Sieci religijne składające się z chrześcijańskiej prawicy w USA, wojujących europejskich katolików, rosyjskich ortodoksyjnych twardogłowych i oligarchów zwiększają swoje wpływy na całym świecie. Pod pretekstem ochrony „wartości rodzinnych” walczą o wycofanie zdobyczy w zakresie praw kobiet i mniejszości seksualnych oraz sianie niepokojów w demokracjach na całym świecie. Po dwuletnim śledztwie Klementyna Suchanow odkrywa wsparcie Kremla dla tych sieci i bardzo realne zagrożenie, jakie stanowią dla demokracji. Rozmowa Krystyny Boczkowskiej z Klementyną Suchanow.
Krystyna Boczkowska: Klementyno, Twoja książka „To jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze” to wynik rzetelnego dziennikarskiego śledztwa, w wyniku którego mamy wgląd w międzynarodowe religijno-fundamentalistyczne organizacje i ich sieci mające na celu powrót do porządków średniowiecznych czyli całkowite ubezwłasnowolnienia kobiet. Zaczęłaś swoje śledztwo w czasie, kiedy nowy polski skrajnie prawicowy rząd Prawo i Sprawiedliwość chciał przeforsować prawo całkowicie zakazujące aborcji, za przygotowaniem którego stała organizacja Ordo Iuris. Czy te wydarzenia stały się bezpośrednio bodźcem do rozpoczęcia pracy nad książką?
Klementyna Suchanow: Zdecydowanie tak. Wcześniej zajmowałam się badaniem literatury, napisałam biografię Witolda Gombrowicza, i to, co się wydarzyło na jesieni 2016 roku w Polsce, czyli projekt Stop Aborcji, który trafił do sejmu, a był firmowany przez Ordo Iuris i zamierzał nie tylko wprowadzić zakaz aborcji, ale karanie za aborcje bardzo mnie poruszył. Po pierwsze wyciągnęło mnie to na ulicę, żeby protestować, tak jak wielu z nas. Włączyłam się w coś, co wówczas powstawało, czyli ruch zwany Strajkiem Kobiet, który stał za ogromnymi protestami w Polsce w ciągu ostatnich lat. A z drugiej strony jako badaczka zaczęłam się przyglądać zjawisku anty-kobiecych i anty-LGBT legislacji w różnych częściach świata. Wydało mi się bardzo podejrzane, że zarówno w Polsce, jak i w Argentynie, potem w Korei Południowej w tamtym czasie kobiety zaczęły doświadczać podobnych problemów. To zwróciło moją uwagę i zaczęłam się metodycznie przyglądać temu, co się dzieje.
Powstające w różnych częściach świata organizacje fundamentalistyczne rozwijają odważnie swoje sieci / filie na całym świecie. Wymienię tylko kilka z nich CitizenGo, El Yunque, TFP, World Congress of Families (WCF), Agenda Europe. Bardzo aktywne są w Europie. W 2012 roku do gry przystąpiła Rosja i Putin, który po zawiązaniu sojuszu z cerkwią stał się „lwem chrześcijaństwa” Czy możesz krótko nakreślić mapę tych ruchów i wskazać, która z organizacji jest wiodąca albo czy może każda z nich ma swoją rolę w tej brudnej walce o władzę nad połową świata?
Pierwsza rzecz, z której musimy sobie zdać sprawę, to fakt, że organizacje promujące konserwatywne wartości zostały w dużej mierze zinfiltrowane przez Kreml, począwszy od mniej więcej 2012 roku. Niezależnie, z której strony chcę się przyjrzeć temu co się dzieje znajduję związki z Kremlem. Schemat działania jest podobny niezależnie czy patrzę na polskie Ordo Iuris, czy na La Manif pour tous we Francji – najpierw organizują one spontaniczne manifestacje przeciwko małżeństwom jednopłciowym, a chwilę potem są przejęte przez osoby powiązane z Kremlem, np. Briana Browna, dzisiaj szefa World Congress of Families (WCF). I to właśnie WCF odgrywa sporą rolę w tej historii.
WCF to coroczne kongresy, podczas których spotykają się organizacje fundamentalistyczne z całego świata, kościołów różnych wyznań. Rosjanie byli tam od początku. WCF powstał w Moskwie w roku 1995 w wyniku rozmów amerykańskiego socjologa Allana Carlsona z rosyjskim socjologiem Anatolijem Antonowem. Carlson został zaproszony tam out of the blue (niespodziewanie). Jak widać Rosjanie dobrze trafili, bo platforma ta zwłaszcza w ostatnich latach świetnie służyła rosyjskim celom politycznym. Dobrym przykładem realizacji tych celów był kongres w Weronie w marcu 2019 roku, który stał się właściwie wiecem Matteo Salviniego i Giorgi Meloni przed eurowyborami.
Podmioty promujące wartości konserwatywne były w dużej mierze infiltrowane przez Kreml od 2012 roku.
W ramach WCF sieciuje się między innymi hiszpańskie CitizenGo, które powstało w 2013 przy pomocy pieniędzy również rosyjskich. To platforma petycyjna była aktywna zwłaszcza w Afryce prowadząc podejrzane i nieetyczne działania. Każda z tych organizacji korzysta z sieci zaproponowanej przez WCF , co pozwala na wymienianie się taktykami, pomysłami na zdobywanie funduszy, prowadzenie kampanii czy akcji w social mediach. Trzeba pamiętać, że organizacje te zaplanowały atak na prawa człowieka około 2013 i systematycznie go prowadzą zdobywając kolejne przyczółki a to w rządach i organizacjach rządowych, a to w Supreme Court w USA czy przy ONZ.
Ludzie w Europarlamencie chyba już sporo o tym wiedzą, a jednak jeden z głównych sponsorów tych organizacji, kolega Putina z KGB, prawosławny oligarcha, Vladimir Yakunin ostatnie lata spędził w Berlinie na niemieckich wizach, gdzie rozwijał działalność agenturalną, pomagając WCF wejść w kręgi konserwatywnych elit. Ciekawe, że został on objęty sankcjami przez USA a Europa nie zrobiła tego ani w 2014, ani teraz. Rosja zaczęła wykorzystywać ten „religijny” kanał do swoich celów politycznych, które dzisiaj przybrały już formę wojny w Ukrainie. Podczas gdy przeciwnik wypowiedział nam wojnę, nazywając Zachód ustami Putina „Szatanem” , my wciąż naiwnie mówimy, że to „wojna kulturowa” albo że aborcja to kwestia moralna.
Czy możesz przypomnieć, jakie cele mają te organizacje? Patrzymy na nie jako na wrogów przede wszystkim kobiet, ale ich programy są dużo obszerniejsze.
Celami tych organizacji są ograniczenia lub zakaz aborcji, klauzula sumienia dla farmaceutów i lekarzy, wycofanie refundowania antykoncepcji, potem obostrzenia w kupowaniu antykoncepcji, a ostatecznie w ogóle wycofanie antykoncepcji. Kolejne cele to walka z osobami LGBT, eutanazją, rozwodami.
Taki zestaw, który chętnie się określać mianem „ideologiczny”. Nie zapominajmy, że wszystkie te działania mające na celu wzniecanie konfliktów w naszych społeczeństwach zawsze będą na rękę Rosji. Bo Rosja uważa, że jest na wojnie z Zachodem i tylko ona pielęgnuje „tradycyjne wartości”. Widać również, że te same grupy/organizacje promujące np. zakaz aborcji wchodziły w kampanie anty-szczepionkowe, dawały wsparcie dla Trumpa i głosiły i głoszą, że ocieplenie klimatu nie ma miejsca albo że wojna w Ukrainie to przez NATO.
Skupiasz się w książce na Europie i wybranych krajach obu Ameryk, ale czy nie wydaje Ci się, że podobna sytuacja jest w każdym zakątku świata?
Wydaje się, że tak. Nie znam dokładnie sytuacji Azji, bo Azja jest zbudowana na innym porządku religijnym, mają też inne problemy lokane. Na tzw. Zachodzie jednym z głównych problemów dla tych środowisk jest demografia. Natomiast w Azji i Afryce mają odwrotny problem. W Afryce organizacje fundamentalistyczne są bardzo mocne i wprowadzają prawa dużo bardziej restrykcyjne niż w jakichkolwiek innych krajach, na przykład kary więzienia za homoseksualizm. Afryka jest pod ostrym atakiem, a sytuacja jest tam bardzo poważna, np. w Ugandzie czy Ghanie. Europa i USA oraz Ameryka Łacińska pozostają głównymi celami ataków organizacji fundamentalistycznych
Taka zakrojona na wielką skalę działalność ultrakonserwatystów wymaga dużego i systematycznego finansowania. Kto jest fundatorem tych ruchów i jak zorganizowane jest finansowanie działalności tych fundamentalistycznych i paramilitarnych grup?
Po pierwsze wiemy o finansach , że są spore. Wiemy, że dużo pieniędzy było w Stanach Zjednoczonych z funduszy konserwatywnych i wiemy, że pieniądze płyną także z Kremla. To ostatnie wiemy dzięki mailom, które wyciekły z hiszpańskiej organizacji CitizenGo. Takie przecieki to główne źródło informacji jak wygląda w rzeczywistości finasowanie tych organizacji.
Wiemy też, że dostają przelewy pochodzące np. z pralni pieniędzy. Ten przypadek możemy przestudiować na przykładzie włoskiego polityka Luki Volontè, który zasiadał kiedyś w Radzie Europy, a obecnie siedzi w więzieniu skazany za korupcję, po przyjęciu pieniędzy z pralni azerskiej. Pieniądze z Rosji, “prane” w Azerbejdżanie, Volontè dystrybuował do różnych anty-aborcyjnych organizacji europejskich. Część tych pieniędzy przyszła również do Polski, ale także do Irlandii i Węgier.
Wiemy też, jak Rosjanie dotują organizacje ultraprawicowe w stylu Le Pen czy Salviniego we Włoszech. Mamy do czynienia z różnego rodzaju dealami, takimi jak na przykład pożyczka bezzwrotna dla Le Pen albo inny przypadek : partia Salviniego miała dostać pieniądze z procentu od transakcji pomiędzy rosyjską a włoską firmą gazową.
Nie mamy już do czynienia z walizkami z gotówką. Teraz pieniądze przepływają przez główne banki światowe, takie jak na przykład Deutsche Bank czy Danske Bank. Banki estońskie, łotewskie czy litewskie też były wykorzystywane do tych przepływów. I to jest wiedza, którą posiadamy w tym momencie, jeżeli chodzi o rosyjskie pieniądze, służące do infiltracji środowisk konserwatywnych. Ale oprócz tego są fundusze konserwatywnych biznesmenów (w przypadku CitizenGo wyszło, że były to na przykład IBM i Corte Inglés). Organizacje ultraprawicowe w Europie działające „na rzecz rodzin” potrafią również korzystać z funduszy europejskich. Pod takimi hasłami dostają różne granty.
W Stanach organizacje fundamentalistyczne, będące organizacją pożytku publicznego, są zwolnione z podatków. Ciekawostką jest fakt, że ich działania nie dotyczą tylko Stanów – przynajmniej ponad 80 milionów USD poszło na działania do Europy (2008-2019) od takich rodzin jak Koch, DeVos, Prince itp. Warto zadać sobie pytanie w jakim celu te pieniądze zostały do Europy przekazane? World Congress of Families kierowany przez Briana Browna prowadzi działalność wykraczającą poza statut i poza granice USA. B. Brown pojechał do Gruzji i brał udział w kampanii politycznej Levana Vasadze, czyli ingerował w politykę obcego państwa poza granicami St. Zjednoczonych. Rodzą się zatem pytania, czym są te organizacje? Z praktyki widać, że mają stricte cele polityczne i to nie tylko na rodzimym gruncie.
Popularne są także akcje crowdfundingowe, ,które może wesprzeć anonimowy darczyńca anonimową kwotą, nadając organizacjom oddolny charakter . Świetnie opanowały takie akcje brazylijska TFP, polskie Ordo Iuris czy hiszpańskie CitizenGo. Celem tych akcji jest także zbieranie danych osób, do których kierowane są później różne petycje.
Jednym słowem pieniądze, o których mówimy są nietransparentne. Próby ustalenia funduszy tych organizacji są trudne, bo pieniądze i źródła ich pochodzenia są skrzętnie ukrywane. Kiedy mówią i deklarują coś na temat pieniędzy, często kłamią, jak się to okazało w przypadku hiszpańskiego CitizenGo. Informacja o indywidualnych wpłatach przekazana przez prezesa CitizenGo, Ignacio Arsuaga, okazała się kłamstwem, kiedy na światło dzienne wyszły maile, z których dowiedzieliśmy się o 100 tys. euro od rosyjskiego oligarchy Konstantina Małofiejewa. Tyle na razie można powiedzieć na temat pieniędzy, ale ostateczna suma nie jest znana.
Twoja ksiązka to jak piszesz historia ultrakonserwatystów w zderzeniu z kobietami. Wojna zawarta w tytule to nie wojna światopoglądowa ale jest to układanie porządku światowego po zimnej wojnie i „powstaniu z kolan” Rosji Putina. Ta kulturowa wojna zaczęła się niezauważalnie 2012/2013 i to nie w Polsce. Jaki porządek świata chcą przeforsować organizacje opisane w książce?
To jest porządek świata zmierzający zdecydowanie w stronę rządów autorytarnych. I na tym polega główne niebezpieczeństwo tych ruchów. Jako że czytelnikami tego wywiadu będą osoby z różnych krajów, dodam, że w różny sposób to niebezpieczeństwo się w różnych krajach może się objawiać. Przeważnie na początku to są małe kroczki i każdy z nas je u siebie zauważa. Z czasem – co wiemy na podstawie tych krajów, które są bardziej zaawansowane w destrukcji praw człowieka, jak na przykład Polska – działania się nasilają zmierzając prosto w stronę autorytaryzmu. Najlepszym przykładem takich działań jest Rosja i pomysł Putina z zeszłego roku, mówiące o tym, że prawo narodowe ma być ponad prawem międzynarodowym. To pokazuje jak szybko można przejść z ustaw anty-gejowskich (2012) do wypadnięcia z systemu prawa międzynarodowego, który chroni podstawowe prawa ludzi, w tym osób LGBT. To właśnie Rosja daje przykład, jak łatwo zmienić hierarchię aktów prawnych, stawiając lokalną konstytucję ponad prawo międzynarodowe i ktoś oskarżony z ustawy anty-gejowskiej nie ma już możliwości odwołania się do instancji międzynarodowych. Celem działania jest pozbawianie ludzi międzynarodowej ochrony prawnej, której nie lubią rządy autorytarne.
W podtytule Twojej książki jest Nowe Średniowiecze. Jaki to ma związek z nowym porządkiem?
Na pro-aborcyjnych protestach w Polsce bardzo często pojawiała się ta myśl, że mamy do czynienia z pomysłami ze średniowiecza. Kiedy zanurzymy się w źródła filozoficzne tych ruchów, to w niektórych – jak na przykład w brazylijskiej organizacji TFP – założyciel i główny mistrz, który już nie żyje, stworzył cały kanon dzieł, które wychwalają hierarchię społeczną z epoki średniowiecza. Plinio Corrêa de Oliveira zanegował porządek świata po drugiej wojnie światowej z rewolucją seksualną z 1968 roku na czele. Następnym celem ataków były prawa wyborcze wywalczone po pierwszej wojnie, po upadku monarchii w wielu krajach europejskich. Później Olinio cofnął się dalej do XIX wieku, negując osiągnięcia rewolucji francuskiej, jak wolność, a zwłaszcza równość ludzi. Równość jest zła, bo ludzie nie są równi – są wybrańcy i inni, którzy mają być poddani. Plinio idzie dalej i neguje również całą epokę Oświecenia. W ten sposób dochodzi do średniowiecza, oceniając, że monarchia to jedyny słuszny system. Dlatego w XX wieku Plinio wnosił o restaurację średniowiecza. Zatem kiedy na ulicy czy w publicystyce pojawiają się takie wyrażenia jak średniowiecze, to nie jest to żadna przesada. To jest ich cel wprost sformułowany. To próba powrotu do systemu średniowiecznego gdzie kobiety nie są równe, osoby LGBT nie są równe, mniejszości nie są równe. W tym porządku bogaci są najwyżej w hierarchii a edukacja jest dla bogatych. Nie dbamy o edukację dla biednych, bo to siła robocza. A najlepszy jest homeschooling, bo można dziecko ukształtować jak się chce, z dala od równościowych wartości i kontroli.
Chętnie zatrzymałabym się na organizacji Ordo Iuris, której korzenie sięgają wprost do brazylijskiej TFP (Tradycja, Rodzina i Własność) dr. Plinio a która jest niezwykle aktywna w Europie w szczególności w Europie Wschodniej. Polska ma swoją ważną funkcję w budowaniu sieci tej organizacji w Europie Wschodniej: jest HUBem, z którego pączkują kolejne OI. Jakie warunki i otoczenie polityczne sprzyjają działaniom tego typu organizacji i jak dobierani są pracownicy?
Warunki, jakie sprzyjają to właśnie takie rządy jak PiS-u (Prawa i Sprawiedliwości), zdecydowanie w prawo i to takie nacjoprawo. Usłyszeliśmy o Ordo Iuris dopiero w 2016, kiedy PiS znalazł się u władzy, choć działali od 201 roku. Prawdopodobnie wcześniej takie organizacje nie znalazłby gruntu, aby zaistnieć i byliby po prostu zmarginalizowani. Ich pomysły byłyby zbyt dziwne i egzotyczne. Zresztą na początku, czyli 2016/17, jeszcze w 2018, przez wiele osób nawet z PiS-u wciąż byli traktowani jako szaleńcy, z którymi lepiej się nie zadawać. Projekt Stop Aborcji z 2016 wydawał się wtedy jeszcze zbyt odważnym, za daleko idącym. Ale w okolicach 2019 roku się coś takiego stało, że już weszli w orbitę PiS gładko.
Inne sprzyjające warunki dla takich organizacji to zsieciowane międzynarodowe. Oni nie byliby tacy mocni, gdyby nie mieli dostępu do know-how. Polskie OI poprzez sieciowanie uczyło się, jak się dostać do organizacji międzynarodowych, takich jak np. ONZ, jak się zarejestrować, jak dostawać status doradczy. Zalewają ustawodawców listami i opiniami próbując wpłynąć na zapisy prawne.
Ciekawe są kryteria doboru ludzi do tych organizacji. Pracownicy dobierani są wg. prostego klucza podobnego do tego w TFP, z którego wywodzi się Ordo Iuris (OI) dostosowanego do nowych czasów. Kiedy powstała TFP przyjmowano do prac niepełnoletnich . Teraz kandydatami są pełnoletni, jeszcze studenci albo świeżo po studiach. Pierwsi pracownicy Ordo Iuris w Polsce zostali skaptowani w ten sposób na Uniwersytecie Warszawskim, przez profesora Aleksandra Stępkowskiego, który był pierwszym prezesem OI, a obecnie jest jednym z sędziów w Sądzie Najwyższym. Bardzo popularne jest przyjmowanie na praktyki. Są to ludzie młodzi, nieukształtowani. TFP miało nawet podręcznik, jak kaptować i ten model niewiele się zmienił, a więc są to głównie osoby z prowincji, nie mające w dużym mieście korzeni i wsparcia rodzinnego, zagubione i poszukujące, często o niskim statucie finansowym. Dostają wędkę do kariery i z niej korzystają. Wciąga się te osoby w sferę luksusu – są wysyłani na liczne szkolenia, delegacje, jeżdżą po świecie, śpią w hotelach. Ale to nie są osoby o najwyższych lotach: ich główną pożądaną cechą jest oddanie i wdzięczność. Prawnicy OI są słabi, ich argumentacja jest nierzetelna, wnioski są wyciągane błędnie, popełniają błędy logiczne, a ich pozwy są pisane na kolanie. Ale dla nich ważna jest ilość, hałas, jaki można z tego wytworzyć, to typowe organizacje typu SLAPP z sekciarskim rysem.
Od 2013 Rosja roku jest silnym graczem w większości wspomnianych organizacji. Chętnie organizuje zjazdy i spotkania, prowadzi wojnę hybrydową na szeroką skalę poprzez różnorodne kanały eksperckie, dla biznesu, ruchów religijnych. Jeszcze chętniej finansuje wszelkiego rodzaju działania spokrewnionych organizacji. Putina w jego walce o silną Rosję i nowy porządek świata bez LGBT+ wspierają tacy ludzie jak Dugin. Jak byś określiła rolę Dugina w procesie ustanawiania nowego średniowiecza ? Czy może są ważniejsi gracze?
Aleksander Dugin to jest osoba, która ma ciekawą historię. Żeby zrozumieć troszeczkę podglebie psychologiczne tej postaci, warto wspomnieć o mało znanym fakcie, a pisze o tym Masha Gesson w swojej książce „Będzie to, co było” – jak odradza się totalitaryzm w Rosji. W latach poprzedzających upadek komunizmu Dugin był partnerem kobiety, która w latach 90-tych określiła się jako lesbijka i zaczęła działać na rzecz osób LGBT. Dugin miał z nią syna. Wcześniej zajmował się filozofią i w zasadzie był na marginesie systemu. W latach 90-tych znalazł dla siebie ujście w nacjo-bolszewickich organizacjach, bo to był czas pojawiania się różnych partii i zaczęło się otwierać szersze spektrum życia politycznego. To pokazuje, jak po rozpadzie Związku Radzieckiego jedne osoby poszły w stronę otwartości i tolerancji, natomiast inne poszły w zupełnie odmienne rejony. W latach 90-tych Dugin objeżdżał europejskie konferencje organizacji ultraprawicowych. Jest ojcem pomysłu, z którego Putin trochę korzysta tj. eurazjatyzmu. Oznacza to, że jest porządek atlantycki, czyli europejsko-amerykański, a Dugin tworzy przesunięcie akcentów w stronę euroazjatycką, czyli przeciwną atlantyzmowi. W tym systemie nie demokracja jest podwaliną, a czysty autorytaryzm. Założeniem pomysłu jest, że wartości osób, które zamieszkują obszary Rosji i jej azjatycką część, są zupełnie inne od zachodnich. Dugin uważa, że nie należy brać europejskich/zachodnich wzorów demokracji, ponieważ jest to system mentalnie obcy Rosjanom. Jego koncepcje uznaje się czasem za wariackie, ale jego relacje z przedstawicielami ultraprawicowymi w Europie, są niebezpieczne. Ślady Dugina widać w wielu przedsięwzięciach.
Jak autorytaryzm ma się do kwestii „moralnych” doskonale pokazuje fakt, że Dugin i jego córka byli zatrudniani w stacji telewizyjnej Tsargrad oligarchy Konstantina Małofiejewa. Małofiejew sponsoruje zarówno Le Pen, jak i ruchy anty-aborcyjne czy dostarcza broń do Doniecka. Dugin i Małofiejew, co pokazuje ich korespondencja, wykradziona przez hackerów, są w codziennym kontakcie. Kiedy rozmawia się o nim w Rosji rozmówcy często mówią, że jego rola nie jest tak duża. Nie wiem, jaka jest jego pozycja teraz, po napaści na Ukrainę, bo tam następuje permanentna roszada. Ale wciąż jest w ścisłej relacji z Małofiejewem, który ponownie przydaje się Kremlowi przy Ukrainie i jego pozycja wydaje się mocna . Oznacza to, że Dugin może mieć teraz swój moment albo przynajmniej chcieć go mieć.
Czy możesz zatem wyjaśnić lepiej, kim jest Małofiejew, bo wydaje się, że to postać o wiele większych wpływach niż sam Dugin?
Małofiejew, który często działa razem z Yaknuninem, to taki ortodoksyjny oligarcha, którego celem jest restauracja świata monarchii, gdzie Putin byłby carem, a wyborów nie ma. Prowadzi elitarne szkoły dla dzieci, które mają kształtować przyszłe elity takiego carskiego dworu. Jest bardzo blisko kościoła prawosławnego i tych wszystkich postaci tworzących patriarchat moskiewski. Oprócz zaangażowania w przemyt broni rosyjskiej do Ukrainy w 2014 roku, oddelegował dwóch swoich bliskich współpracowników ( jeden z jego ochrony, czyli Igor Girkin), którzy zostali przywódcami w Donbasie i na Krymie. On sam jest objęty sankcjami we wszystkich możliwych krajach także tych mniejszych, jak Czarnogóra, gdzie pomagał GRU przeprowadzić nieudany zamach na premiera, kiedy kraj ten zamierzał dołączyć do NATO. Jest to człowiek ambitny i niebezpieczny, jeden z głównych finansistów ruchów fundamentalistycznych na świecie, World Congress of Families i powiązanych z nim organizacji anty-aborcyjnych czy anty-LGBT, które zakazują aborcji w Polsce czy w USA. W odróżnieniu od innych oligarchów jest stosunkowo młody, bo ma 48 lat. Jego core business to telekomunikacja. To człowiek do wszystkiego, który zajmuje się także kryptowalutami . Ma realne wpływy i możliwości działania, w przeciwieństwo do Dugina, który raczej wojuje myślą i słowem.
Jeden z Twoich interlokutorów, zresztą z Rosji użył na działania ulltrakonserwatystów określenia wojna, którą gnębiona mniejszość fundamentalistyczna prowadzi z demokratycznym światem, w którym rządzą feministki, LGBT+ i polityczna poprawność. Homoseksualizm nazywa „nowym totalitaryzmem”, a celem walki jest utrzymanie tożsamości płciowej w obawie przed następnym krokiem, jakim będzie transhumanizm i pozbycie się tożsamości ludzkiej. Jak walczyć z taką retoryką?
To słowa Aleksieja Komowa i to jest jedna z osób, z którą udało mi się porozmawiać w Moskwie, bo z Małofiejewem nie udało mi się spotkać. Komow to człowiek, który pracuje dla Mołofiejewa, należy wraz z nim do kręgu Dugina. Jest uznawany za ambasadora World Congress of Families, pomagał w infiltracji tych środowisk, zasiadł jako trustee w zarządzie WCF. Jest blisko związany z ruchami ultraprawicowymi, zwłaszcza włoską Legą. To poliglota, szkołę kończył w Hawanie, mieszkał w Londynie, w Stanach. Wszystko z uwagi na pracę ojca, który rzekomo pracował w dyplomacji, ale w żadnych oficjalnych rejestrach nie znalazłam jego nazwiska. Wygląda to na typowy życiorys osób, które służyły jako agenci KGB.
Dlaczego Komow użył słowa „to jest wojna”? Nam się wydaje, że jesteśmy atakowani, że ktoś zabiera nam prawa, a tymczasem oni, fundamentaliści uważają, że są na wojnie i muszą się bronić. O tym opowiadał mi Komow w Moskwie w 2019 roku. Widziałam to także, biorąc udział w ich kongresach, zjazdach, prowadząc rozmowy lub czytając wywiady. Fundamentaliści cały czas czują, że są w twierdzy, której muszą bronić. Bardzo wielu z nich używa słowa wojna. Tę frazę „to jest wojna”, która stała się tytułem mojej książki, słyszałam w kilku językach. Uznałam, że skoro tamta strona definiuje to, co się dzisiaj dzieje jako wojnę, a my tego tak nie nazywamy, ewentualnie mówimy o „wojnie kulturowej”, to może nie rozumiemy, co się naprawdę dzieje. Z moich rozmów z fundamentalistami wynika, że są przekonani, iż przegrywają na tej wojnie. Ich plan był taki, że począwszy od 2013 roku w ciągu dziesięciu lat, czyli do 2023 uda im się osiągnąć, co zamierzali. W planach był atak totalny na wszystko. Wyznaczony cel nie został osiągnięty, choć mają swoje małe lub większe zwycięstwa np. w Stanach Zjednoczonych, w Polsce lub w Afryce. Ale to ciągle nie jest to, czego chcieli. Konieczne jest uświadamianie społeczeństwa, że toczy się wojna. Moja książka jest próbą pokazania tego zagrożenia dla demokratycznego porządku świata i praw człowieka. Od pięciu lat na spotkaniach z czytelniczkami i czytelnikami muszę łopatologicznie tłumaczyć całą tę historię, na szczęście coraz rzadziej spotykam oskarżenia o „teorie spiskowe”. Na razie mamy tylko polską wersję książki, ale na wiosnę ukaże się niemieckie tłumaczenie, szukam wydawcy angielskiego.
Byłabym ciekawa twojej opinii o roli kobiet w organizacjach ultraprawicowych. Wymienię tylko dwie prominentne przedstawicielki takich ruchów Marine Le Pen i Giorgia Meloni.
Nie mam odpowiedzi na to pytanie. Wymagałoby to głębszych studiów socjologicznych/ psychologicznych. Mimo tego, że jestem działaczką feministyczną, to wolałabym, żeby świat nie cierpiał na podział na mężczyzn i kobiety. Zostałyśmy przyparte do muru i musimy się bronić, pewne kwestie uporządkować, przełamać, wyrównać itp., ale to w pewnym sensie sztuczny podział, narzucony przez moment historyczny. Dlatego to pytanie nie jest trafne: kobiety, jak każdy człowiek, jak wielu mężczyzn, mogą być głupie. I dlatego kobieta też może zostać faszystką.
Wstęp do Twojej książki kończysz bardzo optymistycznie stwierdzeniem, że wygra wolność. Czy w świetle nowych wydarzeń takich jak pandemia, napaść Rosji na Ukrainę, skuteczne ograniczenia prawa aborcyjnego w Polsce i Stanach Zjednoczonych, dalej możemy być optymistkami? Czy sprawy na pewno idą w dobrym kierunku?
W tym momencie zwłaszcza, gdy przytłacza nas to, co widzimy w Ukrainie, trudno sobie wyobrażać, że tak. Ale kiedy spojrzeć na to z punktu widzenia historycznego, a ja jestem jednak z zawodu historyczką i lubię nie dawać się unosić wszystkim przelotnym emocjom, uważam, że konserwatyści popełniają wielki błąd, za który będą musieli sporo zapłacić. To ostatecznie wyjdzie na naszą korzyść. A więc to nie kwestia optymizmu, tylko zachodzących procesów.
Obecne starcie z fundamentalistami powoduje ogromną oddolną mobilizację i utrwalenie wartości (tzw. progresywnych), które nam przyświecają. Świetnym przykładem jest Polska i pomysł OI o zakazie aborcji, który obecnie wspierany jest tylko przez 12% społeczeństwa w stosunku do ok. 70% , które jest przeciwko zakazom. To ogromny progres bo jeszze kilka lat temu za prawem do aborcji było 40%. Ich średniowieczne zapędy zmusiły osoby neutralne do przemyślenia spraw i te 30% już wie, co myśli i co jest prawidłowe i dobre dla świata. I to jest chyba najważniejsze. Rządzący wprawdzie lekceważą tę nierównowagę, ale gdy odejdą, to my jak z katapulty wystrzelimy gdzieś dalej. Jesteśmy w dosyć trudnym momencie, ale ostatecznie trudno mi sobie wyobrazić, aby z tego równania miało wyniknąć coś innego niż wejście głębiej w progresywizm. Pytanie tylko, co się będzie działo na Kremlu i jak bardzo będzie nadal chciał wtrącać się w nasze sprawy, siejąc dezinformację, wspierając finansowo organizacje przeciwne, czyli dalej instrumentalizując „tradycyjne wartości”, by rozgrywać swoje własne, geopolityczne gry.
Klementyno Twoja ksiązka to alert dla kobiet całego świata. Świadomość to pierwszy ważny krok w walce z demonami. Jaką sugerujesz nam strategię obrony?
Pierwszym krokiem w starciu z ww ruchami, to świadomość. Drugim krokiem jest dotarcie do polityków i uwrażliwienie ich w tym temacie. To zaskakujące, że osoby na wysokich stanowiskach politycznych nie są przestrzegane przez służby o zagrożeniu, a przecież działania tych ruchów, choć przebranych za swojski konserwatyzm, noszą znamiona ingerencji obcej. To jest sprawa bezpieczeństwa narodowego. Poza tym rada dla ludzi: ustawiczna mobilizacja, która wiem z własnego doświadczenia, jest męcząca, ale inaczej tego nie zrobimy. Nie znaczy to, że musimy ciągle chodzić na manifestacje, ale ważne by każdy znalazł swoje poletko, gdzie się sprawdzi w walce. Musimy w oddolnej mobilizacji przyglądać się temu, co się dzieje i reagować, reagować i reagować, bo mamy do czynienia z ogromnym kryzysem politycznym. Dlatego musimy politykom patrzeć bardzo skrupulatnie na ręce, a zwłaszcza ich finansom, bo oblicze dzisiejszej polityki to ogromna korupcja – model tak świetnie sprawdzony przez włodarzy Kremla. Jak donoszą amerykańskie służby od około 2013 Rosja zainwestowała ponad 300 milionów dolarów w dotacje dla sprzyjających im organizacji/partii, które są odpowiedzialne za ten cały cyrk, z którym mamy w ostatnich latach do czynienia.
Artykuł „The Global Reach of the Religious Right” ukazał się pierwotnie na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy za zgodę na przedruk materiału.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Kiedy mówimy o prawach reprodukcyjnych w Polsce w 2021 roku, przede wszystkim mamy na myśli prawo do aborcji „na żądanie”, bez opowiadania się komukolwiek i bez poczucia, że ktoś inny niż osoba w ciąży decyduje o zawartości jej macicy. Zdarza się, że prawa reprodukcyjne rozszerzamy, o dostęp do skutecznej antykoncepcji czy o edukację seksualną wprowadzającą w świat bezpiecznego seksu. Innymi słowy, zastanawiamy się, jak to zrobić, żeby dzieci nie mieć – „jak zrobić, żeby nie było dziecka”.
W perspektywie radykalnie ekologicznej jest to oczywiste: świat jest przeludniony, człowiek już zdążył spustoszyć Ziemię, a wzrost gospodarczy wymuszony wzrostem demograficznym sprawia, że zasoby naszej planety jeszcze bardziej się kurczą. Każdy odpowiedzialny człowiek właściwie powinien zrezygnować z rozmnażania się. Mówi się o tym żartem, ironicznie, po cichu. Może tylko bez głębszego zastanowienia, co właściwie w tym kontekście znaczy słowo “odpowiedzialność”.
Bo przecież pod tym względem Polki i Polacy byliby nieomal najbardziej odpowiedzialni na świecie. Od 1990 roku stopa dzietności w Polsce lokuje się grubo poniżej 2,1 – dwóch i trochę dziecka na każdą kobietę w wieku rozrodczym, co przyjmuje się za wyznacznik zastępowalności pokoleń. Ponieważ liczne roczniki powojennego boomu i ich także liczne (rocznikowo patrząc) dzieci ciągle nie kwapią się umierać są na to za młodzi, demografia jeszcze nie wygląda katastrofalnie. Ujemny przyrost naturalny wciąż opiewa na ułamki setnych. Dzieci pojawia się mało, ledwie 9,2 na każdy tysiąc obywateli, ale wskaźniki demograficzne podnoszą imigranci. Bardzo dobrze, można by pomyśleć: populacja się kurczy, puste miejsca zapełniają przybysze z gęściej zaludnionych części globu, wszystko zmierza ku lepszemu, ku odciążeniu planety, wyhamowaniu szalonego wzrostu, odzyskaniu ekologicznej równowagi.
Łatwo byłoby tak myśleć, ale coś mi nie pozwala. Chciałabym, żeby równowaga ekoplanetarna nie wykluczała się z chcianym rodzicielstwem – człowiek jest wszak zwierzęciem i instynkt rozmnażania się jest istotnym składnikiem naszej egzystencji. Bycie rodzicem skłania do myślenia o przyszłości jako o czymś, co warto kształtować już teraz w interesie przeniesionej w czasie jakiejś cząstki nas samych. Powoływanie dziecka na świat oznacza, że czujemy się częścią tego świata. Rezygnacja z prokreacji może mieć wiele powodów, ale jeśli podejmujemy taką decyzję dlatego, że czujemy się w dzisiejszym świecie niechcianym gościem bez perspektyw na przyszłość, to jest to bardzo smutne.
Myślenie o rodzicielstwie bądź o bezdzietności dobitnie pokazuje, że potrzeba nam szerszej wizji tego, czym właściwie jest reprodukcja. Być może uproszczone spojrzenie na tę sprawę wynika z wielowiekowej dominacji porządku patriarchalnego, w którym dzieci postrzegano przede wszystkim jako dziedziców i nośnik prestiżu, a dla kobiet – jedyne (a czasem też: jedynie) uzasadnienie ich istnienia. Jednak na naszych oczach patriarchat pęka, płciowość i zdolność do reprodukcji zmieniają swoje znaczenie, przestają być klątwą skazującą nas na narzucony i schematyczny kształt życia.
Z jednej strony na fali rozliczeń z ekstraktywistycznym imperializmem i rasizmem, a z drugiej – na fali zmian w postrzeganiu płciowości i rozumieniu jej narodziła się uzupełniająca prawa reprodukcyjne koncepcja sprawiedliwości reprodukcyjnej. Pojęcie to jako pierwszy wprowadził do obiegu kolektyw Czarnych feministek SisterSong na początku lat 90. ubiegłego stulecia. Umieściły one prawo do aborcji i antykoncepcji w szerszym kontekście: mianowicie w kontekście praw kobiet rozumianych jako prawa człowieka i sprawiedliwości społecznej. Podstawą stały się dwa pytania. Jakich warunków kobieta potrzebuje, aby być matką? Na jakiej podstawie podejmuje decyzję, czy mieć dzieci, a jeśli tak, to kiedy i w jakich odstępach czasowych? Odpowiedź na te pytania okazuje się zaskakująco szeroka – od kwestii równych praw i statusu w społeczeństwie przez funkcjonowanie demokratycznych, inkluzywnych instytucji, walkę z nierównościami ekonomicznymi i wreszcie – w tej chwili może najpilniejsze – kwestie klimatyczne. Sprawiedliwość reprodukcyjna wymaga godnego traktowania uchodźczyń i imigrantek, wrażliwej genderowo walki z biedą, rasizmem i przemocą. Odwraca sposób myślenia, przywracając aktowi reprodukcji właściwe proporcje : decyzja kobiety o urodzeniu dziecka to z jej strony wyraz uznania dla świata, otoczenia i partnera.
To dlatego tak mnie przygnębia fakt, że Polki nie decydują się na dzieci. W kraju, w którym liczba mieszkańców na kilometr kwadratowy jest bardzo niewielka, zachodzą procesy takie, jakby dręczyło go przeludnienie (historycy wskazują, że typową reakcją na przeludnienie jest spadająca dzietność i masowa emigracja; wszystko się zgadza). Deklarując przywiązanie do wartości rodzinnych, mieszkańcy swoim życiem i podstawowymi wyborami życiowymi zaświadczają, że te wartości są nie do zrealizowania. Jesteśmy krajem rozwiniętym, w którym jednak brakuje jakiegoś ważnego zasobu – zasobu, bez którego nie ma sprawiedliwości reprodukcyjnej.
Chciałabym takiej demokracji, w której zamiast narzucać niedziałające pronatalistyczne programy, usiedlibyśmy razem, żeby zastanowić się w ogólnopolskiej, a nawet europejskiej debacie, co będzie z naszą przyszłością – zarówno z przyszłością społeczeństwa, i jak i z przyszłością jednostek. Dziś o dzieciach myśli prawica – jako o przyszłości narodu – i liberałowie, którym chodzi o młodsze pokolenia pracujące na emerytury starszych. Dzieci są dla nich nie celem samym w sobie, lecz środkiem do zaspokojenia własnych ambicji i zapewnienia dobrobytu na starość.
Podobnie nie myśli się o kobietach jako o dawczyniach życia dysponujących własnymi ciałami i świadomie podejmujących najważniejszą z możliwych decyzję o przywołaniu na świat nowego istnienia. Kobiety to inkubatory z funkcją prania i sprzątania, worki bokserskie do wyładowywania wściekłości, zabijane niemalże bezkarnie (szacuje się, że wskutek przemocy domowej ginie w Polsce co najmniej jedna kobieta dziennie), porzucane bez poczucia odpowiedzialności (sumaryczny dług alimentacyjny w 2020 roku osiągnął poziom 11,5 mld złotych – swoich dzieci mimo zasądzonego obowiązku nie utrzymuje 280 tysięcy osób, w przeważającej większości są to mężczyźni).
Do tego dochodzi niepewność związana z powszechnością „śmieciowych“ umów, słaba kultura pracy z przyzwoleniem na wyczerpujący siły witalne mobbing, instytucje, na których nie można polegać, wszechobecne doniesienia o głupocie i bezduszności szkoły, cynizm i bezradność rządzących w obliczu nadzwyczajnych wyzwań (nie tylko tak wielkich jak pandemia, ale nawet takich jak awaria kolektora ścieków, która staje się okazją do politycznej walki). Wreszcie – nasza wspólna niepewność co do przyszłości klimatycznej. Głównym działaniem w obszarze środowiska jest, jak się wydaje ostatnio wycinanie lasów i skuteczne unikanie rozwiązania palącego (dosłownie!) problemu gospodarki śmieciowej. Wstrząsające jest przywiązanie do „narodowej suwerenności“ w sytuacji, która wymaga ponadnarodowej i ponadregionalnej solidarności – natychmiast!
Kto w takich warunkach decyduje się powoływać dzieci na świat?
Perspektywa sprawiedliwości reprodukcyjnej jest dla mnie ostatnio najważniejszym probierzem politycznym. Na kogo głosować? Komu wierzyć? W jakie kwestie się angażować? Zaczynając od absolutnych fundamentów – dopuszczalności aborcji na podstawie decyzji kobiety, już niebawem dochodzimy do kolejnego szczebla: jak ulepszyć świat, żeby wyeliminować wszystkie zewnętrzne, zależne od politycznych działań, powody takiej decyzji. Co innego bowiem respektować indywidualne decyzje osób, dla których bezdzietność wynika z etycznej odpowiedzialności. A co innego – patrzeć na wymieranie ludzi z przyczyn środowiskowych, wiedząc, że to my sami stworzyliśmy tak nieprzyjazne środowisko.
Fot. Marcin Wrzos
Jeśli chodzi o prawa reprodukcyjne, Malta jest konserwatywnym bastionem w Europie. Działania ruchu na rzecz prawa kobiet do aborcji (pro-choice) spotykają się ze zdecydowanym sprzeciwem agresywnego lobby antyaborcyjnego (po-life) wspieranego przez państwo i Kościół. Raisa Galea przygląda się sprzecznościom debaty, która łączy się z pytaniami o moralność, tożsamość narodową i suwerenność w postkolonialnym państwie rozdartym między postępem a tradycją.
Poza Watykanem Malta jest jedynym krajem w Europie, który kryminalizuje aborcję w każdym przypadku. Kodeks karny właściwie nie zmienił się pod tym względem, odkąd wszedł w życie w 1854 roku.
Faktem jest, że kobiety mieszkające w Malcie dokonują aborcji za granicą. Ponieważ prawo uznaje wywołane poronienie jako przestępstwo karane do 3 i 4 lat więzienia odpowiednio dla ciężarnej i lekarza, nie ma oficjalnych statystyk liczby kobiet, które wykonują aborcję za granicą. Maltańska koalicja na rzecz prawa do przerywania ciąży Voice for Choice szacuje, że rocznie takich zabiegów jest około 300. Choć liczba ta jest wyraźnie niższa od średniej europejskiej (wg. Biura Regionalnego WHO dla Europy średnia to 183 aborcje na 1000 żywych urodzeń), szacunki te dowodzą, że kobiety w Malcie nie są wyjątkiem i przeprowadzają aborcję pomimo całkowitego zakazu.
Obie strony sporu uznają wyjątkowy status aborcji w Malcie: organizacje pro-life celebrują obecne rozwiązania, natomiast ruch pro-choice podważa je. Podobnie jak w przypadku debat wokół rozwodów i wiosennych polowań (obie bardzo kontrowersyjne sprawy doprowadziły do referendów), kwestia aborcji wykracza poza wywołujące kontrowersje kwestie praktyczne i zajmuje obszar ideologii i tożsamości.
Zakaz aborcji oczywiście nie może zapobiec wykonywaniu setek zabiegów aborcji rocznie poza granicami Malty. Obrona obecnych rozwiązań prawnych ma więc na celu zablokowanie aborcji na terenie Malty. Głównym argumentem przeciwko dekryminalizacji aborcji jest zachowanie maltańskiej tożsamości narodowej postrzeganej jako zakorzenionej w konserwatywnej polityce, katolickiej moralności i wartościach rodzinnych.
Wyższość moralności narodowej i wartości rodzinnych
W debacie wokół aborcji w Malcie dominują dwie narracje. Ruch pro-choice domaga się uznania prawa kobiety do decydowania o własnym ciele i przerwania niechcianej ciąży. Ruch antyaborcyjny z kolei podkreśla, że życia zaczyna się w momencie poczęcia i zrównuje przerwanie ciąży z zabójstwem. Różne grupy społeczne w Malcie mają wrogi stosunek do kampanii na rzecz prawa do aborcji. Argumenty strony pro-choice są odrzucane, a aktywistki i aktywistów spotykają ataki werbalne.
Zastanawiając się nad powodami tak żarliwego sprzeciwu wobec aborcji w Malcie, antropolożka Rachael Scicluna sugeruje, że w społeczeństwach, w których więzy rodzinne są silne i dominuje konserwatywne postrzeganie ról płciowych, pojęcie zarodka jest mocno powiązane z ideą rodziny. W ten oto sposób – podświadomie – aborcja może być uważana za zagrożenie dla maltańskich rodzin i całego społeczeństwa. Blokowanie dostępu do aborcji jest więc jednoznaczne z obrona wartości rodzinnych i status quo. Choć takie wyjaśnienie pomaga zrozumieć społeczne lęki ruchu antyaborcyjnego, jest jeszcze jedno źródło sprzeciwu wobec aborcji: obawa przed intencjonalnym zwalczaniem głównych wartości maltańskiego społeczeństwa przez osoby z zewnątrz.
W odpowiedzi na pytanie dotyczące wykonywania aborcji przez Maltanki za granicą antyaborcyjna organizacja Malta Unborn Child Platform kwestionuje statystyki: „Wiemy, że około 55 kobiet obywatelstwa maltańskiego dokonało aborcji w Wielkiej Brytanii, ale nie wiemy, ile z nich jest z Malty, a ile mieszka w Wielkiej Brytanii. To mogły też być kobiety innej narodowości mieszkające w Malcie, które udały się do Wielkiej Brytanii w celu przerwania ciąży”. Organizacja sugeruje, że aborcja jest niezgodna z tożsamością narodową Maltanek mieszkających w Malcie.
W mediach społecznościowych i wyobraźni niektórych osób powszechna jest teoria spiskowa, zgodnie z którą zagraniczne siły mają złowieszczy plan narzucenia aborcji maltańskiemu społeczeństwu. Potwierdzają to bezpośrednie ataki na główne feministki, Andreę Dibben i Larę Dimitrijevic. Obie są z Malty, choć mają obcobrzmiące nazwiska. Zdania „wracaj do szatana w swoim kraju” czy „jedź do domu i tam zabijaj swoje dzieci” to częste reakcje na ich działalność. Teoria ta jest również propagowana przez organizację Gift of Life Malta, która twierdzi, że „polityczne sojusze w Malcie i poza jej granicami” są częścią strategii ruchu pro-choice.
Wyrażanie poglądu, że kobieta nie może być zmuszana do donoszenia ciąży wbrew jej woli, wywołuje oburzenie w obozie antyaborcyjnym. Aktywistki pro-choice słyszą, że powinny kontrolować swoją seksualność i brać odpowiedzialność za ciążę, nawet jeśli jest z gwałtu. Pod artykułem w mediach społecznościowych na temat mowy nienawiści używanej przez przeciwników prawa do aborcji można znaleźć komentarz, że gwałty w Malcie są przestępstwem bardzo rzadkim, a jeśli już zgwałcona kobieta zajdzie w ciążę, to „ma prawo wyjechać za granicę i zabić niechciane dziecko”. Oprócz tego, że komentarz ten oparty jest na błędnym założeniu, że gwałtów w Malcie prawie nie ma (obwinianie ofiar przestępstw seksualnych zniechęca do ich zgłaszania), pokazuje on, że można sprzeciwiać się dekryminalizacji aborcji w Malcie i jednocześnie godzić się na „morderstwa”, pod warunkiem, że popełnia się je za granicą.
Potwierdzenia tezy, że zakaz aborcji postrzegany jest jako część maltańskiej tożsamości narodowej, której zagraża niebezpieczeństwo, dostarcza Kościół. Podkreślając, że „nasza praca w służbie życia na każdym etapie leży u podstaw naszej maltańskiej tożsamości”, biskup pomocniczy Joseph Galea Curmi sugerował, że religijność Malty można porównywać tylko z Watykanem, jedynym państwem poza Maltą, który w pełni kryminalizuje aborcję.
Prezydent Malty George Valla pochlebnie wypowiadał się o obecnych przepisach na wydarzeniu zorganizowanym przez organizację Unborn Child Platform. Jego obecność tam była jednoznacznym wyrazem poparcia władzy dla ruchu antyaborcyjnego, dla narodowej misji, która „stoi po właściwej stronie historii”.
Ponadto prezydent poddawał w wątpliwość moralny autorytet Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który „patrzy krzywym okiem na każdego, kto nie akceptuje aborcji”. W związku z tym, że polityczny kryzys w Malcie oraz głośne afery korupcyjne są przedmiotem zainteresowania środowiska międzynarodowego, wypowiedź prezydenta Velli jest nacechowana politycznie. Osoby z zewnątrz – niemoralni „mordercy dzieci” – nie mają prawa krytykować ostatniego bastionu wartości chrześcijańskich w Europie. Innymi słowy, utrzymanie zakazu aborcji w Malcie dowodzi wyższości moralności narodowej. Wydaje się, że podważając orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, władza skutecznie wykorzystuje tę sytuację do osłabiania międzynarodowej krytyki oraz odrzucenia wezwań do przeprowadzenia reform konstytucyjnych.
Między „postępem” a „tradycją”
Lokalny aktywista i dyrektor organizacji Men against Violence Aleksandar Dimitrijevic słusznie zauważył, że oficjalne apele Komisarzyni Praw Człowieka Rady Europy do zmiany prawa aborcyjnego mają nikłe wsparcie zwolenników rządów prawa w Malcie. Organizacje pozarządowe, które działają na rzecz zbliżenia ustawodawstwa w Malcie do rozwiązań europejskich demokracji liberalnych i które zazwyczaj są bardzo wyczulone na głosy partnerów zagranicznych, ignorują nawoływania do zniesienia zakazu aborcji. Co jest powodem tak wybiórczego traktowania praw człowieka określonych w prawie międzynarodowym?
Obecny układ polityczny w Malcie jest wynikiem kompromisu między „postępem” a „tradycją”. Przez ostatnich kilka dekad ta młoda republika dokładała starań, aby uchodzić za nowoczesne europejskie państwo, ale równocześnie pozostawała w żelaznym uścisku Kościoła katolickiego. Dwoma filarami niejednoznacznego kompromisu między postępem a tradycją okazały się duma narodowa oraz pogoń za zyskiem.
„Postęp” pojawił się razem z kapitałem: gospodarka wolnorynkowa, deweloperski boom, inwestycje w luksusowe nieruchomości i fantazje o „wyspie blockchain”. Znany przedstawiciel branży hotelarskiej nawoływał do tego, by społeczeństwo maltańskie „zawsze akceptowało postęp”, chyba że nie przynosi zysku i podważa autorytet Kościoła, strażnika tradycji konserwatywnych. Liberalne podejście do praw reprodukcyjnych nie budzi u władzy choćby odrobiny entuzjazmu, który wzbudzają w niej „postępowe” elity deweloperskie.
W tym postkolonialnym państwie kwestie suwerenności i obrony tradycji są politycznie bardzo istotne. Prawa reprodukcyjne są kością niezgody w dyskusji między rzekomą wyjątkowością narodu a integracją z Unią Europejską. Zakaz aborcji – którego Kościół strzeże jako wartości głęboko chrześcijańskiej – uchodzi za maltańską tradycję. W niezależnej od imperium brytyjskiego przez nieco ponad pół wieku Malcie restrykcyjne prawo do aborcji jest więc manifestacją suwerenności i oporu wobec zewnętrznych wpływów.
A co z prawem dotyczącym społeczności LGBTIQ? Niektórzy twierdzą, że pierwszy w Europie zakaz terapii konwersyjnej z 2016 roku oraz legalizacja małżeństw homoseksualnych w kolejnym roku dowodzą, że Malta opowiedziała się za progresywną polityką społeczną. Zmiany te były powodem do dumy narodowej i pozwoliły lokalnym konserwatystom odtrąbić międzynarodowy sukces, ponieważ Malta zostawiła w tyle resztę kontynentu. Tęczowe hasło „Przeszliśmy do historii” wyświetlone na budynku siedziby premiera miało pokazać, że Malta jest orędowniczką praw mniejszości w Europie. W 2016 roku kraj ten stał się najbardziej postępowym pod względem praw LGBTIQ krajem w Europie (a rok później – na świecie).
Całkowity zakaz aborcji jest w tym kontekście elementem, który gwarantuje „wyjątkowość” Malty w oczach społeczeństwa i odróżnia ją od innych świeckich państw w Europie. Trzymanie się roli twierdzy moralności oblężonej przez „morderców dzieci” okazuje się pociągającą narracją o własnym bohaterstwie. Ponadto przedstawianie zakazu aborcji jako niezmiennej tradycji rekompensuje ofiary w obszarach dziedzictwa naturalnego i architektonicznego złożone na ołtarzu postępu gospodarczego.
Zinstytucjonalizowana stygmatyzacja kobiet
„Czy nasz prezydent uważa obywatelki, które przerwały ciążę, za morderczynie?” Takie pytanie zadała prezydentowi organizacja Voice for Choice w odpowiedzi na wspieranie przez niego ruchu antyaborcyjnego. Jest to jedno z kluczowych pytań w debacie o aborcji. Kolejne pytanie: jeśli aborcja jest zabójstwem, to dlaczego kara za jej przeprowadzenie wynosi od 18 miesięcy do 3-4 lat więzienia? Czyż nie jest to zbyt łagodna kara?
Maltańska feministka Desiree Attard pisze w swojej pracy doktorskiej, że kodeks karny stanowi, że „życie kobiety ma większą wartość niż życie płodu”. Zgodnie z artykułem 242 kara za przeprowadzenie aborcji, w wyniku której kobieta traci życie to kara dożywotniego pozbawienia wolności. Różnica ta – 4 lata i dożywocie – dowodzi, że prawo uznaje, że płód nie jest równy obywatelce.
Jeśli ustawodawcy nie zrównali aborcji z zabójstwem w 1854 roku, dlaczego jest to argument wykorzystywany w roku 2020? Takie sprzeczności obnażają głęboko ideologiczne podglebie stanowiska antyaborcyjnego, które ma na celu utrwalenie konserwatywnego status quo poprzez odbieranie kobietom ugruntowanego prawa człowieka i przejęcie kontroli nad ich ciałami.
Abstrahując od sprzeczności prawnych, zrównanie aborcji z zabójstwem oznacza, że kobiety, które dokonały zabiegu są zabójczyniami. To nic innego jak zinstytucjonalizowana forma opresji i stygmatyzacji kobiet. Zarówno wsparcie ruchu antyaborcyjnego przez prezydenta, jak i powszechny pogląd, który łączy maltańską tożsamość narodową z narodową moralnością, powodują, że Malta jest konserwatywnym i patriarchalnym państwem.
Społeczeństwo i państwo wywołują w Maltankach poczucie wstydu za każdym razem, kiedy chcą one skorzystać z usług medycznych dostępnych w większości krajów na świecie. Tego rodzaju wykluczenie, głęboka pogarda oraz utrwalanie poczucia winy odciskają się wyraźnym piętnem na zdrowiu psychicznym i komforcie życia społecznego kobiet. Powodują niską samoocenę i lęk przed opuszczeniem. Ruch antyaborcyjny – otrzymawszy błogosławieństwo władzy i społeczeństwa – robi z obywatelek Malty wyrzutki skazane na cierpienie w samotności.
Raisa Galea jest badaczką na Uniwersytecie w Malcie i członkinią Moviment Graffitti. Jest również związana z Isles of the Left.
Artykuł ten jest zmienioną wersją tekstu opublikowanego w Isles of the Left, tłumaczoną z publikacji z 18 września 2020 r. w Green European Journal
Tłumaczenie: Robert Reisigovà-Kielawski
Nie ma takiej siły, boskiej i ludzkiej, która by mnie jako faceta powstrzymała przed wsparciem bliskiej kobiety w przerwaniu przez nią ciąży, gdyby go potrzebowała – żony, narzeczonej, matki, córki, siostry, wnuczki czy kochanki. To jest dość oczywista intuicja moralna i emocjonalna: facet wspiera kobietę wtedy, kiedy ona tego potrzebuje, poniekąd po to on jest.
Jasne, że bieg zdarzeń ma się inaczej w przypadku, kiedy facet sam jest ciąży sprawcą – niż wtedy, kiedy nim nie jest. Nie mam też wątpliwości, że podobną postawę mają ci wszyscy natchnieni, złotouści moraliści konserwatywno-przykościelni, w garniakach czy sutannach, którzy słyszą krzyk „mordowanej” zygoty. Kiedy ich córka, żona (pierwsza albo kolejna – każda kościelna) albo kochanka zachodzi w niechcianą ciążę, starają się jej pozbyć, byle się nie wydało.
Demokratyczny bunt suwerena
To wyżej napisałem w imię uczciwości – takie mam zapatrywania w kwestii, która wyprowadziła demokrację na ulice naszych miast na wielką skalę. Jestem głuchy na „krzyk” zarodków, mało mnie obchodzą, zwłaszcza w zestawieniu z dobrostanem żywej, realnej kobiety. Krótko: „lewacka hołota” to ja, „drugi sort”, „zdradziecka morda”, która popiera te „zbydlęcone, wulgarne kurewki”, tę „zwyrodniałą swołocz opętaną przez diabła” [cytaty z drugiej, zgorszonej strony]. Jestem zwolennikiem umiarkowanego postępu w granicach prawa. W sytuacji agresywnego zwrotu w kierunku porządków reakcyjnych, mam jednak prawo do obrony.
Piszę tu o rewolcie kobiet w związku z namysłem, czy różnorodne światopoglądowo ruchy miejskie mają, powinny, mogą, zabierać głos w związku z protestami na ulicach naszych miast? Myślę że tak, bo kwestia aborcji, która sama wykracza poza nasz wspólny Miastopogląd, stała się punktem wyjścia do sprzeciwu wobec deformacji polskiej demokracji i gwałcenia praw człowieka. Liczni aktywiści miejscy, a zwłaszcza aktywistki, są zaangażowane w te protesty jako obywatelki, kobiety, Polki, itd. Ta sytuacja wpływa na różne demokratyczne inicjatywy, coś istotnego też o polskiej demokracji mówi, pokazuje, co ją dławi i osłabia, także demokracji miejskiej. A teraz TO COŚ uderza w kobiety.
Kiedy suweren masowo wychodzi na ulice to nie jest gwałt na demokracji tylko jej dobitne zaistnienie, spowodowane „zatkaniem się” systemu politycznego, zablokowaniem przepływu woli suwerena do władzy – kiedy system, procedury, instytucje politycy nie udźwignęli zadania. Bunt wybucha kiedy suweren, demos, uznaje, że władza ma władzę dla władzy a głos demosa ma w dupie i już inaczej się nie da. Prawo do ulicznego protestu to jedno z podstawowych praw politycznych, uznanych międzynarodowo i w konstytucji RP.
Bunt to żywioł, wbrew manipulacyjnym przekazom demokracja nie jest lirycznie grzeczna, układnie spolegliwa – jest pokojową grą sił, ucywilizowanym konfliktem interesów, potrzeb i wartości, bo ludzie mają je różne, jako że są różni. Bunt bywa gwałtowny – wtedy płoną samochody i opony, demolowane są sklepy i ulice, atakowana jest policja i wybuchają uliczne walki. Ale przynosi efekt, np. zmianę władzy (Słowacja, Ukraina), zmianę prawa (Francja i „żółte kamizelki”) czy zapowiedź referendum i wyborów (Chile) albo reformę policji (USA).
W Polsce tylko uliczny bunt górników bywał regularnie skuteczny, bo politycy górników się boją. Trochę stracha napędzają władzy rolnicy. A awanturujący się naziole wzbudzają uznanie po prawej stronie. Ponura jest konkluzja, że tylko lęk otwiera oczy i uszy polityków, głuchych i ślepych na protesty pokojowe. Obecne masowe protesty są zdecydowanie pokojowe, według wzorów działań non violence. Wkurw protestujących wyraża się w publicznym słowie mocnym, także agresywnym i wulgarnym – nie w atakowaniu policji, siedzib PiS czy pałaców biskupich, paleniu urzędów i obijaniu polityków, biskupów albo członków neo-TK. Bluzg oburza hipokrytów i świętoszki bardziej niż fizyczna przemoc nazioli, kiboli, policji i okrucieństwo wobec kobiet samej decyzji organu mgr Wolfgangowej-Przyłębskiej, nie mówiąc już o molestowaniu i gwałceniu dzieci przez księży, chronionych przez biskupów. W Polsce słowa i symbole znaczą więcej niż realne cierpienie, to tradycyjne sado-maso narodowe.
Jak biją „NASI” to rozumiemy (a naprawdę popieramy), jak „ONI” bluzgają to jest to zbrodnia i świętokradztwo. Protestujące kobiety, poniewierane LGBT, marsze równości, lewicowe zgromadzenia itd. nikogo nie biją, mimo wielkich emocji. Awantury górników czy rolników, palenie opon i wywalanie gnojówki, nie podlegają tak surowym ocenom „moralistów” jak protesty kobiet. Jakby ci pierwsi mieli więcej praw, jakby ich rozróby były „normalne” a krzyk (tylko krzyk!) kobiet był aberracją. Bo w domach na tyłkach przy kuchni i dzieciach siedzieć mają, ministr-ancie Czarnek?
Orzeczenie o istnieniu Boga
Ponieważ to Bóg stoi za zakazem aborcji, więc „orzeczenie” neo-TK ma charakter rozstrzygnięcia o podstawach światopoglądowo-religijnych – zakłada Boga i podległość jego objawionym nakazom. Bajki o tym, że treść „orzeczenia” inne być nie mogło bo wynika wprost z konstytucji albo z ustaleń nauki, służą zachowaniu pozorów obiektywizmu i neutralności ideologicznej. Są jednak wyrazem fundamentalizmu światopoglądowego narzucanego całemu społeczeństwu, niemal nieobecnego już w państwach Zachodu. Konstytucyjny zapis (Art. 38: „Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia”) nic w tej sprawie jednoznacznie i definitywnie nie przesądza, o czym świadczą choćby zdania odrębne członków TK, teraz i w przeszłości (sędzia Lech Garlicki 1997r.). Enuncjacja neo-TK jest wynikiem układu sił we władzy. Tzw. „ustalenia nauki” są jak widać inne w całej UE, bo polska ustawa antyaborcyjna jest najbardziej drakońska w całej Unii.
Rządy władzy publicznej w oparciu o jej priorytety światopoglądowo-religijne wykoślawiają demokrację. W działalności TK i innych organów widoczne to jest od początku tzw. wolnej RP.
W 1991 r. TK klepnął religię w szkołach wprowadzoną instrukcją w stylu PiSu (bez żadnego trybu… — T.Mazowiecki). W 1993 uchwalono restrykcyjną ustawę antyaborcyjną, a po dodaniu przez Lewicę w 1996 r. klauzuli społecznej po roku skasował ją TK Zolla. Wpisano też do ustaw medialnej i o edukacji wartości chrześcijańskie, utrudniono rozwody. TK Rzeplińskiego ustanowił klauzulę sumienia dla lekarzy, obronił ubój rytualny i prawo do odmowy wykonania usługi na tle światopoglądowym. Plus cenzorski paragraf o obrazie uczuć religijnych. Nic tu nie było przypadkowe, a pomijamy aferalne finansowanie kościoła i duchownych z publicznej kasy, o sprawie konkordatu nie wspominając.
Ustanawianie niedemokratycznego państwa wyznaniowego, polega na tym, że religijny punkt widzenia, religijne potrzeby i wartości uzyskują priorytet nad innymi, np. godnością, wolnościami indywidualnymi w tym słowa i zgromadzeń, dobrobytem i dobrostanem, prawdą naukową, rozwojem gospodarczym itd. Na przykład tzw. prawo rodziców do wychowania dzieci wg własnych przekonań praktycznie stosuje się do wiary katolickiej, ateiści i innowiercy mają siedzieć cicho w kącie. Biskupi dominację religii bezwzględnie egzekwują, sprawując zinstytucjonalizowany rząd dusz w państwie, także poprzez narzucone prawo świeckie. Praktycznie mają też immunitet – żaden nie odpowiedział karnie za chronienie zwyroli w sutannach gwałcących i molestujących dzieci.
Kościelna wszechwładza i bezkarność się kończy, tak jak wyczerpuje polska tożsamość oparta na konserwatywnym katolicyzmie rytualnym, na kolanach przed klerem. Tzw. „tradycyjna” Polska zanika, rozpływa się, protesty oznaczają przyspieszenie tego procesu, rewolucja mentalna już się dokonała. Dla młodych tożsamość europejska jest ważniejsza niż tradycja, zresztą zafałszowana, a społeczeństwo jest bardziej liberalne niż wydaje się elitom. Kościół traci resztki autorytetu, a idąc w zaparte „zyskuje” większe lekceważenie i wrogość zbuntowanych młodych, zlaicyzowanych na religii w szkołach – tabu nietykalności kościoła zostało już naruszone. Młodzi ostro widzą grzechy hierarchii i patologie polskiej demokracji. Widzą, że kościelna hierarchia i przykościelni politycy nie mają żadnego kontaktu z rzeczywistością początku 3ciej dekady XXI w. I że poza klepaniem starych pacierzy nie mają nic do zaproponowania wobec najważniejszych aktualnych wyzwań i potrzeb. Dinozaury z Ordo Iuris, i z podobnych zabytków, jakieś Czarnki tych zmian już nie zatrzymają. Nie chodzi o odrzucanie religii i wiary w Boga, tylko o to, że demokratyczne państwo nie jest ramieniem kościoła nadzorującym wiernych, który nie radzi sobie z nimi po dobroci. Państwo ma na równych zasadach umożliwić wszystkim obywatelom praktykowanie ich wiary/niewiary, a nie wiarę tę egzekwować.
„Demokracja” paternalistyczna
Istotną deformacją polskiej demokracji jest to, że tak jak kościół swoich wiernych, władza świecka traktuje obywateli jak poddanych – od prawa do lewa (z wyjątkami). Realna demokratyczna praktyka wyczerpuje się w akcie wyborczym, poza którym proceduralny wpływ obywateli na władzę i jej decyzje jest żaden. Często jest to fasadowy folklor polityczny, bez znaczenia dla decyzji. Akty demokracji bezpośredniej, całkowicie konstytucyjnej (Art. 4. Konstytucji: „1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. 2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio„.) jak referenda, inicjatywy uchwało/ustawodawcze to rzadkość. Skuteczny bywa bunt (wyżej). Wybory też nie gwarantują wpływu na politykę, tylko na dobór garnituru polityków.
Nieogłoszone credo paternalistycznej władzy „nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” oznacza, że władza ma dostęp do wiedzy wyższej, niedostępnej ogółowi (władza od Boga pochodzi..), ale ten ogół obowiązującej. Czyli – władza z natury wie lepiej, a my mamy jej słuchać, dla dobra naszego i pomyślności powszechnej (miasta, kraju i wszechświata). Wybraliście nas, złożyliście los w nasze ręce, więc zaufajcie nam i nie przeszkadzajcie, a my zrobimy Wam dobrze. A jak będziecie fikać to pożałujecie.
Najważniejsi bogowie do których odwoływała się władza wolnej RP są, upraszczając, dwaj: Bóg według ojca dyrektora Rydzyka oraz neoliberalny bóg docenta Balcerowicza & Co. Każdego z nich, w swoim czasie, poparł suweren. Poniższa zgodność retoryczna przedstawicieli plemion wyznawców obu tych bogów, zajadle się zwalczających, wskazuje jednak na głębsze powinowactwo duchowe obu stron. Oto prezes Polski w związku z protestami kobiet apeluje „do milczącej większości polskich rodzin…”. Oto senator opozycji (PO) Frankiewicz, b. prezydent Gliwic i szef ZMP na debacie ze społecznikami w gdańskim ECS (4.06.2019) publicznie oświadcza, że jego „zadaniem jest bronić przed społecznikami milczącej większości mieszkańców miasta”.
Odwołanie się do „milczącej większości” pozwala bezkarnie podłączyć się pod jej reprezentowanie, dyskredytując tych, którzy nie milczą, bo czegoś się domagają. PO przegrywa wybory m.in. dlatego że „dla naszego dobra” zmieliła ponad 4 mln podpisów pod wnioskami o referenda w kilku sprawach dotykających miliony Polaków (6-latki do szkół, wiek emerytalny…). Nie podjęła dialogu bo według neoliberalnych dekalogów było to „niesłuszne”? Podobnie tych, którzy nie milczą zaczęło traktować zwycięskie PiS wyrzucając do kosza kolejne setki tysięcy podpisów pod „niesłusznymi” wnioskami o referenda i ustawy. Na gruncie miejskim często głos mieszkańców, opinie ekspertów i sondaże opinii społecznej są zgodne (np. ws uspokajania ruchu w centrach, zachowania drzewostanów wysokich a nie betonozy). Decyzje władz jednak idą w odwrotnym kierunku. Ostatnio badania opinii publicznej np. ws prawa do aborcji, polityki wobec UE czy sądów, zmian klimatycznych miały wyniki przeciwne niż ignorujące je posunięcia władzy. Itd., itp.
Ignorowanie latami przez neoliberalną politykę istotnych problemów i potrzeb społecznych, widocznych w statystykach, ekspertyzach i sondażach, wykrzyczanych na demonstracjach i wypisanych w petycjach, apelach, wnioskach itd. wykreowało sukces wyborczy przykościelnej, nacjonalistyczno-konserwatywnej prawicy. Ta z kolei zaspokoiła część potrzeb socjalnych (i dobrze, choć innych już nie: mieszkania dostępne, praca śmieciowa i służba zdrowia). Ceną za to jest prokościelny autorytaryzm, który wywołał w końcu bunt.
Władza nie może z automatu podporządkowywać się każdemu przejawowi opinii „suwerena”, to oczywiste. Są doniosłe problemy znaczące, dla których nie ma popularnych rozwiązań, za to jest masa przeciwników. „Suweren” nie jest też jednorodny, składa się ze środowisk i społeczności o różnych potrzebach, wartościach, interesach, także sprzecznych, skonfliktowanych, walczących ze sobą z różną siłą. Jest jednak zasadnicza różnica między postawą: „mamy władzę czyli mamy najmojszą rację, i nie oglądamy się na boki” a postawą: „są przed nami różne racje, wspólnie je przeanalizujemy i znajdziemy najtrafniejsze rozwiązania”. Paternalizm to manipulacja („dla waszego dobra”) z pozycji siły władzy. Alternatywą jest demokracja partycypacyjna i deliberatywna, oparta na zaangażowaniu obywateli we wzajemnym dialogu i dążeniu do consensusu przez perswazję, wyjaśnianie, negocjacje racji. Warunki to transparentność, równe i podmiotowe traktowania obywateli jak dorosłych, sprawnych na umyśle ludzi, a nie nieodpowiedzialne dzieciaki specjalnej troski.
Co dalej, czyli wypierdalać…
Zmiana naprawdę dobra zaczyna się w miastach
Wypierdalać z przedmiotowym, paternalistycznym i nieuczciwym traktowaniem obywateli jak niepełnosprawnych półgłówków o niecnych intencjach – przez wszystkie siły dysponujące władzą ziemską lub „boską”!
Niekatastrofalna perspektywa na przyszłość nie będzie emocjonalnie komfortowa.
Jak bowiem ułożyć bez poczucia straty i niedosytu współistnienie tych, którzy – traktując modelowo –słyszą krzyki mordowanych zarodków, oczywiście nie własnych – z tymi, którzy są nań kompletnie głusi, a liczą się dla nich inne wartości i konteksty: wolność i godność kobiety, prawo wyboru, uwarunkowania społeczne, itd.? Nie jestem w stanie zrozumieć „słuchaczy” zarodków, to dla mnie dziwactwo, ale nie da się unieważnić ich obecności, zorganizowanej siły z wielkimi wpływami. To fakt obiektywny, niezależny od racji: „oni” są i nie znikną. I na odwrót – „my” także jesteśmy! Uogólniając – jak być ze sobą w jednym kraju mimo głębokich różnic religijno-światopoglądowych?
Rewolucja, i kontrrewolucja, dążą do zwycięstwa wg tej samej logiki – złamania przeciwnika, a nawet jego unicestwienia. To nie jest do przyjęcia w demokratycznym społeczeństwie równych ludzi o równych prawach, gdzie granicą mojej wolności jest wolność innych. Rozwiązania konfliktów na gruncie demokratycznych zasad są frustrujące: zwykle nikt nie dostaje wszystkiego, czego żąda, ale każdy musi dostać takie minimum, żeby nie opłacało mu się eskalować konfliktu. Samoograniczanie się to warunek wspólnego przetrwania: dotyczy wszystkich, nie słabych wobec silnych czy obywateli wobec władzy, ale przeciwnie: silni i władczy muszą posunąć się bardziej. Fundamentalizm, fanatyzm nie mieści się w standardzie demokratycznym. Nie ma wolności dla wrogów wolności!
Polska ma znane dokonania w pokojowym, deliberacyjnym rozwiązaniu nabrzmiałych historycznych konfliktów – to Porozumienia Gdańskie z sierpnia 1980 i Okrągły Stół z wiosny 1989 r. W Europie i poza nią cały szereg krajów wieloetnicznych i wielokulturowych, pluralistycznych religijnie, od dekad i stuleci wypracowuje sposoby pokojowego współistnienia – zinstytucjonalizowane i zapisane w prawie, utrwalone w obyczaju i kulturze, przez edukację i przekaz medialny. Polska jednorodność czyni trudniejszym radzenie sobie z konfliktem, bo rośnie układ bilateralny, „my” i „oni”: wschodząca rewolucja i broniąca się kontrrewolucja. Antagonizm jest ostrzejszy bo skupiony na tylko jednym obiekcie wrogości. Druga trudność: czy po stronie władzy znajdzie się jeszcze ktoś godny zaufania, wiarygodny? Nazwiska!
Miasta są kolebką demokracji. Jako autonomiczna przestrzeń spotkania i wymiany, napędzającej ich rozwój, są bardziej otwarte na różnorodność, tolerancyjne i pluralistyczne. Widać to w wynikach ostatnich wyborów miejskich i zaangażowaniu kobiet w miastach w protesty – odbyły się w ponad połowie z nich, a w Polsce dominują miasta małe i miasteczka. W miastach, z różną intensywnością, w tym z inicjatywy ruchów miejskich poszukiwane są i wdrażane sposoby uczynienia demokracji miejskiej bardziej otwartą na partycypację mieszkańców i dialog. Wiarygodność władz jest tu różna, ale w porównaniu z polityką krajową miasta mogą być wzorem i inspiracją radzenia sobie z konfliktami i różnicami opinii. Są one awangardą kreowania demokratycznych praktyk, mimo zahamowań. Jedną z najgłośniejszych wdrażanych procedur deliberacyjnych jest PANEL OBYWATELSKI.
Uczciwy i wiążący jeśli chodzi o wyniki krajowy panel obywatelski w sprawie prawa do aborcji byłby optymalną technologią rozwiązania obecnego konfliktu na gruncie demokratycznych zasad i wartości. Wzorem może być tu Irlandia, gdzie zastrachani politycy odnaleźli się między fundamentalistami-arcypasterzami a zbuntowanym przeciw nim ludem przenosząc odpowiedzialność za rozwiązanie sporu o aborcję na obywateli, w procedurze właśnie panelu obywatelskiego. Szerszy opis całej historii jest tutaj.
Problem nie leży oczywiście w wyborze deliberacyjnej technologii, ale w politycznej woli dialogu i gotowości do samoograniczenia się, cofnięcia się i posunięcia, ze strony władzy przede wszystkim. Miasta dają inspirujący przykład i wzory pokazując dobre praktyki: demokracja miejska rules!
PS. Ten komentarz ma charakter autorski i nie wyraża innych stanowisk niż autora.
Uzupełnienie
Trafna i zwięzła synteza dotycząca paternalistycznego wykoślawienia demokracji złożyła mi się już po uwieszeniu tego materiału na stronie, ale teraz uzupełniam. U podstaw takiej odchyły jest paternalistyczny charakter społeczeństwa. W Polsce rodzice nie słuchają dzieci, nauczyciele nie słuchają uczniów, księża wiernych, pracodawcy pracowników a politycy — obywateli. W zasadzie nikt nie słucha nikogo, a na pewno nie tego, kto znajduje się jakoś niżej w hierarchii społecznej, jest słabszy, zależny, mniej „znaczący”. Dzieciom, uczniom, wiernym, pracownikom czy obywatelom nakazuje się, poleca, albo i rozkazuje, a także na nich się wrzeszczy (morda w kubeł, gnoju!). Zaś w skrajnych przypadkach, choć wcale nie rzadkich, się ich obija (rodziciele albo policja). Mamy wdrukowaną w głowach hierarchiczną, pionową zasadę organizacji społeczeństwa, od rodziny do państwa. Uporządkowanie relacji społecznych i stosunków międzyludzkich według kryterium wyższe-niższe wydaje się oczywiste i podstawowe. Ten „wyżej” mówi, ten „niżej” słucha, nigdy odwrotnie. Ta oś nie pokrywa się z osiami kompetencji (mądrzejszy-głupszy) czy walorów moralnych, jest to oś społecznej przewagi, czyli władzy człowieka nad człowiekiem. Ludzie w tej optyce domyślnie nie są równi, co potwierdza naocznie empiria, bo skoro ogół tak uważa, to wg tego postępuje i społeczny dowód słuszności funkcjonuje. A podmiotowa równość wolnych obywateli to jest przecież podstawa demokracji.
Powyższe zawdzięczam zmarłemu kilka dni temu Robertowi Gamble, polskiemu wydawcy Harry Pottera, człowiekowi dla którego słuchanie innych było wielkim wyzwaniem i pasją.
Lech Mergler – jest aktywistą miejskim z Poznania, z zawodu inżynier, potem wydawca i publicysta. Współtwórca stowarzyszeń My-Poznaniacy i Prawo do Miasta. Współorganizator Kongresu Ruchów Miejskich w 2011 r. w Poznaniu, prezes zarządu KRM 2016-2019.
Teks ukazał się na stronie: kongresruchowmiejskich.pl
Na ulicach całej Polski rewolucja jakiej jeszcze nie było. Tym razem do walki z PiS-em stanęło zupełnie inne pokolenie, które zmianą ustawy aborcyjnej poczuło się osobiście dotknięte.
To co zadziało się w 22.10 w Trybunale Konstytucyjnym stało się przysłowiową kroplą goryczy, która przepełniła czarę frustracji i rozczarowania. Młodzi ludzie, bo jest ich na protestach zdecydowana większość, nie walczą już tylko o prawa do aborcji i o prawa człowieka do samostanowienia. To walka, a właściwie wojna o demokrację, o godność, o godziwą płacę i pracę, o edukację, o poprawę służby zdrowia, o bycie obywatelem świata. Młodzi ludzie walczą o przyszłość swoją i swoich dzieci. Zmienił się zasadniczo język protestów. Nie ma w nim miejsca na kompromis. To pokazują hasła tego spontanicznego ruchu młodych. Są one krótkie i mało polemiczne; Wypier…c, i jeb..ć PIS. To jasny sygnał czego protestujący oczekują; PIS musi odejść i zakończyć swoją destrukcyjną krucjatę mocno opartą na kościele katolickim, który z tylnej ławki podsuwa coraz to nowsze pomysły jak cofnąć Polskę do średniowiecza. Do wściekłych kobiet dołączyli ich mężowie, partnerzy ale też LGBTQ+ i wszystkie upodlone przez PIS grupy polskiego społeczeństwa. Protest trwa już tydzień i nie widać jego końca.
Przypomnę co było jego początkiem; dokładnie przed tygodniem, w cieniu pandemii – 22.10. marionetkowy Trybunał Konstytucyjny zaostrzył już bardzo restrykcyjne prawo aborcyjne wykluczając z katalogu przepis pozwalający na przerwanie ciąży, w przypadku gdy badania prenatalne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Pomysł nie jest nowy, bo już w 2017 roku podobny wniosek złożony przez 107 posłów, w tym Krystynę Pawłowicz, został przez TK odrzucony w lipcu tego roku z powodu dyskontynuacji. Zmiana składu TK na „swoich”, pozwoliła PiS-owi i stającym za tym ugrupowaniem fundamentalistom, na jego przegłosowanie.
Kobiety polskie dokładnie zdają sobie sprawę z konsekwencji takiego zakazu. Będą zmuszone rodzić dzieci z poważnymi wadami lub oglądać śmierć urodzonego z nieodwracalną wadą dziecka. Trudno wyobrazić sobie ból i dramat takich rodzin. Powszechnie wiadomo, że system opieki nad osobami niepełnosprawnymi w Polsce praktycznie nie istnieje i rodzina skazana jest na radzenie sobie we własnym zakresie. Często kobiety zostają w takich sytuacjach same, zostawione przez męża, partnera, który nie umie sobie poradzić z sytuacją. System edukacyjny, który propaguje PiS nie uczy tolerancji dla różnorodności i integracji, co powoduje, że osoby nawet z niewielkim wadami są wykluczone społecznie. Ostatnio słyszałam o przypadku, kiedy w prywatnej szkole rodzice wypisali swoje dzieci z klasy, do której został zapisany chory na Aspergera chłopiec.

Protest w Zielonej Górze/Fot. Łukasz Dudzic
Przypomnijmy sobie czasy nie tak odległe, kiedy to w Polsce obowiązywało prawo zezwalające na aborcję z wyboru kobiety. Prawo zostało wprowadzone w 1956 roku, czyli w trzy lata po śmierci Stalina, głównego propagatora wytycznych w obszarze prawa do przerywania ciąży, którego polityka wynikała z chęci przejęcia kontroli nad liczbą urodzeń i wprowadzenia takiego sposobu postrzegania kobiety, zgodnie z którym jej celem jest jedynie produkcja i reprodukcja*. Trudno uwierzyć, że zmiany tego represyjnego, stalinowskiego prawa dla kobiet zmieniła właśnie kobieta Maria Jaszczukowa.
Maria Jaszczukowa, z wykształcenia filozofka, należała do Ligii Kobiet i była działaczką ruchu kobiecego w powojennej Polsce. Członkini Stronnictwa Demokratycznego, z ramienia którego była parlamentarzystką w Sejmie PRL. W 1956 roku była posłanką sprawozdawczynią ustawy o warunkach dopuszczalności ciąży.
Podczas swojego wystąpienia popierającego liberalizację przepisów w zakresie prawa do aborcji Maria Jaszczukowa pokazała dane Ministerstwa Zdrowia o liczbie nielegalnych aborcji szacowanych na 300 tysięcy rocznie (z czego 80 tys. kobiet z poważnymi uszkodzeniami narządów rodnych przyjmowały szpitale) i udowodniła, że prawo narażające życie i zdrowie kobiet jest martwe”, „nienormalne” i „niemoralne”. Ta argumentacja była wystarczająca aby prawie jednomyślnie zliberalizować prawo do aborcji.
Czy obecna sytuacja w Polsce, gdzie wykonuje się tysiące aborcji płatnych za granicą a może i kraju, nie jest analogiczna do tej z 1956 roku?
Zatem istniejące prawo jest MARTWE, NIEMORALNE i NIENORMALNE, a hipokryzja PIS-u, który nie dostrzega tzw. turystyki aborcyjnej, jest niewyobrażalna.
Są w Europie przykłady krajów, które w swojej mądrości zdecydowały się na zmianę: Irlandia zmieniła swoje konserwatywne podejście do aborcji właśnie z tych przesłanek stwierdzając, że nie będą eksportować swoich problemów za granicę.
Ograniczenie prawa do aborcji to policzek wymierzony polskim kobietom, którym odebrano konstytucyjne prawo do samostanowienia, które podważa ich mądrość i odpowiedzialność i które prowadzi w dużej ilości przypadków do rozpadu rodzin. Wolność wyboru jest najlepszym wyjściem dla wszystkich; kobiety, które są aborcji przeciwne mogą jej nie wykonywać, ale dlaczego ograniczamy prawa tych, które z przyczyn zdrowotnych, społecznych i innych ważnych, chcą jej dokonać?
PiS nie spodziewał się, że uderzając w kobiety po raz kolejny, otworzy Puszkę Pandory i że wywoła protesty za całość swoich nieudolnych rządów.
Nie zapominajmy, że na dnie puszki jest nadzieja.
Ta nadzieja daje szansę na przyszłość bez PiSu, w demokratycznym kraju, w którym szanuje się prawo, ludzi, różnorodność i otaczający nas świat.
Wychodząc na ulicę właśnie o taką przyszłość dla siebie, naszych dla dzieci i wnuków walczymy.
P.S. Prezydent RP zapowiada nową ustawę antyaborcyjną
————-
• http://soviethistory.msu.edu/1936-2/abolition-of-legal-abortion/
Krystyna Boczkowska. Autorka jest członkinią Zarządu Stowarzyszenia Kongres Kobiet, członkinią Partii Zieloni, doradczynią Fundacji Liderek Biznesu. Do 07. 2019 r. piastowała funkcję prezeski zarządu i reprezentantki grupy Bosch w Polsce. Obecnie jest członkinią Rady Programowej ds. Kobiet oraz Rady Krajowej Partii Zieloni.
Według sondażu przeprowadzonego przez Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS), większość Polaków sprzeciwia się zarówno liberałom jak i skrajnym konserwatystom i optuje za tzw. kompromisem aborcyjnym.
Za dopuszczeniem przerwania ciąży w sytuacji zagrożenia życia matki opowiedziało się 80% Polaków, a w sytuacji zagrożenia jej zdrowia – 71%. Prawie trzy czwarte obywateli Polski uważa, że ciąża powstała w wyniku gwałtu również powinna być dopuszczalna. Nieco ponad połowa zgadza się z opinią, że ciążę powinno się przerwać gdy płód jest uszkodzony.
Trzy czwarte Polaków sprzeciwia się dopuszczeniu aborcji z powodów materialnych, osobistych lub niechęci do posiadania dziecka. Opinie skrajne, to znaczy dopuszczające aborcję na życzenie w każdym momencie rozwoju płodu oraz sprzeciwiające się aborcji należały jednak do rzadkości – popierało je odpowiednio 8% i 6%.
Dodał: Łukasz Markuszewski
Mieć dzieci, kiedy się chce, i nie mieć dzieci, kiedy się nie chce – to w Polsce przywilej. Państwo polskie robi niewiele, aby stał się on prawem dla wszystkich. (więcej…)
To nie jest normalna sytuacja, że kobiety muszą wyjeżdżać ze swojego kraju, żeby skorzystać z usług medycznych. Prawo do decydowania o sobie jest prawem człowieka i państwo ma obowiązek go przestrzegać.
Z WANDĄ NOWICKĄ, przewodniczącą Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny rozmawia Agnieszka Grzybek
(więcej…)