„Społeczeństwo przewodzi, gospodarka podąża. (Prze)twórzmy prawo i instytucje od nowa”.
Oto hasło LabGov – włoskiego laboratorium zarządzania, stojącego za mającą pionierski charakter inicjatywą Regulacji Bolońskiej, podręcznika współpracy sektora publicznego i społecznego w tym mieście.
Kati Van de Velde rozmawiała z twórcą LabGov, profesorem Christianem Iaione. Wraz ze swym zespołem pracuje on obecnie nad projektem „Bologna Co-City”, mającym na celu wdrożenie zasad Regulacji oraz rozwijanie idei współpracy na rzecz Bolonii.
Kati Van de Velde: Wszyscy znamy zapewne jakąś działającą w naszym otoczeniu inicjatywę z zakresu dóbr wspólnych – sama ich idea pozostaje jednak dość słabo rozpoznana. W jaki sposób można ją streścić?
Christian Iaione: W jaki sposób wytłumaczyć dobra wspólne „szaremu człowiekowi”, który zajmuje się głównie pracą, zarabianiem pieniędzy oraz ich wydawaniem po to, by móc żyć w obrębie obowiązujących dziś norm?
To dość proste – opierają się one bowiem na dwóch filarach. Po pierwsze mówimy o tworzeniu czegoś, co pozwala nam zaspokoić swoje indywidualne potrzeby, podtrzymać nas przy życiu i pozwolić rozwijać się nam dalej, akumulować zasoby i je wydawać w celu chociażby poprawy swojego statusu społecznego.
Drugim filarem jest wizja, w której państwo zaspokaja wszystkie nasze podstawowe potrzeby, takie jak transport czy infrastruktura (woda, energia elektryczna). Dla uzupełnienia krajobrazu wspomnieć możemy jeszcze o trzecim filarze, w którym jest miejsce na wolontariat, wzajemność czy aktywność społeczną.
Między tymi filarami znajdziemy złożoną sieć dóbr wspólnych. Ich natura nie jest jeszcze do końca zbadana. Podam przykład – zamiast iść do supermarketu i kupować tam żywność możemy zacząć uprawiać ją sami dzięki dostępowi do ogródka działkowego albo farmy na dachu jakiegoś budynku.
Zamiast polegać wyłącznie na podmiotach, których właściciel lub udziałowiec sprawują kontrolę nad środkami produkcji, możemy zarządzać jakimś fragmentem życia miejskiego czy produkować określone dobro we współpracy z innymi.
Działania te nie są ani publiczne, ani prywatne – nie przynależą też do szeroko pojętego sektora społecznego. Zamiast tego stanowią one nowy filar, który nazywamy dobrami wspólnymi.
Powinniśmy go traktować jako uzupełniający wobec tych poprzednio przeze mnie wspomnianych – ale też jako sposób na ich ponowne przemyślenie.
Przez długi czas sektor dóbr wspólnych uznawany był za coś marginalnego – sposób, w jaki małe społeczności zarządzają jakimś dobrem bez pomocy państwa czy rynku. Uznawane przez to było jako coś zastępującego te dwa sektory, co w wypadku niedużych, odizolowanych od świata populacji, takich jak niektóre społeczności wiejskie w Afryce, bywa zresztą prawdą.
Coraz częściej jesteśmy jednak świadkami ich rozwoju na obszarach miejskich, na których raczej uzupełniają sektor publiczny i prywatny zamiast je zastępować. Warto tu wspomnieć o ogródkach działkowych czy o przestrzeniach aktywności kulturalnej.
Zajmuję się obecnie pracą nad zdefiniowaniem tego, w jaki sposób inicjatywy tego typu będą mogły stać się w przyszłości sposobem na unowocześnienie, poprawę funkcjonowania oraz zmienianie na lepsze państwa i rynku.
Dobra wspólne mogą być przestrzenią eksperymentów, w której rodzą się nowe instytucje oraz modele biznesowe, opierające się na współdziałaniu, dzieleniu się, wzmacnianiu pozycji uczestników oraz koordynacji podejmowanych przez nich działań.
W jaki sposób zaangażowałeś się w dobra wspólne?
10 lat temu zajmowałem się zagadnieniem regulacji dotyczących zmian klimatu w kontekście polityki lokalnej. Zastanawiałem się wówczas nad tym, czy możliwe jest poradzenie sobie z tym problemem poprzez oddolne działania, realizowane na poziomie miejskim.
Swoje badania zacząłem od przykładu związanego z miejską mobilnością, środkami oraz systemami komunikacji. Skończyło się na analizie zjawisk, które dziś określane są mianem dóbr wspólnych oraz ekonomią (współ)dzielenia.
Wniosek, który zawarłem w materiale „Tragedia miejskich ulic”, ma dwojaki charakter.
Z jednej strony stwierdziłem, że miasta powinny w przyszłości inwestować więcej w tworzenie możliwości dzielenia się środkami komunikacji. Z drugiej strony należy wspomnieć, że odpowiednie regulacje mogą przyczyniać się do zmiany zachowań jednostek, skłaniając je do postawienia na bardziej korzystne ekonomicznie i ekologicznie rozwiązania transportowe.
Ponad 10 lat temu zdołałem zauważyć, że 2/3 emisji gazów cieplarnianych brało się z sektora transportowego oraz z konsumpcji prywatnej. Uznałem, że musimy rzucić okiem na coś, co laureatka nagrody Nobla z ekonomii, Elinor Ostrom, określiła w latach 90. XX wieku jako „zarządzanie dobrami wspólnymi”.
Każda i każdy z nas powinien być częścią zakorzenionego w lokalności, a zarazem obowiązującego na globalną skalę reżimu regulacyjnego, w którym wszyscy jesteśmy częścią rozwiązania problemów – a nie jedynie częścią problemu.
„Wspólnicy” (commoners) mogą zmieniać swoje nawyki, przerzucając się z posiadania własnego auta do dzielenia się nim, podejmując próby oszczędzania wody i energii, przyczyniające się do zmniejszenia poziomów emisji – i tak dalej.
Potrzebne jest nam zindywidualizowane, skupione na aspekcie obywatelskim podejście regulacyjne, którego fundamentem będzie współpraca i dzielenie się ze sobą.
To właśnie wtedy zacząłem badać dobra wspólne oraz sposoby organizacji władzy – w szczególności zaś mechanizmy rządzenia powiązane z dobrami wspólnymi.
Współtworzyłeś „Regulację Bolońską dotyczącą ochrony i odnowy dóbr wspólnych”(1). Jak, po dwóch latach od czasu jej wprowadzenia, oceniasz jej efekty?
W Bolonii mamy dziś do czynienia z przeszło 200 projektami czy umowami na rzecz współpracy, opracowanymi na bazie wspomnianej regulacji. Ludzie postrzegają ją jako narzędzie, umożliwiające im działanie – zarówno na poziomie indywidualnym, jak i grupowym, formalnym i nieformalnym.
Stawia sobie również za cel możliwie jak najszersze zaangażowanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego, niesłusznie widzących w niej sposób na ich ominięcie.
Bolonia dąży do wcielenia w życie zapisów, mówiących o przechodzeniu od samego dzielenia się do szerokiej kultury współpracy oraz o odchodzeniu od codziennych, niezrównoważonych praktyk w stronę przemyślanych ekonomicznie, niezależnych i samodzielnych projektów gospodarczych.
Zauważyliśmy, że ważną kwestią jest tu podkreślanie ekosystemowego charakteru dóbr wspólnych i zarządzania nimi – wizji, która może stanowić również sposób projektowania innych polityk publicznych.
Jedną z nich jest Incredibol, czyli projekt rozwoju innowacji w Bolonii. Polega on na tworzeniu przestrzeni kreatywnych, mających więcej wspólnego z modelem start-upowym niż model z Regulacji Bolońskiej.
Obecnie staramy się połączyć te dwie polityki. Za pomocą Incredibola na przykład udało się nam odnowić jeden z miejskich parków, Le Serre dei Giardini Margherita, w którym pojawił się żłobek, restauracja oraz przestrzeń co-workingowa.
Inną taką przestrzenią, o której często wspominam, jest Dynamo. To dawna zajezdnia autobusowa, którą zmieniliśmy w warsztat naprawczy oraz centrum promocji zrównoważonej mobilności i dzielenia się rowerami.
Część pracujących tam osób zajmuje się ponownym wykorzystaniem odzieży, tworzeniem „biblioteki rzeczy” albo pielęgnacją okolicznych parków. Inni skupiają się na integracji imigrantów oraz osób o niskich dochodach poprzez ich zaangażowanie w troskę o miasto, współtworzenie innowacji społecznych oraz udział w ekonomii współpracy.
Warto również wspomnieć o przestrzeniach FabLabowych, takich jak „Make in BO” na Piazza dei Colori, ogrodnictwie społecznościowym czy miejskim rolnictwie… Sporo udało się zrobić również w kwestii społecznej odnowy historycznych budynków w centrum miasta, a także w zakresie odświeżenia opustoszałych budynków i przestrzeni publicznych.
Obserwujemy również powstawanie grup „miejskich twórców” opiekujących się jego przestrzenią – i mających do tego święte prawo, jako że są one praktycznym narzędziem kontrolowania sytuacji w sposób bardziej efektywny niż poprzez służby porządkowe, nakazy czy strategie, ograniczające się do zaspokajania potrzeb przez instytucje publiczne.
Wspomniane przeze mnie przykłady mogą stać się zarzewiem ogólnoeuropejskiego ruchu – podobne procesy mają bowiem miejsce w wielu miastach na kontynencie, co najlepiej ilustruje projekt Cities in Transition.
Miejskie dobra wspólne są dla mnie najważniejszym narzędziem społecznej, gospodarczej oraz instytucjonalnej transformacji naszych miast.
Wspomniałeś o projekcie, mających na celu integrację imigrantów. Mamy dziś do czynienia z szeregiem odcieni wykluczenia społecznego. W jaki sposób dobra wspólne mogą stanowić odpowiedź na te wyzwania?
To istotne sprawy. Musimy udowodnić, że dobra wspólne mogą stanowić narzędzie osiągnięcia sprawiedliwości w naszych miastach. Obserwujemy dziś wciąż niedostateczną różnorodność osób, zaangażowanych w „uwspólnianie” (commoning).
Musimy zatem znaleźć sposoby na to, by włączyć w te procesy osoby takie jak imigrantki czy uchodźcy. Jest to szczególnie ważne na przedmieściach, gdzie mamy do czynienia ze zgrupowaniem w jednym miejscu osób o niskich dochodach (szczególnie w mieszkaniach komunalnych), imigrantów (którzy zdążyli się już na trwałe wpisać w miejski krajobraz) czy osób migrujących (które dopiero co tu trafiły i być może planują ruszyć w dalszą wędrówkę). Musimy pomyśleć, czy i w jaki sposób dobra wspólne mogą odpowiadać na ich potrzeby.
Aktualnie przeprowadzam eksperyment na bolońskim Piazza dei Colori (Placu Kolorów). Znajduje się tam sporo mieszkań komunalnych, które w 60% zamieszkiwane są przez przebywających tu legalnie obcokrajowców.
Niedaleko stamtąd znajdziemy jednak ośrodek dla migrantów, do którego przybywają obecnie uchodźcy z Afryki oraz Bliskiego Wschodu. Przebywają tam do trzech miesięcy, po czym są przenoszeni do innych rejonów miasta oraz innych miast w regionie. W okolicy działa również FabLab oraz sieć przestrzeni kulturalnych i kreatywnych, a także jedno z lokalnych porozumień na rzecz współpracy.
Projekt Co-Bologna zajmuje się aktualnie wykorzystywaniem zarówno idei Incredibol, jak i Regulacji Bolońskiej do włączania migrantów, osób zamieszkujących mieszkania komunalne oraz ośrodek dla uchodźców w tworzenie dzielnicy ekonomii (współ)dzielenia, w której – dzięki nowemu porozumieniu na rzecz współpracy – będą mogli zarządzać przestrzenią publiczną. Będą również mogli wykorzystywać możliwości FabLabu na potrzeby własnej produkcji.
Jak zatem widać dobra wspólne, stawiające w centrum działania kreowanie wartości oraz więzi społecznych, mogą być sposobem na stworzenie podzielanego przez osoby uczestniczące w projektach tego typu zestawu wartości, co ma istotne znaczenie w obliczu jego rosnącego zróżnicowania, szczególnie na obszarach miejskich.
Uważam, że w dobrach wspólnych chodzi bardziej o proces społeczny niż o same jego rezultaty. Nie działają one tak, jak państwo czy rynek z ich formalnymi regułami oraz zorganizowanymi strukturami.
Przez większość czasu kluczową ich charakterystyką jest współistnienie ze sobą norm społecznych i nieformalnej struktury, otwartej na zmiany i działającej w intuicyjny sposób. Mają bardzo organiczny charakter i zmieniają się wraz z upływem czasu. Coś, co może pasować do jakiegoś kontekstu nie musi sprawdzać się w innym. To bardzo ważne, by mieć w tyle głowy rolę tak zarysowanej różnorodności.
Koordynujesz Laboratorium Zarządzania Dobrami Wspólnymi (LabGov)(2). Co, jako ekspert, możesz poradzić innym miastom, zainteresowanym tym tematem?
LabGov stanowi pierwszy krok na drodze do wdrożenia idei Współ-miasta (Co-City), które musi powstać na bazie lokalnych instytucji wiedzy i we współpracy z władzami miasta oraz praktykami dóbr wspólnych.
Proces ten musi być czymś kreatywnym i zaprojektowanym tak, by inicjować dyskusje nad znaczeniem dóbr wspólnych dla danego miasta oraz punktem wyjścia do ich rozwijania. Coś, co przynależy do dóbr wspólnych w Gandawie nie musi nimi być w Bolonii – to wszak lokalna społeczność, „wspólnicy”, mają sami decydować o tym, który plac, park, ulica czy opuszczony budynek powinien stać się takim dobrem.
Kiedy już dojdzie do porozumienia w tej kwestii należy zacząć proces mapowania miejskich instytucji dóbr wspólnych – w naszej okolicy mogą już bowiem być realizowane pozytywne przykłady oraz działać zajmujące się tym tematem grupy, które nie wiedzą o swoim istnieniu.
Możesz zdecydować na przykład, że dobrem wspólnym dla Gandawy powinna być żywność.
Już dziś mogą tam działać projekty, ludzie czy stowarzyszenia, które może nie mówią o sobie w tym języku, ale już dziś realizują założenia dóbr wspólnych w praktyce, stanowiąc społeczność, która opiera się na współpracy, dobrowolnej, otwartej i niehierarchicznym formie produkcji oraz współdziałaniu z innymi inicjatywami w celu osiągnięcia pozytywnych efektów dla miasta, w którym funkcjonują.
Musisz zatem ruszyć w teren, porozmawiać z nimi i zaprosić do bycia częścią eksperymentu, mającego na celu stworzenie wspólnymi siłami narzędzi do zarządzania dobrami wspólnymi.
Potem następuje czas na stworzenie prototypu modelu zarządzania. Może on przyjąć formę regulacji, instytucji publicznej albo przedsięwzięcia biznesowego. Nie musi być on prawem – może również przyjąć formę norm społecznych, dotyczących chociażby reguł użytkowania.
Kluczowe jest tu wspólne testowanie pomysłu, a następnie jego ewaluacja, która może skończyć się przekształceniem prototypu w zasadę zarządzania. Koniec końców liczy się również kwestia zbadania skutków jej wprowadzenia. Tak właśnie idea współ-miasta wygląda w praktyce.
Artykuł „The City as a Commons” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłum. Bartłomiej Kozek
Zdj. Vanni Lazzari na licencji CC BY-SA 4.0
Przypisy:
(1) Innowacyjne podejście, uznające miasto za zbiorowo tworzony ekosystem społeczny, w którym współpraca oraz inicjatywy obywatelskie są uznawane za wartościowe oraz aktywnie wspierane przez władze.
(2) Przestrzeń eksperymentów, w której studenci, naukowcy, eksperci oraz aktywiści dyskutują nad przyszłym kształtem instytucji społecznych, ekonomicznych i prawnych. LabGov rozwijał opartą na eksperymentach oraz analizie przykładów ze świata inicjatywę Co-Cities, mającą na celu stworzenie miasta przyszłości, opierającego swoje działanie na zarządzaniu dobrami wspólnymi, kooperatywnym trybie użytkowania terenu, innowacjach społecznych oraz ekonomii (współ)dzielenia. LabGov stawia na naukę poprzez praktykę (learning-by-doing).
W belgijskiej Gandawie obserwować możemy szeroki zakres projektów i inicjatyw, skupiających się na dobrach wspólnych.
Nadal jednak ma ona przed sobą wdrożenie modelu, który w realny sposób wcielać będzie w życie zasadę skupiania się na dobrach wspólnych w realizowanych przez lokalne instytucje działaniach i procesach. Realizowana ostatnimi czasy praca ekspercka daje miastu mapę drogową do przemyślenia i zmiany swoich struktur tak, by realizowały swe działania pod hasłem partycypacji obywatelskiej, dzielenia się zasobami oraz ponadlokalnej współpracy.
Michel Bauwens, jeden z najważniejszych światowych ekspertów w zakresie commons i założyciel P2P Foundation wyróżnia co najmniej trzy powody, dla których miasta mogą chcieć pobudzać inicjatywy i projekty związane z dobrami wspólnymi. Po pierwsze, odgrywają one istotną rolę w transformacji ekologicznej, umożliwiając dzielenie się dobrami, warsztatami produkcyjnymi oraz niezbędną infrastrukturą. Po drugie, umożliwiają one szybsze przechodzenie do ekonomii obiegu zamkniętego, przyczyniając się do dzielenia o informacjami na temat łańcuchów produkcji, ale też dając szansę na tworzenie lokalnych, wysokiej jakości miejsc pracy.
Lokalne platformy wymiany wiedzy i umiejętności pozwalają na realizację idei krótkich łańcuchów dostaw i dystrybucji, stanowiąc alternatywę dla outsourcingu zadań do prywatnych firm z długimi łańcuchami tego typu. Po trzecie wreszcie, jako że dobra wspólne opierają się na otwartych systemach wzmacniają one demokrację oraz partycypację społeczną. Tak w Gandawie, jak i w innych miejscach odczuwalny jest brak modelu „miasta wytwórców”, a mówiąc bardziej konkretnie wdrażania modelu produkcji opartego na otwartym wzornictwie przemysłowym.
Zobowiązanie do pracy na rzecz dóbr wspólnych
Gandawa – belgijskie miasto liczące sobie 260 tysięcy mieszkanek i mieszkańców – pochwalić się może imponującą historią inicjatyw obywatelskich oraz innych form samorządu.
W średniowieczu była to bogata miejscowość z przeszło 50 gildiami. W trakcie rewolucji przemysłowej było z kolei kolebką nowych ruchów robotniczych i spółdzielczości. W przez ostatnie 10 lat mogliśmy obserwować trzecią falę aktywności, reprezentowaną przez przeszło 500 inicjatyw oddolnych – od kooperatywy energetycznej i cyfrowej platformy współdzielenia samochodów aż po rozliczne inicjatywy związane z lokalną żywnością.
W wymiarze politycznym Gandawa ma tradycję partii postępowych – w tym dość sporej partii Zielonych, obecnych na lokalnej scenie od kilku dekad. Wybory samorządowe w roku 2012 wygrał tu czerwono-zielony sojusz, któremu udało się zdobyć większość w radzie miasta. Rządzi on razem z partią liberalną, a podstawę aliansu tworzy wizja innowacyjnego projektu społeczno-ekologicznego. Progresywne tradycje wiążą się również z kulturą otwartego podejmowania decyzji, dającej około 4 tysiącom pracowników instytucji miejskich całkiem sporo przestrzeni do realizacji własnych inicjatyw oraz do współdziałania z mieszkankami i mieszkańcami.
Wszystko to w sytuacji, w której belgijskie miasta mają dość niewielką przestrzeń podejmowania decyzji czy autonomii fiskalnej w porównaniu np. do tych w Danii.
Nie jest zatem zaskoczeniem, że rada miejska Gandawy była pierwszą na świecie, która poprosiła Michela Bauwensa o przygotowanie planu transformacji miasta na bazie dóbr wspólnych (Commons Transition Plan). Wraz ze współpracownikiem zamieszkali tu na wiosnę roku 2017, rozmawiając z 80 mieszkankami i mieszkankami przewodzącymi lub zaangażowanymi w projekty typu commons, przeprowadzając sondaż poświęcony naturze dóbr wspólnych oraz roli miasta, a także wywiady w rozlicznych spółkach komunalnych oraz wśród radnych. Efektem była otwarta encyklopedia internetowa, która zgromadziła około 500 udokumentowanych inicjatyw obywatelskich.
Celem nie było jednak jedynie stworzenie mapy projektów – pytania badaczy miały również aspekt polityczny. Skupiły się najpierw na nowych relacjach mediacji i regulacji, powstającymi między lokalnymi władzami miejskimi a obywatelkami i obywatelami, mającymi na celu wsparcie rozwoju inicjatyw zogniskowanych wokół dóbr wspólnych. Pytali się potem, czy miasta mogą być graczami w zmianie społecznej, ekonomicznej i instytucjonalnej w okresie, gdy państwa narodowe nie są już w stanie regulować globalną gospodarkę. Czy częścią nowego, międzynarodowego modelu władzy mogą się zatem stać sieci miast?
Na bazie prowadzonych w wielu miastach badań na temat dóbr wspólnych Bauwens rozpoczął opracowywanie planu transformacji, opierając go na dwóch przesłankach. Po pierwsze – rada miejska, skupione na dobrach wspólnych inicjatywy miejskie, a także spora część mieszkanek i mieszkańców Gandawy nie jest już tylko i wyłącznie lokalnymi graczami. Stali się częścią ponadnarodowych, ponadlokalnych sieci, które wspólnymi siłami mogą wpływać na globalne zmiany społeczno-polityczne.
Widać to wyraźnie w wypadku planowanych „globalnych społeczności dizajnu”. Lokalne projekty, takie jak fab laby(1), połączone są z globalnymi sieciami przepływu informacji, społecznościami, a nawet sojuszami. Po drugie, miasta mogą bardziej świadomie zarządzać sposobem, w jaki ze sobą współpracują. Już dziś widzimy przykłady tego typu przy kwestiach klimatycznych czy próbach regulowania Ubera – proces ten można jednak pociągnąć dalej. Międzynarodowe sojusze miast powinny być instytucjami realnej współpracy ponadlokalnej i globalnej.
Będziesz moim… miastem partnerskim?
Docenianie inicjatyw skupionych na dobrach wspólnych to jedno – mobilizowanie władz lokalnych do dawania im wsparcia strukturalnego to inna sprawa. Wymaga ono fundamentalnej zmiany w kulturze i strukturze władz publicznych, którą Bauwens określa mianem „państwa partnerskiego”.
Zmiana ta w tym wypadku wymagana byłaby na szczeblu lokalnym. Miasto przestaje być przestrzenią, potrzebującą polityków zachowujących się jak menadżerowie. Jest ono przede wszystkim żyjącą społecznością kreatywnych obywatelek i obywateli. Oznacza to, że zamiast prywatyzować spółki komunalne czy zawierać partnerstwa publiczno-prywatne celem powinny być partnerstwa publiczno-społeczne.
Bauwens wykorzystuje do osiągnięcia celu Gandawy jako „miasta partnerskiego” już istniejące tu ziarna transformacji. Od jakiegoś czasu realizowało ono strategię zrównoważonego systemu żywnosciowego – Gent en Garde. Instytucją kluczową dla jej realizacji jest Voedselraad – rada do spraw żywności, w której znajdują się osoby związane z każdym elementem łańcucha produkcji i dystrybucji żywności, łącząc tym samym wiele istniejących (i nowych) inicjatyw związanych z lokalnym rolnictwem i promowaniem krótkich łańcuchów dostaw oraz umożliwiając kontakt między producentami a konsumentami.
Rada do spraw żywności – jako organ dający reprezentację różnym graczom – umieszcza jednak ludzi w obrębie ich dotychczasowych interesów i struktur działających na rzecz ich osiągnięcia. Nierzadko nie mogą lub nie chcą rozmawiać z nowymi inicjatywami wokół dóbr wspólnych jak równy z równym. Właśnie dlatego potrzebny jest drugi, bardziej doradczy organ, którym w tym wypadku jest istniejąca już grupa robocza do spraw rolnictwa miejskiego. Ta niezależna inicjatywa sama jest koalicją zróżnicowanych projektów, ekspertów oraz zaangażowanych grup obywatelek i obywateli. Pozwala społeczeństwu obywatelskiemu na gromadzenie wiedzy – bez wchodzenia w stare struktury władzy.
Plan na rzecz transformacji wokół dóbr wspólnych pomógł w tworzeniu dwóch nowych instytucji, mających na celu zwiększenie partycypacji społecznej.
Stany Generalne Dóbr Wspólnych zorganizowane zostały przez sektor inicjatyw tego typu i działają jako organizacja parasolowa. Są przestrzenią przeznaczoną dla osób troszczących się o dobra wspólne i chcących zaangażować się na ich rzecz. Izba Dóbr Wspólnych odwołuje się z kolei do praktyki już istniejących izb gospodarczych. Obywatelki i obywatele zasiadają tam jako przedsiębiorcy, którym leży na serce przyszłość odpornej na wstrząsy gospodarki skupionej wokół commons.
Różnica perspektyw czyni obie te instytucje niezbędnymi. Walcząc o lepszą widzialność i większy wpływ organ doradczy zdobywa siłę, która przydaje mu się w dyskusjach z miastem oraz organem skupionym na reprezentacji. Stany Generalne i Izba Dóbr Wspólnych pilnują, by doceniana była rola współtworzenia, a decyzje polityczne nie działały na ich szkodę. Powyższy schemat może zostać zastosowany w wielu innych sektorach, dając instytucjom publicznym nieustający strumień inspiracji ze strony inicjatyw i idei dóbr wspólnych.
Bauwens proponuje ponadto skopiować odnoszące sukcesy miejskie instytucje z Włoch, na przykład z Bolonii. Chodzi o lokalne laboratorium dóbr wspólnych (Commons City Lab) wspierające świeże, eksperymentalne inicjatywy tego typu, upowszechniające udane pomysły i modele, a także wspierające tworzenie sieci współpracy.
Kolejną kwestią są tyczące dóbr wspólnych regulacje, wspierające prawo do inicjowania projektów tego typu i określające rolę miast oraz innych aktorów miejskiego życia publicznego. „Prawo do rozpoczęcia” (Right to Initiate) to pozytywne uprawnienie, którego celem nie jest zastąpienie już istniejących usług publicznych, lecz rozwijanie przestrzeni opartych na trosce zmian.
Spotkanie strumieni
Nie da się ukryć faktu, że w kwestiach takich jak dobra wspólne czy regulowanie hiperkapitalistycznych inicjatyw typu Airbnb to miasta znajdują się dziś na czele peletonu. To nie brytyjski rząd lecz Londyn ma na tyle odwagi, by w wypadku łamania reguł skonfrontować się z Uberem. Miasta w roli awangardy nie są niczym zaskakującym. Fakt, że lokalna rada miejska jest dla obywatelek i obywateli bliżej niż ich rząd z pewnością ma tu coś do rzeczy. Burmistrzowi łatwiej też jest wejść w dialog dotyczący swoich posunięć politycznych z lokalnymi graczami.
Te pragmatyczne uwagi kryją jednak aspekt ideologiczny, który w swej książce Vrijheid & Zekerheid (Wolność i pewność) określam mianem „kraju dwóch nurtów(2)”. W Europie mamy dziś do czynienia z dominującym nurtem neoliberalnym oraz nurtem alternatywnym, będącym wobec niego w kontrze. Główny nurt tworzy większość rządów, instytucje międzynarodowe oraz wielkie korporacje. Rządy narodowe funkcjonują w gorsecie Traktatu z Maastricht, stawiającego cele polityki monetarnej wyżej niż kwestie społeczne i ekologiczne.
Samorządy mają tu większe pole manewru. Lobbyści ponadnarodowych koncernów nie są w stanie być obecni w każdej miejscowości.
Miasto jest miejscem, w którym rodzi się szereg obywatelskich inicjatyw na rzecz zrównoważonego rozwoju. Tak jak w wypadku małych strumyczków łączą się tu ze sobą w większy prąd w którym wzmacniają siebie nawzajem. To najczęściej na szczeblu lokalnym – najbliższym ludziom – łatwiej o włączenie się w ten nurt. To tu lokalne inicjatywy mogą stać się realnymi alternatywami politycznymi. Wybór Ady Colau, reprezentującej obywatelski ruch miejski Barcelona en Comú na burmistrzynię tego miasta jest tego najlepszym dowodem.
Łączenie sił
Jeśli miasta chcą być aktywną częścią nowej formy ponadnarodowej władzy, muszą one aktywnie tworzyć sieci współpracy wokół dóbr wspólnych. To pragmatyczna propozycja. Osoby zaangażowane w inicjatywy tego typu czy innowacyjni przedsiębiorcy realizują swoje pomysły i kreują lokalne standardy – rośnie więc potrzeba wzmocnienia ich pozycji i umożliwienia im działania w klasycznym, konkurencyjnym otoczeniu, które dziś zwala na społeczeństwo ekologiczne i społeczne wygenerowane przez siebie koszty zewnętrzne.
Miasta, a także inicjatywy wokół commons będą mieć jakiekolwiek znaczenie, jeśli uda im się połączyć swoją wiedzę i zasoby. Wspólnymi siłami możliwe będzie na przykład wspieranie wolnego oprogramowania, umożliwiające stworzenie platform umożliwiających chociażby dzielenie się samochodem czy rowerem, tworzenie lokalnej waluty czy zarządzanie systemem produkcji żywności w krótkich łańcuchach – od sprzedaży nasion po sklepy internetowe.
Proces ten oznaczać będzie dzielenie się wiedzą na temat podejścia do dóbr wspólnych w różnych miastach i miasteczkach. Możemy potem ocenić, jakie regulacje i nowe instytucje działają najlepiej dla wspierania ich rozwoju. By podać konkretny przykład, Bauwens odwołuje się do koalicji 16 metropolii, które podpisały Obietnicę Barcelońską czy do modelu FabCity, który ma pomóc w zrelokalizowaniu połowy produkcji żywności do roku 2054.
Poza lokalny horyzont
Znaczenie opracowanego przez Bauwensa planu transformacji wykracza poza lokalny kontekst. Proponowane przez niego lokalne struktury są tu szczególnie ważne. Jest czymś oczywistym, że po dziesięcioletnim trendzie zwyżkowym Gandawa potrzebuje nowych instytucji, które skanalizują energię na rzecz zmiany społecznej i ekonomicznej w kierunku bardziej uczciwej, sprawiedliwej, wspólnej przyszłości.
Wszystkie proponowane na szczeblu miasta innowacje wymagać będą sporo czasu i energii ze strony lokalnych aktywistów, władz czy przedsiębiorców. Istnieje spore zagrożenie, że wszyscy uznają wprawdzie wagę poszerzania sieci o ponadlokalnym charakterze, ale za słowami nie pójdą czyny. Bauwens w swoim planie wspomina o potrzebie tworzenia tego typu sieci, podobnie jak o potrzebie zmian w samym mieście. Ważne, by od początku swego istnienia każda nowa instytucja uwzględniała w swym działaniu kontekst ponadlokalny.
Pogłębienie współpracy jest niezbędnie do wzmocnienia wspomnianego już nurtu alternatywnego. Kluczowe w tej kwestii są sieci miast, współpracujące z sieciami uniwersyteckimi w celu opracowania i podzielenia się niezbędną wiedzą i dizajnem.
Gdyby 20 miast od jutra wyznaczyło środki na rzecz przygotowania, powiedzmy, alternatywnej platformy cyfrowej dla Airbnb, a następnie wdrożyło ją we współpracy z miejskimi graczami w sektorze dóbr wspólnych, odegrałyby wówczas istotną rolę w tworzeniu alternatywy dla produktów, oferowanych przez neoliberalnych graczy. To realne zmagania, z którymi mamy dziś do czynienia.
Jest tu również miejsce na naukę z doświadczeń lat 70. XX wieku. Z energii tamtego okresu, definiowanego czasem jako „maj ’68” wyłonił się szereg graczy i inicjatyw społecznych, domagających się większej przestrzeni dla działań autonomicznych wobec państwa i rynku. O ile w wielu krajach przestrzeń ta została zdobyta w kwestiach takich jak równość małżeńska, elastyczność kariery zawodowej czy eutanazja, o tyle w wypadku inicjatyw o charakterze ekonomicznym było dokładnie odwrotnie – pozycja obywatelek i obywateli osłabła.
Dzięki zorganizowaniu się na globalnym szczeblu potęga biznesu znacząco wykroczyła poza władzę państwa narodowego czy obywatelskiej samoorganizacji. Jeśli nowa fala ruchów społecznych ma zdobyć realną władzę to od początku musi się organizować na szczeblu ponadlokalnym, na którym przywództwo obejmą koalicje miast o czytelnych celach politycznych i ekonomicznych. Ze strony Zielonych wymagać to będzie wzrostu świadomości i uważnego przyglądania się wydarzeniom, które stanowić powinno punkt wyjściowy dla wszystkich przyszłych działań.
(1) Fab lab (ang. fabrication laboratory) – niewielki warsztat, zapewniający sprzęt i usługi potrzebne do produkcji cyfrowej.
(2) Vrijheid & Zekerheid. Naar een sociaalecologische samenleving (wyd. holenderskie: EPO, 2016). Dirk Holemans. Anglojęzyczny esej, zawierający podstawowe elementy książki jest od końca 2017 roku dostępny na stronie Green European Foundation (projekt Ecopro): www.gef.eu
Artykuł „The City Taking the Commons to Heart” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Zdj. Derek Sherman na licencji CC BY-SA 3.0
Dobra wspólne to rozwijająca się na kontynencie koncepcja, stawiająca na współtworzenie, opiekę oraz trwałość społeczną i ekologiczną. (więcej…)
Belgijski projekt Nassonia, stawiający sobie za cel odtworzenie naturalnego lasu w Walonii, wzbudził zarówno wiele kontrowersji, jak i entuzjazmu. (więcej…)
Społeczne podejście do zarządzania zasobami lub świadczenia usług kształtowało się do tej pory w formie ostrego wyboru między kontrolą państwa a mechanizmami rynkowymi.
Alternatywa ta pomija trzecią możliwość – zarządzanie realizowane przez autonomicznych obywateli. Istnieją dowody na to, że podejście to jest kluczowe dla jakości życia – zarówno jednostek, jak i społeczności.
Dwie prawdziwe historie
Pierwsza dzieje się w średniowiecznym mieście Gandawa. Pozostałości po pradawnym opactwie St-Baafs są publicznym muzeum. Brzmi to sensownie – to tu zaczęła się historia miasta. Samorząd zmuszony zostaje jednak do cięć budżetowych, przez co odwiedzana z rzadka placówka zostaje zamknięta. Przez kilka lat na jej terenie nic się nie dzieje – kogo miałaby obchodzić?
Okoliczni mieszkańcy uznają jednak sytuację w której piękna, średniowieczna budowla i otaczający ją ogród pozostają odgrodzone od życia miasta za haniebną. Decydują się na działanie wierząc, że piękno tego miejsca powinno być dostępne dla wszystkich. Ruszają z inicjatywą obywatelską, organizując w opactwie wykłady i koncerty. Przekształca się ona w sprawnie działającą organizację.
Dwadzieścia lat później około 150 ochotników przygotowuje tu przeszło 200 wydarzeń w których uczestniczą tysiące ludzi. Powstaje nowe, prężne miejskie dobro wspólne.
Druga dotyczy dużego kraju o nazwie Niemcy. W latach 90. XX wieku państwo produkuje energię głównie w elektrowniach jądrowych oraz dzięki paliwom kopalnym. Pomimo zmian klimatu cztery najważniejsze firmy zajmujące się produkcją energii elektrycznej twierdzą, że jedyną drogą naprzód pozostaje trzymanie się status quo. Inwestowanie w odnawialne źródła energii jest wyśmiewane.
Obywatele gromadzą się razem i zaczynają własne projekty energetyczne, przyjmujące najczęściej formę spółdzielni energetyki odnawialnej (REScoops). Pomysł rozprzestrzenia się po miastach i wioskach, zmieniając system energetyczny. Niemal połowa nowych instalacji OZE w Niemczech należy dziś do obywateli i powołanych przez nich inicjatyw. Nazwijmy je ogólnokrajową siecią lokalnych dóbr wspólnych.
Już nigdy nie będziesz szedł sam
To prawdziwe przykłady. Opowiadają one jednak tylko część historii.
Mieszkańcy Gandawy musieli poprosić o klucz do opactwa. Odpowiedzialny za niego urzędnik (prawdopodobnie wizjoner) nie tylko im go dał, ale dodał, że „nikt nie jest w stanie zająć się nim tak dobrze jak jego otoczenie”. Szereg wydziałów miasta aktywnie wspierało inicjatywę obywatelską, np. poprzez umieszczenie informacji o jej wydarzeniach w oficjalnym newsletterze lokalnego centrum sąsiedzkiego. Odpowiedzialny radny musiał wesprzeć urzędników, którzy w zaufaniu oddali swe klucze. Po jakimś czasie na zawsze.
Spółdzielnie energetyczne w Niemczech były w stanie rozkwitnąć w takiej ilości tylko dzięki korzystnemu otoczeniu prawnemu – stabilnej taryfie gwarantowanej na energetykę odnawialną wprowadzaną do sieci.
Wprowadzone po raz pierwszy w roku 1990 prawo zostało spięte z ambitną Ustawą o Energii Odnawialnej (a także innymi, dalekosiężnymi projektami rządowymi) już 10 lat później. Kiedy doszło do kryzysu gospodarczego inwestycje w produkcję energetyki odnawialnej okazały się nie tylko obywatelskim gestem, ale również trafnym wyborem finansowym.
Powyższe dwa przykłady wpisują się w trendy, zauważone w prowadzonych w Holandii badaniach nad inicjatywami obywatelskimi. W ten czy inny sposób musiały one polegać na wsparciu publicznym, np. udostępniania im potrzebnej do działania przestrzeni, skrawka ziemi na miejskie rolnictwo albo wsparcia finansowego. Uważam, że wsparcie to nie jest problemem, lecz istotnym elementem demokracji.
Nadal jednak brakuje w tych opowieściach jednego wymiaru – ekonomicznego. Sprzedający swą własną energię ze źródeł odnawialnych w Niemczech dokonują tego na rynku, nawet jeśli jest on mocno uregulowany. Kiedy brakuje wiatru czy słońca mogą oni na szczęście zakupić energię z innych źródeł czy krajów. Nawet jeśli „sąsiedztwo opactwa” jest prowadzone przez ochotników to nawet oni muszą płacić rachunki. W tym celu prowadzą kawiarnię. Z belgijskiego punktu widzenia to najbardziej oczywisty finansowo wybór.
Holistyczne spojrzenie
Z poziomu pojedynczych przykładów przejdźmy teraz na bardziej ogólny. Jeśli popatrzymy się na stanowiska na temat tego, w jaki sposób powinniśmy podchodzić do budownictwa mieszkaniowego to kształtują się one gdzieś na spektrum dwóch przeciwnych sobie opinii. Po lewej dominuje przekonanie, że to państwo jest najlepszym narzędziem do dostarczenia go w sprawiedliwy sposób. Po prawej słyszymy argumenty, że tylko rynek może doprowadzić do optymalnej alokacji zasobów.
Przechodząc na jeszcze wyższy poziom wielu komentatorów uznawało upadek Muru Berlińskiego w roku 1989 za sukces podejścia prawicowego. W krajach takich jak Wielka Brytania przekonanie to przekładało się na demontaż publicznego mieszkalnictwa społecznego oraz transfer domów z sektora publicznego do prywatnego.
Dyskusje takie jak wspomniana powyżej – jak również wiele innych – tkwią w pułapce myślenia w kategoriach “lewica-prawica”, w których radykalna lewica bezrefleksyjnie argumentować będzie na rzecz rozwiązania rządowego podczas gdy prawica – równie automatycznie – dostrzega same zalety w stawianiu na podejście rynkowe i prywatne podmioty.
Tak jakby obywatel, ów fundament demokracji, mógł jedynie patrzeć się na sprawy z widowni bez możliwości zaproponowania własnych odpowiedzi na potrzeby społeczne.
Pozostając w temacie budownictwa mieszkaniowego dostosowanego do osób starszych argumenty na rzecz inicjatyw społecznych, takich jak Abbeyfield Houses, słyszane są w głównym nurcie debaty publicznej dość rzadko. Inicjatywa ta narodziła się w roku 1956 w Wielkiej Brytanii jako odpowiedź na rosnący problem społeczny. Coraz więcej osób starszych w ubogich dzielnicach Londynu nie było w stanie żyć godnie i samodzielnie.
British Abbeyfield Society zarządza dziś 700 domami z 7.000 seniorek i seniorów, w czym pomaga 10.000 osób pracujących wolontaryjnie. Inicjatywa ta pokazuje, jak mocno w wielu krajach już dziś zakorzeniła się idea wspólnego życia i ochotniczego działania.
Nie chodzi tu o stwierdzenie, że inicjatywy obywatelskie są lekiem na całe zło – mogą jednak, jeśli tylko stać nas będzie na poszerzenie naszej perspektywy, stać się istotną częścią przyszłości. Wspomniane przykłady jasno pokazują, że mamy trzy podstawowe odpowiedzi na stojące przed nami wyzwania i na organizację społeczeństwa. To poszerzone spojrzenie daje się zawrzeć w formie trójkąta. Dotychczasowe historie dają się wpisać w jego podstawę.
Każdy z wierzchołków jest skrajną możliwością: społeczeństwa w pełni rynkowego, w 100% kierowanego przez państwa albo zarządzanego wyłącznie przez inicjatywy obywatelskie. To, w jaki sposób dana społeczność odpowiada na potrzeby społeczne – na przykład domy opieki – można nakreślić w obrębie tego trójkąta.
To poszerzone spojrzenie pozwala nam, jak zauważa filozof Philippe Van Parijs, dotrzeć do samego rdzenia ekologii politycznej. Pokazuje nam, jak ograniczone jest pole dyskusji w naszych społeczeństwach (więcej państwa kontra więcej rynku), toczącej się w obrębie jednego ramienia trójkąta. Kiedy zaczynamy widzieć jego trzy wierzchołki z położonym na szczycie aspektem autonomicznym, tworzącym obok poziomego również pionowy wymiar staje się natychmiast jasne, że gdy liberałowie i socjaliści zachwalają odpowiednio rolę rynków czy państwa nie tylko walczą o mniej państwa czy mniej rynku, ale też redukują znaczenie przestrzeni obywatelskiej.
Istnieje jednak trzecia perspektywa, podkreślająca rolę aktywności obywatelskich oraz zmniejszenie znaczenia tak państwa, jak i rynku. Pozioma oś „lewica-prawica” charakteryzuje nowoczesne społeczeństwo przemysłowe. Przechodzenie od tej linii w kierunku góry trójkąta jest charakterystyczną cechą społeczeństwa poprzemysłowego, promującego zaangażowanie społeczne opierające się na autonomii, a nie pieniądzach i pracy. Dokładnie tam znajdziemy dobra wspólne.
Potęga innowacji społecznych
Perspektywa autonomiczna stanowi kluczowy element ekologii politycznej (ekologizmu, ekopolityki). Z zielonej perspektywy nie jest pożądane, by społeczeństwo sprowadzone zostało do któregokolwiek kąta. Ekopolitycy – podobnie jak liberałowie czy socjaliści – uznają mieszankę rynku, państwa oraz inicjatyw obywatelskich za optymalną. Jednocześnie jednak ich spojrzenie jasno różni się od podejścia wspomnianych idei.
Niezależność jest dla nich radosną podstawą potencjalności wspólnego kształtowania świata. Autonomia stoi w sprzeczności z jednostronnym indywidualizmem – wspomniane współkształtowanie odbywa się zawsze we współpracy z innymi.
Zwolenniczki i zwolennicy ekopolityki mówią o współzależnej autonomii – tylko dzięki owocnym więziom z innymi możemy znaleźć spełnienie i stworzyć świat warty życia. Oznacza ona również wprowadzenie perspektywy opieki: za innych, za otoczenie w którym żyjemy i za planetę. Perspektywa ta wiąże się z kolei z perspektywą bycia kustosz(k)ami. Nasza swoboda działania i zmieniania świata wymaga od nas poczucia odpowiedzialności.
Znaczenie sfery autonomicznej jako źródła innowacji społecznych nie może pozostać niedoceniane. Mnóstwo odpowiedzi na stojące przed nami wyzwania nie pochodzi dziś z rządu czy biznesu ale ze strony kreatywnych obywatelek i obywateli. Wspomniana już inicjatywa Abbeyfield Housing jest tu dobrym przykładem – podobnie jak carsharing, rolnictwo ekologiczne czy kooperatywy spożywcze. Kto zbudował pierwsze, produkujące elektryczność wiatraki? Obywatele, tworzący pozytywną alternatywę dla energetyki jądrowej w krajach takich jak Dania czy Irlandia.
Wspomniany trójkąt pokazuje też, że ekologia polityczna nie może być redukowana do ochrony środowiska. Ekopolityka nie tylko szanuje ograniczenia ziemskiego ekosystemu, ale chce też większej, bardziej autonomicznej sfery społecznej, w której obywatelki i obywatele mogą wykorzystywać swoje umiejętności bez ingerencji ze strony rynku czy państwa. Ostatecznym celem staje się dobre życie dla wszystkich.
Od partnerstw publiczno-prywatnych w stronę publiczno-społecznych
Jak pokazują wspomniane przykłady większość inicjatyw obywatelskich w ten czy inny sposób zależy od współpracy z państwem. To nie problem – to przyszłość. Neoliberalny reżim minionych trzydziestu lat udowadniał, że najlepszym sposobem organizacji jakiegokolwiek elementu życia społecznego były rynki i konkurencja. Skutkowało to rozwijaniem partnerstw publiczno-prywatnych które, w większości wypadków, prowadzą do utraty kontroli przez instytucje publiczne oraz zbyt wysokimi podatkami płaconymi przez obywatelki i obywateli za dostarczane im usługi.
Po raz kolejny trójkąt ukazuje nam alternatywę, którą warto będzie rozwijać w przyszłości – partnerstwa publiczno-społeczne.
Wraz z rosnącą ilością inicjatyw obywatelskich, biorących sprawy w swoje ręce, władze publiczne stoją przed wyzwaniem zmieniania się w państwo partnerskie, tak jak dzieje się to już w Bolonii czy Gandawie. Politycy nie patrzą się tam na swój okręg wyborczy jako na obszar, którym należy odgórnie zarządzać, ale jako społeczność obywatelek i obywateli kipiących pomysłami i doświadczeniem.
W Gandawie udało się im w obrębie sprzyjającego partycypacji klimatu opracować ideę „żyjących ulic”. Zdecydowali się je odzyskać poprzez wyrzucenie na miesiąc-dwa wszystkich samochodów. Lokalny samorząd podjął wszelkie możliwe działania na rzecz tego, by odbyło się to w bezpieczny i legalny sposób. Dzięki partnerstwom publiczno-społecznym możliwa staje się pozytywna eksploracja niedocenianych do tej pory rewirów trójkąta możliwości organizacji społecznej.
Instytucjonalna różnorodność na rzecz trwałych społeczności
Wraz z odżyciem idei dóbr wspólnych stało się jasne, że istnieje trzeci podstawowy sposób na rozwój i organizację społeczną. Opierając się na zasadzie autonomiczności kieruje się on własną logiką, skupiającą się na specyficznych formach relacji społecznych opartych na wzajemności oraz współpracy. Jest bardziej niż prawdopodobne, że nowe inicjatywy tyczące się dóbr wspólnych będą istotnym elementem transformacji w społeczno-ekologicznym kierunku.
Byłoby czymś niemądrym dążenie do pełnego „commonizmu”. Tak jak z komunizmem czy neoliberalizmem społeczeństwo kierujące się wyłącznie jednym z trzech podejść do organizacji nie jest w tanie dostosować się do skali stojących dziś przed nami wyzwań.
Mając ten fakt z tyłu głowy pamiętajmy, że stymulowanie i podtrzymywanie dóbr wspólnych wymaga aktywnego państwa, tworzącego nowe instytucje umożliwiające obywatelkom i obywatelom angażowanie się w projekty zmian w bezpieczny sposób – tak, by rozwijała się ich kreatywność i niezależność. Minimalny dochód gwarantowany mógłby (w połączeniu z innymi innowacjami) stanowić element tej gotowej na XXI wiek ramy bezpieczeństwa społeczno-ekologicznego.
Niepodważalna wartość ruchu na rzecz dóbr wspólnych tkwi w tym, że poszerza on instytucjonalną różnorodność społeczną, będącą jednym z kluczowych elementów ich odporności. To prawdopodobnie najważniejszy argument polityczny na ich rzecz. Na poziomie dyskusji o tym kim jesteśmy i jak się do siebie odnosimy wspiera ona podstawową ludzką umiejętność współpracy oraz troszczenia się o siebie i innych. Czego można chcieć więcej jak obywatelek i obywateli, używających swej wolności do brania przyszłości w swoje ręce?
Ich zaangażowanie nie ma sobie równych.
Artykuł „Institutional Diversity for Resilient Societies” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłum. Bartłomiej Kozek.
Wywiad z Danijelą Dolenec, Hilarym Wainwrightem, Tomislavem Tomaševiciem, Michelem Bauwensem i Johnem Clarkem przeprowadzony przez Vedrana Horvata. (więcej…)
Wraz ze wzrostem ilości produkowanych i dostępnych w Internecie dzieł kultury oraz prac naukowych kluczowe staje się pytanie o wolność do korzystania z ogromu „cyfrowych dóbr wspólnych”. (więcej…)
Dobra wspólne wracają! Trudno nie zauważyć ich popularności. (więcej…)
Czy jesteśmy uwięzieni w status quo? Czy nowe lewicowe siły polityczne mogą popchnąć Europę do przodu? Czy możemy odzyskać kontrolę nad instytucjami publicznymi? Pytania te były podstawą żywych dyskusji na Zielonej Szkole Letniej w Białowieży. (więcej…)
Tradycja dóbr wspólnych ma bardzo długą historię. Narzucona nam przez neoklasyczną ekonomię definicja homo oeconomicus, nieustannie kalkującej i zachłannej jednostki, jest stosunkowo nowa i można uznać ją bardziej za anomalię niż historyczną regułę. Nawet dziś, kiedy własność prywatna stała się fundamentem nowej neoliberalnej religii, użytkowe dobra wspólne zapewniają utrzymanie 25% ludności Ziemi.
W podręcznikach ekonomii trudno jednak szukać wzmianki o takim sposobie korzystania z zasobów. Nawet jeśli się je dostrzega, to traktuje jako bezwartościowe. Najważniejszy wskaźnik poziomu bogactwa PKB obejmuje tylko to, co wytwarzają rynki. Nic więc dziwnego, że mimo trzykrotnego wzrostu tego wskaźnika od roku 1950 poziom zadowolenia z życia niemal we wszystkich krajach pozostaje niezmiennie na poziomie roku 1975.
Przeciw historycznym obciążeniom
W Polsce debata na temat dóbr wspólnych jest znacznie trudniejsza niż w innych krajach. Po II wojnie światowej to, co wspólne stało się synonimem własności państwowej. Dziś dominującą pozycję w gospodarce mają rynki, państwa zaś, jak się wyraził Michael Bauwens, są tylko „młodszym wspólnikiem sektora rynkowego”. W okresie realnego socjalizmu państwo starało się nie tylko ograniczać znaczenie własności prywatnej, ale również innych form własności. Dobra wspólne były rugowane nie przez prywatnych właścicieli, ale przez państwo, które niechętnie patrzyło na wszelką demokratyczną społeczną samoorganizację.
Nie wszyscy jesteśmy świadomi, w jak dużym stopniu korzystamy z dóbr wspólnych. Oddychamy powietrzem, które jeszcze do nikogo nie należy. Pijemy wodę, do której mamy swobodny dostęp. Możemy swobodnie zbierać w lasach grzyby czy jagody, odpoczywać w przestrzeni publicznej.
Pamięć o dobrach wspólnych żywa jest bardziej na wsi, ponieważ lokalna specyfika życia od zawsze wymuszała tam kooperację. Wzajemna pomoc i dość swobodne, ale oparte na zwyczajowych zasadach korzystanie z własności innych było powszechne. Wymieniano między sobą nasiona, sezonowo wypasano bydło na pastwiskach sąsiada, budowano wspólne studnie, które choć znajdowały się na ziemi konkretnego właściciela, to korzystać z nich mogli wszyscy, nawet rodziny z nim skonfliktowane.
Po okresie realnego socjalizmu zostało nam przekonanie, że „wspólne” znaczy niczyje. Ułatwiło to budowanie gospodarki, która gloryfikuje własność prywatną. Dobra wspólne traktowane są jako „komunistyczny” relikt. Wartość z definicji przypisujemy dobrom, które mają właściciela: prywatnego lub państwowego. Chęć określenia dokładnych zasad zarządzania dobrem wspólnym brzmi utopijnie lub co najmniej niepraktycznie.
Nie tylko zasoby
Ten sposób myślenia po części wynika z tego, że dobro wspólne wiele osób utożsamia tylko z zasobami. Zdaniem Davida Bolliera to powszechny błąd. Oprócz zasobów wymienia on społeczność plus zestaw norm i reguł stosowanych do zarządzania nimi. Jego zdaniem dobra wspólne mają sens tylko w komplecie i zapewne nie będą w stanie przetrwać oddzielnie, bo są od siebie wzajemnie zależne. Punktem odniesienia jest społeczność, co stwarza olbrzymie problemy neoliberalnej ekonomii, w której suwerenem może być tylko jednostka.
U źródeł dóbr wspólnych zawsze leży odpowiedzialność, również za przestrzeń wokół nas. W miejscu, w którym mieszkam coraz częściej mieszkańcy organizują się i przejmują przyblokowe trawniki urządzając na nich kolorowe ogrody. Wszystkie decyzje podejmowane są demokratycznie. Każdy ma swoje miejsce do zagospodarowania i określony zakres obowiązków. W pewien sposób dochodzi do „zawłaszczenia” przestrzeni publicznej, w rzeczywistości jest to jej odzyskiwanie. Każdy może się włączyć w pielęgnację ogrodu, o ile będzie przestrzegać wypracowanych zasad. Miejsca takie nabierają indywidualnego charakteru i stają się miejscem spotkań dla mieszkańców.
Podobnych inicjatyw pojawia się coraz więcej. Ludzie współdziałają, by zaspokajać swoje potrzeby. Wymaga to jednak zmiany w myśleniu. Chcąc mieć dostęp do zdrowej żywności, ludzie organizują się w kooperatywy spożywcze. Rozwija się dynamicznie ruch Slow Food. Zaczynają powstawać towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych, lokalne waluty i rozwija dynamicznie społeczność wolnego oprogramowania. Budżety partycypacyjne, których źródeł należy poszukiwać w dobrach wspólnych, rozprzestrzeniają się niczym wirus. Wprowadza go coraz więcej miast w Polsce, chociaż jeszcze nie do końca wszyscy rozumieją „o co w tym chodzi”.
Jednocześnie rozwijają się ruchy społeczne, które walczą z prywatyzowaniem dóbr wspólnych. W Warszawie przykładem może być prywatyzacja SPEC, przedsiębiorstwa ogrzewającego mieszkania w mieście. Z ideologicznych powodów sprzedano coś, co funkcjonowało bardzo dobrze, przynosząc nawet zyski. Sprzedano mimo, że wcześniej z publicznych pieniędzy przeprowadzono kosztowny proces unowocześnienia infrastruktury. Zjawisko to doczekało się już specjalnego terminu: prywatyzacja zysków.
Korporacje coraz agresywniej starają się rozszerzać stan swojego posiadania kosztem dóbr wspólnych. Doskonale ilustruje to przykład miejskich wodociągów. Pomysły na ich prywatyzację stają się coraz powszechne. Następnym konsekwentnym krokiem jest wprowadzenie opłat za wodę (a nie za jej doprowadzenie). I tak rzeczywiście już się dzieje, co zawsze budzi szeroki społeczny protest. We Włoszech w referendum na temat prywatyzacji miejskich wodociągów i innych zasobów wodnych w kraju aż 94% głosujących odrzuciło możliwość prywatyzacji.
Ramy naszej przyszłości
W trosce o wzrost PKB lub bilans korporacji nie uwzględnia się tego, co John Ruskin nazywa „antybogactwem”. Są to niemierzalne i niezamierzone szkody wyrządzone przez rynki. Koszty „antybogactwa” przenoszone są przede wszystkim na dobra wspólne. Dlatego, jak zauważa David Bollier, działalność rynkowa kłóci się z wartościami ekologicznymi. Dobra natury nie mają nalepki z ceną. Ograniczoność zasobów coraz częściej uświadamia nam, że powszechne w neoliberalnej ekonomii przekonanie, że jak coś nie ma przypisanego właściciela, to nie należy do nikogo, jest na dłuższą metę nie do utrzymania.
Własność prywatna nie jest wrogiem dóbr wspólnych. Potrzebna jest jednak równowaga, która uległa w ostatnich dziesięcioleciach zachwianiu. Przewaga rynków i bierna rola państwa sprawiają, że dobra wspólne są coraz bardziej zagrożone. Jak zauważa David Bollier, musimy wciąż zużywać więcej i więcej nieodnawialnych zasobów, szybciej i szybciej, po to tylko, żeby utrzymać obecny standard życia – jednocześnie tworząc coraz więcej „antybogactwa”, z którym nikt nie chce się zmierzyć. Globalne ocieplenie jest logiczną konsekwencją takiej mentalności.
Idea dóbr wspólnych daje nam ramy dla opisu nowej przyszłości, w której ważną rolę będzie pełnić samoorganizacja i samorząd. Już teraz uzupełnia to, a zarazem stanowi wyzwanie dla działalności państwa. Jak pisze David Bollier: „w dobru wspólnym chodzi o opiekę nad tym wszystkim, co posiadamy wspólnie, jako ludzie. O dbałość, abyśmy to dziedzictwo chronili i przekazali, nieumniejszone, następnym pokoleniom. To obejmuje wszystko, od dziedzictwa wiedzy i kultury, przez spójność naturalnych ekosystemów, przestrzeń publiczną i tradycje społeczności, niezbędne do życia wspólnie użytkowane lasy, łowiska i uprawy, aż do niezliczonych innych zasobów, jakie moralnie lub prawnie współposiadamy”.