Za czasów Madame Bovary trzeba było mieć wielki talent, by móc być sobą. Jeszcze większy – jeśli się było kobietą. Teraz każdy może.
Bohaterka słynnej powieści Gustave’a Flauberta nie umie pokochać swojego męża i życia, jakie jest jej pisane i marzy o czymś większym, dzikszym, porywającym, w czym mogłaby zgubić i odnaleźć swoją duszę. Te marzenia prowadzą Emmę Bovary na drogę groźnych iluzji, niebezpiecznego flirtu, tragicznych zaniedbań, finansowej ruiny. Historia kończy się jak najgorzej, Emma odbiera sobie życie, a jej nieszczęśliwy mąż umiera wkrótce po niej.
Jeszcze 30 lat temu, by móc być osobą biseksualną, feministką, gotem, punkiem, długowłosym mężczyzną, trzeba było zostać odmieńcem, a to była trudna droga życiowa. Tylko wielki talent: aktorski, plastyczny, muzyczny (zwłaszcza ten) ułatwić mógł wybór takiej drogi. O wiele trudniej, niemal niemożliwe było odróżniać się, gdy mieszkało się w małym miasteczku, na wsi, gdy było się gospodynią domową, a nie wielkim reżyserem filmowym. Za oryginalność takich członków wspólnot czekał ostracyzm, czyli śmierć społeczna. To los, którego człowiek normalnie nie jest w stanie udźwignąć.
Wielki talent był przepustką do odmienności, znosił imperatyw ostracyzmu, sprawiał, że wybaczało się wszystko, łącznie z występkiem. Z drugiej strony bowiem, odmieńcy byli szanowani i podziwiani, trochę jak szamani, trochę jak wędrowcy między światami.
Dziś nie ma tych wielkich nagród za bycie oryginałem, nie ma też i wielkich kar. Ostracyzm środowisk w stanie wciąż przyspieszającej entropii jest nadal bardzo trudny, ale daje się przeżyć. Wystarczy wyjść ze środowiska, które i tak już nie jest żywym systemem, tylko entropijną bańką, i przenieść się gdzieś indziej. Najlepiej nie przechodzić do innej bańki, tylko wyciągnąć rękę do innej ostracyzowanej, do innego ostracyzowanego. Nie musi nas łączyć nic więcej, poza oryginalnością, doświadczeniem i cierpieniem. Z tego można zbudować całkiem żywą, nową społeczność. Trzeba tylko mieć środki. Tak dużo, tak mało?…
Nigdy dotąd nie mieliśmy w naszych rękach walorów ekonomicznych, które wystarczyłyby do tego, by umożliwić godziwe życia wszystkim ludziom na Ziemi, i to biorąc pod uwagę, że jest nas wykładniczo więcej niż w przeszłości. Teraz mamy takie zasoby. Jednak przeszło połowa ich (51,2%) znajduje się w posiadaniu najbogatszego 0,8% ludności Ziemi. Najbogatsze 4% posiada 64%. Najzamożniejsi koncentrują w swych rękach coraz większą część bogactwa planety. Najbogatszy 1% wzbogacił się od 2020 roku o 26 bilionów dolarów, czyli prawie dwa razy więcej niż pozostałe 99 procent światowej populacji – wynika z raportu Oxfam. To postępujący, globalny trend.
Nigdy dotąd nie mieliśmy technologii, która umożliwiłaby nam posiadanie większej ilości wolnego czasu. Prosty człowiek może żyć jak arystokrata. Teraz mamy taką technologię. Zaawansowane urządzenia i oprogramowanie mogłyby wykonywać wiele nużących, niebezpiecznych prac, albo przynajmniej ułatwić ich wykonywanie. W tym czasie ludzie mogliby odpoczywać, opiekować się sobą nawzajem, tworzyć. A jednak, jak dowodził David Graeber, dominuje obecnie bezlitosna, wszechogarniająca i niedająca się porównać z niczym (z wyjątkiem obozów pracy, dodaje Peter Fleming) alienacja pracy. Wolny czas jest dla współczesnego człowieka czymś wstydliwym, nieosiągalnym. Nawet tradycyjne profesje i zawody twórcze opanowane zostały przez opresyjne systemy zarządzania utrudniające organizowanie pracy i samokontrolę, a często także po prostu rzetelne wykonanie pracy. Depresja spowodowana pracą i wypalenie stały się charakterystyczną cechą współczesności, jak zauważa Byung-Chul Han.
Nie wiem, czy pamiętacie, Czytelniczki i Czytelnicy, taki fragment starej powieści dla dzieci autorstwa Marii Kruger pod tytułem Godzina pąsowej róży, gdzie bohaterka, dzięki zegarowi o magicznych właściwościach, podróżuje w czasie. Najpierw, wbrew swojej woli, cofa się kilka dziesięcioleci wstecz. Z nowoczesnej dziewczyny, chętnie noszącej spodnie i wygodne krótkie fryzury staje się panną z dobrego domu, poddaną rygorowi etykiety i ściskaną w pasie gorsetem. Bohaterce udaje się w pewnym momencie chwycić magiczny zegar i przesunąć wskazówki do przodu, w nadziei powrotu do swoich czasów. Jednak coś idzie źle. Czas posuwa się naprzód, ale protagonistka ląduje w jakiejś męczącej rzeczywistości, ubrana w paskudny, musztardowy strój starej panny, zdana na łaskę i niełaskę otoczenia i opresyjnych struktur społecznych. To nie tak miało być! Znalazła się w złej przyszłości…
Nigdy dotąd w historii ludzkości nie mieliśmy sami do naszej dyspozycji środków zniszczenia życia na całej planecie. Teraz mamy. Nie musimy czekać na uderzenie meteorytu, na wielką powódź, na wielki wybuch wulkanu, na Boga. Sami możemy zniszczyć naszą cywilizację, nawet cały ekosystem. Ba, nie musimy nic zmieniać, podejmować żadnych decyzji, by tak się stało – jesteśmy na tym stałym kursie.
Czas zdezerterować.
To nie jest prima aprilis.
Deserters
An indoor comet
caught by the tail.
I see in the window
vis-a-vis, bleeding
a fluttering pulse, captive
distress signals.
It is dark outside. Dark
inside the shining city.
Something like an embrace
of mild, celestial body,
fluttering.
The night is croaking
it is not here we rest.
(2023)
Dezerterzy
(Tłum. Jarema Piekutowski)
We wnętrzu: kometa
złapana za ogon.
W oknie naprzeciw
Uwięziony alarm.
Trzepocze, krwawi, pulsuje.
Tam ciemno. Ciemno,
Choć miasto lśni.
Ciało niebieskie
Obejmuje łagodnie;
trzepocze.
Noc skrzeczy.
Nie tu nasz dom.
Dziękuję Jaremie Piekutowskiemu za tłumaczenie wiersza i za cenne rady stylistyczne.
Po raz pierwszy od dawna głosy proroków zagłady miejscami zagłuszają coachingowe mowy neoliberalnych hurraoptymistów. Uważam jednak, że mylą się jedni i drudzy. Jestem względnie prawomocną futurolożką (wszak publikowałam w futurologicznym piśmie naukowym World Futures). Jeśli miałabym przepowiadać, jaki będzie nowy system społeczny, przede wszystkim i bez większego wahania powiedziałabym, że nie będzie przedłużeniem tego, w którym żyjemy dzisiaj. Ani jego dobrych, ani złych tendencji. Obrazu żywej, długoterminowej przyszłości ludzkości nie opisuje prosta ekstrapolacja obecnych trendów w przyszłość. Taka ekstrapolacja kończy się bowiem śmiercią, w najlepszym razie samego systemu, w najgorszym – całej planety.
Jako reprezentantka podejścia systemowego, jestem przekonana, że wielkie systemy nie zmieniają się liniowo –wrażenie, że ich rozwój ma charakter liniowy można odnieść obserwując je w fazie wzrostu lub schyłku. Nie sposób przewidzieć, jaki będzie nowy system, patrząc na stary. Będzie on więc „jakiś inny” – ale jaki? Jeśli naprawdę chce wiedzieć, co będzie dalej, należy patrzeć uważnie na to, co na ogół nie jest widoczne – na pobocza, obrzeża, poza marginesy. „The revolution will not be televised” – ona już się dzieje, a może wręcz już się wydarzyła.
Zalążki nowych systemów tworzą się – rewolucyjnie – w pewnym momencie i pozostawiają po sobie zaczyn, który przez dziesięciolecia nawet stulecia służy tym, którzy próbują zaszczepić lub zbudować coś nowego. Wielkie społeczne zrywy są na ogół brutalnie tłumione przez władze, przeobrażają się w rewolucyjne dyktatury, wygasają. Ale zwycięstwa i porażki, polityczne rozstrzygnięcia i przesunięcia w strukturach władzy to tylko jedna warstwa opowieści. Inne warstwy zawierają całkiem inne morały; przedefiniowują, co jest „porażką” a co ”zwycięstwem”. Po rewolucji francuskiej zostały krwawe opowieści o terrorze i gilotynie. Wiemy, że eksperyment z republiką zakończył się przejęciem władzy przez armię i proklamowanie cesarstwa. Jednak spadek po tych wydarzeniach to także konkretne osiągnięcia. Nawet, jeśli nie utrzymały się w tamtym czasie, zostały wdrożone później – przede wszystkim sama republika. W retrospekcji widzimy, że ta rewolucja wyznaczyła koniec epoki feudalizmu. Nie przestały nas inspirować idee równości między ludźmi: liberté, egalité, fraternité, przetrwały do dziś, podobnie jak idea powszechnego obywatelstwa: citoyens et citoyennes. Komuna paryska skończyła się masakrą komunardów i pasmem dramatycznych represji. Jednak tak wiele z jej eksperymentów społecznych i idei przetrwało i było wdrażanych później: darmowa szkoła dla chłopców i dziewczynek, separacja kościoła od państwa. Idee, które zyskały swoje organizatorskie, eksperymentalne, systemowe kształty, takie jak anarchizm i marksowski socjalizm, do dziś inspirują myśl o zmianach politycznych, ekonomicznych i społecznych. Podobnie chyba najbardziej tragiczne w skutkach – bo przeistoczone w długoletnią brutalną totalitarną i totalizującą państwową dyktaturę – rewolucje rosyjskie (1905 i 1917) wykrystalizowały takie zmiany jak powszechne uwłaszczenie chłopów w regionie. Mające ostatnio fatalną prasę wydarzenia ’68 – niezależnie od naszej oceny, czy hippisi zdradzili sprawę i sprzedali się systemowi, czy może pozostali niedojrzałymi idealistami – przyczyniły się do stworzenia idei i zalążka nowych instytucji, z którymi wówczas eksperymentowano, a które do tej pory stanowią wzorce wdrażane przez różne postępowe prądy, od politycznych, poprzez ekonomiczne, na religijnych skończywszy.
Przełom, który jest obecnie przed nami, może być całkiem inny od rewolucyjnych wydarzeń, które przywołałam wcześniej. One wszystkie były dramatyczne, krwawe, polegały na siłowym przełamywaniu form i struktur. Tym, co pozostawiły po sobie realnie, nie były jednak nowe struktury, w każdym razie nie natychmiast (a jeśli tak, to bynajmniej nie były to struktury postępowe i odnowicielskie, ale opresyjne i zniewalające – jak w przypadku Związku Radzieckiego), ale eksperymenty myślowe wcielone (dosłownie) w życie, nawet w krótkim okresie, które przeobraziły się w embrionalne formy nowych rozwiązań. Brakuje im do narodzin tylko – aż – połączeń w jeden żywy nowy system. W tym sensie rewolucja przyszłości już miała miejsce.
Ale jest jeszcze jeden sens, co najmniej równie istotny, którego nie umiem w sensowny sposób przepowiedzieć. Tu mogę tylko pospekulować. Niemiecko-koreański filozof Byung Chul Han polemizuje z Michelem Foucaultem i jego ideą biopolityki, czyli opisem mechanizmów władzy jako struktur dyscyplinowania i kontroli ciała. Uważa, że te idee doskonale opisują poprzednią epokę – kapitalizmu przemysłowego, gdy ciało było źródłem produktywności, a więc jej ekstrakcja polegała na poddawaniu ludzkich ciał rygorom, które zapewniały intensywną produkcję i niezawodność społecznych instytucji, które umożliwiały i ułatwiały tę produkcję. Han argumentuje, że w neoliberalizmie mamy do czynienia z innym zjawiskiem, które określa mianem psychopolityki. Zamiast fizycznie ograniczać jednostkową wolność (w znaczeniu rynkowym, czyli wolność polegającą na możliwości dokonywania wyboru z istniejących i określonych możliwości) – czynią ją obowiązkową i bezgraniczną. Jednostki mają same chcieć angażować się w działania produktywne, służące temu, żeby ktoś inny (inwestor, właściciel środków produkcji) osiągał z tych działań korzyść.. Zamiast racjonalności będącej podstawą legitymizacji działań w poprzedniej epoce, obecnie mamy w tej roli emocje i afekty, przez co system z otwarcie represyjnego zmienił się w uwodzicielski. Zamiast „zabrania się” mamy obecnie „like” w tej samej systemowej funkcji zaganiania do produkowania wartości, służących do akumulacji kapitału. Generuje to gigantyczną alienację, większą nawet niż ta znana z filmu Dzisiejsze czasy z Charliem Chaplinem, stworzona przez fabryczny model Fredericka Taylora. Na początku lat 90. amerykańska socjolożka Robin Leidner napisała książkę na podstawie swoich badań w dwóch bardzo różnych miejscach pracy – w McDonald’s i w firmie ubezpieczeniowej. W obu organizacjach panowała ogromna alienacja pracy. Jednak – co wówczas dziwiło wielu czytelników – ta druga firma wydawała się o wiele trudniejszym miejscem do życia. W ówczesnym McDonaldzie wielu pracowników jedynie zewnętrznie wykonywało wszystkie wymagane rutyny, zachowując wewnętrzną wolność. W firmie sprzedającej ubezpieczenia ludzie zmieniali się nie do poznania i stawali się kimś w rodzaju członków sekty, ponieważ – by tę pracę wykonać – musieli z entuzjazmem przyjąć cały szereg wartości i uczynić je własnymi, osobistymi.
Dlatego myślę, że przełom tym razem nie będzie miał miejsca w sferze ciała i biopolityki. Innymi słowy, to nie barykady i płonące ulice zakończą neoliberalizm, ale przełom psychopolityczny. Co to może być? Bo ja wiem? Może będzie to wyglądało tak: oto ludzie przestają wierzyć, że chciwość jest dobra. Że trzeba zapierdalać po 16 godzin dziennie, żeby być wartościowym człowiekiem. Że szczęście to jacht za 50 milionów euro. Że studia to łykanie abstrakcyjnych formułek w sterylnych porcjach i kupowanie dyplomów za 29 tysięcy funtów rocznie w TOP 100 world universities, osładzane wycieczkami, obalaniem pomników i wegetowaniem w luxury student accomodation. Ludzie przestają wierzyć i przestają przyjmować do siebie wartości sukcesu, prestiżu, konkurowania z innymi. Nie chce im się. Stara gwardia mówi: zgroza! depresja! wypalenie! roszczeniowość! A oni, psychorewolucjoniści, coraz bardziej mają to w nosie.
Rozmawiam ostatnio sporo z młodymi osobami – z byłymi studentkami zarządzania kulturą, ze studentami socjologii, ze studentką psychologii. Jestem pod wrażeniem ich dojrzałości myślenia. Nie chodzi mi przede wszystkim o ich wiedzę i poglądy (choć bywa, że budzą mój szacunek). Jednak do słuchania poglądów, życzeń i opinii jesteśmy najbardziej przyzwyczajeni, my, ludzie poprzedniego systemu, czy to jego beneficjenci, czy to krytycy, czy bojownicy przeciwko niemu. Jednak nie one robią zasadniczą różnicę. Chodzi o pytania, jakie ci młodzi ludzie zadają. To są czasami pytania naprawdę wielkie, sokratejskie, otwierające całkiem nowe przestrzenie, w które mogą spokojnie i bez przemocy wpłynąć embrionalne fragmenty przyszłego systemu. Potrzeba im jedynie oddechu życia, który je połączy razem. Czuję, że odetchniemy wówczas wszyscy. Zasadnicze problemy mogą mieć jedynie ci, którzy za bardzo przystosowali się do trwającej od kilku dziesięcioleci epoki rozpadu, entropii i duchowego umierania – wszyscy ci duchowi beztlenowcy i ich smutne królestwa „bez alternatywy”.
Sitting, night outside
Snow at the door
Silence at heart
Waiting for the revolution
*
Rewolucja – motyl dziejów
Spleceni ciasno w kokonie
drżymy; ranek blisko
Serdeczne podziękowania dla Jaremy Piekutowskiego, który pomógł mi zasadniczo poprawić płynność i zrozumiałość tego tekstu.
W opowieści Sandman Neila Gaimana, realizowanej obecnie w formie popularnego serialu, jedna z kluczowych postaci – Śmierć – zna wszystkich ludzi. Spotyka istoty, które się rodzą i spotyka je, gdy umierają. Jest czymś znacznie więcej, niż końcem.
Księga Koheleta ogłasza:
Wszystko ma swój czas,
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem.
Jest czas rodzenia i czas umierania,
czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono.
Wszystko – wszystkie żywe systemy, mają swój czas: rośliny, zwierzęta, ludzie, ekosystemy. Także wielkie systemy ekonomiczno-społeczne. Na tym polega życie.
Nie wierzę w postęp ludzkich idei i technologii. Nie wierzę w końce historii. Wierzę w fale, w przychodzenie i odchodzenie, w wielką i nieprawdopodobną sensowność życia – coś co jest większe niż ktokolwiek z nas i niż nasze największe choćby systemy. W wielką negentropię życia, w której wszystko co żyje uczestniczy, a wszystko co świadome przyczynia się do stawania się, dzięki miękkim granicom świata. Te miękkie granice Gregory Bateson nazywał Umysłem, a Mistrz Eckhart Boskością (Gottheit).
Systemy społeczne też są żywe i mają swój czas. System, w którym żyjemy, zmienia się. Miał swój okres rodzenia się, dojrzewania, czas rozkwitu – a teraz schyłku. Rozmawialiśmy o tym wiele razy z Zygmuntem Baumanem; mówiliśmy, że neoliberalizm nie wydaje się nam być ideologią ani nawet względnie spójną polityczną strategią, ale raczej fazą schyłkową kapitalizmu. Neoliberalizm – to wielka systemowa demencja, przynosząca poczucie rozpadu i bólu, o którym pisał w 2016 roku Joe Brewer. Nasz, funkcjonujący od kilku stuleci wielki system, stracił swą pamięć krótkookresową. Zmyśla, konfabuluje. Wywołuje w sobie i w nas wspomnienia ze swej młodości, które na ogół są mocno podkolorowane lub fałszywe („Make America Great Again”, „Wielikorossija”… wstaw inne mniejsze i bardzo małe kraje z analogicznymi narracjami). Politycy zdają się zajmować głównie projektami zemsty, samouwielbienia i całkowitego braku odpowiedzialności za dobro wspólne.
Joe Brewer wyjaśnia, że w tym czasie wiele osób czuje rosnącą beznadzieję. Bardzo potrzebujemy odnowy – od tego zależy przyszłość nie tylko ludzkości, ale i całej planety, coraz bardziej systemowo niszczonej. Jednak odnowa nie przychodzi. Dzieje się tak, ponieważ system stracił zdolność do regeneracji. Dynamiczne, rozwijające się systemy zawierają w sobie dużą różnorodność, która tworzy potencjał zmian, możliwych i niemożliwych scenariuszy. Zdrowy system ma dzięki temu zdolność do regeneracji, nawet jeśli odrzuca, mniej lub bardziej brutalnie, część tych zalążków przyszłości. Obecnie wygląda jakby dopadła nas plaga identyczności. Pisze o tym Byung Chul Han i wyjawia negatywne konsekwencje dla ludzkiej motywacji, jakie ma koszmar tego samego – cierpimy na społeczne wypalenie, niemoc, niesprawczość.
Konserwatyści i postępowcy tradycyjnie spierają się, czy „kiedyś było lepiej”, czy „kiedyś było gorzej”. Jako systemowiec proponuję, że w obecnej fazie ani jedno ani drugie stwierdzenie nie opisuje w głębszy sposób tego, co się wokół nas dzieje. Wiele rzeczy było „lepiej”, a wiele ”gorzej”, ale to co w najbardziej zasadniczy sposób definiuje naszą sytuację mieści się poza tymi kategoriami. Z punktu widzenia przemijania, różnych czasów, było – inaczej. Kiedyś było więcej możliwych przyszłości. Innymi słowy: kiedyś marzyliśmy lepiej, nawet jeśli bywało gorzej. Teraz istnieje jakby przemożna dynamika wiodąca w jakimś jednym jedynym kierunku, wykluczająca tak marzenia jak marzycieli. Kierunek ten budzi niepokój. Wiele osób, szczególnie ekologicznie świadomych, widzi tę dynamikę w czarnych kolorach. Mamy do czynienia z postępującą katastrofą ekologiczną, a do tego z globalnym kryzysem gospodarczym, pandemią, kryzysami społecznymi i permanentna wojną. Potrzebujemy nowych form, nie reprodukcji starych.
„Poza niemocą i władzą, poza fragmentacją społeczeństwa na miriady sprzecznych elementów, poza niepewnym frakcjonowaniem pracy, wiedza jest tym wymiarem społecznym, w którym zły sen o kapitalizmie może zostać w końcu rozwiany: nie po prostu odwrócony, mam na myśli całkowicie porzucony jako pusta przestrzeń, zapomniana jak koszmar senny” – pisze Franco Bifo Berardi w swojej książce Futurability. Tymczasem na horyzoncie nie świta radość przebudzenia. Śnimy kolejne sny, w których poszukujemy rozwiązań w historycznych modelach, czy to u Hayeka, czy u Keynesa. W dodatku system jako całość stracił zdolność uczenia się.
Skąd jednak weźmiemy inspirujące do uczenia się i generowania nowych treści? W ramach koszmaru identyczności, zarządzania przy pomocy odcinania wszystkiego co choćby trochę odmienne, wypełnienia do nieprzytomności czasu produktywnością, i zamiast marzeń – idei-klatek – w tych czasach mamy algorytmiczny chów klatkowy twórców. Nie ma miejsca ani na zaskakującą zmianę trasy ani na bunt.
Czy z tych klatek nie ma wyjścia, nie ma innej drogi niż do śmierci ludzkości, ekosystemu, planety? Czy jesteśmy więźniami umierającego systemu społecznego z zaawansowaną demencją?
Myślę, że niekoniecznie. System musi umrzeć, ale my nie musimy, jeszcze nie teraz, ani nie musi umierać nasza przecudna żywa planeta. Bo nasz czas, jej czas – jest inny, niż czas kapitalizmu. Nie musimy umierać z kapitalizmem, na kapitalizm, za kapitalizm. Czas bywa gorszy, bywa lepszy. Wszystko ma swój czas.
W lepszych czasach…
W lepszych czasach śmialibyśmy się częściej w niebo, jak kundle,
nosilibyśmy spodnie w ciapki, ręce w kieszeniach,
w gębie fajkę, na głowie czapkę
w ciemki, w motylki, dla hecy.
Ci spośród nas, którzy mają cięższą rękę, nie rzucaliby
krzesłem w osobę im podwładną – raczej
opowiadaliby o wakacjach spędzonych na sianie,
w lepszych czasach.
W lepszych czasach nasi bracia ze smutkiem pod żebrami
nie wypełnialiby każdego snu własnym głodem,
własną niepowstrzymaną żądzą chwały –
milczeliby częściej pod gruszami, wybuchali potokiem
trudnych słów nad stawem.
Lew spałby czasem obok baranka,
bo tak też może być,
wilk przebierałby się
w owczą skórę dla czczej próżności, dla fantazji.
Młodość byłaby szumna, człek zachłysnąłby się
marzeniem o długiej drodze, o wznoszącym się kurzu.
Dziecko biegałoby z uniesionymi rękami,
dorosły czasem też, orzech bywałby
niekiedy świeży i cierpki.
W lepszych czasach liczylibyśmy mniej,
a kochali więcej. Zawiść byłaby zawiścią,
a wdzięczność – niekiedy wdzięcznością;
rano, wśród jaśminów biegacz nie mógłby się oprzeć wierszom.
Lubilibyśmy szelest, gołębie, landrynki, pełnię księżyca, długie słowa,
przecudną ludzką słabość, wielką kruchość chwili,
co cesarskie oddalibyśmy cesarzowi, co ludzkie – człekowi.
Każdy mógłby kiedyś zabłądzić, zagapić się w rzekę, zaczytać.
W lepszych czasach.
(Sheffield, 2018)