wkładu paliw kopalnych odnotuje z czasem ogromny spadek, podobnie jak produkcja ropy, gazu i węgla.

Czy oznacza to, że idea nieskończonego wzrostu gospodarczego – fundament naszego konsumpcyjnego modelu życia – jest urojeniem?

Istotnie trudno sobie wyobrazić dalsze trwanie nieskończonego wzrostu. Jest niemal pewne, że wpadniemy w finansowe kłopoty, najprawdopodobniej powiązane z zadłużeniem lub derywatami. Problemy, których byliśmy świadkami w 2008 roku, są prawdopodobnie preludium tego, co nadchodzi. Żyjemy na świecie, który ma naturalne granice. Nie jest rozsądne spodziewać się, iż nieskończony wzrost naprawdę się urzeczywistni. Wiemy z historii, że wiele cywilizacji przez jakiś czas przeżywało wzrost, po którym nastąpił ich nagły upadek. Najwyraźniej następował on wówczas, gdy zwrot z ludzkiej pracy był zbyt niski. Jego odpowiednikiem są teraz niskie płace pracowników spoza kręgu elit. Ilość surowców przypadająca na osobę ulega zbyt dużej redukcji. Zwiększanie zadłużenia mogło tymczasowo ukryć tę sytuację. Redukcja średniej płacy, zwłaszcza wśród ludzi młodych, jest jedną z oznak, że nasza gospodarka zmierza w stronę upadku śladem wcześniejszych gospodarek.

Wielu analityków i działaczy środowiskowych jest zdania, że odnawialne źródła energii będą zasilać gospodarkę przemysłową w nieskończoność i pozwolą nam utrzymać obecny poziom konsumpcji. Czy ich nadzieje są uzasadnione?

Wykorzystując wyłącznie odnawialne źródła energii, niewiele zdołamy zdziałać. Jeśli chcemy wyprodukować „nowoczesne” źródła odnawialne lub dostateczną ilość metalowych narzędzi i drutów, musimy sięgnąć po paliwa kopalne. Jedną część problemu stanowi wydobycie rud w odpowiedniej ilości, zaś drugą ich stopienie i nadanie uzyskanemu metalowi odpowiednią formę. Oba te procesy są niezwykle intensywne pod względem energetycznym. W pewnym zakresie możliwe jest uzyskanie wysokich temperatur koniecznych do wytopienia rud. Teoretycznie część uzyskanej energii może zostać wykorzystania do celów wydobywczych. Haczyk polega na tym, że oddając się tym praktykom, szybko wytniemy wszystkie lasy. Gdy Brytania zapoczątkowała eksploatację węgla w XVI i XVII wieku, głównym powodem było położenie kresu problemom związanym z wylesianiem. Nasza populacja jest obecnie znacznie liczniejsza. Zanim zaspokoilibyśmy zapotrzebowanie na metalowe narzędzia i części, zabrakłoby nam lasów na operacje hutnicze. Ponadto potrzebowalibyśmy ogromnej ilości energii na gotowanie, ogrzewanie domów i firm. Najprostszym i najtańszym sposobem na dostarczenie ciepła byłoby wycięcie drzew, które wywarłoby dodatkową presję na lasy.

Elektrownie wodne postrzegamy jako źródło energii odnawialnej, ale są one budowane przy pomocy paliw kopalnych. Beton wytwarza się dzięki intensywnemu ciepłu. Jego pozyskanie bez kopalin ponownie byłoby poważnym problemem. Maszyny zasilane ropą usuwają ziemię z miejsca przyszłej lokalizacji zapory. Gdy później sąsiadujący z hydroelektrownią obszar „zamula się”, warunkiem jej funkcjonowania jest usunięcie szlamu sprzętem napędzanym ropą. Brak paliw kopalnych oznaczałby utratę istniejących zapór, ponieważ nie bylibyśmy zdolni produkować części zamiennych oraz likwidować zamulenia.

Wykonanie nowoczesnych turbin wiatrowych i paneli słonecznych byłoby niemożliwością bez energii ze złóż węglowodorowych, częściowo z uwagi na obfitość ciepła niezbędną do wyprodukowania metali, betonu i materiałów wchodzących w skład tych urządzeń. Elektryczność można w teorii wykorzystać do uzyskania wysokiej temperatury, o ile źródła odnawialne byłyby w stanie same z siebie wytworzyć wystarczającą ilość energii elektrycznej pożądanego typu. Gdybyśmy spróbowali wygenerować potrzebną energię poprzez spalanie drewna i biomasy, zasoby leśne szybko uległyby wyczerpaniu. Co więcej, transport turbin i paneli do miejsca przeznaczenia zapewniają pojazdy na naftę.

Nie trzeba dodawać, że to paliwa kopalne utrzymują działanie sieci elektrycznej. Chociażby pozyskanie i zainstalowanie części zamiennych byłoby bez nich skomplikowane.

Czyli dodawanie źródeł odnawialnych do sieci elektrycznej nie ma sensu.

Jest to próba utrzymania dłużej stanu obecnego. Ale skoro tenże upada, cały plan jest daremny. Skończy się na wydobyciu większej ilości węgla i ropy, ażeby dodać turbiny wiatrowe lub panele słoneczne do tego, co wkrótce stanie się bezużytecznym systemem elektrycznym. Otrzymamy przede wszystkim krótkoterminowe niedogodności, bez spodziewanych korzyści długoterminowych.

Wśród coraz liczniejszej rzeszy decydentów istnieje przeświadczenie, że kolejna rewolucja przemysłowa jest tuż za rogiem. Robotyzacja ma przynieść niewyobrażalny dobrobyt dla wszystkich. Zastąpieni przez maszyny robotnicy będą otrzymywać od rządów darmowe pieniądze, by konsumować owoce automatyzacji i cieszyć się wypoczynkiem, rozwojem osobistym i głębokimi relacjami.

Próżno by szukać potwierdzenia tych założeń w dotychczasowej praktyce. Zamiast tego dzieje się tak, że korporacje unikają płacenia podatków ze względu na międzynarodowy zasięg, a swoją podatkową ojczyzną czynią państwa o niskim poziomie opodatkowania. Właściciele robotów bez wątpienia skorzystaliby z podobnego podejścia. Zatem jest co najmniej wątpliwe, by tego typu działalność przyniosła znaczące dochody z podatków. Przemysł paliw kopalnych zawsze płacił wysokie podatki. Sektor energii wiatrowej i słonecznej wymaga aktualnie dużych dopłat, które pochodzą pośrednio z bogactwa generowanego przez paliwa kopalne. Odejście od kopalin zredukuje wpływy podatkowe, co utrudni rządom realizację programów dla bezrobotnych. Pomysł, że ludzie będą mogli pozostać w domach, otrzymywać świadczenia i czerpać korzyści z automatyzacji jest jedynie pobożnym życzeniem.

Czy dezintegracja naszego systemu przemysłowego nastąpi szybciej niż upadki minionych cywilizacji?

Tak. Dawne cywilizacje nie były zależne od paliw kopalnych, energii elektrycznej i międzynarodowego handlu. Wszystkie te składowe są teraz bardzo istotne. Zaburzenie którejkolwiek z nich może zablokować całość. Na przykład bez systemu finansowego zasadniczo nie działa nic: wydobycie ropy naftowej, przesyłanie prądu, system emerytalny, zdolność giełdy do utrzymania swojej wartości. Przypomina to utratę systemu operacyjnego komputera lub wyłączenie lodówki z kontaktu. W przypadku zaprzestania podaży energii elektrycznej żaden z banków nie będzie mógł zrealizować wypłat pracowniczych. Co więcej, instytucje finansowe utraciłyby również informacje dotyczące bilansów obywateli i firm. Innym przykładem jest system dostaw handlu międzynarodowego bazujący na logistyce „dokładnie na czas” (ang. 'just-in-time’, JIT). Jego zakłócenie zatrzymałoby produkcję dóbr konsumenckich. Natomiast zmiany w zaopatrzeniu w paliwa kopalne mogą nadejść z niespodziewanej strony. Zmniejszenie wydobycia ropy może wyglądać na podyktowane sytuacją rynkową – nadprodukcją lub niskimi cenami. Ludzie reagują na nie entuzjastycznie, ale nie zdają sobie sprawy, że jego „cofnięcie” stanie się później niemożliwe ze względu na niedostateczne inwestycje długoterminowe.

Przewiduje pani, że rozkład światowej gospodarki przyspieszy w tym roku. Które symptomy wskazują na taki rozwój wydarzeń?

Chociażby gwałtowne zmiany w polityce, jakie obserwujemy. Wyborcy z coraz mniejszą aprobatą odnoszą się do kwestii przyjmowania imigrantów. Wzbiera w nich niepokój związany z różnicami w wynagrodzeniach. W minionym sezonie widzieliśmy zwycięstwa zarówno Donalda Trumpa, jak i zwolenników Brexitu. Globalizacja coraz mniej przypomina korzyść, a coraz bardziej brzemię. Źle rokuje znacząca redukcja chińskiej konsumpcji węgla w latach 2015-2016. Ilość zużywanej na świecie energii, przypadająca na osobę, jest ważnym czynnikiem determinującym gospodarczy wzrost. Jeśli jest niska lub spada, gospodarka światowa najpewniej się skurczy. Kolejnym negatywnym sygnałem są aktualnie niskie ceny paliw kopalnych i uranu. Mimo odnotowanego w ostatnim czasie nieznacznego ich wzrostu, nadal są zbyt niskie dla wielu producentów, którzy mierzą się ze stale rosnącymi kosztami wydobycia. Wielu pracowników (oraz potencjalnych pracowników) nie stać na dobra kapitałowe wytworzone przy udziale paliw kopalnych i uranu. Dzieci dłużej mieszkają z rodzicami, bo nie mają własnego mieszkania lub domu. Istnieje także duże prawdopodobieństwo, iż nastąpi spadek dostaw paliw kopalnych, ponieważ niskie ceny pozbawiają producentów środków na wymagane inwestycje eksploracyjne. Zmartwieniem są również wysokie poziomy zadłużenia – i komplikacje z nimi związane – w Europie, Chinach i Japonii.

Politycy, analitycy finansowi, klasyczni ekonomiści i inni eksperci wydają się być całkowicie nieświadomi tych dramatycznych trendów, ignorują kluczowe badania. Co jest przyczyną tej zbiorowej ślepoty?

Ogólny poziom wiedzy na temat samego funkcjonowania gospodarki oraz zależności między energią i gospodarką jest fatalnie niski. Większość analityków sądzi, że światowa gospodarka operuje dzięki zdyskontowanym przepływom pieniądza. A jej paliwem jest przecież energia. Nasza gospodarka to samo-organizujący się system sieciowy, który nieustannie rozprasza energię. Ekonomia zwykła negować bezpośredni związek między energią a gospodarką. Od 1800 roku populacja świata wzrosła od miliarda do ponad 7 miliardów, między innymi dlatego, że paliwa kopalne pozwoliły zwiększyć produkcję żywności i leków. Co gorsza, modelowanie ekonomii opiera się na analizie sposobu działania gospodarki z czasów, kiedy byliśmy daleko od granic środowiskowej pojemności planety. Wskazówki z tego modelowania w ogóle nie podlegają generalizacji, ponieważ zderzamy się z tymi granicami. Odwołując się do minionych warunków, ekonomiści oczekują, iż ceny wzrosną wraz z pojawieniem się niedoborów. Są w błędzie, ponieważ podstawową kwestią jest wspomniany brak odpowiednich wynagrodzeń pracowników spoza kręgu elit. Zwyczajnie nie stać ich na konsumpcję kosztownych towarów wytwarzanych przy użyciu surowców naturalnych. Niedostatecznie wysokie płace zamieniają się z kolei w „sprzężenie zwrotne” systemu w postaci niskich cen surowców. Sytuacja ta stanowi całkowite przeciwieństwo prognoz standardowych modeli ekonomicznych.

Na domiar złego badacze podążają śladami swoich poprzedników. Nie zaczynają od zgłębienia całego problemu. Istnieje mnóstwo badań, które sprawiały wrażenie trafnych, gdy je pisano, ale rozpatrywane w szerszej perspektywie okazują się całkowicie błędne. Publikacje naukowe bazujące na dotychczasowych ustaleniach po prostu powielają przeszłe błędy. Trudno to naprawić, gdyż dziedzina energii i gospodarki obejmuje liczne obszary dociekań badawczych. Zrozumienie pełnego obrazu nie jest rzeczą prostą.

W kwestii energetyki i gospodarki bardzo kuszące jest mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć. Jeżeli analityk nie rozumie, w jaki sposób działa system energii i gospodarki, a staje przed koniecznością zgadywania, z najbardziej przychylnym przyjęciem spotkają się następujące sformułowane przezeń domysły: „Wszystko jest w porządku. Uratuje nas innowacja”. Albo: „Uratuje nas substytut”. Prowadzi to do tendencyjnych badań ukierunkowanych na „Wszystko jest w porządku”. Dostępność dotacji finansowych na zagadnienia, które budzą nadzieję, wzmacnia ten efekt.

Jakie będą natychmiastowe konsekwencje rozpadu naszego systemu globalnego? Czego mogą spodziewać się zwykli ludzie?

Nigdy wcześniej nie zetknęliśmy się z tą sytuacją, dlatego tak naprawdę nie wiemy, czego oczekiwać. Konfrontujemy się z upadkiem globalnym, podczas gdy upadki wcześniejsze miały wymiar lokalny. Jedną z możliwości jest stopniowa likwidacja organizacji międzyrządowych, takich jak Unia Europejska. Kraje zmuszone będą w coraz większym stopniu radzić sobie same. Pozyskiwanie surowców, a nawet importowanej żywności, może stanowić coraz większe wyzwanie. Innym prawdopodobnym rezultatem jest krach finansowy i zamknięcie banków. Mógłby wówczas nastąpić rządowy paraliż i rozwiązanie władz centralnych, do jakiego doszło w Związku Radzieckim w 1991 roku. Pozostałyby jedynie samorządy. Możliwe zatrzymanie produkcji prądu byłoby równoznaczne z utratą dostępu do usług bankowych. Firmy nie realizowałyby pracowniczych wypłat. Funkcjonowanie wodociągów i kanalizacji zostałoby upośledzone na wiele sposobów. Być może niektóre społeczności korzystałyby nadal z instalacji grawitacyjnych, ale pompowanie i uzdatnianie wody pitnej byłoby problematyczne. Oczyszczanie ścieków zależy głównie od sieciowej elektryczności i dyspozycji pracowników, których wynagrodzenia przelewane są na bankowe konta. Ludzka populacja odnotowałaby spadek, przypuszczalnie o wiele procent.

Powiązane badania/raporty:

W swojej pięcioletniej prognozie rynku naftowego z 6 marca 2017 Międzynarodowa Agencja Energetyczna (International Energy Agency) poinformowała, że okrojenie inwestycji wywołane niskimi cenami ropy może w znacznym stopniu spowolnić podaż surowca i doprowadzić do jego niedoborów. Jeżeli trend rekordowej zapaści finansowania nie zostanie odwrócony, wzrost światowego zaopatrzenia zatrzyma się przed rokiem 2020. Globalne inwestycje w poszukiwania i produkcję „czarnego złota” uległy redukcji o 25% w 2015 i kolejne 26% w 2016. Odkrycia nowych złóż ropy są na najniższym poziomie od lat 40. XX wieku. Ich tempo i charakter odnotowały na przestrzeni ostatnich dekad drastyczny spadek. Tymczasem raport banku HSBC z 2016 ustalił, iż 81% całkowitej światowej produkcji paliw ciekłych znajduje się już w fazie schyłkowej i wydobycie niekonwencjonalnej ropy łupkowej – które w głównej mierze odpowiada za obecną nadpodaż – po prostu nie zdoła w przyszłości wypełnić nieuchronnej luki w zaopatrzeniu.

https://www.iea.org, www.hsbc.com

Nawet częściowe załamanie globalnej gospodarki wywrze natychmiastowy wpływ na klimat. Aerozole przemysłowe blokują faktyczną wartość antropogenicznego ocieplenia Ziemi. Analiza opublikowana 20 maja 2013 przez Journal of Geophysical Research: Atmospheres dowiodła, że wystarczy zaledwie 35-procentowa redukcja globalnych emisji aerozoli – wywołana upadkiem gospodarczym jednego z motorów globalizacji (USA, Europy lub Chin) – aby średnia temperatura planety podniosła się o dodatkowy 1°C. Próg ocieplenia o wartości 2°C zostałby przekroczony. W grudniu 2013 czasopismo PLoS ONE udostępniło wyniki kompleksowej analizy, obejmującej szeroką gamę dyscyplin, której autorzy z zespołu Jamesa Hansena, byłego głównego klimatologa NASA, stwierdzili, iż wzrost średniej temperatury planety o 2°C w stosunku do epoki preindustrialnej to „przepis na katastrofę”.

http://agupubs.onlinelibrary.wiley.com/hub/jgr/journal/10.1002/(ISSN)2169-8996/

http://journals.plos.org/plosone/

W swoim raporcie opublikowanym w Energy Journal badacze z Uniwersytetu A&M w Teksasie poinformowali, że szybkie tempo wdrażania alternatywnych źródeł energii nie spowolni zmiany klimatu i nie ograniczy wzrostu średniej temperatury Ziemi do 2°C. Naukowcy Centrum Międzynarodowych Badań nad Klimatem i Środowiskiem w Oslo (Center for International Climate and Environmental Research) podkreślili 30 stycznia 2017 w Nature Climate Change identyczny rezultat własnego dochodzenia: ekspansja energii odnawialnej nie zapobiegnie katastrofalnej zmianie klimatu. Nawet jeśli wydajność energii słonecznej i wiatrowej będzie rosła w zawrotnym tempie, nie uda się zatrzymać wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie poniżej 2°C.

https://www.iaee.org/en/publications/scope.aspx

Badanie Camilo Mory i Petera F. Sale’a, ekologów morskich, zamieszczone 28 lipca 2011 w piśmie Marine Ecology Progress Series, wykazało, że gdyby dzisiejszy model konsumpcji w świecie uprzemysłowionym miał zostać zachowany do roku 2050, skumulowane wykorzystanie zasobów naturalnych odpowiadałoby wówczas produktywności 27 planet Ziemia.

http://www.int-res.com/journals/meps/meps-home/

Analiza przedstawiona 14 grudnia 2016 w Technological Forecasting and Social Change stwierdziła, iż postęp technologiczny nie zdoła zmniejszyć zużycia materiałów i zapewnić zrównoważonego rozwoju świata. Naukowcy Instytutu Technologicznego w Massachusetts (Massachusetts Institute of Technology – MIT) ustalili, że nawet najbardziej wydajny i nierozbudowany proces wytwarzania danego produktu ostatecznie pomnoży całkowite nakłady materiałowe. Badacze odkryli te same tendencje w przypadku 56 tworzyw, towarów i usług – od podstawowych surowców, takich jak aluminium i formaldehyd, po akcesoria komputerowe i technologie energetyczne, takie jak dyski twarde, tranzystory, turbiny wiatrowe i panele słoneczne. Nie ma żadnych dowodów na obniżenie zużycia i eksploatacji materiałów, pomimo technologicznych udoskonaleń w ich produkcji i efektywności. Według stanowiska techno-optymistów zmiany technologiczne naprawią środowisko naturalne. Nasze ustalenia mówią, że raczej nie, powiedział Christopher Magee, współautor pracy, profesor systemów inżynieryjnych Instytutu Danych, Systemów i Społeczeństwa w MIT.

https://www.journals.elsevier.com/technological-forecasting-and-social-change/

Raport Międzynarodowego Zespołu ds. Zasobów Naturalnych (International Resource Panel IRP), będącego częścią Programu Środowiskowego ONZ, ujawnił 19 maja 2016, że ilość surowców wydobywanych przez cywilizację przemysłową wzrosła z 22 miliardów ton w 1970 do 70 miliardów ton w 2010. Dane dotyczą zasobów, czyli materiałów podstawowych, i obejmują biomasę, paliwa kopalne, rudy metali i minerałów niemetalowych. Autorzy ostrzegli, że wzrost zużycia ostatecznie doprowadzi do wyczerpania kluczowych materiałów, wywoła konflikty zbrojne i pogorszy zmianę klimatu – głównie z powodu potężnego wkładu energetycznego, który warunkuje ich wydobycie, wykorzystanie, transport i usunięcie. Konkluzja sformułowana przez 1203 naukowców, setki instytucji naukowych oraz ponad 160 rządów: Niszczenie i eksploatacja światowych zasobów naturalnych przez człowieka postępuje tak szybko, że wyprzedza zdolność planety do absorbowania szkód. Tempo degradacji rośnie na całym świecie.

http://web.unep.org/resourcepanel/

Badanie upublicznione 4 marca 2016 w czasopiśmie Environmental Research Letters wykazało, że wysiłki łagodzące skutki zmiany klimatu podejmowane przez system energetyczny doprowadzą do zwiększenia presji na zasoby wodne. Sektor energetyczny już teraz odpowiada za 15% światowego zużycia wody. Według autorów analizy globalne wykorzystanie wody w procesie generowania energii może zwiększyć się w tym stuleciu o ponad 600% w stosunku do roku bazowego (2000).

Zachowawcza prognoza ONZ z 21 marca 2016 alarmuje, iż przed rokiem 2025 około 1,8 miliarda ludzi stanie w obliczu braku wody, natomiast dwie trzecie populacji świata będzie żyć w warunkach regularnych jej niedoborów.

http://iopscience.iop.org/journal/1748-9326

Jak donoszą naukowcy Uniwersytetu Georgii (University of Georgia – UGA) w czasopiśmie Proceedings of the National Academy of Sciences z 8 czerwca 2015, dalsza przemysłowa destrukcja planety zniszczy cywilizację globalną. O Ziemi można myśleć jako baterii, która była bardzo wolno ładowana przez miliardy lat, powiedział John Schramski, główny autor i profesor Wydziału Inżynierii UGA. Energia słoneczna jest magazynowana w roślinach i paliwach kopalnych, lecz tempo jej wyczerpywania przez ludzi znacznie przewyższa tempo jej naturalnego uzupełniania. Badacze oszacowali, że 2000 lat temu planeta zawierała około 1 000 miliardów ton węgla w żywej biomasie. Od tamtej pory zredukowaliśmy tę ilość o blisko połowę. Nawet jeśli nasz gatunek nie wymrze całkowicie za sprawą spadku biomasy poniżej zrównoważonych progów, nastąpi drastyczne zmniejszenie populacji i zostaniemy zmuszeni powrócić do egzystencji łowców-zbieraczy lub prostych ogrodników. Ziemia znajduje się w stanie poważnej nierównowagi energetycznej ze względu na ludzkie zużycie energii. Ta nierównowaga określa nasz najbardziej ewidentny konflikt z przyrodą. Rzeczywiście mamy do czynienia z konfliktem w tym sensie, że obecny brak równowagi energetycznej – kryzys bezprecedensowy w historii planety – jest bezpośrednią konsekwencją technologicznej innowacyjności. Po raz pierwszy w dziejach ludzkość stoi w obliczu globalnego limitu energii chemicznej. Żyjąca biomasa stanowi energetyczny kapitał, który napędza biosferę i utrzymuje człowieczą populację i gospodarkę. Po prostu nie istnieje zapasowy zbiornik biomasy Ziemi. Prawa termodynamiki nie mają litości. Równowaga jest czymś nieprzyjaznym, sterylnym i ostatecznym, napisali autorzy.

http://www.pnas.org/content/112/31/9511.abstract

Wywiad ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr. 028/lipiec 2017, do ściągnięcia w formacie pdf: http://zielonewiadomosci.pl/wp-content/uploads/028.pdf

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

W 1992 roku, kiedy w Rio de Janeiro odbywał się pierwszy Szczyt Ziemi, miałem 5 lat i prawo do beztroskiej teraźniejszości. Pięć lat wcześniej ukazał się słynny Raport Brundtland, a w globalnej debacie publicznej pojawił się termin zrównoważony rozwój. Wyobrażam sobie, że delegaci, którzy zjechali do Rio ze 172 krajów, podobnie jak cała światowa opinia publiczna, byli pełni nadziei. Po raz pierwszy tak oczywiste stało się, że nie możemy dłużej wyzyskiwać środowiska, że potrzebna jest nam holistyczna alternatywa. Zapewne już wtedy wizje przyszłości były bardzo różne, ale spoiwem była wiara w zmianę na lepsze, wiara w możliwość wykonania wspólnie wielkiego kroku naprzód. Wiele lat później usłyszałem od jednego z działaczy polskiego ruchu ekologicznego, że w tamtym czasie w jego grupie pojawił się szalony pomysł. To Polska – kraj na progu wielkiej transformacji – miała stać się laboratorium zrównoważonego rozwoju, miejscem, do którego ściągną aktywiści z całego świata, żeby w praktyce realizować alternatywę. Cóż, wizje przyszłości mogły być szalone, ale wiara w zmianę była realna.

Gdzie dotarliśmy w ponad dwie dekady później? Też szykujemy się do wielkiego spotkania, tym razem do konferencji klimatycznej w Paryżu. Znów w jednej sali pojawią się delegaci ze wszystkich zakątków globu, zjadą się aktywiści, a światowa opinia publiczna będzie przyglądać się obradom. Ale czy jesteśmy pełni nadziei na to, że stajemy u progu lepszej rzeczywistości? Czy wierzymy, że pojawi się tam porywająca wizja przyszłości? Spotykamy się przecież w cieniu coraz bardziej realnego globalnego zagrożenia. Zmiany klimatyczne już powodują wymieranie gatunków, zanikanie całych ekosystemów, przyczyniają się do wojen i wielkich fal migracyjnych, zaostrzają rywalizację o coraz bardziej ograniczone zasoby. Spotykamy się mając w pamięci kilkanaście poprzednich konferencji klimatycznych – poirytowani ich niemocą, porażeni krótkowzrocznością lub hipokryzją oficjeli. Także tych z Polski, od lat beznadziejnie zaangażowanych w obronę paliw kopalnych i powtarzających mantrę o braku jakiejkolwiek alternatywy.

Spotykamy się w świecie coraz dalszym od wzniosłych haseł zrównoważonego rozwoju, mimo zawrotnej kariery samego terminu. Motorem zmian jest bowiem wciąż wiara w zbawienną rolę wzrostu gospodarczego. Nawet jeśli, jak Unia Europejska w swojej strategii, nazywamy go wzrostem zrównoważonym. Jako reprezentanci i reprezentantki Globalnej Północy nie umiemy powiedzieć: mamy już wystarczająco dużo. Tym bardziej nie usłyszymy tego od elit politycznych, zbyt zajętych wpychaniem nas w wir bezustannej konsumpcji.

Foto: Colectivo Desazkundea/Flickr.com/Creative Commons

Foto: Colectivo Desazkundea/Flickr.com/Creative Commons

Na tę niemoc reaguje postwzrost (ang. degrowth, fr. décroissance), głośno kwestionując potrzebę dalszego wzrostu i piętnując nasze całkowite od niego uzależnienie. Pierwszą funkcją postwzrostu jest zatem podważenie założenia tak wszechobecnego i oczywistego, że aż często niewidocznego. Stąd pomysł na nazwę/slogan – mający trafić w podstawowy dogmat obecnego systemu, sprowokować do myślenia. Tak, by w opowiadanej nam przez rzeczników status quo wizji rzeczywistości powstała wyrwa, czyli przestrzeń do wypełnienia nową treścią.

Interdyscyplinarna opowieść o bolączkach świata uzależnionego od wzrostu to drugi element postwzrostu. Trudno byłoby ją tu zmieścić, więc postaram się wymienić kilka najważniejszych według mnie tez, w podziale na cztery grupy. Po pierwsze, nie zawsze tak było. Świat oparty na wzroście to tylko krótki epizod w historii cywilizacji, jedna z nowinek XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej. Co więcej, przypisywane nam cechy homo oeconomicusa są raczej produktem (a w pewnym stopniu fantazją) ery wzrostu, niż jej przyczyną. Po drugie, to nie jest dobra recepta. Wraz z przykazem zwiększania PKB kolejne sfery życia podlegają utowarowieniu, co dewastuje przyrodę i relacje międzyludzkie. Tylko na wczesnym etapie rozwoju PKB koreluje się z poprawą warunków bytowych, choć i tak nic nie mówi nam o sprawiedliwej dystrybucji i szczęściu mieszkańców. Po trzecie, tak dalej być nie może. Nieskończony wzrost gospodarczy na planecie o ograniczonej ilości zasobów jest fizycznie niemożliwy. Opowieści o krajach odnoszących sukcesy w rozdzieleniu wzrostu od zużycia zasobów przemilczają fakt wyprowadzki sektora produkcji do Azji. Także większa efektywność wykorzystania zasobów nie pomaga, skoro zaoszczędzone dzięki usprawnieniom środki przeznaczane są zwykle na zwiększenie konsumpcji. Po czwarte, inny świat jest możliwy. Jego zalążki już tu są, w ruchach oddolnych na całym świecie. Do połączenia rozsianych inicjatyw-alternatyw potrzebna jest jednak wspólna opowieść o problemie i debata o wizji przyszłości.

W ten sposób teoretyczna część postwzrostu tworzy ramy koncepcyjne, czyli ideowy parasol, pod którym mogą spotkać się i połączyć siły grupy praktykujące alternatywę na różnych polach. Ruch społeczny to trzeci i kluczowy element postwzrostu. Od kooperatyw spożywczych, przez banki czasu, po permakulturowe gospodarstwa i wiele, wiele innych. To sojusz marginesów na czas schyłku centrum. Wraz z narastaniem kryzysów trawiących obecny system potrzeba znalezienia alternatywnych rozwiązań będzie się nasilać. Rolą postwzrostu jest wypracowanie takich rozwiązań zawczasu – odpowiadających na prawdziwe źródła kryzysu, opartych na zasadach sprawiedliwości społecznej i demokracji, bazujących na istniejących ruchach oddolnych i lokalnych – oraz sprawienie, by świat o nich usłyszał. Byśmy nie musieli przez kolejne dwadzieścia lat spoglądać z gasnącą nadzieją na to, jak kolejne wzniosłe hasła utykają w meandrach wielkiej gry interesów. Postwzrost przywraca wiarę w nasze własne sprawstwo. Zamiast skłaniać nas, byśmy oddali przyszłość w ręce osób nie potrafiących wyjść poza beztroskę teraźniejszości.

Jakub Rok

Jakub Rok – członek Kooperatywy Spożywczej „Dobrze”, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim, lubi las.

przeczytaj także: Więcej niż sklep – wywiad z Nią Józefiną Bąk i Jakubem Rokiem z Kooperatywy „Dobrze”

 

Na debatę dotyczącą wzrostu i spadku gospodarczego należy spojrzeć jako na najnowszą wersję starych podziałów w obrębie ruchu Zielonych, takich jak dylemat „ekocentryzm czy antropocentryzm”. Stworzenie mapy różnic w obrębie dyskursów ekologicznych pomaga w lepszej organizacji współczesnej dyskusji na temat wagi, jaką technologia, ekowydajność i zarządzanie potrzebami człowieka mają dla osiągnięcia zrównoważonego rozwoju. (więcej…)

Powrót debaty o zasadności wzrostu gospodarczego nie powinien spychać Zielonych w objęcia fundamentalizmu. Zamiast „wracać do korzeni”, należy wypunktować kwestie, na które dotąd brakuje nam odpowiedzi, unikając zarazem pułapki fałszywych dylematów. (więcej…)