Raimundo Labbe, niemalże w pojedynkę przekształcił zwyczajną chilijską wioskę w permakulturową, solidarną mikrospołeczność. W jaki sposób udało mu się to osiągnąć i jak działa owa utopia z drugiego końca świata?
Przenieśmy się na chwilę do Chile, do małego miasteczka Curanipe, znajdującego się na wybrzeżu Pacyfiku w południowym regionie Maule (co oznacza „deszczowy” w języku mapudungun, lokalnej ludności Mapuche). Curanipe to spokojna miejscowość, która większość zysków czerpie z rybołóstwa i śladowej turystyki. Corocznie odwiedza ją spora grupa surferów, którzy cenią sobie tutejsze wysokie fale i piękne, piaszczyste plaże. W centrum jest kilka restauracji oraz maleńki plac. Nie brakuje też portu, kościoła, targowiska i kilku mniejszych sklepów. Bazę naclegową zapewniają raptem dwa nieduże hotele, a dużo bardziej popularnym rozwiązaniem wśród przyjezdnych jest odpoczynek na polu campingowym, lub wynajmowanie maleńkich drewnianych domków na obrzeżach miasteczka, blisko morza i natury.
Przybycie nieznajomego idealisty

Malownicze Curanipe, archiwum własne
Nieco ponad dekadę temu, do tej malowniczej wioski wprowadził się Raimundo Labbe. Raimundo pochodzi ze stolicy Chile, Santiago, jednak gdy był młodym dzieckiem, jego rodzice postanowili przeprowadzić się na drugi kraniec świata, szukając szczęścia w Nowej Zelandii po tym, jak ich firma w ojczyźnie zbankrutowała. Zamieszkali oni na siedem lat w Porirura, jednym z najbardziej zaludnionych regionów, charakteryzującym się najwyższym odsetkiem osób mówiących w języku samoańskim. Zderzenie z innym etosem pracy i odmiennym podejściem do życia, na zawsze zmieniło Raimundo. Nowozelandzki system edukacyjny był inspirujący, zachęcał do samodzielnego myślenia, uczył jak czerpać wiedzę i stymulować rozwój z wykorzystaniem różnic kulturowychwśród uczniów. Taka forma zdobywania wiedzy była dla niego czystą przyjemnością. Problemy zaczęły się, gdy po powrocie do kraju musiał odnaleźć się w szkolnictwie chilijskim, nastawionym na wykuwanie na pamięć formułek, jak mówi sam Raimundo, bez większych szans na głębsze zrozumienie przekazywanych treści.
Z tego też powodu, po ukończeniu szkoły średniej, Raimundo zdecydował się na powrót do drugiej ojczyzny i studiowanie na Nowozelandzkim Uniwersytecie Waikato. Na przedmiot swoich studiów wybrał Nauki o Ziemi, a jako specjalizację – permakulturę i biokonstrukcję. Fascynowały go naturalne sposoby rekonstrukcji gleby.
Pierwsze poważne, życiowe decyzje
Jako absolwent, stanął przed trudnym wyborem. Mógł pozostać w Nowej Zelandii i próbować stworzyć projekt permakulturowy w tym drogim kraju, w którym, poza wyzwaniami finansowymi, przepisy ściśle regulują jak powinna wyglądać każda farma, nie pozostawiając rolnikom wiele przestrzeni na kreatywność. Mógł też wrócić do Chile, gdzie poza tradycyjnym wielkopowierzchniowym rolnictwem nic innego nie istniało. Zdecydował się na tą drugą opcję, jednak zamiast dostosowywać się do głównego nurtu, zaczął nowy projekt, którego głównym celem było wymyślenie od podstaw innowacyjnego systemu rolniczego, zmianę roli ziemi, kształtu pracy rolników i, w pewnym stopniu, lokalnego społeczeństwa.

Port w Curanipe, archiwum własne
Wybór padł na Curanipe, które stanowiło wyzwanie pod wieloma względami: dekady temu wielkie firmy przekształciły lokalne lasy w przytłaczające monokultury, których jedynym celem była produkcja drewna. Ziemia była głęboko zasolona po ogromnym tsunami z 2010 roku, a turystyka surferska powoli konwertowała społeczeństwo, w nastawione na usługi, kosztem rolnictwa. “Lubię surfować, ale zdaję sobie sprawę jakie szkody surfing wyrządził kulturze wiejskiej”, mówił.
Mozolne początki kooperatywy
Raimundo wybudował niewielki drewniany domek na ziemiach rodzinnych i zainicjował rekultywację gleby. W międzyczasie, zaczął poznawać osoby o podobnych celach, żeby nieco później wspólnie z nimi założyć kooperatywę “Huertas a Deo”.
Nazwa “Huertas a deo”, w dosłownym tłumaczeniu oznacza „ogrody na palec”, czyli ogrody autostopowe (od „a dedo”). Nazwa wzieła się od pierwszej inicjatywy, która pozwoliła na rozwój organizacji. Raimundo zauważył, że do miasteczka przyjeżdża wiele samochodów dostawczych, zaopatrujących lokalne sklepy. Zazwyczaj wracały one do miast zupełnie puste. Postanowił zaoferować kierowcom, że jeżeli w drogę powrotną wezmą kilka skrzyń z lokalnymi warzywami na sprzedaż, to zwróci im pieniądze za benzynę. Pozytywny odbiór projektu zmotywował go do działania, zapoznania z lokalnymi mikrorolnikami, zbudowania bazy klientów, opracowania trasy… Był rok 2013-ty, pierwsze eko warzywa wyruszyły w świat autostopem.
Zrównoważone Rolnictwo dla Społeczności

Huertas a Deo – przygotowanie paczek na wysyłkę
Przyjechałem do Curanipe cztery lata później, w 2017 roku, pomagając w pracy Raimundo przez dwa miesiące i poznając resztę stałej ekipy, którą w tamtym momencie tworzyło sześciu pracowników i kilku wolontariuszy. Zanim dotarłem do miasteczka, cały proces dystrybucji lokalnych produktów osiągnął perfekcję. Raimundo czerpał garściami z rozwiązań, które wynaleziono w Japonii i nazwano profesjonalnie „Zrównoważonym Rolnictwem dla Społeczności”. W projekcie brało udział trzydzieści domostw z większymi lub mniejszymi ogrodami – każde z nich produkujące inne odmiany warzyw i owoców. Mieszkańcy okolicznych miast, jak również Santiago, raz w tygodniu mogli zamówić na stronie internetowej Huertas a Deo jedną z trzech przesyłek – małe, średnie lub duże pudło z produktami. Strona nie wyszczególniała jakie produkty spożywcze będą dostarczone, jednak konsument miał gwarancję, że będą to owoce i warzywa sezonowe, zawsze najwyższej jakości, produkowane w zrównoważony sposób, bez użycia pestycydów lub sztucznych nawozów. Transportem zajmowała się profesjonalna firma Pullman Cargo, a zysk był dystrybuowany po równo między wszystkich mikrorolników. Przebiegiem całej procedury zajmował się Felipe, młody pracownik z którego twarzy nigdy nie spływał uśmiech.
Domowy nawóz dla wszystkich

Pepa i Rodri przygotowują kompost
Poza pakowaniem pudeł, moja praca polegała między innymi na przygotowywaniu nawozów. Wraz z Pepa i Rodri – parą Mapuche, która współtworzy projekt, ruszyliśmy konno na jedną z należących do nich działek na niewielkim wzgórzu. Po chwili nadjechała furgonetka wypełniona resztkami jedzenia. Jeden z projektów Huertas a Deo zakłada współpracę z lokalnymi restauracjami, które oddają resztki spożywcze w zamian za kilka świeżych warzyw. Huertas zajmuje się przygotowywaniem kompostu, a później rozdaje go za darmo lokalnym rolnikom biorącym udział w projekcie.
Zaczęliśmy przygotowywać naturalny nawóz, począwszy od selekcji resztek, które mogłyby zaszkodzić kompostowi lub spowolnić proces jego produkcji. Starsze kupki sprawdzaliśmy, mieszaliśmy, zgarnialiśmy to, co rozgrzebały pomagające w procesie kompostowania kury, w końcu pakowaliśmy w worki już gotowe, czarne nawozy, by rozwieźć je po okolicznych wiejskich domach. O zmierzchu, szczęśliwi z przebiegu produktywnego dnia, kładliśmy się na kocu, spoglądaliśmy w gwiazdy i rozmawialiśmy o wszechświecie oraz Matce Naturze, Ñuke Mapu.
Warzywa sąsiada w przydomowym spożywczaku
Pepa i Rodri zadbali również o to, by w okolicznych sklepach sprzedawano lokalne produkty. “Do niedawna było tak, że trzy domy od spożywczaka ktoś miał kury, a w sklepie sprzedawano jaja z megakurników oddalonych od Curanipe o setki kilometrów, albo brojlery importowane z innego kraju”, mówili. Ta sytuacja generowała ogromny ślad węglowy i działała na niekorzyść ekonomiczną lokalnej społeczności. Poprzez skontaktowanie producentów i sprzedawców, dzisiaj pieniądze trafiają do mikrorolników, a sklepy zaopatrują się w produkty, pochodzące z farm oddalonych nie więcej niż trzydzieści kilometrów od punktu sprzedaży. Ceny produktów są niższe, a ich jakość nieporównywalnie wyższa.
Pomocna dłoń przy najmłodszych roślinach

Praca w szkółce Erica
Kolejnego dnia pomagałem innemu pracownikowi, Ericowi, który odpowiadał przede wszystkim za szklarnie i coś w rodzaju szkółki leśnej. Eric wytłumaczył mi, że po tsunami w 2010 roku, zasolenie ziemi zniszczyło doszczętnie lokalną florę. Proces rekonstrukcji gleby trwał latami i w zasadzie, w niektórych miejscach nadal się nie skończył. Gdy jednak odsolono pierwsze działki, powstało pytanie – jak odtworzyć dawną bioróżnorodność? Mieszkańcy, mając pełne zaufanie do Huertas a Deo, zaczęli przynosić nasiona roslin, a to znalezione gdzieś na strychach, a to pozyskane z innych części kraju gdzie pojedyncze okazy indygeniczne roślin jeszcze się zachowały. Chcieli pomóc, lecz sami nie wiedzieli w jaki sposób je rozmnożyć i jak sprawić by przetrwały one najbardziej wrażliwy okres rozwoju – kiełkowanie i pierwsze miesiące wzrostu.
Eric zajmuje się tym osobiście, a potem sadzonki umieszcza w glebie, lub oddaje w ręce właścicieli nasion. Każdy może skorzystać za darmo z usług jego szkółki i nie koniecznie muszą to być okazy, które planowo mają powrócić na łono natury lub zmieniać monokultury leśne w zdywersyfikowane biosfery. Rolnicy, posiadający nasiona starych odmian warzyw i owoców, zagrożonych wyparciem przez szybciej rosnące oraz dające bardziej obfite plony GMO, również mogą liczyć na jego pomoc.
Poza szkółką, Eric od czasu do czasu jedzie za miasto do lokalnego tartaku, skąd otrzymuje za darmo wióry drewna, które później rozda osobom, mającym kurniki lub sady. Sam też ma kilka kur. W ramach podziękowania za przekazywanie cennej wiedzy zbudujemy mu więc z kilkoma innymi wolontariuszami niewielki kurnik.
A po pracy, odpoczynek i szkolenia

Szkolenie z permakultury dla lokalnej społeczności
Zespół który poznałem kilka lat temu zamyka jeszcze Gaston, który odpowiada za prowadzenie niewielkiego pola campingowego dla surferów. Huerta a Deo musi się z czegoś utrzymywać, a zyski ze sprzedaży produktów rolnych w zdecydowanej większości trafiają w ręce społeczności. Potrzeba dodatkowych dochodów i naturalnym sposobem na ich pozyskanie wydaje się turystyka, połączona z surfingiem, który wszyscy pracownicy Huertas a Deo praktykują po godzinach. Gaston stawia na zrównoważoną turystykę – camping ma niewielki ślad węglowy, a goście jeszcze przed przyjazdem wiedzą, że wybierając to miejsce, wspierają projekt ekologiczny i lokalną kooperatywę.
Raimundo nadzoruje wszystkie te działania, przeprowadza spotkania organizacyjne i zajmuje się darmowymi szkoleniami z permakultury, dzieląc się z lokalną społecznością doświadczeniem i wiedzą nabytą na uczelni. To o tyle ważne, że dostęp do edukacji wyższej w Chile jest odpłatny. Uniwersytety są sprywatyzowane, a średni koszt zdobycia dyplomu często jest wyższy niż czesne na uczelni w Stanach Zjednoczonych. Bez szkoleń Raimundo, dostęp do wiedzy dla wielu z tych osób byłby zupełnie niemożliwy.
Szkolenia nie zaczęły się od pierwszego roku działania Huertas a Deo. Najpierw trzeba było zdobyć zaufanie lokalnej społecznności. Raimundo zależało, żeby nie był postrzegany jako młody miastowy, który przyjeżdża na wieś się wymądrzać. Dziś, gdy nie ma już domostwa rolniczego, któremu Huertas a Deo nie pomogłoby w jakiś sposób, jego lider cieszy się niekwestionowanym oddaniem. Sam jestem świadkiem jak przed i po szkoleniach jest on obściskiwany przez starsze panie i częstowany domowymi wypiekami.
Świetlana przyszłość niecodziennego projektu
Cztery lata po tym jak wyjadę z pięknego miasteczka Curanipe, Huertas a Deo zorganizuje jeszcze cotygodniowe ogromne targowisko ekologiczne. W planach będzie też utworzenie ogrodów leśnych, produkujących żywność przy minimalnej ilości nakładu pracy. Przyszłość Huertas a Deo wydaje się obiecująca, a ilość wolontariuszy z całego świata, którzy zatrzymują się u nich na kilka miesięcy by zdobyć praktyczą wiedzę, daje nadzieję, że koncept permakultury w stylu Raimundo zostanie spopularyzowany wśród młodego pokolenia również poza granicami Chile.
Dokładnie pół roku temu Argentyna wybrała na swojego prezydenta prawicowego ultra libertarianina, Javiera Milei, zmieniając kierunek rozwoju z ostatnich dekad o 180 stopni.
Co zmotywowało społeczeństwo do tak drastycznej zmiany i jak kraj zmienia się pod rządami osoby, widzącej zagrożenie w feminizmie i lewicy oraz negującej istnienie kryzysu klimatycznego?
Argentyna – kraj o zapachu soczystej wołowiny Angus, smażonej na grillu i serwowanej z aromatycznym sosem chimichurri. Teren rozbrzmiewających się zewsząd dźwięków tango, lub charakteryzującego mniejsze miejscowości swojskiego chamame, chętnie słuchanego przez gauchos, przemierzających konno pampę. Państwo rozkochane w piłce nożnej do tego stopnia, że zwycięstwo w World Cup na kilka dni sparaliżowało kraj przez tłum z radości tańczący na ulicach. Kraj liberalny i postępowy, któremu rozwiązań prawnych mogłyby pozazdrościć wszelkie europejskie państwa, bez wyjątku.
Uniwersytety są tutaj darmowe i oferują usługi na bardzo wysokim poziomie. W światowych rankingach Uniwersytet Buenos Aires wyprzedza wszystkie uczelnie w Polsce. Studenci zjeżdżają się do nich z całego regionu, przede wszystkim z okolicznej Brazylii i z Chile, gdzie za wykształcenie wyższe trzeba sporo zapłacić.
Służba zdrowia, choć zdecentralizowana, w każdym regionie działa zadowalająco. Argentyńczycy mogą skorzystać z odpłatnego prywatnego ubezpieczenia, którego ceny częściowo kontrolowane są przez państwo, albo, bez ubezpieczenia, udać się do dowolnego szpitala. Opieka zdrowotna, poza podstawami, obejmuje między innymi darmowy dostęp do środków antykoncepcyjnych lub, od niedawna, do PrEP dla osób z grupy wysokiego ryzyka zakażenia wirusem HIV. Świadomość społeczna na temat zdrowia jest na bardzo wysokim poziomie. Ruch antyszczepionkowców w zasadzie nie istniał w tym kraju, a poziom szczepień przeciw COVID w pierwszym roku od ich wprowadzenia, osiągnął poziom 91% (dla porównania, w Polsce 61%).
Prawo aborcyjne od 2020 roku zezwala na przerwanie ciąży do 14-tego tygodnia (o przełomowych zmianach pisałem w jednym z poprzednich numerów „Zielonych Wiadomości”). Poza Urugwajem, nie ma w Ameryce Południowej innego państwa z tak liberalną ustawą jak Argentyńska.
Walka z machismo i z przemocą wobec kobiet, a także dyskryminacją osób nieheteronormatywnych jest wzorcowa. Od 2019 roku działa w kraju dedykowane tym problemom Ministerstwo Kobiet, Płci I Różnorodności i chociaż kraj boryka się nadal z ogromnymi problemami, szczególnie w bardziej konserwatywnych prowincjach, jak Salta, Jujuy lub Formosa, liczba aktów przemocy wobec kobiet spadła do drugiego najniższego wskaźnika na kontynencie, zaraz po Chile.
Osoby nieheteronormatywne w kraju mają dostęp do małżeństw jednopłciowych od 2010 roku, dokumentów z wpisaną płcią „X” dla osób niebinarnych od 2021 roku i gwarancją 1% miejsc na uczelniach oraz państwowych stanowiskach pracy dla osób transpłciowych, co ma zapobiegać ich wykluczeniu ze społeczeństwa. Język inkluzywny, neutralny płciowo, z roku na rok staje się coraz bardziej powszechny. Używa się go na ulicach, podczas wydarzeń kulturalnych, a niekiedy nawet w urzędach. Powoli rozpoczyna się debata na temat rodzin poliamorycznych, reprezentowanych w showbiznesie i popkulturze. Najpopularniejszym serialem telewizyjnym w kraju jest obecnie argentyński „Felices los seis”, mówiący o monogamicznym chłopaku z prowincji zakochanym w mieszkańce Buenos Aires, która żyje wraz ze swoimi partnerami w szczęśliwej poliamorycznej rodzinie.
Walka z ubóstwem przyjmuje wiele twarzy. Poza pomocą społeczną i dofinansowaniami do zakupu żywności, państwo argentyńskie inwestuje w program darmowego, powszechnego dostępu do internetu we wszystkich miastach i wioskach, co ma zapobiegać wykluczeniu cyfrowemu, dba o to, by poza przetrwaniem, mieszkańcy Argentyny mieli dostęp do bardzo taniej albo darmowej rozrywki, budując w niemal każdej wiosce baseny, lub pola campingowe z miejscem na grilla, oraz dofinansowuje transport publiczny. Jeszcze do niedawna bilet autobusowy w stolicy kosztował niecałe 20 groszy.
Drastyczny skręt w prawo
Końcem listopada ubiegłego roku, wydarzyła się rzecz niesamowita – wybory prezydenckie w kraju zwyciężył Javier Milei, ultraprawicowy libertarianin, miłośnik Jaira Bolsonaro i Donalda Trumpa, między innymi zrównujący feminizm z zarazą i postulujący wprowadzenie prawa do posiadania broni. Wybór ten wydawał się absurdalny i zupełnie nie odpowiadający rzeczywistym poglądom Argentyńczyków.
Dlaczego więc do tego zwycięstwa doszło?
Argentyna od lat boryka się z ogromnym kryzysem ekonomicznym, na który dodatkowo nałożyły się problemy gospodarcze wynikające z pandemii, która uderzyła ze szczególną siłą w branżę turystyczną, usługi i najmniejsze przedsiębiorstwa. Galopująca inflacja w 2023 roku osiągnęła poziom 211%, poziom ubóstwa wyniósł ponad 40%, a skrajnego ubóstwa przekroczył 9%. Oznacza to, że niemal co drugi Argentyńczyk nie miał wystarczająco dużo pieniędzy by zaspokoić podstawowe potrzeby żywieniowe i codziennie odczuwał głód, prawie co dziesiąty skrajnie głodował i był zagrożony bezdomnością. Wpisane w argentyńską tradycję wołowe asado lub nawet kilka plasterków sera, stały się towarami luksusowymi.
Podczas wyborów prezydenckich, spośród pięciu kandydatów, rzeczywiście liczących się było trzech: Sergio Massa z lewicowej partii peronistycznej, która do tej pory sprawowała rządy, Patricia Bullrich z głównej opozycyjnej partii prawicowej oraz Javier Milei, nowa postać w polityce, która kreowała się na zbawcę mającego rozbić wcześniejszy duopol partyjny i rozprawić się z polityczno-ekonomiczną “kastą”. Społeczeństwo, zmęczone kryzysem którego nie udawało się opanować ani lewicy ani prawicy, naprzemiennie wymieniającej się władzą, szukało nowych rozwiązań i spoglądało na Milei bardziej przychylnym okiem.
Głosowanie jako bunt, lub wybór „mniejszego zła”
Gdy do drugiej tury wyborów przeszedł Massa i Milei, emocje sięgnęły zenitu. Większość wyborców głosowała w kontrze do drugiego kandydata. Ci, którzy chcieli zwycięstwa Massa, podkreślali, że to mniejsze zło, bowiem Milei jest niebezpiecznym oszołomem, którego poglądy są seksistowskie, homofobiczne i zwyczajnie niebezpieczne (szczególne zagrożenie widziano w jego propozycji prywatyzacji służby zdrowia i edukacji, wprowadzenia powszechnego dostępu do broni, wspominano również o jego wypowiedziach jakoby handel organami lub dziećmi powinien być legalny w ramach kapitalistycznego libertarianizmu). Ekonomiczny postulat Milei by zdolaryzować państwo i pozbyć się lokalnej waluty Peso Argentyńskiego, zwolennicy Massa uważali za nierealny do wprowadzenia zabieg populistyczny. Wszak w kraju brakowało dolarów, lokalne kantory nie działały, a osoby chcące oszczędzać w obcej walucie, musiały zaopatrywać się w nią na czarnym rynku, za trzykrotność wartości oficjalnego kursu.

Javier Milei. Źródło: Wikimedia
Zwolennicy Milei zaznaczali, że Massa był Ministrem Gospodarki podczas największego kryzysu ekonomicznego w kraju i wystawienie jego kandydatury to potwarz dla Argentyńczyków. Twierdzili albo że media kreują Milei na wariata, a jego rzeczywiste poglądy są dużo bardziej łagodne, albo że nowy prezydent skupi się na poprawie gospodarki i nie wprowadzi mało popularnych zmian społecznych (wyborców rzeczywiście powielających wszystkie poglądy kandydata była garstka). Mówiono też, że w sytuacji kryzysowej każdy nowy kandydat będzie lepszy od polityków, którzy mieli już szansę sprawowania władzy i którzy nie podołali zadaniu.
W drugiej turze wyborów, Javierowi Milei pomogło oficjalne wsparcie prawicowej kandydatki Patrycji Bullrich, za co polityczka została później nagrodzona teczką Ministry Bezpieczeństwa.
Czy rzeczywiście Milei skupia się wyłącznie na sprawach ekonomicznych, pozostawiając ciężko wypracowany postęp społeczny w spokoju? I czy jego rozwiązania gospodarcze, oparte na drastycznych cięciach budżetowych i dążeniu do dolaryzacji kraju się sprawdzają? Mija właśnie pół roku od rozpoczęcia jego prezydentury, jest to więc dobry moment na podsumowanie jego dotychczasowych działań i spojrzenie krytycznym okiem na to, w jaki sposób Argentyna się zmienia. A społeczeństwo zmieniło się bardzo…
Radykalne poglądy wkraczają na salony
Już w pierwszych tygodniach od zmiany władzy, niewidoczna dotąd ultraprawicowa mniejszość w kraju poczuła się bardzo ośmielona i zaczęła jawnie prezentować swoje poglądy. Ci, którzy do tej pory narzekali na imigrantów lub queerowe osoby wyłącznie w domowym zaciszu, poczuli, że swoje radykalne poglądy mogą prezentować w przestrzeni miejskiej. Przez cztery lata mieszkania w Argentynie nie usłyszałem ani jednego ksenofobicznego komentarza. W pierwszym tygodniu panowania Javiera Milei dwukrotnie zasugerowano mi w brutalny sposób powrót do kraju z którego pochodzę,, w tym raz rozradowany mężczyzna dodatkowo splunął na mnie w transporcie publicznym. Moi przyjaciele doświadczyli tego samego – Wenezuelski kolega, pracujący jako taksówkarz został poinformowany, że osoby takie jak on niszczą Argentynę, czarnoskóra koleżanka z Brazylii, wychodząc na spacer z psem, została nazwana małpą, która powinna spakować walizki i wracać do domu. Nieheteronormatywne znajome osoby, nawet w najbardziej liberalnym Buenos Aires, trzymając swoich partnerów za rękę na ulicy, coraz częściej słyszeli homofobiczne okrzyki z przejeżdżających samochodów lub dźwięk klaksonów – rzecz, która w Argentynie nie zdarzyła się niemal nigdy, przynajmniej od piętnastu lat. Po niecałym miesiącu radykalne zachowania najbardziej konserwatywnej części społeczeństwa zaczęły ucichać i zapewne wszystko wróciłoby do normy, gdyby rząd nie działał na nich w ciągły stymulujący sposób.
10 grudnia Javier Milei zamknął Ministerstwo Kobiet, Płci I Różnorodności, tłumacząc iż jest zbędne i generuje dodatkowe koszty, a państwo przecież musi oszczędzać . Przy okazji porównał feminizm do socjalizmu, z którym należy walczyć. Niedługo potem zamknięto Narodowy Instytut Przeciwdziałania Dyskryminacji, Ksenofobii i Rasizmu. Język inkluzywny został zakazany w urzędach i określony elementem składowym “kultu ideologii gender”, zaprzestano przestrzegać gwarantowania 1% miejsc pracy dla osób transpłciowych, a nowo powołani ministrowie zaczęli wypowiadać do kamer homofobiczne obrzydliwości, jakoby naturalnym dla mężczyzny było odczuwać odruch wymiotny na widok dwóch całujących się gejów (seksistowsko dodając, że lesbijki to już inna kwestia i czasami miło popatrzeć). Zagrożona jest też refundacja leków dla osób zakażonych wirusem HIV. Póki co, dzięki oporowi społecznemu, nie usunięto całkowicie refundacji, jednak Milei zapowiada drastyczne cięcia wszystkich dotacji, w tym bardzo drogich leków dla osób pozytywnych. To, de facto, skazanie tysięcy chorych z najniższego szczebla ekonomicznego na pewną śmierć.
Homofobia rządu bezustannie stymuluje do działań garstkę najbardziej radykalnych mieszkańców. W momencie pisania tego artykułu kraj przeżywa szok po napaści sąsiada na dwie pary lesbijek. Zostały one tak dotkliwie pobite, że wszystkie cztery wylądowały w szpitalu. Trzy do tej pory zmarły, czwarta nadal walczy o życie.
Wysłać kobiety z powrotem do kuchni
Wzrasta też przemoc stosowana wobec kobiet. Milei nie tylko zamyka ministerstwa i instytucje, które mają chronić ich prawa, ale sam reprezentuje postawy, z którymi jeszcze do niedawna kraj walczył i za które karał innych obywateli. Najlepszym przykładem może być wywiad z prezydentem w popularnym programie na żywo „Gente Opiniando”, w którym zdenerwowany przebiegiem konwersacji prezydent, zwraca się do dziennikarki ze słowami „Mógłbym wziąć broń 9 mm i podstawić Ci ją do głowy”. Kobieta zdenerwowana opuszcza studio.
Milei nie kryje, że kolejnym krokiem który zamierza wprowadzić, będzie zakaz aborcji. Na razie zdaje się, że społeczeństwo stawia zbyt duży opór by można do tego doprowadzić, ale każde kolejne przekraczanie wcześniejszych granic tego, co dopuszczalne, nastawione są na powolną inżynierię społeczną i stopniowe zmienianie postaw argentyńczyków na bardziej konserwatywne.
Nie dla biednego dyplom, a biednych coraz więcej…
Zagrożeni mogą też czuć się studenci. Zapowiedzi wprowadzenia odpłatnego szkolnictwa wyższego nie powinny nikogo dziwić, bowiem stanowiły postulat Milei w trakcie kampanii wyborczej, jednak społeczeństwo zdaje się być zszokowane, że nowy prezydent wprowadza w życie swoje obietnice. Ostatnie protesty przeciwko prywatyzacji uczelni wyprowadziły na ulice dziesiątki tysięcy młodych ludzi. Prezydent wydaje się jednak nie przejmować zbytnio oporem społeczeństwa. Wielokrotnie podkreślał w wywiadach, że protestujący chcą bronić statusu quo, bowiem na nim korzystają, są częścią kasty (określenie „kasta” ewoluowała – dawniej oznaczała bogatych polityków z poprzedniej kadencji, dziś imigrantów, osób korzystających z pomocy społecznej i, w zasadzie, wszystkich przeciwników Milei). Padł nawet pomysł by zdelegalizować wszelkie zgromadzenia powyżej trzech osób, które nie uzyskają zgody na manifestację, co zaowocowało tysiącami memów o przyjaciołach wychodzących na piwo lub rodzinach chcących spotkać się w parku na pikniku i proszących prezydenta na piśmie o „zezwolenie na zgromadzenie”.
Wyborcy, liczący że prezydent zajmie się wyłącznie ekonomią i nie odważy się cofnąć o kilka dekad postępu w Argentynie, mogą czuć się zawiedzeni. Milei robi to, co zapowiadał że będzie robić, a zmiany wprowadza w trybie ekspresowym.
Sytuacja ekonomiczna kraju również się nie poprawia. W zasadzie znacząco się pogorszyła, co prezydent kwituje słowami “by było lepiej, będziemy musieli przez jakiś czas zaciskać pasa”. W celu obniżenia inflacji i zgromadzenia dolarów niezbędnych do zmiany waluty kraju, wprowadzono szereg ustaw, które jawnie mają doprowadzić do pogorszenia sytuacji klasy średniej i wymuszenia na argentyńczykach wyprzedania dolarów trzymanych w domach. Znacząco podwyższono oficjalny kurs dolara, zamrożono wszystkie pensje, zrezygnowano z regulacji określających maksymalne podwyżki czynszu, anulowano regulację cen ubezpieczeń społecznych, zniesiono większość dotacji…
Gdy pensji nie starcza na trzy posiłki
W efekcie, cena dolara na czarnym rynku zatrzymała się w miejscu. Nikogo nie stać na wykupywanie obcej waluty w celach oszczędnościowych. Pensja minimalna nadal oscyluje w granicach 180 dolarów, mediana, mocno zawyżona przez mieszkańców stolicy, zarabiających lepiej niż reszta kraju, wynosi 450 USD. W międzyczasie ceny transportu publicznego podskoczyły w przeciągu kilku miesięcy ze wspomnianych wcześniej w tekście 20 groszy do pięciu złotych za bilet autobusowy. Osoba zarabiająca minimalną pensję, wydaje teraz 25% swojego wynagrodzenia na same podróże z- i do pracy. Ceny mieszkań poszybowały w górę – stara kawalerka do remontu, oddalona od centrum Buenos Aires, to koszt minimum 300 dolarów, a kontrakty często wzmiankują o podnoszeniu cen w trzymiesięcznych interwałach czasowych. Opłaty za gaz, elektryczność, wodę, bez refundacji, sięgają stu dolarów. Ubezpieczenie zdrowotne staje się towarem luksusowym, dostępnym tylko dla wybranych, co może odciążyć służbę zdrowia, która boryka się z tak znaczącym nie dofinansowaniem, że niedawno jeden z pracowników szpitala w wywiadzie ulicznym stwierdził, że brakuje pieniędzy na zakup podstawowych leków i niebawem stanie przed zadaniem informowania osób chorych na raka, że ich chemioterapia nie może być kontynuowana.
Milei poświęcił klasę średnią, wiedząc iż jego program naprawy gospodarczej kraju będzie finansowany z ich oszczędności. Co jednak z najuboższymi, którzy stanowią 40% społeczeństwa? W zasadzie pozostawiono ich w sytuacji zagrażającej przetrwaniu. Dzisiejsze Buenos Aires to smutny obraz, w którym ogrom ludzi szuka pożywienia lub części na sprzedaż w większości ulicznych koszy na śmieci. To miasto, w którym półpuste restauracje coraz częściej rezygnują z wystawiania stolików na zewnątrz, bowiem klienci w trakcie posiłku potrafią być pięciokrotnie zaczepieni przez różne osoby proszące o drobne, lub kawałek chleba z ich talerza. To ogromna aglomeracja, w której na ulicach mieszkają nawet wykształceni dwujęzyczni obywatele, czytający rozpadające się w ich rękach książki, siedząc na chodniku.

Dochody na rodzinę składającą się z dwojga dorosłych i dwojga dzieci. Źródło: x.com
Inflacja w tym roku przyspieszyła osiągając 250% w skali roku i zyskując miano najwyższej na świecie. Ceny konsumpcyjne tylko z miesiąca na miesiąc podskoczyły ostatnio o 15%. Argentyńczycy, choć przywykli do takiej sytuacji, zawsze posiadali spadochron ochronny pod postacią wsparcia socjalnego i podwyżek pensji o wysokość inflacji kilka razy do roku. Dziś, pozbawieni tego wsparcia, z dnia na dzień zmagają się z coraz trudniejszą do okiełznania codziennością.
Jaka przyszłość czeka Argentynę? Trudno powiedzieć. Część społeczeństwa wsłuchuje się w głos nowego prezydenta jak w głos niekwestionowanego guru, powtarzając za nim, że wysoka inflacja i ekstremalnie trudna sytuacja ekonomiczna w kraju to zarówno wina poprzedniego rządu, jak i cena, którą wszyscy muszą zapłacić, żeby wspólnie posprzątać nieporządek nagromadzony w kraju przez wiele lat. Ci, którzy z Milei się nie zgadzają, gdy tylko ich na to stać, wyjeżdżają z kraju, lub coraz częściej wychodzą na ulice protestować. Wściekłość narodu narasta. W przeszłości, w Argentynie, kryzysy ekonomiczne doprowadziły do zamieszek, masowych protestów, a nawet zmian prezydentów, ewakuujących się w pośpiechu helikopterami ze swoich oblężonych pałaców. Zaskakujące, że Milei nie uczy się na błędach historii własnego kraju, lub historii najnowszej swojego sąsiada, Chile, gdzie podobne do niedawno wprowadzonych podwyżek cen transportu publicznego, zaowocowały przewrotem społecznym, krwawym buntem przeciwko policji i wojsku, a ostatecznie, doprowadziły do zmiany prezydenta i rozpisania referendum mającego wprowadzić nową konstytucję.
Brazylia stała się niedawno szóstą największą gospodarką świata. Rośnie jej dyplomatyczne i ekonomiczne znaczenie, szczególnie w Ameryce Południowej i w Afryce. Prowadzona przez Luiza Inácio Lulę da Silvę polityka walki z biedą stała się inspiracją dla lewicy na całym świecie. Czy jednak obraz rozwoju tego kraju naprawdę jest tak różowy? (więcej…)
W Puszczy Amazońskiej, która jest największą puszczą równikową Ziemi, żyje ponad 600 gatunków ptaków, setki tysięcy gatunków owadów i ponad 40 tys. gatunków roślin kwitnących. Amazonia spełnia szczególną rolę: reguluje klimat naszej planety, „pompując” wilgotne, gorące powietrze z tropików do półkuli północnej. Specjaliści uważają, że największą katastrofą ekologiczną, jaka rozpoczyna się na naszej planecie, jest postępująca zagłada lasów tropikalnych. Niszczenie puszcz tropikalnych skutkuje ogromną emisją gazów cieplarnianych do atmosfery, przyczyniając się do zmian klimatycznych.
W ciągu ostatnich 40 lat wykarczowano 700 tys. km kw. Amazonii – obszar dwukrotnie większy od Polski. Aby zrobić miejsce dla upraw genetycznie modyfikowanej soi (która trafia także do Polski w postaci paszy), co 8 sekund znika kawałek dżungli wielkości boiska piłkarskiego, co roku wielkości Belgii. Zazwyczaj wycinka Puszczy Amazońskiej odbywa się według tego samego schematu: Najpierw ścina się drzewa – w 80% przypadków nielegalnie. Następnie pojawia się hodowla bydła, a na koniec plantacje soi GMO opryskiwane groźnym środkiem chemicznym – glifosatem.
Zagłada puszczy dotyka nie tylko ginących bezpowrotnie roślin i zwierząt. Giną także tradycyjne kultury odwiecznych mieszkańców Amazonii. W ciągu XX w. wyginęło całkowicie 90 plemion amazońskich Indian. Zdjęcia satelitarne pokazały, że tylko w samym r. 2004 wykarczowano ponad 25 tys. km kw. lasów Amazonii. Na niezmierzonych połaciach wykarczowanej Puszczy Amazońskiej w Brazylii rośnie soja. Dwie trzecie tych upraw kontrolują „Trzy Siostry” – obecne także w Polsce ponadnarodowe korporacje: Cargill, ADM i Bunge. Od nich pochodzą modyfikowane genetycznie nasiona, nawozy i silnie toksyczne dla ludzi i środowiska środki ochrony roślin. Giganty te następnie skupują soję od rolników i wysyłają ją do Polski i całej Europy. Cargill, który rozlokował się w stanie Mato Grosso, jest największym eksporterem soi w Brazylii.
Importowana do Polski śruta soi GMO skutecznie wypiera polskich rolników z krajowego rynku pasz. Dziś Polska sprowadza rocznie już prawie 2 mln ton takiej śruty, czyli ten import podwoił się w ciągu dekady. Do r. 2003 głównym rynkiem zakupu śruty były kraje UE (Niemcy, Holandia, Belgia), skąd pochodziła większość polskiego importu. Jednak od 2004 r. systematycznie zwiększa się import śruty soi z Brazylii i Argentyny, które należą do największych producentów roślin modyfikowanych genetycznie na świecie. W tej chwili całkowicie kontrolowana przez firmy zagraniczne branża paszowa w Polsce należy do najbardziej skonsolidowanych i zyskownych sektorów przemysłu rolno-spożywczego. Jedną trzecią łącznych jej przychodów, wynoszących ok. 2 mld zł rocznie, uzyskują dwa międzynarodowe giganty: De Heus Koudijs-Hima oraz Cargill. Prócz biotechnologów, którzy korzystają z funduszy międzynarodowych koncernów agrochemicznych przeznaczonych na badania, trudno znaleźć polskich beneficjentów tej monopolizacji nasiennictwa, dystrybucji środków ochrony roślin oraz rynku pasz w Polsce.
Używanie soi GMO pociąga za sobą także likwidację tradycyjnej hodowli zwierząt w Polsce. W tradycyjnym żywieniu świń stosuje się zboża i ziemniaki, wtedy na cały cykl do osiągnięcia wagi ubojowej potrzeba 6 miesięcy. Fermy przemysłowe, ograniczając możliwość ruchu zwierząt i stosując pasze ze śrutą sojową i innymi „promotorami wzrostu”, osiągają taką wagę zwierząt nawet w ciągu 3 miesięcy. Oczywisty jest tutaj element nieuczciwej konkurencji – tradycyjne gospodarstwa rolne nie mają szans wytrzymać konkurencji cenowej z kimś, kto hoduje nie dziesiątki, a tysiące świń, które na dodatek rosną dwa razy szybciej. Import genetycznie modyfikowanej soi sprzyja wypieraniu przez należące do zagranicznego kapitału wielkie fermy z rynku polskich rolników, którzy są w tych warunkach zmuszeni nie tylko do likwidacji tradycyjnych hodowli świń, ale także do zaprzestania produkcji pasz.
Wspierany przez polskie władze import soi odpowiada rocznej produkcji miliona polskich gospodarstw rodzinnych w wysokości po 2 tony paszy wysokobiałkowej na gospodarstwo. Trzeba tu zadać pytanie, dlaczego polski rolnik ma być uzależniony od decyzji niemieckiego czy amerykańskiego koncernu, dlaczego ma stracić prawo wyboru tego, jakie może zastosować uprawy i środki ochrony roślin i ile jest gotowy za nie zapłacić? Choć polskie pasze białkowe mogą być w tej chwili droższe od subsydiowanego importu soi GMO, to dzięki nim zarabia polski rolnik. Kupując śrutę sojową GMO z Argentyny, wydajemy 2 mld złotych, które mogłyby trafić do rolnika w Polsce. Dlaczego polski rolnik nie może sprzedawać własnej paszy w swoim kraju? Jaką korzyść dla Polski może przynieść mechaniczne utrzymanie przez nasze władze status quo, czyli sytuacji, w której pasze dostarcza do Polski tylko kilka firm o monopolistycznej pozycji?
Jak bardzo udało się uzależnić produkcję żywności w Polsce od dostaw soi GMO wielkich koncernów z Ameryki Południowej, świadczą szacunki Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, które mówią, że bez tego drogiego importu ceny drobiu w Polsce wzrosną o 40-50%, a mięsa wieprzowego o 15-20%. Z kolei ministerstwo rolnictwa twierdzi, że 90-95% śruty sojowej dostępnej na krajowym rynku stanowi śruta sztucznie zmutowana, zaś „wprowadzenie zakazu jej stosowania spowodowałoby drastyczny deficyt białka paszowego w kraju i pogorszenie konkurencyjności krajowej produkcji zwierzęcej”.
W tym samym czasie likwiduje się uprawy roślin strączkowych, które mogłyby być dochodową dla polskich rolników alternatywą dla importu soi GMO z drugiej półkuli. Po cichu i bez rozgłosu areał uprawy tych roślin w Polsce dramatycznie się zmniejsza. Również zbiory pastewnych roślin strączkowych w r. 2006 wyniosły 147,1 tys. ton, czyli o 40,3 tys. ton mniej niż w r. 2005 (187,4 tys. ton).
Schemizowane, stosujące GMO rolnictwo przemysłowe powinno być nazywane przemysłem, a nie rolnictwem. Podstawą prawdziwego rolnictwa jest działalność zgodna z naturalnymi cyklami: porami dnia i roku, cyklami płodności zwierząt, sezonowością określonych produktów. Rolnictwo przemysłowe natomiast jest zaprzeczeniem naturalności – na setkach hektarów bez kwiatów polnych i pszczół rośnie tylko jedna roślina, w zamkniętych chlewniach czy kurnikach, gdzie światło świeci się nieustannie, zwierzęta nie wiedzą, czy to dzień czy noc, wiosna czy lato. Tutaj sztucznie się zapładnia zwierzęta, tu wszczepia się maciorom zarodki; ruję, a nawet porody wywołuje się farmakologicznie. Tutaj karmione GMO, hormonami i metalami ciężkimi zwierzę jest zdegradowane do funkcji trybiku w wielkiej maszynerii „nowoczesnego rolnictwa”. I w imię czego to wszystko? Zwiększenia produkcji żywności, której i tak mamy w nadmiarze?
Brazylia jest mieszanką wielkiego dobrobytu i przerażającego ubóstwa. Ma niemal nieograniczony – przy odpowiedniej administracji – potencjał rozwoju. Jednak nierówności społeczne są tak głębokie, że wydają się nie do przezwyciężenia.
Aby w wejść na ścieżkę zrównoważonego rozwoju, Brazylia pokonać wiele przeszkód, a największą z nich, mającą skutki nie tylko dla samej Brazylii, ale całego świata, jest przyzwolenie na wycinkę puszczy amazońskiej. Ten prowadzony na szeroką skalę proceder, za którym kryją się interesy posiadaczy ziemskich, hodowców bydła i międzynarodowych firm wykorzystuje słabość polityki ochrony środowiska i szerzącą się korupcję. „Zielonym płucom świata” grozi zniszczenie.
W ostatnich latach w Brazylii wykształcił się taki model rozwoju, w którym dochód i władza w coraz większym stopniu skupione są w rękach politycznych i gospodarczych elit związanych z wielkim przemysłem rolnym i kapitałem finansowym. Jednym z fundamentów tego modelu jest eksploatacja rolna. Chodzi zwłaszcza o monokulturowe uprawy soi i trzciny cukrowej (na produkcję cukru i etanolu), korzystające z genetycznie modyfikowanych nasion i chemicznych środków ochrony roślin kupowanych od ponadnarodowych koncernów. W rejonie Amazonii powstaje również potężna infrastruktura, przemysł energetyczny i wydobywczy. Na poziomie makroekonomicznym model ten cechują wysokie stopy procentowe. To znaczny problem na rządu. Np. między 2000 a 2007 r. koszt amortyzacji i odsetek od długu publicznego wyniósł blisko 430 mld dol., co stanowi średnio 30% rocznego budżetu państwa.
Taki model rozwoju jest drapieżny i niezrównoważony. Brazylia jest w momencie wprowadzania zmian legislacyjnych w polityce ochrony środowiska i już nieco rozluźniła regulacje w prawie leśnym. Te poprawki służą zabezpieczeniu prywatnych interesów wielkich posiadaczy ziemskich i latyfundystów, grup nadreprezentowanych w parlamencie wskutek przechylenia systemu politycznego na ich korzyść.
Eksploatacja dorzecza Amazonii kamieniem węgielnym bieżącej polityki rządu, która ściśle odpowiada strategicznym interesom ponadnarodowych koncernów. Chodzi o to, by akumulować kapitał dzięki inwestycjom w sektor energetyczny, wydobywczy i zindustrializowane rolnictwo oraz „usługi ekologiczne”. W okresie między 2000 a 2010 r. eksport z Legal Amazonia (administracyjny obszar, w którego skład wchodzi dziewięć stanów z dorzecza Amazonii) wzrósł o 518% (z 5 mld do 26 mld dol.), co jest znacznie wyższym tempem wzrostu niż 366%, które zanotował brazylijski eksport w skali całego kraju.
W 2010 r. sam tylko stan Pará był odpowiedzialny za 48% (12,8 mld dol.) wartości eksportu całego regionu. Wedle funkcjonującego wzorca najwięcej eksportuje się surowców mineralnych, a po nich produktów rolniczych, zwłaszcza mięsa. W przypadku Pará, gdzie eksportują zaledwie trzy firmy, Vale, Alunorte i Albrás (żelazo i aluminium), jest to 78% wartości ogółu sprzedaży zagranicznej (10 mld dol.).
Bogactwo płynące z amazońskich terenów trafia prosto do kieszeni akcjonariuszy ponadnarodowych koncernów, pozostawiając za sobą w spadku nierówność i zniszczenia środowiska. Produkcja aluminium pożera blisko 6% energii elektrycznej wytwarzanej w całej Brazylii. Wedle słów Celio Bermanna, „aluminium sprzedaje się po niskich cenach na międzynarodowym rynku, stwarzając przy tym niewiele miejsc pracy. Do tej pracy potrzeba 70 razy mniej robotników niż np. w przemyśle spożywczym i 40 razy mniej niż w przemyśle tekstylnym”.
Logika regionalnej integracji
Innym aspektem tego modelu wydobycia-na-eksport (extraction-for-export) jest to, że rząd pozwala Brazylijczykom i międzynarodowym firmom rozszerzać działania w dorzeczu Amazonii. Powoduje to przyśpieszenie zmian zachodzących w środowisku i w warunkach życia nie tylko Brazylijczyków, ale mieszkańców części Amazonii leżących w innych krajach. Rząd federalny zwiększył środki inwestycyjne na infrastrukturę logistyczną, rozbudowując nie tylko porty, ale także lądowy i wodny system transportu. Większość tych środków poszła na wielkie projekty, takie jak tama hydroelektrowni w Jirau, Santo Antônio i Belo Monte (to w Brazylii); Inambari, Sumabeni, Paquitzapango i Urubamba (w Peru), a także autostrady, jak chociażby kontrowersyjna Villa Tunari-San Ignacio de Moxos w Boliwii, która przecina ziemie zamieszkałe przez autochtonów w Parku Narodowym Isiboro Sécure. Te prowadzone na dużą skale inwestycje były wykonywane brazylijskie firmy i finansowane z publicznych pieniędzy pochodzących z państwowego Banku Gospodarki Narodowej i Społecznego Rozwoju.
Rząd stosuje także wiele podatkowych i kredytowych zachęt, aby sprowadzić do tego regionu sektor prywatny – zwłaszcza z projektami wytwarzania i dystrybucji energii elektrycznej. To jeszcze bardziej otworzyło brazylijską Amazonię na państwowe i prywatne przedsiębiorstwa z międzynarodowym kapitałem, co powoduje, że ten drapieżny model eksploatacji zasobów naturalnych staje się mocniejszy.
Zmiana klimatu i rolnictwo
Wylesianie Amazonii i hodowla bydła są w Brazylii dwiema głównymi przyczynami emisji CO2 i metanu (odpowiednio 67% i 70% całkowitej emisji). Jest silna zależność między wycinką i wypalaniem puszczy a faktem, że okoliczna ziemia jest skoncentrowana w rękach nielicznych. W oczywisty sposób określa to dynamikę ekspansji gruntów rolnych. Ta koncentracja własności wzmaga ryzyko, że głównymi beneficjentami krajowej polityki klimatycznej będą wielcy posiadacze ziemscy, bo to do nich trafią różnego rodzaju subsydia, a wspólnoty wiejskie i ludność tubylcza będą wykluczone bardziej niż kiedykolwiek.
Rząd nie podjął dotąd żadnych działań, które dotykałyby sedna problemu. W Amazonii niezbędna jest reforma rolna wprowadzająca nowy model użytkowania ziemi i surowców. Taka reforma mogłaby oprzeć się na zrównoważonej eksploatacji zasobów naturalnych i szacunku dla tradycyjnych wspólnot i różnych form życia społecznego, w jakich pozostaje autochtoniczna ludność. Należy pamiętać, że ludzie na tych terenach od wieków żyli w harmonii z otaczającą przyrodą.
W niedawnym raporcie Social Watch na temat Brazylii obliczono również Wskaźnik Podstawowych Zdolności (Basic Capabilities Index) oobno dla poszczególnych stanów i ośrodków miejskich w Amazonii. Raport potwierdził, że między dobrze prosperującymi regionami Brazylii a biednymi obszarami na północy kraju istnieje kolosalna przepaść. Na samym dole listy stanów, w których podstawowe potrzeby mieszkańców są najgorzej zaspokajane, znajdują się stany: Pará, Acre i Amazonas. Kiedy rozważymy każdy z czynników osobno, to okaże się, że nierówności między różnymi regionami są jeszcze większe w sferze edukacji, a Pará jest w sytuacji najgorszej.
Zmiany prawne
Wielokrotnie próbowano uelastycznić obowiązujące prawo w kwestiach środowiska naturalnego. Znaczącym przykładem prób zmierzających do rozluźnienia regulacji ochrony środowiska była liberalizacja prawa leśnego. U jej źródeł leżały naciski wywierane przez wpływowe grupy interesów reprezentujących sektor rolniczy, których główną strategią jest rozszerzanie granic pól uprawnych na coraz to większe połacie Amazonii. Wielcy posiadacze ziemscy domagają się określonych ustępstw. Jednym z nich jest rozpatrywana aktualnie przez niższą izbę parlamentu redukcja z 80% do 50% obszaru ziemi, jaki wszyscy posiadacze ziemi w Amazonii muszą zachować w formie naturalnego lasu.
Dla rządu kompleks hydroelektrowni na Rio Madeira jest kluczowym elementem planów wyjścia naprzeciw krajowemu zapotrzebowaniu na energię na lata 2010-2012. Rząd twierdzi, że sposób produkcji i przesył energii elektrycznej jest ostatnim krzykiem techniki „postępującej elektryfikacji”. W rzeczywistości jednak zwiększenie o 6 600 MW mocy zainstalowanej (3 150 MW w San Antonio i 3 450 MW w Jirau) będzie służyło tylko satysfakcji rządu, bowiem zaspokoi to zapotrzebowanie na prąd, które przemysł energetyczny sam sztucznie wytworzył. Energia produkowana w kompleksie Madeira będzie dostarczana do ekonomicznego centrum kraju na południowym zachodzie, a do tego potrzeba będzie wielu inwestycji, aby wybudować 2 375 km linii przesyłowych.
Szacuje się, że w cały zespół projektów składających się na kompleks Madeira trzeba będzie zainwestować 21 mld dol., ale jak dotąd zatwierdzono tylko 9,3 mld. Z czego 8,6 mld pochodzi od BNDES, wliczając w to wpłaty bezpośrednie i pośrednie, a pozostałe 700 mln z Banku Amazonii (BASA), sięgającego po publiczne pieniądze z Funduszu Konstytucyjnego Północy i Funduszu Rozwoju Amazonii.
Dane z raportów o inwestycjach w Amazonii pokazują, że z powodu ryzyka, jakim obciążony jest cały projekt – prace budowlane i proces pozyskiwania pozwoleń środowiskowych – pojawiła się silna presja zarówno ze strony sektora publicznego, jak i prywatnego (łącznie z bankami, podmiotami publicznymi, przedsiębiorstwami, lobbystami, menadżerami i agentami) na to, aby nikomu nie pozwolić mieszać się do harmonogramu prac i opóźniać ich rozpoczęcie. Mówi się, że ekonomiczna wykonalność budowy kompleksu Madeira zależy od tego, jak szybko uda się uruchomić system hydroenergetyczny i dlatego proces uzyskania akceptacji jest forsowany pośpiesznie, bez należytego rozpatrzenia społecznych i środowiskowych skutków, jakie ten olbrzymi projekt spowoduje.
Robotnicy pracujący przy tym projekcie są wykorzystywani (Ministerstwo Pracy wykryło ponad 2 000 naruszeń prawa pracy), liczba morderstw na tym terenie wzrosła w okresie między 2008 a 2010 r. o 44%, a nadużyć seksualnych wobec dzieci i młodzieży o 18%. Liczba gwałtów skoczyła aż o 208% między 2007 a 2010. Wszystko to jest efektem modelu rozwoju finansowanego z publicznych pieniędzy. Ten sam model Brazylia eksportuje do innych krajów Ameryki Południowej, a także do krajów afrykańskich, jak Angola czy Mozambik. Ten model dobrze służy elitom, ale niszczy środowisko i na dużą skalę gwałci prawa człowieka.
Artykuł pochodzi z raportu Social Watch na 2012 r. „The Right to a Future”. Przeł. Rafał Czekaj.
Czy jedyną drogą dla zielonej polityki jest ścieżka zrównoważonego rozwoju? Czy jedynym źródłem nadziei są technologiczne odkrycia z Europy, Japonii bądź USA? Niekoniecznie. (więcej…)