W świecie malejącej stabilności i rosnących nierówności postawienie na odzyskiwanie przez lewicę pojęcia wolności brzmi na straceńczą misję. Z drugiej strony – cóż jest do stracenia?
Rzut oka na ideową linię frontu nie napawa optymizmem. Przed wiosennymi wyborami do Parlamentu Europejskiego wzrost znaczenia populistycznej prawicy nie ulega wątpliwości. Kolejne państwa zaczynają być podatne na jej przekaz niechęci do elit, lęku przed obcymi oraz odrzucenia wizji ponadnarodowych wspólnot politycznych.
Nowy porządek polityczny
Do listy krajów, w których zaczęła odnosić swoje sukcesy – na razie na poziomie regionalnym – dołączyła niedawno Hiszpania. W wyniku wzrostu jej znaczenia przeciągają się próby utworzenia rządu w Szwecji. Gdy jej reprezentanci wychodzą z ław belgijskich gabinetów rządowych trzęsie to całą tamtejszą sceną polityczną.
Jednocześnie – wbrew prognozom sprzed 10 lat – globalny kryzys ekonomiczny nie przyniósł światu zdecydowanego odejścia od neoliberalizmu. Choć nie da się ukryć, że pojawiło się więcej przestrzeni do głoszenia alternatywnych przekonań, a także nieco więcej przyzwolenia na obieranie bardziej pragmatycznego kursu przez rządy, to jednak skala wdrażanej w różnych zakątkach globu polityki cięć i zaciskania pasa i jej skutki (od Brexit po wysokie bezrobocie w Grecji) nie dają nam zapomnieć o sobie po dziś dzień.
W tak zarysowanym kontekście mówienie o wolności – szczególnie w lewicowym czy progresywnym wydaniu – nie jest sprawą prostą. Jedna z ważnych stron ideowego sporu preferuje wyidealizowaną wspólnotę, dla której wolność stanowić może zagrożenie. Nie po to odbudowuje się poczucie narodowej dumy, jedności i wartości, by ktoś miał je bezkarnie kwestionować.
Między populizmem a liberalizmem
Powody do wpisania kogoś na ten nieprawomyślny rejestr mogą się zresztą – o czym warto pamiętać – zmieniać. W monokulturowej Polsce podejrzana może być właściwie każda odmienność, podczas gdy np. Marie Le Pen sprawnie udaje się przekonać niemało francuskich gejów, że stoi po ich stronie w kontrze nawet nie tylko do radykalnych islamistów, co do muzułmanów w ogóle.
Po drugiej stronie mamy obóz liberalny, który przez długie lata zrównywał wolność z wolnością gospodarczą. W efekcie opowieść o wolności przestała kojarzyć się na przykład z wolnością od niedostatku – tak jak prawa człowieka często kojarzą się dziś z (niewątpliwie ważnymi) demonstracjami czy maratonami pisania listów, a nie prawem do opieki zdrowotnej, edukacji czy świadczeń społecznych.
Pokryzysowy liberalizm retorycznie próbuje się przesuwać, w różnych językach prezentując opowieść o tym, jak to „byliśmy głupi”. Praktyka rządzenia pokazuje niestety, że z utartych kolein wychodzi się trudniej, niż poprzez parę deklaracji o trosce o planetę czy potrzebie wzmacniania klasy średniej. Chcący budować ropociągi Justin Trudeau czy podnoszący akcyzę na paliwa i zapominający o stworzeniu wiarygodnej alternatywy dla transportu samochodowego Emmanuel Macron są tego najlepszymi przykładami.
Dla formacji ekopolitycznych wyzwanie to okazuje się podwójnie trudne. W jaki sposób przekonywać do regulacji, niezbędnych do walki ze zmianami klimatu, które krytykowane będą z prawej strony za „atak na wolność”? Jak pokazywać, że odpowiedzią na konsumpcyjny idealizm nie jest autorytarna wspólnota, dla której różnorodność jest siłą, a nie słabością?
Skandynawska zieleń
Odpowiedzi na te pytania próbuje udzielić lider duńskiej partii ekopolitycznej Alternatywa, Uffe Elbaek. Fakt, że przed jej założeniem był ministrem kultury z ramienia tamtejszej partii socjalliberalnej zdaje się tłumaczyć, dlaczego wciąż do wątku wolności podchodzi z pewnym sentymentem – sentymentem, który nie przeszkadza mu jednak w podkreślaniu roli nordyckiego modelu społecznego czy otwartego na różnorodność społeczeństwa.
Swoje przemyślenia przed tegorocznymi wyborami parlamentarnymi przelał na karty swej nowej publikacji, „The Next Denmark. Freedom and Community – a New Narrative”. Już sam tytuł wskazuje na ideowe filary wizji Elbaeka, które – by przynieść najlepszą synergię – powinny iść ze sobą w parze.
Nieprzekonanych uspokajam – dla tego duńskiego polityka nie ma nic lepszego, niż progresywne podatki i powoływanie się na Thomasa Piketty’ego. Marząc o wspólnocie podkreśla, w jaki sposób była ona podmywana przez lata neoliberalnego kursu ekonomicznego. Za źródła kryzysu liberalnego porządku demokratycznego uważa nierówności, ślepą pogoń za wzrostem gospodarczym oraz wynikłą z tego połączenia alienację.
Na kryzys demokracji radzi on… więcej demokracji – i to nie tylko w systemie politycznym, ale również w gospodarce. Zaufanie zamiast kontroli, tolerancja zamiast murów, funkcjonowanie w obrębie granic ekosystemowych zamiast pogoni za statusem materialnym – oto skrócony wyciąg z recepty na odnowienie naszych społeczeństw w duchu kreatywnej, demokratycznej rewolty przeciwko status quo.
I tu właśnie w tę opowieść wkracza wolność – a nawet trzy wolności. Fundamentem wizji Elbaeka nie jest „wolność od”, na przykład wszechogarniającego państwa, lecz „wolność do” życia w demokratycznych, dających naszemu życiu sens społecznościach, do doświadczania harmonii, równowagi i bliskości oraz do równych praw i możliwości życiowych. To wizja, w której wolność nie zależy od zasobności portfela, ale która przenika wszystkie dziedziny życia. Jej poszerzanie na całe społeczeństwo nie jest fanaberią, lecz warunkiem jej zaistnienia.
Wspólnota współpracy
Wspomnianemu marzeniu o nowej, lepszej Danii (i świecie) towarzyszy zestaw kilkudziesięciu propozycji programowych, podzielonych na 10 działów. Znajdziemy w nich sporo dobrze znanych z kart programów ekopolitycznych pomysłów, takich jak skrócenie tygodnia pracy (lider Alternatywy proponuje jego ograniczenie do 30 godzin) czy wykorzystanie zamówień publicznych do promowania biznesu realizującego cele społeczne i ekologiczne.
To, co w zaprezentowanej wizji się wyróżnia, to sporo miejsca poświęconego na promowanie modelu spółdzielczego. Dania ma w tym zakresie bogatą, sięgającą XIX wieku historię – ich rozwój napędzała popularność szkół ludowych, a ich kulturowe znaczenie umożliwiło podtrzymanie atrakcyjności tego modelu i jego stosowanie w nowych sektorach, takich jak rozproszona energetyka odnawialna.
Zdaniem Elbaeka model kooperatywny realizuje w praktyce zasady demokracji ekonomicznej i powinien być wspierany, np. poprzez stworzenie dedykowanego spółdzielniom banku inwestycyjno-rozwojowego. Specjalny fundusz spółdzielczy mógłby wspierać finansowo nowe inicjatywy ze środków już istniejących spółdzielni, a pieniądze reinwestowane przez nie w swoją działalność mogłyby z kolei być zwolnione z podatków.
Podobne zwolnienie powinno jego zdaniem przysługiwać również (przez pierwszy rok bądź do osiągnięcia określonej wielkości/obrotów) nowym biznesom – a już na pewno tym, realizującym cele społeczne lub ekologiczne.
Postulat ten wpisuje się w szerszy pakiet doceniania aktywności i kreatywności gospodarczej (np. premiowania firm stawiających w równym stopniu na kwestie ekologiczne, społeczne i ekonomiczne) przy jednoczesnej, konsekwentnej walce z negatywnymi kosztami zewnętrznymi dotychczasowego modelu działalności gospodarczej (opodatkowanie zużycia zasobów naturalnych na szczeblu międzynarodowym, oddzielenie bankowości detalicznej od reszty systemu bankowego).
Nowe horyzonty wolności
Wizja poszerzania wolności sięga w Elbaeka tam, gdzie tradycyjnie ją rozumiejący liberałowie rzadko sięgali. Proponuje on zagwarantowanie – z poziomem konstytucyjnym włącznie – praw przyrodzie, co wymuszałoby np. rekompensowanie lasom za eksploatację surowców, które dostarczają człowiekowi). W ustawie zasadniczej powinny znaleźć się jego zdaniem również prawa i wolności cyfrowe, jakie jak uznanie prawa użytkowników do swoich danych czy ograniczenie inwigilacji do przypadków, w których zgodę na nadzór wyraził sąd.
Z postulatów tych wyłania się obraz ludzi, którzy odzyskują kontrolę i podmiotowość. By marzenie to nie pozostało jedynie na papierze muszą rosnąć musi wpływ pracowników na przedsiębiorstwa, w których są zatrudnieni (od udziału w podejmowanych decyzjach oraz prawa pierwokupu sprzedawanej firmy po dostęp do ich akcji), a demokratyczne doświadczenie przekazywane nie tylko za pomocą teorii, ale również praktyki (3-6- miesięczna, analogiczna do wojskowej, obowiązkowa służba demokratyczna w organizacjach pozarządowych lub innych inicjatywach społecznych po zakończeniu edukacji szkolnej).
Atrakcyjność tak zaprezentowanej wizji, poza jej holistycznym charakterem, polega na nieoczywistym łączeniu wątków we spójną opowieść o świecie. Świecie, w którym – podobnie jak w publikacji Dirka Holemansa o wolności i bezpieczeństwie w coraz bardziej złożonej rzeczywistości – wolność nie polega na zawierzaniu rzeczywistości niewidzialnej ręce rynku, lecz na jej aktywnym współtworzeniu w każdym aspekcie życia.
Wyborczy test
Być może taka właśnie opowieść, twórczo wiążąca ze sobą stare, dobre ekopolityczne zasady samostanowienia, sprawiedliwości społecznej oraz świadomości ekologicznej, może być dobrym antidotum na rosnące wpływy prawicowego populizmu? Póki co – patrząc się na wyniki z Niemiec czy z Belgii – wykazuje ona pewien potencjał mobilizacyjny, choć głównie w Europie Północnej.
Okazuje się bardziej żywotna, niż można było się tego spodziewać po odrodzeniu oldskulowej polityki walki klasowej w Wielkiej Brytanii czy eksperymentach z lewicowym populizmem na południu kontynentu. Pytanie o to, na ile można ją próbować zaszczepić w Europie Środkowej – i z jakimi wyborczymi skutkami – pozostaje otwarte.
Zdj. Fragment okładki „The Next Denmark”
Tornister, podręcznik, kanapki, cyrkiel, bilet autobusowy, zeszyt w linię, zeszyt w kratkę, piórnik…
Rocznie: kilka milionów przeciążonych tornistrów, kilkadziesiąt milionów teoretycznych podręczników oraz kilka miliardów kanapek zapakowanych w toksyczny plastik – tylko po co? Po co codziennie miliony dzieci poprzebieranych za wielbłądy udają się do szkoły?
Szkolnictwo w społeczeństwie przemysłowym oparte było na trenowaniu młodzieży w wykonywaniu poleceń, posłuszeństwie wobec autorytetów, przestrzeganiu z góry narzuconego planu i dostosowywaniu się do istniejącej hierarchii. Człowiek złamany takim systemem edukacji potrafił dokładnie wykonać polecenia przełożonych, nie mając pojęcia o tym, jak system produkcji w ogóle działa. Jak trybik w maszynie podporządkowany rynkowi, pracy, bezpodmiotowy. Człowiek „rób i bądź cicho”.
W Polsce wciąż dominuje taki system edukacji, w którym to nie uczniowie i uczennice są podmiotem, a rynek. Rzecz w tym, że rynek znacznie się zmienił od epoki przemysłowej, stał się bardzo niepewny, totalny, oparty na konkurencji każdego z każdym o wszystko. Ten neoliberalny sposób myślenia wdziera się do szkół, które z placówek edukacji mają zamienić się w biznesy. Szkoła zamiast uczyć, ma zająć się testowaniem i odmierzaniem, aby ten lepszy nauczyciel miał trochę więcej pieniążków, a ten trochę gorszy trochę bardziej przymarł głodem i się dwa razy zastanowił, zanim następnym razem tak słabo będzie uczył. Aby ten najlepszy uczeń miał warunki do nauki, a ten niekoniecznie najlepszy aby wiedział, że na niego nie warto wydawać pieniędzy. Od przedszkola z rozszerzonym portugalskim po uniwersytecki bazar papierów bezwartościowych toczy się polska przyszłość szczurów. To darwinistyczny absurd oparty na założeniach pedagogicznych sprzed stulecia.

Nasi uczniowie i uczennice z konkurencją zamiast współpracy i pieniędzmi zamiast etyki generalnie nie uczą się niczego naprawdę im przydatnego. Jeżeli przyjmiemy przyszłość naszych dzieci jako punkt wyjściowy, dojdziemy do wniosku, że praca to tylko mała część tego, o co będą musieli zadbać, kiedy dorosną. A stoją przed nimi naprawdę wielkie wyzwania! Jako dorośli będą musieli zatroszczyć się o siebie, swoje zdrowie, swoich bliskich i dalekich, którzy sami nie będą sobie w stanie poradzić w tak niepewnym społeczeństwie. W domu napotkają wiele problemów natury praktycznej, logistycznej, elektrycznej, elektronicznej, gastronomicznej i higienicznej. Jednocześnie będą musieli zmierzyć się ze zmianami klimatycznymi i powszechnym zanieczyszczeniem śmiercionośnymi substancjami we wszystkich ekosystemach. Nie będą mogli uniknąć odpowiedzi na rozliczne problemy społeczne, wykluczenie, przemoc, korupcję, wyzysk w skali lokalnej i globalnej… Wojny. Głód. Ubóstwo. Cenzurę. Ograniczenia dostępu do informacji. Dyskryminację. Jeżeli nie będą w stanie zorganizować się razem, aby sprostać tym wszystkim wyzwaniom i podejmować decyzje z globalnej perspektywy, ktoś inny zadecyduje za nich.
Poprzestawiajmy ławki
Zasiadamy w duńskiej wiejskiej klasie w Jutlandii w początkach XIX w. Zgodnie z oświeceniowymi ideałami istnieje powszechny obowiązek edukacji. Jako dzieci rolników musieliśmy porzucić pracę w polu i zasiąść w ławkach. Jest fajnie, ale nie uczymy się wielu przydatnych rzeczy. Nauczyciel bije nas, kiedy nie robimy tego, co mówi. A mówi ciągle i dużo. My możemy się odezwać tylko zapytani. Albo słuchamy nauczyciela i powtarzamy za nim, albo czytamy i piszemy. Nie rozumiemy co i nie rozumiemy o czym. Nasi rodzice to w większości wolni chłopi, ale młyny, mleczarnie, banki, spichlerze, porty i statki należą do bogaczy. Mimo że wykonujemy większość pracy, to wcale nam się dobrze nie powodzi: płacimy wysokie podatki, ponosimy wysokie opłaty za korzystanie z własności bogatych i sprzedajemy plony po niskich cenach. Bogaci sprzedają je później do Anglii z olbrzymim zyskiem. Wydaje się, że nie jesteśmy w stanie przełamać ich monopolu.
Okazało się, że to jednak możliwe. Farmerzy zmobilizowali się i rewolucję zaczęli od… przestawiania ławek. Nagle uczniowie i nauczyciel siedzą przy jednym stole na równych prawach. Dialog wyparł monolog. Beznamiętne powtarzanie zostało zastąpione wymianą opinii. Teraz w szkole uczy się przedmiotów adekwatnych i szkoli całe ciało, a nie tylko głowy. Uczniowie i uczennice mają bardzo duży wpływ na to, czego i jak będą się uczyli. A uczą się, aby się wzbogacić i rozwinąć w jakimś kierunku, a nie z powodu ocen czy dyplomu. Obok zdobywania wiedzy przedmiotem edukacji są również umiejętności praktyczne, sztuka czy relacje międzyludzkie. Studenci mieszkają na terenie szkoły i proces edukacji odbywa się nie tylko podczas zaplanowanych zajęć, ale również poprzez interakcje międzyludzkie i wspólny czas poza lekcjami.
Duńscy farmerzy z ideologicznym przywództwem Grundtviga i Kolda stworzyli szkoły dla młodzieży wiejskiej, tzw. Folkehøjskoler (brak odpowiednika polskiego, ale czasem tłumaczone na „uniwersytety ludowe”) i Friskoler („wolne szkoły” – licea o specjalnym programie, z internatem). Respektowano tam powyższe demokratyczne zasady. Idea takich szkół zaczęła się rozprzestrzeniać na całą Skandynawię, a także inne kraje na świecie. Rosła też siła polityczna duńskich farmerów. Bardzo szybko obok szkół zaczęły pojawiać się wspólne młyny, mleczarnie, banki… stopniowo farmerzy zaczęli przenosić formy współpracy wypracowane w nowych szkołach na inne obszary i uniezależnili się ekonomicznie od bogatych. Duńczycy zbudowali demokrację od podstaw, od edukacji! A dokonali tego, ponieważ potrafili się zjednoczyć i działać solidarnie.
Pod koniec lat 60. XX w. na farmie Tvind w zacofanym zakątku Jutlandii progresywni nauczyciele postanowili pójść znacznie dalej.
Niezbędny Koledż Nauczycielski
Na fali masowych ruchów społecznych pod koniec lat 60. Duńczycy domagali się zmian: równouprawnienia kobiet, pokoju na świecie, rozbrojenia, wolności słowa, sprawiedliwości społecznej, wolnej i praktycznej edukacji. Nauczyciele, w większości wciąż wykształceni w tradycyjny sposób, nie mieli wiele do zaoferowania młodzieży, która chciała zbudować świat od nowa, negując wszystko, co dotychczas uznawano za nienaruszalne. Niezbędny był nowy sposób myślenia o edukacji, stąd Niezbędny Koledż Nauczycielski (duń. Det Nødvendige Seminarium – DNS) został założony na farmie Tvind.

Oddajcie szkołę studentom!
DNS to ogół studentów i nauczycieli, którzy działają razem we wspólnym celu: edukacji. Jednym z głównych założeń pedagogicznych jest „uczenie się przez robienie” („learning by doing”). Czy istnieje lepszy sposób na zostanie nauczycielem, niż po prostu robienie tego, co przyszły pedagog powinien robić? Dlatego studenci i nauczyciele zarządzają koledżem wspólnie: podejmują decyzje podczas Wspólnych Zebrań, a dyskusja trwa tak długo, aż osiągnięty zostanie konsensus. W ten sposób każdy ma swój udział w decyzji i bierze odpowiedzialność za szkołę. Studenci pracują w różnych grupach, dzieląc się obowiązkami takimi jak księgowość, zakupy, gotowanie, sprzątanie, utrzymanie budynków, konserwacja wiatraka i paneli słonecznych, utrzymanie organicznego ogrodu warzywnego, dbanie o bezpieczeństwo przeciwpożarowe, utrzymanie samochodów i rowerów, organizowanie imprez szkolnych itp..
Ucz siebie poprzez uczenie innych
Program edukacyjny podzielony jest na 3 części: doświadczenia, kursy pod kierunkiem nauczyciela oraz studia. Każdy przedmiot jest przyswajany za pomocą wszystkich trzech metod. Studenci pracują w grupach 9-13-osobowych z jednym nauczycielem w każdej grupie, który razem ze studentami przechodzi przez wszystkie części programu. Każda grupa decyduje, w jaki sposób zrealizuje program studiów, dzieląc się materiałem, konkretyzując cele, wybierając metody. Np. aby zdobyć umiejętności i wiedzę w zakresie pedagogiki, studenci biorą udział w wykładach organizowanych przez nauczyciela. Następnie dzielą się materiałem teoretycznym, który przygotowują indywidualnie albo w parach, po czym prezentują wiadomości całej grupie w kreatywny sposób, otrzymując w zamian komentarze na temat jakości prezentacji. Odpowiada to założeniu pedagogicznemu, że najlepiej rozumie się materiał, który należało wytłumaczyć innym.
Zdobyta wiedza jest od razu użyta w praktyce podczas praktyk nauczycielskich. Praktyka-teoria-praktyka następują po sobie i sprawiają, że wiadomości i umiejętności są zdobywane w prawdziwym kontekście, utrwalają się i ucieleśniają. Pod okiem nauczyciela studenci DNS robią wszystko to, co będą musieli robić później pracując w szkole, a także poza szkołą, dbając o swoje domowe otoczenie, środowisko i społeczeństwo.
Świat jest naszą klasą
Jednym z minusów tradycyjnej edukacji nauczycielskiej jest to, że nauczyciele w zasadzie nigdy nie opuszczają systemu edukacji: najpierw studiują w szkołach, później w szkołach uczą. Brakuje im doświadczeń spoza własnej niszy społecznej. Nauczyciele, zazwyczaj pochodzący z klasy średniej, nieznający realiów innych grup społecznych, z wiedzą głównie książkową i z niewielkim przygotowaniem praktycznym, lądują w klasie pełnej uczniów i uczennic z doświadczeniami bardzo różnymi od ich własnych. Dodatkowo w zglobalizowanym świecie coraz większa liczba uczniów pochodzi z odmiennych kultur, z rodzin wyznających inne religie i systemy wartości.

Dlatego DNS zaczyna od patrzenia na świat z szerokiej perspektywy. Skoro nauczyciele mają za zadanie przybliżyć swoim uczniom i uczennicom świat, muszą najpierw sami go dobrze zrozumieć. A czy istnieje lepszy sposób nauki o świecie niż podróż do świata? To założenie przyświecało prekursorom DNS, którzy szkolne ławki wstawili do autobusów, a czasem zaokrętowali je na statki i postanowili sami zobaczyć, co kryje się poza europejską strefą komfortu. Metoda ta pozwala nie tylko zrozumieć odmienne kultury, ale przede wszystkim spojrzeć na własną kulturę z szerszej perspektywy oraz dojrzeć relacje pomiędzy nimi.
Podobny mechanizm działa podczas praktyki europejskiej, kiedy studenci na nowo odkrywają Europę, patrząc na kontynent w o wiele bardziej krytyczny sposób, zadając pytania tam, gdzie odpowiedzi wydawały się dotąd oczywiste. W obu doświadczeniach, niemających nic wspólnego z turystyką, szczególną uwagę poświęca się biednym, którzy stanowią zdecydowaną większość mieszkańców naszej planety, a których łatwo nie dostrzec przez pryzmat tradycyjnych mediów. Czemu istnieją tak olbrzymie różnice społeczne? Czemu tyle ludzi na świecie umiera wskutek głodu albo uleczalnych chorób, kiedy w Europie olbrzymie nadwyżki bogactwa przeznacza się na bezużyteczne tony plastiku? I czemu w Afryce ludzie dzielą się ostatnim okruszkiem chleba z Tobą – obcym, a w Europie czasem tak trudno odpowiedzieć „Dzień dobry” w autobusie? I gdzie w tym wszystkim znajduje się nauczyciel? Studia w DNS to nie książkowe spekulacje, tylko rzeczywistość, która ma imiona, nóżki, uśmiecha się i czuje, to matka, która wręcza Ci własne dziecko i prosi, abyś zabrał je ze sobą do Europy…
Razem lepiej, razem taniej
Pieniądze zwykły dzielić, ale DNS stara się, aby łączyły, dlatego stworzył unikalny system ekonomiczny. Każdy „team” (wszyscy studenci jednego roku tworzą jeden team) posiada własny wspólny fundusz, z którego pokrywa się koszty studiów, zakwaterowanie, wyżywienie, ubezpieczenie zdrowotne, kieszonkowe, autobus, materiały edukacyjne i inne wydatki związane z programem. W zasadzie poza wydatkami na wyjazdy do domu i dentystę przez cały okres trwania studiów studenci nie potrzebują innych źródeł dochodów, niż te przewidziane w programie.
Aby ten system mógł w ogóle zaistnieć, w programie przewidziano płatne praktyki nauczycielskie oraz okresy, kiedy team pracuje, aby zebrać fundusze na edukację. Choć zdobycie funduszy to odpowiedzialność teamu, koledż wspomaga ten proces przez współpracę z licznymi instytucjami, które dzięki reputacji DNS oferują zatrudnienie jego studentom.
Studenci w teamie wspólnie decydują, o tym jak zdobędą fundusze na edukację i jak je później wydadzą. Wymaga to dużej odpowiedzialności, ale również rodzi całe mnóstwo możliwości. DNS nie mógłby istnieć z tak bogatym programem, gdyby nie wspólna ekonomia, która nie tylko racjonalizuje wydatki, ale również je zmniejsza, jako że większość sprzętu może być wykorzystana przez wszystkich bez potrzeby kupowania osobistej pralki, mikrofalówki czy kserokopiarki dla każdego studenta.
Każdy inny, wszyscy razem
DNS nie jest jedyną instytucją w Tvindzie. Obok koledżu istnieją: integracyjny internat dla młodzieży specjalnej, dom opieki dla młodzieży specjalnej i szkoła. Mieszkają tam również dorośli z poważnymi problemami społecznymi. W pobliżu znajdują się też dwa stowarzyszone domy opieki: jeden dla młodzieży specjalnej prowadzony w rodzinnym stylu, drugi dla młodych ludzi, którzy weszli w poważny konflikt z prawem i mają ostatnią szansę, aby nie trafić do więzienia.

Większość z tych ludzi była wielokrotnie odrzucona przez społeczeństwo. Dzieci wyrzucane z jednej szkoły do drugiej, widziane jako problem, niechciane, wyrobiły w sobie poczucie bycia przegranymi. Młodzież ta często pochodzi z rodzin dysfunkcyjnych, pogrążonych w problemach z alkoholem, narkotykami i prawem. Są to też młodzi ludzie, którzy cierpią na schorzenia psychicznie o różnym stopniu zaawansowania. Czasem obydwa problemy istnieją jednocześnie.
W Tvindzie młodzież wreszcie jest w miejscu, z którego nie zostanie wyrzucona. Jest to jeden z głównych elementów pedagogiki: nieważne, jakie problemy napotkamy, będziemy je wspólnie rozwiązywali. Młodzi ludzie w Tvindzie nie są też traktowani jako przegrani, ale jako pełnoprawni, ważni członkowie społeczności. Uczą się samodzielności, dbania o siebie i otoczenie.
DNS i wymienione wyżej instytucje działają w ścisłej współpracy, na której wszyscy zyskują. W większości domów opieki wydaje się pieniądze głównie na zatrudnianie pedagogów, którzy czasem pełnią bardziej rolę dozorców niż edukatorów. W Tvindzie nacisk kładzie się na programy i budowanie przyjaznego otoczenia, czyli na to, w jaki sposób różne instytucje i różni ludzie mogą ze sobą współpracować, aby przynosiło to obustronne korzyści. Niektórzy studenci DNS mieszkają w tym samym budynku co młodzież specjalna. Sport, zajęcia artystyczne i kulturalne są nie tylko otwarte dla wszystkich, ale też tworzone przez wszystkich i tak, aby każdy mógł znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Wszystkie obowiązki związane ze sprzątaniem, gotowaniem czy utrzymaniem budynków są również elementem integracyjnym. Nauka jest obustronna, wszyscy uczą się nowych umiejętności. Młodzież specjalna w studentach DNS zyskuje dobry wzór do naśladowania i przyjaciół. Studenci, którzy w przyszłości będą nauczycielami, zyskują codziennie doświadczenie.
DNS poszukuje studentów z Polski.
Więcej informacji znajdziesz tu:
info@dns-tvind.dk
piotr.dzialak@gmail.com
Tel: +45 211-24-360
www.dns-tvind.dk
Winda, którą jechałem, nie była zwyczajnym miejscem. Wyglądała raczej jak klatka, trochę jak windy w starych filmach, druciana, z drzwiczkami zamykanymi ręcznie z góry na dół. Ale w starych filmach nie było nigdy tylu dźwigni, przekładni, hamulców i zabezpieczeń. Do obsługi windy w starych filmach nikt też nie potrzebował specjalnego „prawa jazdy”. Ale one nie jeździły w olbrzymich wiatrakach…
Nie wiedząc, co zrobić z rękami, poprawiałem sprzączkę pasa bezpieczeństwa. Że też zachciało mi się podobnej maskarady! W skafandrze musiałem wyglądać zabawnie, do zostania członkiem NASA brakowało mi jedynie hełmu. Do przejścia miałem może około 45 metrów, ale sęk w tym, że metry te były rozłożone w pionie. 45 metrów? „Ile to będzie szczebelków?” – zerknąłem w stronę Allana. Allan był już starszym człowiekiem, powyżej sześćdziesiątki, z czego połowę spędził w wiatraku. Był jego kierownikiem, ale z racji stażu wyobrażałem go sobie bardziej jako jego strażnika. Był raczej samoukiem. Za młodu, kiedy jego rówieśnicy używali radia do słuchania rock’n’rolla, on zapewne wolał je rozkręcać. Operował największą na świecie elektrownią wiatrową, kiedy słowo „wiatrak” kojarzyło się jeszcze przede wszystkim z młynem.
Jeśli ktoś wiedział, ile szczebelków liczyła drabina, to właśnie Allan. „Nie mam pojęcia” – odrzekł. „Nikt nigdy tego nie liczył?” – „Na to wygląda” – „Będę zatem pierwszy!” Winda zajechała na górę, spokojnie odsunąłem właz i zacząłem przymierzać się do drabiny. Dysponowałem dwoma hakami zabezpieczającymi, przymocowanymi do „szelek” oplatających moje ciało. Zabawa polegała na tym, żeby zawsze co najmniej jeden hak był przyczepiony do drabiny.
Powoli ruszyłem w dół: 1…, 2…, 3… Była to jedna z tych chwil, kiedy zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jestem częścią jakiejś powieści, albo co najmniej wariackiego bloga. Wszystko ze względu na duże stężenie absurdów… Chociażby ta winda, którą teraz Allan powoli zjeżdżał na dół, uważnie patrząc, czy wszystko ze mną w porządku: Budowniczowie wiatraka odkupili ją ze złomowiska za symboliczne 100 koron…
8… Miejsce, w którym stoi wiatrak, samo w sobie jest ewenementem. Zostało założone na fali masowych ruchów społecznych pod koniec lat 60. Duńczycy domagali się zmian: równouprawnienia kobiet, pokoju na świecie, rozbrojeń, wolności słowa, sprawiedliwości społecznej, wolnej i praktycznej edukacji… Nie były to czcze pogróżki, bo obywatele oprócz naciskania rządzących, po prostu brali sprawy we własne ręce…
14… Powoli zacząłem się przyzwyczajać do drabiny, a monotonia przepinania haków sprawiła, że pogrążyłem się w myślach… To musiały być niesamowicie wesołe czasy, zupełnie odmienne od dzisiejszych supermarketowo-telewizyjno-karierowych. Zdumiewało mnie to, że grupa nauczycieli, idealistów, czy czasem po prostu zwyczajnych szaleńców postanowiła zakupić wspólnie ziemię, pobudować domy, szkoły, czy jeździć autobusami do… Indii, w ramach nauki. Bo jak inaczej dowiedzieć się czegoś o świecie, jak nie do świata podróżując? Osiedlili się w miejscu o nazwie Tvind.
19… Kilka lat później Danię dotknął kryzys naftowy. Rozgorzała narodowa dyskusja na temat alternatywnych źródeł energii. Rząd dosyć łatwo uległ lobby jądrowemu i dyskusja ograniczyła się wkrótce do kwestii wyboru dogodnego miejsca pod budowę reaktora atomowego. Duńczycy jednak byli zdecydowanie przeciwni temu projektowi. Trudno dokładnie powiedzieć dlaczego. Może nie uważali energii atomowej za prawdziwą alternatywę dla ropy i wiązali nadzieje raczej z odnawialnymi źródłami energii. Szczególnie, że to w Danii powstały pierwsze na świecie wiatraki produkujące elektryczność. Pierwszy dokonał tego Duńczyk Poul La Cour w Askov Højskole. Można dowiedzieć się więcej na temat jego i jego odkryć poprzez muzeum jego imienia.
25… Duńczykom nie podobało się też, że rząd podejmuje decyzję na tak ważny temat ponad ich głowami. Zorganizowali zatem cały ruch antynuklearny. To właśnie wtedy narodził się, słynny dzisiaj w całej Europie, żółty badge: „Energia atomowa? Nie dziękuję” (Atomkraft? Nej, tak!). Zatrzymałem się na chwilę, nie mogłem się oprzeć pragnieniu, aby spojrzeć w dół. Przy słabym świetle ciężko było dostrzec odległą podłogę. Nauczycielom z Tvindu rządowy plan naprawdę musiał się nie podobać, skoro zdecydowali się postawić tak pokaźną konstrukcję.
31… Spróbowałem wyobrazić sobie rok 1975, kiedy mieszkańcy Tvindu zdecydowali, że zbudują wiatrak, który będzie zaopatrywał w elektryczność całą ich społeczność. Umieścili zatem w gazetach ogłoszenie: „Poszukiwani wolontariusze-budowniczowie wiatraków”. Istnieli wtedy w Danii amatorzy, którzy eksperymentowali z małymi turbinami wiatrowymi, ale nie budowniczowie wiatraków. Równie dobrze można było umieścić ogłoszenie: „Poszukiwani konstruktorzy statków kosmicznych”. Na ogłoszenie odpowiedzieli bardzo młodzi ludzie, którzy nigdy nie mieli nic wspólnego z wiatrakami, mieli za to otwarte umysły. Tak powstał „Windmill Team”. Średnia wieku członków i członkiń teamu wynosiła 21 lat, a najmłodszy miał 16!
39… Żeby wyjaśnić sposób działania teamu, warto przyjrzeć się Wikipedii, która mimo krytyki jest bardzo błyskotliwym konceptem. Każdy może dodawać, edytować, dyskutować. Profesorowie i nastolatkowie, specjaliści i laicy, zawodowcy i amatorzy, wszyscy na takich samych prawach. Sprawia to, że na znaczeniu zyskują argumenty, a nie autorytet. Laicy też często zauważają błędy, których profesjonaliści nie są w stanie wyłapać, ponieważ przywykli do wyuczonych rozwiązań. Podobnie dzielni budowniczowie wiatraka: nie wiedzieli, że nie da się zbudować elektrowni wiatrowej, dlatego właśnie im się to udało.
47… Nigdy nie myślałem, że schodzenie po drabinie najbardziej zmęczy mi ręce, a ja chyba nie doszedłem jeszcze do połowy. Twórców wiatraka nie bolały jednak ręce, a co najwyżej głowy. Zanim cokolwiek zaczęto stawiać, całe dnie, a czasem i noce trwały dyskusje i testy. Brali w nich udział inżynierowie i naukowcy głównie z Danii, ale także z innych krajów, tak jak i około 300 000 gości z całego świata, którzy przez 3 lata budowy przewinęli się przez Tvind. Zwiedzanie było i do dziś jest darmowe, a wszystkie pomysły tam wypracowane są dostępne dla każdego bez żadnej opłaty. Zwiedzający nie zostawiali pieniędzy, ale coś o wiele cenniejszego: pomysły. Wszystkie decyzje podejmował jednak Windmill Team i nierzadko znacznie odbiegały one od dominującej opinii ekspertów.
55… To straszna prowokacja, tak sobie budować wiatrak pod nosem wszystkich. Z galerii na dole najlepiej pamiętam fotografię przedstawiającą kopanie fundamentów pod wieżę. Jest na niej mnóstwo ludzi, których zdecydowana większość nosi długie włosy. I tak ci długowłosi, przezywani przez sceptyków hipisami, lewakami, komunistami… wytrwale dzień po dniu tworzyli największy na świecie wiatrak. Na początku nikt nie brał ich na poważnie: „wariaci!”. Ale w miarę, jak roboty posuwały się NAPRZÓD, projekt zaczął budzić coraz większe uznanie i kontrowersje. Ludzie zaczęli powoli dochodzić do wniosku, że tym „hipisom” to się może naprawdę udać: „wariaci!”.
64… Zdaje się, że większość społeczeństwa liczyła na to, że wiatrak powstanie. Paliwa kopalne z uranem włącznie oznaczały dla nich centralizację produkcji energii, a co za tym idzie skupienie kontroli nad systemem oraz zysków w rękach nielicznych. Natomiast energii wiatrowej i słonecznej nie da się opatentować, oczywiście można opatentować technologię do ich pozyskiwania, ale samego wiatru i słońca nie. Nie trzeba się nikogo pytać o pozwolenie na ich użytkowanie. Gdyby udało się je ujarzmić i zatrudnić do produkcji elektryczności… A Tvind przecież od początku zamierzał udostępniać technologię wszystkim za darmo. Jeśli Windmill Team dopnie swego, każdy będzie mógł produkować energię u siebie i będzie niezależny od cen i zasobów surowców: wiatr i słońce są niewyczerpywalne! To bardzo pasowało do duńskich tradycji demokratycznych.
73… Była jednak również cała masa ludzi, którym elektrownia wiatrowa była nie na rękę. Przede wszystkim przemysłowcy, szczególnie ci, którzy dotąd zarabiali na wykorzystaniu paliw kopalnych, jak również ci, którzy liczyli na zyski z budowy elektrowni atomowej. Przez cały ten czas przeciwny energii wiatrowej był duński rząd, który gotów był inwestować miliardy w atom, ale na projekt Tvindu nie dał ani korony. Mieszkańcy Tvindu nie mogli również liczyć na żadne fundusze, ani tanie kredyty wspomagające innowacje czy nowych przedsiębiorców. Mówiono im: „nie możemy dać pieniędzy na projekt, który nie ma przyszłości”. Finansować więc musieli się sami. W pewnym sensie, mieli szczęście: w czasach kryzysu gospodarczego upadło wiele firm, od których można było odkupić mnóstwo sprzętu, często za symboliczną cenę. W ten sposób pozyskano: ciężarówkę-betoniarkę, prądnicę, hamulce, wał…
83… Mieszkańcy Tvindu łamali więc wszystkie „zasady gry”. Używając przesady: Jeżeli grupka hipisów ze złomu i własnych funduszy zbuduje wiatrak, który zrewolucjonizuje energetykę, to będzie to również rewolucja społeczna, praktycznie przewrót polityczny. Sukces kwestionowałby cały ustanowiony porządek: istnienie certyfikowanych specjalistów, monopoli technologicznych, energetycznych. Zadałby kłam twierdzeniu, że się nie da, twierdzeniu, że to rządzący i wielki przemysł mają wyłączność na podejmowanie decyzji, zmienianie rzeczywistości, wyzwoliłby w społeczeństwie mnóstwo energii do działania. Biorąc pod uwagę fakt, że społeczeństwo i tak było nastawione „rewolucyjnie”, nic dziwnego, że wielu polityków i przemysłowców reagowało tak agresywnie na budowniczych wiatraka. To też tłumaczy, dlaczego wiele brukowców wylewało pomyje na Tvind.
91… Zauważyłem, że posuwam się coraz wolniej, ale wytrwale do celu. Zupełnie jak Windmill Team. Bo to nie przypadek, nie przeczucie, nie jakiś dziwny zbieg okoliczności, że budowniczowie wiatraka dopięli swego. Udało im się dzięki ciężkiej pracy i wytrwałym analizom. Kiedy beton okazał się zbyt drogi, zdecydowali się robić go sami, ale zanim zalali pierwszy szalunek, przeprowadzili mnóstwo testów na jego wytrzymałość. Kiedy nie udało im się zakupić śmigła, wykonali je na miejscu. Nie mając ani komputerów, ani tuneli aerodynamicznych stworzyli zupełnie nowy profil łopatek. Profil, którego miniaturowa kopia i rysunki obiegły później Danię, tworząc podwaliny pod współczesny przemysł wiatrowy. Wcześniej wiatraki miały raczej niewielkie rozmiary i przystosowane były do bardzo szybkiego obracania się. Duże wiatraki obracają się wolno, ale za to z dużą mocą. Dzisiaj większość dużych wiatraków na świecie ma śmigła opracowane na bazie tvindowskiego modelu.
100! Wykrzyknąłem, niesamowicie z siebie dumny. Allan, wciąż podjeżdżając windą w dół, chyba nie podzielał mojego entuzjazmu, bo odrzekł tylko swoje: „OK, OK”.
103… „OK, OK” powtarzali studenci, którzy często przebywali na wiatraku. Ale z tego wciąż działającego eksperymentu można nauczyć się znacznie więcej. Po 33 latach działalności elektrowni, inżynierowie, naukowcy, nauczyciele, instruktorzy rozwoju i zwyczajni ludzie wciąż czerpią z niego inspirację i konkretne rozwiązania.
109… Czasem umniejsza się rolę Tvindu w powstaniu nowoczesnej technologii wiatrowej, ale prawda jest taka, że przed tym projektem eksperymenty z energią wiatrową były w fazie zaniku. I choć naukowcy już w latach 50. widzieli przyszłość w odnawialnych źródłach energii, była to często tylko intencja, albo bardzo dalekowzroczna wizja. Przemysł energetyczny ciągle podkreślał, że elektrownia wiatrowa nie ma przyszłości.
114… Kiedy w 1978 r., po trzech latach planowania i budowy wiatrak zaczął produkować prąd, świat posiadł namacalny dowód, że pozyskiwanie prądu z wiatru jest nie tylko możliwe, ale wydajne. Ruch antyatomowy zyskał potężny oręż w walce o Danię wolną od elektrowni jądrowych. Na bazie tvindowskiej elektrowni powstały wszystkie duńskie przedsiębiorstwa wiatrowe, które stopniowo łączyły się tworząc dzisiejszą firmę Vestas.
120… To tam też narodziło się Nordisk Folkecenter, które prowadzi eksperymenty z odnawialnymi źródłami energii. Wielu ludzi, którzy dzisiaj zajmują się energią wiatrową, kiedyś brało udział w pracach Tvindu. Tak było np. z Markiem Davisem z USA, który podczas wizyty w Tvindzie chwalił się, że kiedyś przez 2 miesiące budował tutaj wiatrak. Teraz buduje wiatraki w Kalifornii.
127… Podobnie jeden z menadżerów Siemensa, jednej z największych korporacji energetycznych na świecie, odwiedził Tvind ze swoim ojcem jako mały chłopiec. Twierdzi, że na miejscu zdecydował, że wiatraki to jest to, co chce robić w życiu. Do dziś w całej Danii można spotkać ludzi, dla których praca przy budowie wiatraka zadecydowała o ich późniejszym życiu.
134… Dzisiaj, po 33 latach wiatrak wciąż stoi, wciąż produkuje energię i wciąż inspiruje. Goście z Chin czy Afryki przyjeżdżają, aby dowiedzieć się więcej o tym projekcie. Ale i studenci Tvindu podczas swoich podróży do najdalszych zakątków świata rozprzestrzeniają wypracowane tutaj idee. I nie chodzi tutaj o sam wiatrak, a raczej to jak został zbudowany…
140… Siedziałem może 3 metry od mojego kolegi z klasy, kiedy przemawiał na Międzynarodowej Konferencji o Bangladeskim Środowisku. Josue nie rozwodził się na temat szczegółów technicznych, o samym wiatraku praktycznie tylko wspomniał. Zaskoczył publiczność tym, że się da. Opowiedział historię wiatraka i podsumował: „W rękach ludzi jest: środowisko i zmiana na lepsze”. Uczestnicy konferencji odpowiedzieli gromkimi brawami.
148…, 149… Kiedy doszedłem do ostatniego szczebelka, byłem padnięty. Uśmiechając się, odpiąłem powoli haki i nagle wpadłem w konsternację: liczyłem przed szczebelkiem, czy po szczebelku? Jest ich 148, czy 149? Nie wróciłem na górę, aby to sprawdzić. Zamiast tego otrzymałem licencję na przewodnika po tym niezwykłym wiatraku.
***
Teraz, kiedy wracam myślami do drabiny z jej wszystkimi szczebelkami, ile by ich nie było, od razu przychodzi mi do głowy Polska. Stoi ona przed podobnym wyborem, przed jakim stała Dania w latach 70: energia atomowa czy odnawialna. Z jednej strony dzisiaj wybór jest o wiele łatwiejszy. Dzisiaj wiadomo o wiele więcej o energii atomowej, szczególnie na temat jej negatywnych stron. Wypadki w Czarnobylu, Fukushimie i wiele innych udowodniły, że technologia ta mimo upływu czasu nie stała się bezpieczniejsza. Doświadczenia wszystkich krajów, które posiadają reaktory, potwierdzają smutną prawdę, że jest to technologia bardzo droga, do której ciągle trzeba dopłacać z budżetu, a której cena ciągle rośnie. Do dzisiaj nie rozwiązano problemu składowania odpadów atomowych, które trzeba przechowywać przez co najmniej 100 000 lat, a więc ponad 3 000 pokoleń. Dla porównania: dotychczasowa historia ludzkości mieści się w zaledwie 300 pokoleniach.
Z drugiej strony wiadomo wiele na temat odnawialnych źródeł energii. Dysponujemy dzisiaj całą masą gotowych rozwiązań wykorzystujących: wiatr, słońce, źródła geotermalne, biomasę, pływy… o których dzielny Windmill Team mógł jedynie marzyć. Ich ceny ciągle spadają. W Danii i Hiszpanii 21% energii elektrycznej pochodzi z elektrowni wiatrowych i udział ten ciągle się powiększa. W północnych niemieckich landach odsetek ten przekracza 40%. Świat coraz odważniej inwestuje w odnawialne źródła energii i podchodzi coraz bardziej sceptycznie do energii atomowej.
Niestety społeczeństwo polskie jest dzisiaj słabo zorganizowane, raczej nie wierzy w jakąkolwiek zmianę, raczej nie ma chęci do jakiegokolwiek działania. Zbyt łatwo nabiera się na prymitywną propagandę proatomową, która nie ma nic wspólnego z „narodową debatą”. Rosnący defetyzm sprawia, że Polacy mogą przespać tak ważny w ich historii moment. A może Polacy mnie zaskoczą? Może hipokryzja rządzących będzie bodźcem, który ruszy Polaków do działania? Ja mogę tylko powiedzieć, że da się i że nikt tego za nas nie zrobi: trzeba wyjąć ręce z kieszeni i zabrać się do działania.
Oficjalna strona wiatraka: http://www.tvindkraft.dk/eng/
Oficjalna strona Międzynarodowego Niezbędnego College’u Nauczycielskiego – DNS: http://www.dns-tvind.dk/
Reportaż ukazał się pierwotnie na blogu autora: http://piotrdzialak.bloog.pl.