Wielka pisarka science fiction i fantasy, Ursula K. Le Guin powiedziała nie tak bardzo dawno temu, że ludzie będą niedługo bardzo potrzebować pisarzy, bo oni umieją ukazać im inne możliwe systemy społeczne. Jak wiele spośród jej wypowiedzi, były to słowa głębokiej mądrości.
Niektórzy spośród moich Czytelniczek i Czytelników – podobnie jak ja – pamiętają, jak ważne jest mieć alternatywę. To właśnie dlatego późny system państwowego komunizmu tak zaciekle walczył z pragnieniami swoich obywateli, by podróżować, by odwiedzać inne kraje, zwłaszcza kraje tak zwanego Zachodu. Owszem, w początkowych latach chodziło (też) o powstrzymanie rzadkiej i cennej siły roboczej przed opuszczeniem Bloku Wschodniego, bo zabrakłoby rąk do pracy po wyniszczającej wojnie. Ale ta późniejsza zaciekłość w uszczelnianiu granic, w utrudnianiu swoim obywatelom podróżowania, przykrości, jakie spotykały tych, którzy mieli rodzinę za granicą i chcieli się z nią swobodnie porozumiewać – to wszystko nie daje się wytłumaczyć wyłącznie dbałością o zatrzymanie na miejscu siły roboczej. Towarzyszyło tym działaniom blokowanie dostępu do zachodnich mediów i kontaktów, zagłuszanie rozgłośni zagranicznych i ciągły strumień propagandy przedstawiający (ówczesny, często bardzo postępowy) Zachód jako siedlisko zgrozy i rozpaczy. Warto też zauważyć, że niektóre kraje, takie jak Polska i Węgry, rozkwitały w latach 70., gdy rozwijały się gospodarczo i kulturalnie i jednocześnie prowadziły całkiem zliberalizowaną politykę kontaktu z Zachodem. Działo się tak mimo, że właśnie wtedy potrzebowały wykształconych pracowników bardziej, niż w okresach zastoju. Jednak liberalizacja życia w tych krajach sprawiała, że władza mniej bała się tego, że ludzie będą świadomi istnienia alternatywy. I vice versa, świadomość alternatywy powodowała, że ludzie w tym okresie byli bardziej twórczy i bardziej optymistyczni, przynajmniej jeśli wierzyć szefom, z którymi na początku lat 90. prowadziłam badania etnograficzne dotyczące zarządzania w różnych polskich „epokach” przed i po-transformacyjnych.
Neoliberalizm rozpoczął się od znanej, wielkiej deklaracji jednej z jego papieżyc, brytyjskiej premierki Margaret Thatcher: there is no alternative. Powiedzonko to stało się potem neoliberalną doktryną, znaną jako TINA. Jest to jedna z centralnych strategii zarządzania tego systemu, niezwykle dlań ważna na wszystkich poziomach – od państwa do zakładu pracy. To ona definiuje i ogranicza nam świat, gdy słyszymy, że tego czy owego nie da się zrobić, że czegoś nie da się uniknąć, że do czegoś tam trzeba się dostosować. Bo – co? Bo „nie ma alternatywy” formułowane na różne sposoby: wyginiemy jak dinozaury, to przyszłość, inne rozwiązania to „komunis”, itd. Wmawia się nam, że trzeba obniżać stopę życiową i tak biednych już pracowników „bo inflacja” (mimo że nie jest to inflacja cenowo-płacowa), że nie da się włączać obywateli w zarządzanie instytucjami publicznymi na różnych poziomach (ale dlaczego?? Istnieje nawet poręczna technologia, której można do tego użyć równie skutecznie jak do wstukiwania recenzji restauracji w Google), że nie ma środków (tak? a co gromadzą w zawrotnym tempie najbogatsi i instytucje finansowe?), że nie da się kontrolować władzy (jak to? Czy nie jest przypadkiem tak że obywatele i pracownicy są non stop kontrolowani i monitorowani?) i inne, podobne pseudoprawdy. Do tego likwiduje się odgórnie wszystko, co odstaje, nawet jeśli jest to malutkie, cichutkie i z nikim nie konkuruje. Co komu przeszkadzał jakiś mały nieźle na siebie pracujący instytut naukowy z działającym systemem demokratycznej kolegialności, czy miła kawiarnia dla zwykłych ludzi, która wywiązywała się ze wszystkich finansowych zobowiązań? Takich przykładów odmiennych miejsc, gdzie było nam dobrze i które bez sensu i bez powodu zostały zlikwidowane (nieprawda, że tylko w Polsce tak się dzieje) każda i każdy z nas zapewne może podać co najmniej kilka. Wyłamanie się to wyjątek i do związku z tym alternatywa, a więc podważenie dogmatu, że alternatywa nie istnieje. Gdzie nie spojrzeć, tam jest tak samo. Co najwyżej gorzej, albo dużo gorzej. Tak jakby calusieńki świat otoczony był wielkim Berlińskim Murem. A za murem – nicość. Hic sunt dinozaury, które wyginęły i „komunis” – apage, apage.
To o tej właśnie sytuacji mówiła Le Guin w swojej wypowiedzi dotyczącej pisarzy. Oni jednym dotknięciem czynią dziurę w tym murze – nie tyle pokazując inne fizyczne przestrzenie, kraje, miejsca, co inne czasy i inne wizje. Oni opisują, jak było, ale nie na zasadzie prostych dominujących niby-historycznych opowiastek, które są tak przyprawione ideologią, jak niegdyś ględy aparatczyków o bezwzględnej zachodniej mizerii. Polityka historyczna partii prawicowych pełni obecnie taką rolę. A patie (neo-)liberalne i „lewicowe” ze swojej strony opowiadają analogicznie ideologiczne bajki o przyszłości, gdzie nie będzie miejsca na takiego to twórcę (bo drań), albo na takie sformułowania (bo brzydkie i triggerują). Ich przyszłość jest swego rodzaju projekcją teraźniejszości, podobnie jak przeszłość prawicowców.
Pisarze tacy jak Le Guin opowiadają o innych możliwościach, o alternatywnych przyszłościach z przeszłości, o przeszłościach poza głównym nurtem, o marzeniach, które były tak bardzo żywe, że przygotowany z nich zaczyn może poruszyć cały teraźniejszy system. Trochę podobnie jak w Nowym Testamencie chrześcijan. Rzadko się o tym mówi instytucjonalnie, ex cathedra, bo taki zaczyn jest zdolny do tego, żeby całkowicie rozbić struktury władzy, bogactwa, odwrócić procesy konsolidacji. Bo wcale nie musi być tak jak jest i wcale nie musimy powtarzać tych bzdur. Żeby użyć drastycznego przykładu, nie było prawdą, że uwięzieni przez hitlerowców w gettach Żydzi-Polacy musieli być skazani na nędzę i że obiektywnie brakowało środków. Środki były – ale celowo gromadzone były w rękach agresorów, którzy pilnie strzegli dostępu do nich.
Nie wiem czy czytaliście Państwo historię Slavenki Drakulić o papierze toaletowym. W latach 50. w Jugosławii dostępny był na rynku bardzo rudymentarny i niemiły w użyciu papier toaletowy marki Golub. Potem przyszły lepsze czasy i pojawiały się coraz bardziej miękkie i estetyczne papiery. Wtem, w połowie lat 80., golub znów powrócił na półki sklepowe. Drakulić pisze, że widząc to ludzie zaczęli mówić: koniec jest bliski.
Rozmawiałam niedawno z koleżanką Węgierką mieszkającą od kilku dziesięcioleci w Wielkiej Brytanii. Jest jedną z niewielu osób, które mają stabilne stanowiska pracy na brytyjskiej uczelni. Jednak mówiła, jak bardzo trudno jest teraz pracować – porażająca biurokracja, obciążenie koszmarnymi i bezsensownymi zadaniami, kołowrotek na stanowiskach zarządczych…
To jej się kojarzy.
Opowiadała, jak ostatnio nie może iść do jednego sklepu po całe zakupy. Musi ganiać po całym mieście w poszukiwaniu produktów spożywczych. Tu warzywa, tu makaron, tu wędliny. Nie dlatego, że ma jakieś szczególne wymagania, tylko dlatego, że zaopatrzenie szwankuje. Znaczna część tych produktów jest byle jaka, ale człowiek się cieszy, że rzucili.
To jej się kojarzy.
Tymczasem we Francji kolejny miesiąc strajków i zamieszek ulicznych, jak podają polskie media – „o drobiazgi”, bo przecież nie mają wcale źle ci Francuzi, trzeba zmodernizować itd.
To mi się kojarzy.
Moja węgiersko-brytyjska koleżanka mówiła, że większość ludzi nie zna niczego innego. Myślą więc, że tak już musi być. Próbują się dostosować do trendu, antycypując najgorsze. Zaczynają się zachowywać w miejscu pracy coraz gorzej, choć to nadal ci sami ludzie – nie zmienili się nagle w potwory. To już nie klapki na oczach, ale jakby zastępy Mr. Hyde’ów, przychodzących do pracy zamiast miłych doktorów Jekyllów. Dobrzy ludzie z dnia na dzień zmieniają się w niegodziwców, choć dla swoich bliskich w domu znów stają się dobrymi ludźmi.
Ona – Węgierka i ja – Polka, takie goluby już gdzieś widziałyśmy. Wymieniłyśmy znaczące spojrzenia. Nie musimy przewidywać, że trzeba koniecznie się spotworyzować. Wiemy, że można inaczej.
Odpuścić, oszczędzać energię.
Iść na demonstrację w dniu Święta Pracy. A potem wziąć w garść książkę, iść do parku, zdjąć buty. Stanąć pod drzewem, boso na trawie.
_Boso_
I nagle stało się zupełnie cicho,
odetchnęło niebo, asfalt, gniazda wróbli.
I dało się słyszeć coś, co zawsze było,
ale nie słyszeliśmy, Chyba że
bosą stopą w trawie.
(Warszawa, 2020)
Dziękuję Jaremie Piekutowskiemu za cenne rady redakcyjne
Aleksandra Jasińska-Kania i Zygmunt Bauman, Sławomir Broniarz, Iwona Borchulska, Dariusz Zalega, Krzysztof Nawratek – z okazji Święta Pracy specjalnie dla „Zielonych Wiadomości”. (więcej…)
Kiedy nowoczesność jeszcze się ustalała, a my byliśmy młodzi dwudziestoletni, obchodziliśmy dzień 1 Maja jako Święto Pracy, której przeważnie było więcej niż ludzi zdolnych do jej wykonania. Zbieraliśmy się tłumnie i łączyli w pochodach maszerujących ulicami, dążąc do zmiany świata i wyzwolenia pracy.
Dziś, kiedy nowoczesność przeszła w stan płynności, a świat zmienia się z zawrotną szybkością i młodzi dwudziestoletni z trudem mogą dostać pracę odpowiednią, łączymy się z nimi już coraz rzadziej w pochodach ulicznych, a częściej w rozważaniach, debatach i pracach nad tym, jak możemy na te zmiany wpływać i w jakim kierunku powinny one postępować w Polsce, w Europie i na całej planecie Ziemia.
Nasi Zieloni wydali niedawno książeczkę pod tytułem „Gra o Europę”, z której to wynikało ponad wszelką wątpliwość, że gra o Europę toczy się, bez względu na to czy grający zdają sobie z tego sprawę, poprzez naszą grę w Europę… A w tę grę w Europę wszyscy, i to od wielu lat, gramy. No i to z owej mądrej książeczki wynikało, że wygrana zależeć będzie i tym razem, jak to już na górze napisane, od tego, jak w tę grę grać będziemy.
Gdyby wieszcz nasz Słowacki dzisiejszych dni dożył, może by i odmienił nieco adres swojej przygany krzykaczom – i skierowałby do krzyczących „Europa!” przesłanie, jakie wcześniej wystosował do tych, co to szli krzycząc „Polska!”:
Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka,
Spojrzał na te krzyczące i zapytał: „Jaka?”
A ostrojęzyczny autor „Zielonej Gęsi” Konstanty Ildefons Gałczyński pewnie by dodał, dla naszego oprzytomnienia:
Chcieliście Polski?! (i Europy?) No to ją macie.
Skumbrie w tomacie…
Jeśli (a i nie bez kozery) dopatrujemy się w Europie tej czy owej niedogodności, to na nikogo poza sobą zwalać winy nam nie wypada, jeśli własnej przytem nie uznamy: samiśmy pomagali robić Europę taką, jaką jest. A i samiśmy odpowiedzialni za to, jaką ją obecne nasze poczynania uczynią.
Co światli nasi wizjonerzy o winie za stan Polski i o odpowiedzialności za jego naprawę orzekli, odnosi się dziś w tymże stopniu do Europy. Ba, także i do współzamieszkiwanej przez nas Planety „Ziemią” zwanej. Bo zależności wzajemne Ziemian tak gęsto i ściśle już nasze losy powiązały, że najbardziej nawet krótkowzroczni z sobków i zadufków ich rozluźnić nie zdołają – o odseparowaniu już nie wspominając. To już przesądzone, że taką planetę dla siebie i potomków naszych wypracujemy, jaką praca nasza ją uczyni.
O tym to w dzień Święta Pracy, i w każdym dniu między dorocznymi jego obchodami, wypada nam pamiętać.
Byłem przez kilka dni w Warszawie. Gdy 10 kwietnia rano jechałem na dworzec taksówką, pan taksówkarz nie uraczył mnie rantem na temat Smoleńska, lecz wdaliśmy się w przyjemną pogawędkę o wyższości państwa socjalnego (które tworzy) nad państwem liberalnym (które rozprzedaje). Jest nadzieja.
Ale ta nadzieja jest głęboko ukryta. Na powierzchni, w polskich mediach i polityce trwa właśnie ekstatyczny żal po śmierci Margaret Thatcher (tu znów widać, jak Polacy uwielbiają celebrować śmierć). W internecie mnóstwo doniesień o tym, że „Jaruzelski jej nie cierpiał”, podczas gdy jej ciepłe słowa o Solidarności pojawiły się pod koniec lat 80. i były czystą pokazówką. Co naprawdę myślała o związkach zawodowych i o działaczach na rzecz wolności i praw człowieka, widać nie tylko w jej stosunku do związków zawodowych w Wielkiej Brytanii, nie tylko w niechęci do Nelsona Mandeli i sympatii do Pinocheta – Polaków generalnie guzik obchodzi, co się dzieje poza Polską – widać to w jej stosunku do Solidarności w r. 1981 oraz do gen. Jaruzelskiego.
Zabawne jest, gdy radykalni antykomuniści, ludzie, którzy wychwalają ruch Solidarności i czują się jego spadkobiercami, którzy manifestują pod domem Jaruzelskiego, dziś padają na twarz przed (zmarłą) kobietą, która mówiła o gen. Jaruzelskim per „patriota” i bliżej jej było do tych, którzy wprowadzili stan wojenny niż do Solidarności, która „mogłaby wymknąć się spod kontroli”.
Polska prawica okazuje się (hmm… staram się wciąż wierzyć ludziom) intelektualnie jałowa i politycznie cyniczna. A może to niemal cała polska klasa polityczna nadaje się do wymiany? Jeśli tak i jeśli nie bardzo widać, kto mógłby ją zastąpić, pozostaje jedynie totalna przebudowa systemu politycznego, jego radykalna demokratyzacja. Obywatelska rewolucja?
Polscy pracownicy nie potrzebują „więcej Europy”, tylko zupełnie innej Europy. Każdy widzi, że obecny model Unii Europejskiej oznacza faktyczny dyktat świata finansów i biznesu, przerzucanie kolejnych kosztów kryzysu na społeczeństwa, tworzenie technokratycznej superstruktury, w której to bogaci lobbyści mają więcej do powiedzenia od zwykłych obywateli.
Podobny proces obserwujemy zresztą w skali każdego kraju. Jednak w obliczu dyktatury międzynarodowych koncernów, prób wygrywania przeciwko sobie pracowników różnych państw, możliwa jest – a przede wszystkim potrzebna – inna Europa: równająca w górę prawa socjalne, wspierająca tworzenie pełnowartościowych miejsc pracy, prowadząca aktywną politykę gospodarczą.
Unia Europejska w wersji neoliberalnej, jaką fundują nam liberalni technokraci, faktycznie kopie grób dla idei wspólnej Europy. Jeżeli wspólna Europa będzie dalej kojarzona z odbieraniem kolejnych praw socjalnych i demokratycznych, z dyktatem wielkiego biznesu, to ostatecznie do głosu dojdą – i już dochodzą – tendencje antyeuropejskie, nacjonalistyczne i ksenofobiczne. Albo Europa będzie socjalna i demokratyczna, albo nie będzie jej wcale.
Szanowni Państwo,
Święto pracy to również święto nauczycieli, których interesy mam zaszczyt reprezentować jako prezes ZNP. Od kilku lat grupa zawodowa nauczycieli jest atakowana przez silne lobby samorządowe z powodu Karty Nauczyciela, ustawy która określa prawa i obowiązki tej grupy.
Próbuje się wmówić społeczeństwu, że to nie koszty funkcjonowania samorządów – nietrafione inwestycje, zarobki włodarzy gmin różnego szczebla równe wynagrodzeniom Prezydenta i Premiera Państwa, przerost zatrudnienia w administracji, liczby błędów urzędniczych i odszkodowań za te błędy obarczają gminną kasę, ale właśnie Karta Nauczyciela i wynagrodzenia nauczycieli. Biedne to państwo, którego budżet mają ratować pensje nauczycieli.
Posiłkując się tym fałszywym argumentem demontuje się system oświaty. Masowo likwiduje się szkoły publiczne prowadzone przez samorządy, bądź przekazuje się z naruszeniem prawa spółkom komunalnym zajmującym się m.in. wywozem śmieci. Problem likwidacji szkół szczególnie dotyka obszarów wiejskich. Liczba szkół podstawowych na tych terenach w ciągu ostatnich 6 lat zmniejszyła się o 1300. Kolejnych kilkaset szkół przewidziane jest do likwidacji w tym roku.
Związek Nauczycielstwa Polskiego broni i będzie bronił dobrej, publicznej, powszechnej, bezpłatnej i dostępnej edukacji dla wszystkich, niezależnie od pochodzenia i statusu materialnego. Działając w obronie szkół, egzekwujemy od organów nadzoru prawnego wojewodów badanie legalności podejmowanych przez samorządy uchwał w sprawie likwidacji szkół. Informujemy o złamaniu prawa przez samorządy prokuratorów oraz Najwyższą Izbę Kontroli. Kierujemy wnioski do Trybunału Konstytucyjnego, m.in. o zbadanie konstytucyjności rozwiązania polegającego na tym, że podmioty prywatne prowadzą szkoły publiczne. Udzielamy pomocy prawnej nauczycielom i rodzicom w formułowaniu skarg do sądów wojewódzkich na uchwały w sprawie likwidacji szkół i placówek. Mamy nadzieję, że ostatni wyrok NSA mówiący o tym, że przekazywanie szkół spółkom komunalnym jest złamaniem prawa, położy kres dalszej komercjalizacji oświaty.
Jakkolwiek patetycznie by to brzmiało – edukacja nie jest tylko problemem nauczycieli i uczniów lub związków zawodowych działających w oświacie. Edukacja jest dobrem narodowym, którego nie można sprowadzać do roli towaru. Bo za skutki urynkowienia i komercjalizacji zapłacimy wszyscy – uczniowie, rodzice i nauczyciele. Dziękuję za to, że w wielu miejscach w Polsce działamy razem w obronie naszych szkół i placówek oświatowych.
Nowoczesna edukacja nie jest możliwa bez gwarancji statusu zawodowego nauczyciela, zapewniającego odpowiedni poziom wykształcenia, zobowiązującego do stałego rozwoju zawodowego, gwarantującego stabilizację w zawodzie. Wbrew nieprzychylnym nam opiniom, nauczyciele dobrze realizują swoje zadania, potwierdzają to coraz wyższe wyniki jakie osiągają polscy uczniowie w międzynarodowych badaniach umiejętności. Zawód nauczyciela jest zawodem o szczególnej randze społecznej. Samorządy próbując zrobić z nas zakładników nie chcą o tym pamiętać.
Na koniec chciałbym zaapelować do Państwa o poparcie dla reformy obniżenia obowiązku szkolnego. Od 2008 r. Związek zgłasza obywatelskie inicjatywy ustawodawcze dotyczące dostępu do przedszkoli, finansowania wychowania przedszkolnego z budżetu państwa oraz wcześniejszego rozpoczynania edukacji szkolnej. Rozpoczynanie edukacji w szkole przez sześciolatki powinno również pozytywnie wpłynąć na utrzymanie szkół i zatrudnienie wśród nauczycieli. Nie jest to jednak jedyny powód, dla którego ZNP opowiada się za tym rozwiązaniem. Obniżenie wieku obowiązku szkolnego sprzyjać będzie też wyrównywaniu możliwości rozwojowych dzieci pochodzących z różnych środowisk społecznych. Podjęcie nauki przez 6 latki w szkole pozwoli na objęcie większej liczby dzieci 3-, 4- i 5-letnich wychowaniem przedszkolnym i umożliwi młodym matkom podjęcie pracy. Dodatkowo subwencja na 6-letnich uczniów wspomoże finansowo samorządy. Jesteśmy przekonani ,że polskie 6 latki nie gorzej niż ich europejscy koledzy są przygotowani do nauki szkolnej. To, o co musimy zadbać wspólnie, to aby szkoły w 2014 r. były dobrze przygotowane na ich przyjęcie.
Z wyrazami szacunku i życzeniami pomyślności
Sławomir Broniarz
Prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego
Szanowni Państwo,
W poczuciu odpowiedzialności za teraźniejszość i przyszłość społeczeństwa polskiego zwracamy się z apelem o podejmowanie wspólnych działań na rzecz naszego wspólnego bezpieczeństwa zdrowotnego – bo wszyscy jesteśmy pacjentami.
Żyjemy w społeczeństwie coraz bardziej zatomizowanym, gdzie więzi społeczne i rodzinne ulegają stopniowo rozluźnieniu. Nasza przyszłość w zdrowiu i podczas wciąż wydłużającej się starości zależy od pomocy innych.
Organizacja służby zdrowia, kompetentny personel medyczny, nowoczesny sprzęt i wyposażenie placówek służby zdrowia to już teraz nie jest problem polityków i przedstawicieli zawodów medycznych. Zdrowie i poczucie bezpieczeństwa to problem nas wszystkich.
Dlatego wzywamy Polki i Polaków do wspólnych działań na rzecz poprawy sytuacji w ochronie zdrowia. Stwórzmy spójny bezpieczny system, gdzie każdy w chwili zagrożenia zdrowia czy życia uzyska szybko kompetentną pomoc, gdzie nie będzie bezradnych matek poszukujących ratunku dla swoich chorych dzieci, gdzie każdy, a przede wszystkim najsłabszy pacjent w podeszłym wieku spotka się z empatią i uzyska pomoc i ratunek.
To zależy wyłącznie od nas wszystkich. System kształcenia pielęgniarek i położnych, sposób finansowania służby zdrowia, organizacja udzielania pomocy medycznej to tysiące decyzji polityków i pracowników ochrony zdrowia. Polityków wybieramy wszyscy, wpływ na ich decyzje mamy nie tylko w czasie wyborów. Żądajmy i egzekwujmy systemowych rozwiązań i logicznych decyzji dla dobra nas wszystkich.
Zdrowie i bezpieczeństwo zdrowotne jest naszym prawem, musimy je konsekwentnie egzekwować!
Iwona Borchulska
Przewodnicząca Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych