Gospodarka odpadami jest jednym z najistotniejszych wyzwań jakie stoją przed współczesnymi społeczeństwami. Lawinowo wzrasta poziom konsumpcji i proporcjonalnie do tego rośnie również ilość produkowanych odpadów. Potrzeba zdecydowanych działań i nowych rozwiązań, dzięki którym ilość śmieci składowanych na wysypiskach byłaby mniejsza i nie niosłaby zagrożeń dla środowiska naturalnego. (więcej…)

Niedługo przed katastrofą smoleńską „Gazeta Wyborcza” opublikowała niecodzienny tekst. W artykule Rewolucja z ludzką twarzą Marek Beylin pokazał, jak w całej Europie „władza przesuwa się od partii, rządów i parlamentów do rozmaitych grup obywateli”. Rewolucje z reguły kojarzyły się z terrorem oraz przelewem krwi. Ta, która odbywa się na naszych oczach, nie stanowi zagrożenia dla demokracji. Przeciwnie, jest szansą na jej pogłębienie. W ten sposób Beylin dokonał rzeczy rewolucyjnej: po latach niełaski przywrócił do łask pojęcie rewolucji.

Na czym polega ta rewolucja? Chodzi o „narastający napór obywateli na państwo i partie, gdy ludzie czują się zagrożeni albo lekceważeni czy pozbawieni wpływu. Spontanicznie organizują się wtedy poza dotychczasowymi instytucjami politycznymi”. Obok ruchów ekologicznych i kobiecych przejawem upominanie się ludzi o własną podmiotowość są miejskie ruchy obywatelskie. Reprezentują one potrzeby i interesy mieszkańców wykluczanych z procesów kształtowania otaczającej ich przestrzeni. Ruch ten ma już swoją ideę: prawo do miasta. Organizuje się wokół konkretnych kwestii, takich jak drogi rowerowe czy gospodarka przestrzenna, nie tylko na poziomie miejskim, lecz także w skali krajowej, a nawet globalnej. Daje okazję do przemyślenia związku między demokracją a życiem miejskim, pozwalając lepiej zrozumieć obecny kryzys demokracji przedstawicielskiej.

Miasto i rewolucja
To nie przypadek, iż nowa siła polityczna kiełkuje ze sporów o przestrzeń. To właśnie zmiana organizacji przestrzeni, jaką przyniosła rewolucja przemysłowa, stała się podwaliną współczesnej demokracji. Początkowo urbanizacja była tylko obocznym skutkiem uprzemysłowienia: ludzie przenosili się do miast, aby pracować w fabrykach. W ten sposób powstał kluczowy dla zrozumienia polityki ostatnich dwu stuleci układ przestrzenny– oddzielenie miejsca pracy od miejsca zamieszkania. Wcześniej w miastach mieszkano i pracowano na jednej przestrzeni (np. w domach rzemieślniczych czy kupieckich). Nowy system stworzył nową przestrzeń dla wolności. To, że pracodawcy nie interesowali się tym, co robotnicy robią po pracy, jak i gdzie mieszkają, dało impuls do wytworzenia się autonomicznej kultury robotniczej oraz oddolnej organizacji. To właśnie tam, jak pokazuje Charles Tilly, narodziło się zjawisko „ruchów społecznych”. Przed 1750 r. tylko organizacje takie jak cechy czy wspólnoty religijne, posiadające określone przywileje prawne (takie jak prawo regularnego spotykania się w jednym miejscu) mogły reprezentować „lud” w rozmowach z władzą. Ruchy społeczne z XIX w. walczyły o poszerzenie praw politycznych dla miejskich mas. To im zawdzięczamy zdobycze współczesnej demokracji. Ich spuścizną jest również cały współczesny „repertuar” protestu politycznego: przemarsze ulicami miasta, transparenty i hasła, mobilizacja mediów i opinii publicznej.

Pierwszym momentem, w którym na jaw wyszły polityczne konsekwencje uprzemysłowienia, była rewolucyjna fala, która wstrząsnęła Europą w 1848 r. Wymusiła ona na władzach zmianę sposobu planowania przestrzeni. Symbolem tego jest przebudowa Paryża pod egidą barona Haussmanna. Wąskie i kręte uliczki zamieniono w szerokie aleje – na których o wiele trudniej stawiać barykady i prowadzić walki uliczne. Haussmann jest uważany za pioniera „wytwarzania” przestrzeni miasta. Jako pierwszy zaczął myśleć o mieście jako spójnej całości, oraz udoskonalił podział miasta na jednofunkcyjne rejony (np. mieszkalne, handlowe, przemysłowe). Wcześniej biedni i bogaci mieszkali obok siebie, im ktoś był biedniejszy, tym wyższe piętro zajmował w kamienicy. Haussmann doprowadził do zmiany tego systemu, tworząc w mieście „lepsze” i „gorsze” dzielnice.

Nowa organizacja przestrzeni nie sprzyjała oddolnej mobilizacji i budowie społecznych koalicji. Tak powstał system, który Ira Katznelson określił mianem „zasieków miejskich”. Polega on na pogłębionej separacji miejsca zamieszkania od miejsca pracy. O ile w pracy amerykańscy robotnicy identyfikowali się „klasowo”, o tyle w miejscu zamieszkania dominowała tożsamość etniczna. Dualizm ten umożliwił związkom zawodowym, partiom politycznym oraz wspólnotom lokalnym, kierowanym przez „ustawione” już grupy etniczne, wygaszanie protestów i utrzymywanie porządku na poziomie lokalnym poprzez zarządzanie zbiorową konsumpcją. Dopiero ruchy miejskie lat 60., wywołane migracjami ludności czarnoskórej z amerykańskiego Południa do miast Północy, rozbiły ten system. Afroamerykanie byli wykluczeni z systemu podziału dóbr w oparciu o etniczne enklawy, więc wytworzyli nowe struktury, oparte na budowaniu mostów między „zasiekami”. Identyfikowali się jako „czarni” zarówno w miejscu pracy. jak i zamieszkania. Koalicje, którym przewodzili, wychodziły daleko poza etniczne opłotki – duży udział miała w nim np. ludność latynoska. Takie oddolne rozsadzanie miejskich enklaw było początkiem  pełzającej rewolucji społecznej.

To właśnie ferment lat sześćdziesiątych skłonił Henriego Lefebvra do napisania książki Rewolucja miejska. Stawia on tezę przewrotną: rewolucja przemysłowa była jedynie preludium do znacznie donioślejszej rewolucji miejskiej.  Z jednej strony rewolucja miejska to pogłębiające się urbanizacja naszej planety – i rzeczywiście, dopiero od kilku lat na świecie więcej osób żyje w miastach niż na wsi. Z drugiej strony rewolucja miejska to właśnie szansa na pogłębienie demokracji przedstawicielskiej poprzez wykształcenie nowej przestrzeni publicznej, nowej idei dobra wspólnego, oraz budowanie nowych koalicji społecznych. W tej chwili taką rolę zaczyna odgrywać hasło „prawa do miasta”. Idea rewolucji miejskiej jest ściśle z nim związana. Tak jak za postulatami pracowniczymi czy ideą praw człowieka stały silne ruchy społeczne, tak tutaj jedynie presja społeczeństwa obywatelskiego może przemienić czystą ideę w rzeczywistość prawną. Jednocześnie idea prawa do miasta jest właśnie takim parasolem – wizją nowego dobra wspólnego –  która pozwala na pogodzenie tylko pozornie sprzecznych interesów partykularnych.

W gruncie rzeczy wszystkie rewolucje, począwszy od francuskiej, rozegrały się w miastach. To właśnie odróżnia ich od powstań – które również miały demokratyczne aspiracje, ale ich wymiar miejski był poboczny. W Polsce wciąż błędnie uważa się powstania jako moment „założycielski” współczesnej wspólnoty politycznej – poprzez zaangażowanie „ludu” w sprawy narodu, zwłaszcza odzyskania państwowości. Jak pokazał Robert Blobaum, momentem wejścia mas do polityki w Polsce była rewolucja 1905-1907. Zwykle uważa się ją za preludium do rewolucji 1917, choć na ziemiach polskich miała ona szczególny przebieg. Najbardziej burzliwy był czerwiec 1905 w Łodzi. Biedota polska, żydowska oraz niemiecka na kilka dni przejęła wówczas kontrolę nad miastem. Łódź nie była przebudowana w duchu Haussmanna, co umożliwiło walki uliczne i np. atakowanie wojsk carskich z dachów kamienic. Jednocześnie spontaniczne wystąpienie setek tysięcy łodzian było aktem upomnienia się o prawo do miasta oraz o współuczestniczenie we wspólnocie politycznej. Rewolucja łódzka zaskoczyła wszystkie partie politycznie od prawa do lewa. Po 1905 żadna organizacja nie mogła już pominąć kwestii mas. W efekcie, pisze Blobaum, „ludność zamieszkująca największy i najistotniejszy zabór wkroczyła w erę nowoczesnej, czyli masowej, polityki”.

Demokracja miejska
Rewolucja 1905-1907 przyniosła o wiele więcej wymiernych korzyści niż powstania styczniowe, listopadowe i warszawskie razem wzięte. Co więcej, została ona okupiona zdecydowaniem mniejszą ilością przelanej krwi. To, że powstania zajmują chlubne miejsce w naszej zbiorowej świadomości, a pojęcie rewolucji kojarzone jest z tyranią i terrorem, ukazuje fundamentalny problem polskiej demokracji. Jak zauważył Bronisław Łagowski, w przeciwieństwie do francuskiego, polski „lud” nie jest świadomy swojej własnej historii, a postszlacheckie elity skutecznie narzuciły mu identyfikację z własną stanową, historią. W efekcie polska demokracja przedstawicielska szybko wytworzyła mechanizmy uśmierzania oddolnej samorządności i nabrała cech paternalistycznych, w którym to ci „na górze” zawsze wiedzą lepiej, co jest dobre dla tych „na dole”.

Przemiany po 1989 szybko doprowadziły do mitologizacji trudno wywalczonego aktu wyborczego. Obecnie proces demokratyczny w Polsce, według powszechnie obowiązujących wyobrażeń, obraca się wokół wyborów, po których władza może robić to, co uzna za słuszne. O ile na poziomie narodowym alienacja większości społeczeństwa z życia politycznego nie zakłóca funkcjonowanie tego systemu, o tyle na poziomie lokalnym wciąż dochodzi do spięć. W starciach tych mieszkańcy są z góry na przegranej pozycji. Na przykład inicjatywa Łodzianie Decydują złożyła do obywatelski projekt uchwały, który miał zmniejszyć z 6 tys. do 1 tys. liczbę potrzebnych podpisów pod kolejnymi obywatelskimi uchwałami, które mogłyby być potem rozpatrywane przez Radę Miasta. Projekt ten został w lipcu br. odrzucony ze względów formalnych, gdyż zawierał błędne sformułowania, np. zamiast „rada miejska w Łodzi” użyto słów „rada miasta”. Zwykle, gdy projekty uchwał zgłaszają radni, mają oni możliwość wniesienia autopoprawek korygujących takie błędy. W tym przypadku obywatele muszą raz jeszcze zebrać 6 tys. podpisów pod nowym, poprawionym, wnioskiem. Władza może się mylić,  obywatele – nie.

Władza zwykle boi się bezpośredniego zaangażowania obywateli, wykorzystując swoją przewagę lub formalizując i biurokratyzując tzw. partycypację społeczną. Jednym z formalnych kanałów, dzięki któremu lud może wpływać na decyzje władzy jest tzw. trzeci sektor. Organizacje pozarządowe zostały jednak niestety silnie uzależnione od władz lokalnych i często pełnią funkcje czysto dekoracyjne. Na przykład w Poznaniu jest grubo ponad sto organizacji wspierających osoby niepełnosprawne (ok. 10% populacji miasta), ale przez 30 lat od zbudowania centralnego ronda nie były one w stanie kategorycznie zażądać zbudowania w przejściach podziemnych pod nim podjazdów dla wózków inwalidzkich. Miasto nie miało tego w planie, więc NGO’sy miały milczeć. I milczały.
Zarzewiem fermentu mogą być niektóre rady osiedli. Są to ciała niezależne, ale też i pozbawione podmiotowości prawnej, funkcjonujące jako „samorządy pomocnicze”, choć wyłaniane w wyborach powszechnych. W Poznaniu nie są one częścią administracji miasta, a działają w nich nieopłacani społecznicy. W ciągu ostatnich 3 lat, to właśnie środowisko rad osiedli wygenerowało najbardziej spójną i druzgocącą krytykę lokalnych włodarzy. Zdarzało się, że władza przyparta do muru musiała pójść na kompromis, ale jednocześnie przygotowywano reformę jednostek pomocniczych, tak aby raz a dobrze zneutralizować ogniska zapalne.

Czy możliwe jest włączanie w samorząd pewnych form demokracji bezpośredniej? To wymaga pewnej odwagi. Jedną z największych szkód wyrządzonych przez neoliberalizm było zabicie wyobraźni. Donna Haraway, jedna z najbardziej twórczych intelektualistek, przyznała się ostatnio, iż łatwiej jej jest wyobrazić sobie koniec świata niż koniec neoliberalnego kapitalizmu. Fakt, iż nawet Haraway nie potrafi wykroczyć poza obowiązujące horyzonty, pokazuje, iż żyjemy w epoce głębokiego kryzysu intelektualnego. Jednak chociaż neoliberalizm wciąż dominuje, to nie tworzy już nowych idei. Nowe rozwiązania pojawiają się oddolnie, spontanicznie, wbrew i obok skostniałych struktur. Dlatego od nich proponujemy rozpocząć dyskusję na temat tego, co roboczo nazywamy demokracją miejską – systemu, w którym „prawo do miasta” stałoby się kluczowym elementem życia politycznego. To, z czego korzystamy dzisiaj, też musiało kiedyś być trudne do wyobrażenia. Owo „niewyobrażalne” stało się jednak rzeczywistością. Tak też może być z demokracją miejską. Nic jednak nie zrobi się samo. Dzisiejsza demokracja przedstawicielska byłaby niemożliwa bez rewolucji – francuskiej, amerykańskiej czy łódzkiej. Demokracja przyszłości nie powstanie bez rewolucji miejskiej.

Niniejszy tekst jest skrótem artykułu Lecha Merglera i Kacpra Pobłockiego „Rewolucja miejska”, który ukazał się w „Le Monde diplomatique – edycja polska”

Sztuka publiczna należy do najważniejszych trendów współczesnej kultury. Czy projekty artystycznych w otwartej przestrzeni miasta, czyli w warunkach na pozór zaprzeczających wszelkiej prywatności, mogą mieć intymny charakter? Udany przykład takiej intymnej sztuki publicznej pochodzi właśnie z Polski. To projekcja artysty o międzynarodowej renomie Krzysztofa Wodiczki „Słowa i gesty wieży ratuszowej” na Rynku Starego Miasta w Krakowie.

Wodiczko stosuje technikę projekcji publicznych: na ściany budynków związanych z władzą rzutuje obrazy wykluczenia, niesprawiedliwości lub przemocy, prowadzi również poprzez swą sztukę studia nad innością i wyobcowaniem. Artysta projektował na wieżę Ratusza wideo gestykulujących dłoni, trzymających różne symboliczne przedmioty – atrybuty ludzkiego losu. Rozbrzmiewały głosy kobiety-ofiary przemocy domowej, samotnego starszego niewidomego oraz geja, który opowiadał o odrzuceniu przez bliskich.

Krzysztof Wodiczko jest także autorem projektów dla bezdomnych. Proponowany przez niego rodzaj leczącej, humanistycznej sztuki szybko się rozpowszechnił. Takie myślenie o sztuce bliskiej ludzkim sprawom i problemom to alternatywa wobec stawiania w przestrzeni miasta kolejnych pomników.

Akcentowanie praw człowieka pozwala znaleźć połączenie między publiczną sztuką a życiem prywatnym. W ten sposób sztuka wprowadza do przestrzeni publicznej intymność, co jest jednym ze sposobów jej demokratyzacji. Intymność przeciwstawia się komercyjnej prywatyzacji i podziałom. Wydobywając na pierwszy plan jednostkę i jej pluralistyczne życie wewnętrzne, taka sztuka buduje również otwarte na inność społeczeństwo. Sztuka intymnej demokracji próbuje budować przestrzeń porozumienia. Spotykają się tu estetyka, erotyka i etyka. Celem jest samo-rządność, w której aktualna okazuje się idea feminizmu: „to, co prywatne jest polityczne!”.

Do projektów, które mają w sobie emocjonalną odmienność, inną drogę życia należy również akcja „Niech nas zobaczą”. Karolina Breguła z Kampanią Przeciw Homofobii przygotowała artystyczną akcję społeczną na rzecz praw mniejszości seksualnych/uczuciowych. Trzydzieści prawdziwych par tej samej płci, kobiet i mężczyzn, pozowało jej do fotografii.

Niech nas zobacząUśmiechnięte, trzymające się za ręce pary pojawiły się w ten sposób na polskich ulicach, zostały umieszczone na billboardach w dużych miastach. Wisiały przez miesiąc, zanim zostały zniszczone. Sztuka przekroczyła zastaną rzeczywistość, ukazując wizję alternatywnego życia prywatnego, gdzie upominamy się o równe traktowanie. Polscy Zieloni stworzyli plakaty „Miłość to miłość”, a Kampania Przeciw Homofobii prezentuje obecnie projekt sztuki publicznej o prawach lesbijek i gejów „Równi w Europie”. Dzieła Wodiczki, projekty mniejszości, czy inne przykłady sztuki intymnej sztuki publicznej, takie jak Dotleniacz Joanny Rajkowskiej czy działania Pawła Althamera z mieszkańcami Bródna, to bezpośredni udział w naszej demokracji miejskiej.

Źle się dzieje w miastach polskich: dyskryminacja, podziały społeczne, bezdomność. Potrzebujemy sprawiedliwości społecznej. Równości i różnorodności. Zmieńmy miasto w przestrzeń otwartą, zazielenioną, zdrową. Popierajmy oddolne inicjatywy zachowania i pielęgnacji zieleni w mieście oraz tworzenia przyjaznej człowiekowi i przyrodzie sztuki publicznej. Ma ona do odegrania dla społeczności miejskiej wielką rolę.

Wiemy, gdzie są fizyczne granice miasta: łatwo odczytać je z mapy i rozpoznać w terenie po tablicach przy drogach wjazdowych. Ale gdzie jest granica obszaru, za który miasto powinno wziąć odpowiedzialność? Jak daleko sięga oddziaływanie miasta, które trzeba brać pod uwagę, tworząc lokalną politykę? To już nie jest proste. (więcej…)

Warszawa to miasto Trzeciego Świata – tak zdiagnozował stolicę wybitny socjolog miasta, prof. Bohdan Jałowiecki. W Poznaniu doprowadzono – mimo coraz głośniejszych protestów obywateli – do galopującej degradacji śródmieścia. W ekspertyzie unijnej organizacji URBACT stwierdzono, że peryferia miasta puchną, śródmieście upada, a struktury administracji miejskiej nie są dostosowane do nowoczesnego zarządzania rozwojem Poznania. (więcej…)

Od co najmniej dziesięciu lat na świecie trwa gorąca debata na temat generalnej zmiany sposobu urządzania naszych miast. Zwrócenie się ku modelowi miasta obywatelskiego, w którym to mieszkańcy kształtują miejskie polityki, jest określane hasłem: „Prawo do miasta”. (więcej…)

Obserwując decyzje urzędników w wielkich miastach Polski, można odnieść wrażenie, iż rozwój mierzą jedynie liczbą inwestycji i zaangażowanym kapitałem. Skuteczność włodarza miasta ocenia się wielkością kwoty pieniędzy „przerobionych” przez jego administrację. Mniej ważne, na co zostały one przeznaczone. To trochę dziwne, zważywszy, iż  głównym zadaniem samorządu jest zaspokajanie potrzeb społecznych. (więcej…)

„Ruszaj się palancie!” – wrzeszczę waląc w klakson, bo gość przede mną marudzi już dwie sekundy na zielonym świetle. Do 9:00 zostało mi czternaście minut a jestem dopiero przy Arkadii. Szef nie zna litości, ktoś zaraz zajmie mi najlepsze miejsce do parkowania. Na szczęście pomiędzy drzewami na trawniku na tyłach stacji Neste przy Wilanowskiej nie każdy samochód się mieści. A ja właśnie kupiłam swój pierwszy, bardzo mały, bo do szału doprowadzały mnie godziny spędzane w autobusach, na zimnych przystankach, targanie siat z supermarketu i codzienne dwadzieścia trzy minuty marszu do szkoły po drugiej stronie osiedla. Na Jana Pawła korek po horyzont. Łapczywie patrzę na szerokie chodniki, zmieściłyby się z dwa dodatkowe pasy jezdni z każdej strony. A może nawet parkingi. Tak, parkingów powinno być w centrum więcej i to bezpłatnych. Przecież samochód to jest cywilizacja, zachód, postęp i w ogóle to do czego dążymy. To miasto jest totalną wiochą, bo nigdzie nie można dojechać. Jest 9:02. A ja dopiero dotaczam się do Ronda ONZ. (więcej…)

To już dziesiąta Manifa… Dla wielu osób zaangażowanych w działanie na rzecz zmiany społecznej to już doroczny rytuał, naturalna część życia. Dziś po prostu trudno sobie wyobrazić marzec bez Manify. Ale czy Manifa coś nam dała? Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że niewiele. Najważniejsze postulaty ruchu kobiecego – legalna i dostępna aborcja, równa płaca za tę samą pracę, parytet w instytucjach władzy, świeckie państwo, refundowana antykoncepcja – pozostały niespełnione. A nawet nie można powiedzieć, że dziś jesteśmy bliżej ich realizacji niż dziesięć lat temu. A jednak – na kolejnych Manifach jest nas coraz więcej. Najwyraźniej z roku na rok coraz to nowe osoby uznają, że chodzenie na Manifę ma sens!

Cóż więc takiego zmienia Manifa w naszym życiu? Manifa dała przykład organizacji, odwagi i humoru, ożywiając nie tylko ruch kobiecy, ale też inne ruchy społeczne, zwłaszcza ruch lesbijek i gejów. Była pierwszym znakiem, że ruchy społeczne odzyskują w Polsce głos. Lata 90. nie były bowiem dla nich dobrym czasem. Po niepowodzeniu ulicznych protestów z początku dekady wycofały się z organizowania wielkich demonstracji. Wielotysięczne manifestacje domagające się referendum w sprawie zakazu aborcji zostały zignorowane, podobnie zresztą jak protesty ekologiczne. Ruchy społeczne zorganizowały się w formie NGOsów i zajęły pisaniem wniosków o granty. Kto zaś myślał o zmienianiu prawa, zajmował się lobbingiem, którego skuteczność zależała zawsze od dobrej lub złej woli profesjonalnych polityków, od wsparcia wpływowych dziennikarzy, od mniej lub bardziej pobożnego nastroju sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

Manifa była pierwszą okazją, by ludzie spoza establishmentowej polityki i opiniotwórczych mediów sami zabrali głos w sprawach, które ich dotyczą. Ogłoszony w marcu 2002 List Stu Kobiet rzucił wyzwanie skartelizowanej sferze publicznej. Krytykując zakulisowy handel prawami kobiet w zamian za poparcie Kościoła dla integracji Polski z Unią Europejską, autorki listu nazwały po imieniu coś, o czym każdy wiedział, ale o czym wszyscy wahaliśmy się mówić.

Dzięki Manifie ruch społeczny wciąż odkrywa swoją różnorodność i siłę, jaka z niej płynie. To na niej tworzą się i objawiają kolejne sojusze, którym znakiem jest coraz bardziej widoczna obecność pracownic hipermarketów, pielęgniarek, lesbijek, górników… To tu z wielu ruchów wykluwa się siła, która może pewnego dnia sprawi, że nasz świat będzie lepszym miejscem do życia.

Sto lat, sto lat! Niech żyje Manifa!

********************************************************************************
Adam Ostolski
– socjolog, filozof i tłumacz. Członek zespołu „Krytyki Politycznej” . Polityk partii Zielonych.

Budżet miejski rzadko bywa sexy, ale zawsze jest gender. Jest płciowy w tym znaczeniu, że definiuje szanse ludzi każdej z płci. I na razie najczęściej definiuje je bardzo nierówno, wręcz pogłębia istniejące różnice.

Nierówne traktowanie w wydatkach budżetów samorządowych potrzeb kobiet i mężczyzn jest praktyką o tyle powszechną, co trudną do zaobserwowania. Żadne przepisy prawa nie różnicują przecież dostępu kobiet i mężczyzn do usług czy obiektów publicznych a więc pozornie wydatki budżetu są „płciowo neutralne”. Tymczasem dokładniejsze badanie bud­żetu pod kątem uwzględniania w nich potrzeb każdej z płci pokazuje inny obraz.

Przeanalizujmy prosty przykład: W naszym mieście postanowiono ułatwić dojazd mieszkańców do Urzędu Miasta. Zadanie polega na wybudowaniu parkingu za półtora miliona zł oraz na przeniesieniu przystanku autobusowego przed siedzibę Urzędu (to z kolei będzie kosztować czterysta tysięcy zł). Gdzie tu nierówność płci? Sprawdźmy: badanie prowadzone w ciągu trzech miesięcy wykazuje że: wśród klientów dojeżdżających do urzędu samochodem osobowym 72% to mężczyźni, a 28% kobiety. Wobec tego inwestycja w parking będzie w 72% zaspokajała potrzeby mężczyzn a 28% potrzeby kobiet. Z kolei osoby dojeżdżające autobusem miejskim, to 59% kobiety i 41% mężczyźni, a więc  inwestycja w przeniesienie przystanku autobusowego przed Urząd  w 41% działa na rzecz mężczyzn i 59% na rzecz kobiet. Teraz podliczmy.

  • Razem na rzecz mężczyzn będzie wydane: 1 080 tys. + 164 tys. = 1 244 tys. zł.
  • Natomiast na rzecz kobiet będzie wydane: 420 tys. + 236 tys. = 656 tys. zł

Skąd wzięła się w tym przypadku taka (zapewne niezamierzona!) nierówność w traktowaniu potrzeb każdej z płci? Wyjaśnienie jest dość proste: to utrwalony stereotyp społeczny sprawia, że te sprawy, w których częściej uczestniczą mężczyźni, wydają się „ważniejsze”, „istotniejsze”. Mają one pozór wyższej rangi, większej powagi. Toteż te dziedziny życia społecznego i te elementy infrastruktury, z których intensywniej korzystają mężczyźni, są przez decydentów samorządowych zwyczajowo lub nawykowo lepiej finansowane. Nie ma co zresztą zganiać wszystkiego na polityków: jak głęboko tkwi w nas ten stereotyp, widać w wielu naszych budżetach domowych. Czy nie jest tak, że w naszym budżecie domowym bez dyskusji umieszcza się spory wydatek na kolejny gadżet dla faceta, ale w tym samym miesiącu kolejny raz odkłada się na później wydatek na usprawnienie kuchni? Tradycyjne podziały ról przekładają się na tradycyjne hierarchie ważności wydatków: GPS do samochodu, którym pan domu dojeżdża do pracy na sąsiedniej ulicy, jest stokroć ważniejszy, niż naprawa zepsutej zmywarki.

Nie dziwmy się więc, że tę głupawą zasadę przenoszą decydenci z domu do budżetów publicznych: ze stu dyscyplin sportu, jakie mogliby uprawiać i jakim mogliby kibicować mieszkańcy naszego miasta, decydenci wybierają oczywiście piłkę nożną, tę najbardziej zdominowaną przez mężczyzn dyscyplinę – przytulne gniazdo skorumpowanych działaczy i faszystowskich kiboli. Na to pójdą wszystkie pieniądze na sport. Bo „każdy facet musi obejrzeć mecz”.

Przełamywaniu tego absurdalnego stereotypu służy właśnie gender budgeting: analizowanie wydatków budżetowych pod kątem zaspokajania potrzeb każdej z płci. Planując wydatki warto po prostu sprawdzać, na kogo wydajemy ile pieniędzy.

Potrzebne jest jeszcze istotne wyjaśnienie: może się wydawać, że opisywana metoda gender budgeting zakłada w sposób nieuprawniony trwałość podziału ról społecznych pomiędzy kobiety i mężczyzn (a nawet konserwuje ten podział). Np. skoro kobiety obecnie częściej są obciążone opieką nad małymi dziećmi, to wydatki na przedszkole uzna się w tej metodzie za inwestycję w potrzeby kobiet (co byłoby przecież nieprawdą).

Odpowiedź jest następująca: praktyka pokazuje, że zdecydowane dofinansowanie dziedzin, które dotychczas były głównie obszarami aktywności kobiet, podnosi atrakcyjność tych dziedzin, ich prestiż. I wówczas rośnie szansa, że częściej będą pojawiać się w nich mężczyźni. Na świetnie wyposażonym placu zabaw z atrakcyjnymi grami i urządzeniami sportowymi, jakoś chętniej w roli opiekunów dzieci pojawiają się ojcowie. I bardzo dobrze! Właśnie o to chodzi, żeby budżet sprawiedliwszy płciowo wpływał następnie na równiejsze zaangażowanie kobiet i mężczyzn w poszczególne dziedziny życia.

Sam budżet nie jest przecież magicznym narzędziem zmieniającym postawy i poglądy ludzi. On tylko tworzy zachętę do zmiany postaw. A żeby taka zmiana następowała, budżetowi genderowemu musi towarzyszyć cała lokalna polityka prorównościowa.

„Nie zajmuję się polityką”, „polityka mnie nie interesuje”, „polityka to jest bagno” itd. – te zdania jak mantrę wypowiada wiele kobiet, które zachęcam do zaangażowania się w politykę. Odpowiadam im wtedy, że od polityki nie ma ucieczki. Że politycy siedzą w naszych lodówkach, łóżkach, a nawet w płucach. W zakamarkach naszych domów i w ich najbardziej eksponowanych miejscach. Dlaczego w lodówkach? – Bo decydują np. o wysokości dopłat do mięsa czy mleka i tym samym wpływają na nasze jadłospisy. Dlaczego w łóżkach? – Bo decydują o tym, czy będziemy miały refundowane środki antykoncepcyjne i dostęp do legalnej aborcji. Dlaczego w płucach? – Bo decydują o tym, czym oddychamy – od ich decyzji zależy, czy w naszej miejscowości promowany będzie ekologiczny transport zbiorowy, czy też transport korkowo-samochodowy.

Ale to nie wszystko. Polityka jest bytem skomplikowanym, a decyzje podjęte w jednej dziedzinie życia społecznego objawiają się często i całkiem niepostrzeżenie w zupełnie innej. Czy zdajemy sobie sprawę, że wydatki na wojnę, wyrzutnię rakietową czy też wielki nowy stadion mogą jednocześnie ograniczać wydatki np. na dofinansowanie programów wsparcia zawodowego kobiet po czterdziestym roku życia, na edukację, na rozwój nowych technologii? To wszystko nas dotyka, to wszystko ma znaczenie. Dlatego warto – by mieć większa kontrolę nad własnym życiem – być i polityczką, i feministką.

Dwudziestego piątego lutego b.r. wraz z Katarzyną Kądzielą reprezentowałyśmy Obywatelskie Forum Kobiet, współprowadząc przepytania kandydatów przed drugą turą wyborów prezydenckich w Olsztynie. Była to debata wyjątkowa, bo dwie kobiety przepytywały dwóch mężczyzn, rywalizujących o urząd prezydenta. Przez półtorej godziny odpowiadali na nasze pytania, dotyczące wyłącznie problemów kobiet: nierówności płci, przemocy wobec kobiet, systemu pomocy jej ofiarom, wyrównywania szans np. poprzez budżet wrażliwy na płeć. Z ust kandydatów padły konkretne rozwiązania i konkretne deklaracje, poważnym tonem odczytane oświadczenia, wyrazy potępienia wobec przemocy, molestowania, dyskryminacji. Mówiąc krótko: zaprezentowali postawy godne naśladowania.

Oczywiście temat debaty olsztyńskiej nie należy jak na razie do kanonu debat z politykami. To nie USA, gdzie trzecia debata prezydencka, którą wygrał w cuglach Barack Obama dotyczyła problemu dyskryminacji.

Dotychczasowy prezydent Olsztyna został odwołany w referendum w związku z zarzutami molestowania i gwałtu na pracownicy urzędu. W pierwszej turze wyborów jedyna kobieta-kandydatka na prezydenta poprosiła o poparcie odwołanego prezydenta, budząc niemal powszechne oburzenie w środowiskach kobiecych w całej Polsce. „Uznałyśmy to za policzek wymierzony nie tylko tym kobietom, które zdecydowały się ujawnić niegodziwości pana Małkowskiego, ale wszystkim kobietom – ofi arom przemocy.” – napisało OFK w liście otwartym. Kandydatka uznała jednak, że nie możemy jej osądzać, nie będąc z Olsztyna. Poszłyśmy za ciosem – przepytanie kandydatów w II turze okazało się sukcesem. Pokazałyśmy, w jaki sposób można żądać równościowych rozwiązań.

Tu, w Olsztynie, prawdopodobnie bardzo trudno będzie zamieść pod dywan problemy kobiet. Ale w wielu innych miejscach kraju tak się dzieje. Dyskryminacja kobiet jest niewidoczna, przeźroczysta. Polega na tym, że nie zauważa się potrzeb kobiet i ich problemów, od wieków są mniej ważne. W konsekwencji w życiu społecznym dominują praktyki i kryteria niekorzystne dla kobiet.

Przykładów tego typu można podawać naprawdę wiele. W podręczniku UNPD pt. „Polityka równości płci w praktyce” opisany jest przykład wprowadzenia drobnej opłaty za korzystanie z usług szpitalnych. Załóżmy, że ideą tej opłaty jest zwiększenie efektywności usług zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Równościowe narzędzia pokazują jednak, że wystarczy zadać kilka pogłębionych pytań, by przekonać się, że koszty opłat będą ponosiły głównie kobiety. Te pytania to m.in.: kto częściej korzysta z usług szpitalnych – kobiety czy mężczyźni? Czy kobiety i mężczyźni dysponują takim samym dochodem, żeby zapłacić za te usługi? Kto płaci za dzieci i osoby starsze korzystające z usług szpitalnych? Czy wprowadzenie opłat spowoduje, że pobyty w szpitalu staną się krótsze? Czy oznacza to, że chorzy ludzie będą teraz musieli powracać do zdrowia w domu? Kto będzie odpowiadał za opiekę nad nimi? W jaki sposób wpłynie to na ekonomiczne, społeczne i inne – utracone – szanse kobiet? Jaki to będzie miało wpływ na sytuację dzieci?

I tak to się właśnie często dzieje: kobiety nie zadają odpowiednich pytań w odpowiednim momencie, poddają się, bo im się wmawia, że nie będą poważnie traktowane. Dlatego często myślą: to nie moja sprawa, nie interesuję się polityką. Niestety, w tym samym czasie polityka będzie się interesować nami. Codziennie i na każdym kroku.

Jestem byłą dziennikarka mainstreamowych mediów i dobrze wiem, co znaczy właściwie postawione pytanie. Ostatnio zadałam kilkanaście pytań dotyczących zasadności budowy elektrowni atomowej na Pomorzu marszałkowi naszego województwa. Pytania były – pochwalę się – naprawdę dobre. Odpowiedź rozczarowująca, ale właściwa dla panów u sterów: że nie będzie rozmawiał z Zielonymi, bo są od tego, żeby protestować. Ekolożka i kobieta oznacza prawdopodobnie istotę absolutnie niegodną poważnego traktowania. Marszałek będzie za to spotykał się z ekspertami – głównie z bardzo ważnych instytutów jądrowych. Polska zakupi pewnie od czołowego atomowego akwizytora, francuskiego prezydenta Sarkozy’ego, różne ważne technologie. Panowie jak zwykle ubiją interes i sami będą go oklaskiwać w świetle jupiterów. Panie wraz z innymi eko-istotami na znak protestu co najwyżej będą mogły popłakać przykute do drzewa albo w „domu po kryjomu” – żeby nie robić scen, oczywiście, bo to nie wypada.