Tylko do 23 grudnia trwają konsultacje społeczne planów urządzania lasu (PUL) dla nadleśnictw Supraśl i Czarna Białostocka – dokumentów, które zdecydują o przyszłości północnej i środkowej części Puszczy Knyszyńskiej aż do 2035 roku. Plany określają w praktyce, gdzie wolno ciąć i ile wolno wyciąć, czyli co zniknie z krajobrazu na całe dekady lub na zawsze. Jeśli dziś zapadną nieprzemyślane decyzje, ich skutki będą nieodwracalne w skali naszego życia.
Oba nadleśnictwa obejmują jedne z najcenniejszych przyrodniczo fragmentów Puszczy Knyszyńskiej. Jej lasy to mozaika, wśród tych o charakterze plantacyjnym wciąż trwa archipelag lasu starego. Często układów o spontanicznej genezie, z drzewami, które nie były sadzone ludzką ręką albo gdzie wiele lat temu zarzucono poważniejsze interwencje. W sumie to tysiące hektarów mniejszych i większych wysp, na których zdołały przetrwać gatunki związane z sędziwymi drzewami, martwym drewnem i stabilnym mikroklimatem. Tylko niewielka część wysp jest chroniona w rezerwatach przyrody – reszta objęta jest standardową gospodarką. Traktowane są jak banalne powierzchnie produkcyjne. Pozostają ostojami puszczańskiej różnorodności, a mają zostać wycięte i zamienione w uprawy.
Projekty obu PUL-i proponują likwidację części lasów o wyjątkowych walorach, także estetycznych. Aby ułatwić to zadanie, plany systemowo zaniżają wartość przyrodniczą archipelagu, m.in. pomijają obecność wielu gatunków chronionych i ginących.
Możesz wziąć udział w tych konsultacjach i pomóc zachować cenne puszczańskie skrawki. Konsultacje trwają w nadleśnictwie tylko 21 dni, a oba dokumenty mają po kilkaset stron, są pisane leśniczym żargonem i pełne specjalistycznych skrótów. Dla przeciętnej obywatelki/obywatela udział w konsultacjach jest więc bardzo trudny. Przygotowaliśmy jednak strony ułatwiającą udział w konsultacjach. Zebraliśmy postulaty przygotowane przez ekspertkę przyrodniczą oraz mieszkańców regionu, które można wykorzystać jako inspirację lub wzór dla własnego wniosku. Dzięki temu nawet osoba bez specjalistycznej wiedzy leśnej może szybko przygotować swoje uwagi — wystarczy wybrać postulaty, które jej zdaniem są ważne, lub sformułować własne, i przesłać je mailem do Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Białymstoku na adres rdlp@bialystok.lasy.gov.pl.
Strony znajdziesz tutaj:
Supraśl – Lasy i Obywatele
Czarna Białostocka – Lasy i Obywatele
Linki do całości dokumentacji projektów PUL są TU (Supraśl) i TU (Czarna Białostocka).
Moment jest przełomowy, bo rozstrzyga się, ile puszczy zostanie w Puszczy Knyszyńskiej. A to nie tylko ostoja przyrody o znaczeniu krajowym i europejskim, ale także pierwsze źródło wody dla Białegostoku i zaplecze rekreacyjne regionu, coraz intensywniej odkrywane przez turystów.
Każda uwaga ma znaczenie: nie trzeba być ekspertką czy ekspertem, by domagać się ochrony starych lasów, rzetelnych badań i poszanowania wartości, które nie mieszczą się w tabelach pozyskania drewna.
Transformacja Turowa przypomina trochę dramat – mamy aktorów na scenie, ale nie ma scenariusza. Nic nie jest pewne poza tym, że historia cały czas się zapętla. Od jakiegoś czasu do gry wchodzi samorząd i poszukuje wsparcia dla budowy własnej ciepłowni, aby uniezależnić się od Turowa. Bogatynia jest tym regionem, który czeka dekarbonizacja, i dowodem na to, że odejście od węgla to dopiero początek wieloletniego procesu.
Porównanie transformacji Turowa do sztuki teatralnej może się wydawać nie na miejscu, ale mamy tu kilka analogii. Elektrownia i kopalnia Turów od lat pełnią funkcję nie tylko elementu systemu energetycznego kraju. To nie jest zwykła elektrownia należąca do PGE jak Opole czy Bełchatów. Ta właśnie elektrownia i kopalnia w Bogatyni stały się zarzewiem konfliktu międzynarodowego w 2021 r. To miasto na trójstyku granic stało się bastionem wyborczym w 2023 r. Wypowiedzi dotyczące Turowa kosztowały stanowiska dwóch prezesów PGE. Kiedy inne regiony, np. Wielkopolska, a nawet kompleksy energetyczne należące do tego samego koncernu PGE już dawno są na ścieżce transformacji, a nawet dostały wsparcie z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji UE, region Turowa mierzy się z ogromną niepewnością.
W czerwcu 2025 r. podczas sesji nadzwyczajnej Rady Miejskiej burmistrz Bogatyni odczytał odpowiedź na apel o zapewnienie pracy kompleksu Turów do 2044 r. Jak stwierdził: „Mimo że są różne głosy, to już mamy zapewnienie na piśmie”. PGE zaczęło się wycofywać z wcześniej ogłoszonego planu, a na pytania własnych akcjonariuszy na temat transformacji Turowa PGE odpowiedziało: „Obecnie nie ma szczegółowego planu komunikacji harmonogramu transformacji kompleksu Turów, w tym w szczególności dat ewentualnych wyłączeń poszczególnych bloków w elektrowni Turów”.
Dzisiaj włodarze mówią o zerwanym kontakcie z koncernem, a związki zawodowe przedstawiają PGE jako potwora, który celowo niszczy Turów, aby mieć wymówkę dla wcześniejszego zamknięcia.
Mieć ciastko i zjeść ciastko
Niejedna fabuła filmu czy sztuki teatralnej została zbudowana na myśleniu życzeniowym. Kilka dni po tym, jak burmistrz Bogatyni ogłosił, że „ma na piśmie” zapewnienie pracy Turowa do 2044 r., pojawił się w towarzystwie innych regionów „wykluczonych” z funduszu sprawiedliwej transformacji na scenie domu kultury w Koninie, gdzie odbywał się „Doroczny dialog”, czyli konferencja regionów europejskich objętych Funduszem Sprawiedliwej Transformacji. Wtedy odczytano list z prośbą o wsparcie dla transformacji z pieniędzy pochodzących m.in. z opłat za uprawnienia do emisji gazów cieplarnianych. Chwilę potem koncern PGE także skierował list do Komisji Europejskiej, ale z prośbą o zmniejszenie wpływu środków w ramach systemu UE ETS.
PGE chce rewizji unijnej dyrektywy oraz możliwości wyłączenia elektrowni konwencjonalnych z konieczności zakupu uprawnień EU ETS. Innymi słowy – regiony zależne od PGE chcą wsparcia z EU ETS, ale jednocześnie PGE nie zamierza partycypować w kosztach. Władze regionu od lat były lojalne wobec PGE, ale czas odgrywania pozorów chyba już się kończy. Nawiązanie do teatralnego dramatu ma jeszcze ten punkt wspólny – w Bogatyni nie dość, że nie ma scenariusza transformacji, to kolejne wyroki sądów odnośnie do koncesji na wydobycie przypominają język Pytii.
Z jednej strony podkreśla się, że czas zaplanować transformację, z drugiej – nikt oficjalnie nie ogłosił, do kiedy potrwa wydobycie i spalanie węgla. Nikt też nie chce przyznać, że chaos może mieć związek ze zbyt optymistycznym planowaniem pracy kopalni do 2044 r. Powodem szybszego zamknięcia ma być zła wola Niemców, Czechów czy Unii Europejskiej.
Między bogactwem a biedą
Mimo starań o dekarbonizację ciepłowni trudno powiedzieć, że w regionie występuje scenariusz transformacji. Nie dziwi, że samorząd próbuje zorganizować na przyszłość strategiczne usługi dla miasta. Ale w regionie wyzwań jest zdecydowanie więcej. Są to niestety typowe dla monokultur przemysłowych miejsca wykluczenia, biedy i zapomnienia. Bogatynia czy Bełchatów wielu kojarzą się z najbogatszymi miastami w Polsce, ale prawda jest bardziej skomplikowana. Tomasz Rakowski w książce Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy nawiązuje do badań dotyczących Bełchatowa, ale można je odnieść także do sytuacji Bogatyni i okolic. Autor obserwuje, że ogromny zakład tworzy poczucie równowagi, ale też nierówności; w regionie przenikają się wątki bogactwa i biedy.
Nawet sama przestrzeń jest albo nowoczesna, zorganizowana, albo mamy miejsca, które budzą skojarzenia wręcz z Trzecim Światem. Z jednej strony mamy bogatą gminę, dopłaty, górników i ich rodziny, którzy zarabiają bardzo dobrze, transport publiczny dla pracowników, dodatki, a zaraz obok miejscowości liminalne, pominięte.
Podobnie jest koło Bogatyni. Widać podupadające wsie, walące się zabytki, brak transportu publicznego, narkotyki, miejsca biedy i wyuczonej bezradności – Bogatynia należy do rekordzistów, jeśli chodzi o pomoc społeczną. Tylko skąd będą na nią pieniądze, kiedy PGE przestanie być największym płatnikiem do budżetu miasta? To społeczne uwiązanie nie jest jak na razie priorytetowym przedmiotem troski samorządu.
Nawet jeżeli Bogatyni uda się ocalić szpital czy zapewnić tanio energię cieplną, to wciąż pozostaje sporo miejsc zupełnie wykluczonych, a najbardziej jaskrawym przykładem jest Opolno-Zdrój. Poczucie zawieszenia umacnia samo położenie wsi – znajduje się ona tuż przy wyrobisku, można powiedzieć, że leży nad krawędzią. Ludzie od lat czekają tam na wiadomość, dokąd sięgnie granica kopalni. Docierają jakieś informacje, ale te sprowadzają się do plotek, zapewnień, obietnic. Podobnie jak pacjenci w szpitalach, ludzie pozbawieni są sprawstwa, traktowani są przedmiotowo, mają cierpliwie czekać na wyburzenie i przesiedlenie. Do części domów nie poprowadzono kanalizacji, nie podłączono ich do internetu, ale nikt się nie buntuje.
Kobieca wizja transformacji
W obliczu skali niepewności do głosu próbują dojść kolejni aktorzy. W tym samym czasie, kiedy w Koninie władze regionów „wykluczonych” apelowały o środki unijne na transformację, list, tym razem do premiera Tuska, napisały kobiety z regionu. Wskazywały one na inne problemy niż samorządowcy – widzą, że brak odwagi, aby mówić o transformacji szeroko i długofalowo już teraz odbija się na ogólnej kondycji społeczeństwa, które jest coraz bardziej zdezorientowane. Ludzie, szczególnie młodzi, nie wiedzą, co ich czeka. Co więcej, sygnatariuszki listu widzą, że wsparciem powinny być objęte nie tylko Bogatynia i powiat zgorzelecki, ale także cały subregion Jeleniej Góry. Co ciekawe, w miejscach takich jak Pieńsk czy nawet Bogatynia od lat likwidowano przemysł tkacki czy huty szkła, gdzie pracowały głównie kobiety, ale nigdy nie spotkało się to z taką atencją, jak przemysł energetyczny. Jak do tej pory samorządowcy i kobiety pod auspicjami Dolnośląskiego Kongresu Kobiet się nie spotkali.
Po liście do premiera sygnatariuszki otrzymały odpowiedź, że w skierowanym przez nie piśmie jest wiele „nieścisłości” i „wymaga ono poprawy”. Być może te nieścisłości to fakt, że kobiety obawiają się bezczynności władz samorządowych właśnie w kwestiach społecznych. Ludzie od lat nie mieli szansy rozmawiać o transformacji na spokojnie, była ona konotowana ze stratami, ale co gorsza – przedstawiana jako atak na Polskę. Sam Turów zaczął wręcz tę Polskę symbolizować. W roku 2023 minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro powiedział, że „niemieckie landy dążą do likwidacji kopalni i elektrowni Turów”.
Ówczesny wicepremier mówił z kolei, że „Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie realizuje obce interesy”. O ile kobiety w liście przyjmują politykę klimatyczną za fakt, o tyle władze centralne i samorządowe dotychczas liczyły na to, że jej ustalenia przestają obowiązywać i jest ona wynikiem obcych interesów. Prezydent elekt już kilka dni po wyborach ogłosił, że Polska ma mieć własny węgiel, a Zielony Ład trzeba odrzucić. Dramatyzmu tej sytuacji dodaje położenie geograficzne Bogatyni i Turowa. Sądzę, że granica w turowskim dramacie gra osobną rolę.
Obrona Turowa przed obcymi siłami
Kopalnia Turów znajduje się w Polsce, ale geograficznie worek turoszowski jest regionem niejako wciśniętym w terytorium Czech i Niemiec. Ponieważ negatywne skutki działania kopalni odczuwane są głównie tam, a nie w Polsce, od lat daje to poczucie, że wymóg transformacji jest narzucony z zewnątrz i wynika z powodów politycznych, a nie globalnych megatrendów.
W przypadku np. odkrywek w Wielkopolsce negatywne skutki ponosi rodzima branża turystyczna ze względu na opadanie wody w jeziorach czy rolnicy, którym wysychają pola. W Bogatyni uwagi kierowane są w zasadzie z zewnątrz, co budzi skojarzenia, że Niemcy i Czesi chcą pozbyć się konkurencji – bo u nich przecież węgiel brunatny też jest wydobywany. Ba, od lat nośna jest wizja, że Czesi i Niemcy chcą zamknąć kopalnię Turów, aby wozić do elektrowni swój węgiel brunatny. Mimo bliskości granic i faktu, że spora część mieszkańców pracuje w Czechach czy w Republice Federalnej Niemiec, to nastroje są dość ambiwalentne. Wykorzystuje to chętnie PiS, a jeszcze niedawno także Ruch Obrony Granic Roberta Bąkiewicza. Co prawda część mieszkańców Bogatyni przegnała ostatnio manifestację ROG, ale kilka dni wcześniej władze samorządowe wraz z byłym premierem M. Morawieckim oraz członkami ROG odwiedzali patrole obrońców granic na trójstyku. Wydarzenie to komentowała potem telewizja Republika, która, co ciekawe, wspomniała list kobiet do premiera i stwierdziła, że „sprawie trzeba się przyjrzeć”. Co gorsza, nawet obecny rząd nie ma odwagi zająć się tematem, ponieważ w Turowie od dawna nie chodzi już tylko o transformację energetyczną.
Turów stał się symbolem Polski, którą targają obce siły. Nie widać, aby ktoś z polityków czy nawet władz lokalnych miał odwagę przeciąć ten węzeł gordyjski. Dziwię się jednak, że nie powstał jeszcze film fabularny czy sztuka teatralna, w których bez tragizmu bądź melancholii poruszono by przyszłość tego regionu. Emocje na pewno nie znikną z tej dyskusji, ale oprócz lęków, oskarżeń i smutku jest też w tym wszystkim sporo materiału na dobrą komedię, a ta potrafi czasem zdziałać więcej niż patetyczne przemowy.

Sytuacja energetyczna Polek i Polaków wymaga zdecydowanych, oddolnych działań. W dobie światowych konfliktów zbrojnych, zwłaszcza za naszą wschodnią granicą, a także ze względu na kryzys klimatyczny energetyka powinna być zdecentralizowana i demokratyczna. Monopoliści, uznający się za jedyni słusznych graczy, tego nie ułatwiają.
Obywatelskie społeczności energetyczne to osoby prawne opierające się na dobrowolnym i otwartym uczestnictwie, które mają prawo zajmować się wytwarzaniem, dystrybucją, dostawami i zużyciem energii. Dodatkowo mogą być aktywne w obszarze efektywności energetycznej lub np. ładowania pojazdów elektrycznych. Co istotne, społeczności te mają prawo do podziału własnej energii elektrycznej między swoich członków.
Ogólnie społeczności energetyczne są zdefiniowane przez dwie unijne dyrektywy: o unijnym rynku energii elektrycznej IEMD – obywatelskie społeczności energetyczne (ang. citizen energy communities, CEC) i o energii odnawialnej RED II – odnawialne społeczności energetyczne (ang. renewable energy communities, REC). Do dziś jednak rząd nie dokonał pełnej transpozycji tych dyrektyw do polskiego prawa. Obywatelskie społeczności energetyczne (OSE) pojawiły się w nowelizacji prawa energetycznego w 2023 r. Odnawialnych społeczności energetycznych w dalszym ciągu nie ma w polskim prawie (stan na koniec 2025 r.).
Demokratyczna i rozproszona energetyka
– Naszym dobrem wspólnym jest energia. Musimy mieć nad nią demokratyczną, społeczną kontrolę – apeluje Dariusz Szwed z Zielonego Instytutu.
Jak twierdzi, w transformacji energetycznej nie chodzi tylko o dekarbonizację energetyki, czyli odejście od paliw kopalnych. Transformacja ma na celu przede wszystkim demokratyzację i decentralizację energetyki, czyli zwiększenie udziału obywateli w polityce energetycznej oraz klimatycznej. Prosumenci wytwarzający energię; społeczności energetyczne – obywatelskie i odnawialne – są centrum tej zmiany. Współtworzą ją i wspólnie nią zarządzają, budując oddolnie bezpieczeństwo energetyczne. Tego tematu dotyczy strategiczny dokument UE „Czysta energia dla wszystkich Europejczyków”.
Prezes Lądeckiej Spółdzielni Energetycznej Daniel Raczkiewicz przybliża nieco praktyki.
– Spółdzielnia działa od ponad roku. Ma 1 MW w źródle i obsługuje 198 punktów poboru energii elektrycznej w gminie. Typowa społeczna elektrownia fotowoltaiczna, która została wybudowana w Lądku, jest modelem, który można stosunkowo łatwo wdrożyć. W dalszym ciągu działa, przynosząc korzyści finansowe wszystkim mieszkańcom – zachęca.
– System elektroenergetyczny to nie są tylko druty. To źródło, przesył i odbiór – mówi Paweł Łapacz, prezes Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej we Wrocławiu. – Dużą nadzieję pokładam w społecznościach energetycznych, ponieważ jest to rozproszone, oddolne. Można wykorzystać olbrzymie struktury organizacyjne w postaci 2,4 tys. gmin w Polsce.
Jak dodaje, problem polega na braku zrozumienia, jak to działa.
– To coś, z czym się zderzałem, próbując namawiać włodarzy do różnych form włączenia się w takie społeczności. Żeby społeczności energetyczne działały z sukcesem, potrzebny jest lider, który będzie animatorem, łączącym jej członków. Widzę olbrzymi potencjał w gminach i strefach ekonomicznych – ocenia.
Monopoliści nie ułatwiają
Grzegorz Pawełczyk, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Enerbud w Jaworznie, certyfikator i audytor energetyczny, buduje pasywne domy.
– Dotychczas, jeśli była budowana sieć zasilająca na osiedlu domów jednorodzinnych, to od początku do końca była ona projektowana i realizowana przez Tauron, a ja musiałem za to zapłacić. Czyli to jest ich. W budynku już od przyłącza, gdzie jest licznik, to własność właściciela budynku. Mamy ambitny plan, żeby na budynku wielorodzinnym były panele fotowoltaiczne. Zacząłem rozmowy z Tauronem, które na razie nic nie przyniosły.
Tauron odpowiedział, że jedyne, co wchodzi w rachubę, to prosument zbiorowy.
– Koncepcja prosumentu zbiorowego kompletnie mi nie odpowiada z prostej przyczyny. Tauron dba o to, żeby być monopolistą. A ja sobie naiwnie wyobrażałem, że będę produkował energię w ramach OSE – dodaje G. Pawełczyk.
Kilka spółdzielni mieszkaniowych w Polsce ma podobny problem. Są wśród nich takie, które już mają panele fotowoltaiczne na dachach, ale nie mogą sprzedać mieszkańcom własnej energii elektrycznej, tylko muszą ją za bezcen oddawać Tauronowi. Oczywiście mieszkańcy bloku muszą kupić ją za kwotę kilka- kilkanaście wyższą.
Monopolista zarabia co roku miliardy złotych, blokując społeczności energetyczne, np. uniemożliwiając bezpośrednią wymianę energii elektrycznej bez pośrednika monopolisty wewnątrz budynku, działając wbrew zapisom dyrektywy IEMD. Dyrektywa mówi wprost: „OSE (…) mają prawo do podziału własnej energii elektrycznej między swoich członków, zgodnie z analizą kosztów i korzyści dotyczącą rozproszonych zasobów energetycznych”.
Relację na linii obywatel – koncern energetyczny obrazowo przedstawia dr Hanna Schudy z sieci ekspertów Team Europe działającej na rzecz Komisji Europejskiej.
– Coś takiego jak lenno, beneficjum i senior można by zidentyfikować właśnie w tym, jak się zachowują koncerny produkujące energię, jakie prawa i jaki monopol ma dystrybutor energii elektrycznej. A kim my jesteśmy? Myślę, że tkwimy w głębokim średniowieczu, jeżeli chodzi o dostęp do energii elektrycznej.
Powołuje się na aktualne wyzwania geopolityczne i zachęca do zaangażowania w obywatelskie śledzenie zmian.
– Nie chciałabym, żeby z czegoś, co nazywa się demokracją energetyczną, powstało kolejne lenno, senior i wasal.
Fotowoltaika tłamszona przez monopol
– Podpisaliśmy kilkanaście lat temu pierwszą umowę prosumencką na Pomorzu. Musieliśmy walczyć dziewięć miesięcy o przyłączenie fotowoltaiki – mówi Karol Pruski, który od kilkunastu lat działa w branży odnawialnych źródeł energii.
Optuje on za reprywatyzacją energetyki, żeby walczyć z monopolem.
– Jest tak, że mamy fotowoltaikę i sprzedajemy energię w cenie rynkowej, która wynosi np. 12 groszy, a za parę lat będziemy do niej dopłacać, dlatego że mamy instalację fotowoltaiczną.
– Uważam, że trzeba utworzyć spółdzielnię energetyczną w każdym możliwym miejscu –mówi, przedstawiając przykład Niemiec, gdzie jego firma już 22 lata temu utworzyła spółdzielnię, w której inwestorami mogli być mieszkańcy. Energia nie musi być droga, ale żyjemy w takich czasach, że nic już taniej nie będzie. Ustawę o OZE trzeba wyrzucić do kosza i napisać od nowa. Wystarczy 15 stron i zapis, że jeżeli wyłączy się odnawialne źródła energii, trzeba zapłacić karę.
Około 20 lat temu połączono w korporacjach energetycznych produkcję energii z dystrybucją.
–To absurdalne, mamy supermonopole. Tak opisywał sytuację elektroenergetyk i naukowiec doktor Jacek Biskupski – mówi Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA. – Węgiel jest coraz mniej opłacalny, wiatr i słońce go skutecznie wypierają, więc koncerny zarabiają szczególnie na dystrybucji. Tam, gdzie jest możliwość sprzedaży prądu i różnych narzutów, są właśnie dodatkowe pieniądze. Naszym obowiązkiem jest oddzielenie wytwarzania od dystrybucji. Ci, którzy dystrybuują energię, powinni być niezależni od wytwarzania i neutralni wobec każdego wytwórcy energii z OZE czy z paliw kopalnych – wyjaśnia.
Marek Kossowski, były wiceminister gospodarki oraz były prezes PGNiG, dziś także prosument, dzieli się swoim doświadczeniem.
– W roku 2006 stało się to, co mogło być najgorsze, bo doszło do przyłączenia operatorów systemów dystrybucyjnych (OSD) do wytwórców. Jego zdaniem, „doprowadziło to niemal do wszechsiły czterech firm”.
– W ten sposób wszystko, co dzieje się w odnawialnych źródłach energii, jest konkurencją dla tego, co wytwarza energię elektryczną w tych kilku korporacjach. Przez przeoczenie doszło do eksplozji fotowoltaicznej w Polsce. Nikt z energetyków nie zakładał, że mieszkańcy Polscy są w stanie wydać pieniądze na tak naprawdę obecnie nieopłacalne inwestycje.
Aby z tym walczyć, warto wykorzystać potencjał, także do magazynowania energii. W pełni wdrożyć zapisy unijnych dyrektyw dotyczących społeczności energetycznych. Napisanie obywatelskiej ustawy o prosumentach i społecznościach energetycznych to kolejny pomysł na poprawę sytuacji.
– Chcemy pokazać, że prosumenci mogą się zrzeszyć, gospodarować energią, a nawet przekazać ją sąsiadom. Zachęcamy do udziału w przeciwstawieniu się korporacjom energetycznym i powiedzeniu, że my, jako obywatele, mamy swoje pomysły. Zmieńmy prawo, żeby obywatele mogli efektywnie zarządzać energią elektryczną – podsumował G. Gawlik.
Odpowiedzią na odgórną bezczynność są okrągłe stoły energetyczno-klimatyczne i warsztaty organizowane przez Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA oraz Zielony Instytut. Odbywają się w pięciu województwach pod nazwą „Rola obywatelskich i odnawialnych społeczności energetycznych w obszarze zielonej transformacji energetycznej Polski”.

Transformacja energetyczna to jedno z najważniejszych wyzwań XXI wieku. W obliczu rosnących zagrożeń klimatycznych, konieczności ograniczenia emisji gazów cieplarnianych oraz zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego, Polska – podobnie jak inne kraje Unii Europejskiej – musi dokonać głębokiej zmiany w sposobie produkcji, dystrybucji i konsumpcji energii. Dotychczasowe analizy były skomplikowane, kosztowne i często niedostępne dla szerokiego grona odbiorców. Jednak 12 kwietnia 2025 roku Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) zaprezentowało przełomowe narzędzie: Symulator Polskiego Systemu Energetycznego.
To aplikacja dostępna online oraz w formacie Microsoft Excel, która umożliwia każdemu użytkownikowi – od obywatela po decydenta – przeprowadzenie własnej analizy energetycznej. Dzięki niej można sprawdzić, jak wyglądałby system energetyczny Polski w różnych konfiguracjach, w tym w scenariuszu 100% OZE (odnawialnych źródeł energii). To nie tylko narzędzie edukacyjne, ale także analityczne, które może odegrać kluczową rolę w kształtowaniu polityki energetycznej kraju.
Jak działa symulator?
Symulator bazuje na rzeczywistych danych z lat 2021–2023 dotyczących produkcji i zużycia energii w Polsce. Użytkownik może wprowadzać własne parametry dotyczące mocy zainstalowanej w różnych źródłach energii: fotowoltaice, elektrowniach wiatrowych (na lądzie i morzu), gazowych, węglowych, jądrowych. Dodatkowo można uwzględnić magazyny energii elektrycznej i cieplnej, elektrolizery do produkcji wodoru, a także zapotrzebowanie na energię w transporcie, ciepłownictwie i gospodarce.
Wyniki symulacji prezentowane są w formie graficznej – wykresów produkcji i zużycia energii elektrycznej oraz cieplnej. Możliwa jest analiza dzień po dniu z dokładnością godzinową, a dane można eksportować do Excela w celu dalszej obróbki. Na stronie dostępnych jest osiem gotowych scenariuszy w tym scenariusz 0 obecny system energetyczny, które można uruchomić i przeanalizować, ale użytkownik ma pełną swobodę w modyfikowaniu parametrów.
Dla każdej modyfikacji danych systemu wyliczana jest cena za 1 MWh jako LCOE – czyli „Levelized Cost of Energy”, co po polsku oznacza „średni jednostkowy koszt energii”. Jest to wskaźnik, który uwzględnia wszystkie koszty inwestycyjne, eksploatacyjne i finansowe danego źródła energii, podzielone przez całkowitą ilość energii wyprodukowanej w jego cyklu życia. Dzięki temu można porównać opłacalność różnych technologii w sposób obiektywny i przejrzysty.

Symulator Polskiego Systemu Energetycznego
Scenariusz bezemisyjna gospodarka 100% OZE – czy to możliwe?
Jednym z najbardziej interesujących scenariuszy jest ten zakładający całkowite odejście od paliw kopalnych i przejście na system oparty w 100% na odnawialnych źródłach energii. Symulator pokazuje, że taki model jest możliwy do osiągnięcia w stosunkowo krótkim czasie i – co ważne – jest tańszy niż budowa elektrowni jądrowych. W scenariuszu tym kluczową rolę odgrywają:
- Farmy fotowoltaiczne – dostarczające energię w ciągu dnia
- Elektrownie wiatrowe – pracujące zarówno na lądzie, jak i na morzu
- Magazyny energii – pozwalające na przechowywanie nadwyżek i ich wykorzystanie w okresach niedoboru
- Elektrolizery – produkujące wodór, który może być używany w transporcie i przemyśle
Co istotne, istniejące i planowane elektrownie gazowe mogą w przyszłości być zasilane biometanem lub biogazem, co pozwala na ich bezemisyjne wykorzystanie jako źródeł dyspozycyjnych.
Przyszłość polskiej energetyki
Symulator nie tylko pokazuje, że odejście od węgla jest możliwe, ale również wskazuje, jakie technologie mają największy potencjał w polskich warunkach. Wiatr i fotowoltaika to źródła, które dostarczają energię w postaci elektryczności – najbardziej efektywnego nośnika, generującego najmniej zanieczyszczeń. System energetyczny przyszłości będzie oparty właśnie na energii elektrycznej i zintegrowany sektorowo – w przeciwieństwie do obecnej sytuacji, w której transport, ogrzewanie i sieć elektroenergetyczna funkcjonują w dużym stopniu niezależnie od siebie.
Edukacja i dostępność
Symulator został zaprojektowany jako narzędzie edukacyjne o wysokim potencjale. Każdy użytkownik – niezależnie od poziomu wiedzy – może poprzez własne eksperymenty z ustawieniami zrozumieć, jakie mogą być główne elementy przyszłej sieci energetycznej i jakie zależności między nimi występują. Narzędzie jest dostępne bezpłatnie i powszechnie, co czyni je wyjątkowym w skali europejskiej.
Dla kogo jest symulator?
Z symulatora powinny korzystać przede wszystkim osoby odpowiedzialne za kształtowanie polityki energetycznej: politycy, urzędnicy, pracownicy instytucji publicznych. Ale to także narzędzie dla przedsiębiorców, prosumentów, środowiska naukowego i samorządów. Dzięki niemu można skonfrontować własne opinie na temat energetyki z wiedzą naukową popartą rzeczywistymi danymi.

Ostatnio o niedzietności zrobiło się jakoś głośniej. Być może dlatego, że liczba urodzeń w Polsce systematycznie spada, ale przecież to nic nowego – taka tendencja trwa już od wielu lat. Z pewnością spory wpływ na nagłośnienie problemu mają także narastające nastroje ksenofobiczne. Jason Stanley w książce “Jak działa faszyzm?” przedstawia zależność między narastającą paniką demograficzną a narastaniem w siłę ruchów antyimigranckich. Skąd to się bierze?
Chociażby na Marszu Niepodległości w tym roku pojawił się plakat Młodzieży Wszechpolskiej z hasłem “Kotki i psiecka nie zastąpią Ci dziecka. Polski naród wymiera”. Poza tymi słowami na banerze znalazła się także ubrana nowocześnie kobieta z czerwonym piorunem na skroni (symbol Strajku Kobiet). Ach ten słynny potwór Gender.
Kobieta pcha wózek, w którym siedzi pies z wyrazem nieszczęścia na pyszczku.
No tak, autorzy plakatu chcieli wyśmiać kobiety, które ich zdaniem przerzucają swój instynkt macierzyński na zwierzęta. Pokazuje to tylko, że nie mają pojęcia, do czego wózki dla psów służą. Chociaż wózki te przypominają konstrukcją wózki dziecięce, ich przeznaczenie jest zupełnie inne. Wózki, do których można wsadzić psa są pomocne dla opiekunów, szczególnie w miejscach, do których nie można wchodzić z psem. Poza tym są wsparciem dla psiaków z problemami zdrowotnymi: zdarza się, że starszy lub schorowane psy nagle w trakcie spaceru nie są już w stanie iść dalej na własnych łapkach.
W sumie co jest złego w słowie “psiecko”? Oczywiście jest to połączenie słów “pies” i “dziecko”, co może wzbudzać różnorakie reakcje. Ale wyjaśnijmy coś sobie: każdy wie, że pies czy kot to nie jego dziecko. No więc w czym jest problem? Środowiska konserwatywne sprzeciwiają się terminom antropomorfizującym czworonogi. Według nich zacierają one różnicę między zwierzętami a ludźmi. Tradycjonaliści chcący chronić “wartości rodzinne” nie zdają chyba sobie sprawy z tego, że większość psów i kotów mieszka właśnie u osób posiadających potomstwo. Faktem jest jednak, że tzw. zwierząt domowych (weźmy pod uwagę zwierzęta najczęściej wymieniane przez konserwatystów w debatach, czyli psy i koty) jest w polskich rodzinach 15 mln, a dzieci w wieku 0-18 lat zaledwie 7,2 mln. Pytanie tylko, czy jest to aby na pewno problem? Czy poza straszeniem kryzysem demograficznym nie ma miejsca przypadkiem także obawa społeczna o wzrost liczby bezrobotnych w związku z opanowywaniem kolejnych zawodów przez sztuczną inteligencję?
“Chodzi o to, że nie lubią takiego stylu życia, obowiązków, odpowiedzialności” – powiedział premier Donald Tusk w wywiadzie dla brytyjskiego „The Sunday Times” o kobietach rezygnujących z własnej woli z macierzyństwa. Z własnej woli – problem bezpłodności i niemożność zajścia w ciążę pozostawiam poza ramami artykułu.
Warto zwrócić uwagę także na publikacje, które ostatnio pojawiają się na rynku, o masie artykułów już nie wspominając. W październiku tego roku ukazała się książka Katarzyny Tubylewicz pt. “Nie czekam na szklankę wody. O świadomej niedzietności”. Autorka oddała w niej głos kobietom, które dzieci mieć nie chcą lub nie chciały kiedyś. Również jesienią tego roku wyszła książka “Bezpotomni. Dlaczego nie chcemy mieć dzieci?” autorstwa matek rodzin wielodzietnych, związanych ze środowiskami chrześcijańskimi: Maria Mościcka, Katarzyna Szałajko, Agnieszka Stefaniuk.Miałam okazję uczestniczyć w spotkaniach autorskich wokół obu książek no i wbrew pozorom spotkania te były bardzo podobne. W żadnej z książek nie ma bowiem krytyki w stosunku do “tej drugiej” strony. Dlaczego w ogóle mówimy o jakiś “stronach”? Porównując postrzeganie społęczne osób niedzietnych z wyboru z rodzicami małych dzieci autorki “Bezpotomnych” posłużyły się bardzo trafną w moim przekonaniu metaforą:
“Po jednej stronie ulicy matka z wózkiem, ciężką torbą z zakupami i bananem rozsmarowanym na kurtce. Po drugiej – para z psem, latte i planem podróży po Ameryce Południowej”.
Trudno dziwić się dorosłemu, który przez całe dzieciństwo słuchał, że jako dziecko stanowi ograniczenie dla swoich rodziców, że sam dzieci nie chce mieć. Jeśli rodzic nie cieszył się swoim rodzicielstwem, a dziecko widziało go tylko zmęczonego i sfrustrowanego, to w sumie po co się pakować w to samo? Cierpienie dla cierpienia? No chyba nie tego ludzie chcą od życia…
W 2024 roku wyszła książka Michała R. Wiśniewskiego “Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci”. Jak sam tytuł wskazuje, autor opisuje polskie społeczeństwo jako wyjątkowo nieprzyjazne najmłodszym. No i dziw się tu człowieku, że młodzi nie chcą zakładać rodziny, gdy słyszą treści w stylu “Nie wiesz, czym jest zmęczenie, póki nie jesteś rodzicem”.
Pytając Polaków i Polki, z jakiego powodu nie chcą mieć dzieci najczęściej się słyszy o braku instynktu macierzyńskiego, niechęci do dzieci, trudnościach ekonomicznych, braku stabilnej pracy, braku mieszkania czy domu, obawie przed utratą niezależności, innych priorytetach, obawach o przyszłość itd. Osoby, które rezygnują z zakładania rodziny ze względu na katastrofę klimatyczną są w rzeczywistości niewielką grupą, podobnie jak antynataliści.
Katarzyna Tubylewicz na spotkaniu autorskim 17 listopada wspomniała także o osobach, które nie decydują się na dzieci z uwagi na to, że wiedzą, jaką krzywdę wyrządzić może nieodpowiedzialne rodzicielstwo. No i niekoniecznie to nieodpowiedzialne rodzicielstwo musiało się wiązać ze złymi zamiarami. No bo jednak często krzywdzimy nieświadomie, nie tylko dzieci. No tylko że o ile po dorosłej osobie może krzywda spłynąć jak po kaczce, to dziecko przez pierwsze lata życia buduje jego podstawy.
Czy do zwiększenia dzietności zachęci rozwój polityki prorodzinnej, budowa mieszkań socjalnych i ułatwienie łączenia obowiązków rodzicielskich z karierą zawodową? Gdyby odpowiedź była tak, byłoby za prosto. Nie oznacza to jednak, że programy typu 800+ nie są potrzebne, bo potrzebne są bardzo. Należy stanowczo odrzucić pogląd o “mamuśkach żyjących z socialu”. O dziwo wyzywanie innych nie zwiększa przyrostu naturalnego. Zresztą osoby mające dzieci wiedzą o tym, że te zawrotne kwoty nie pozwalają na rezygnację z pracy zarobkowej. Czy program wprowadzony w 2016 roku przez Prawo i Sprawiedliwość zachęcił Polaków do zakładania rodzin? Statystyki demograficzne tego nie potwierdzają.
Przyjrzyjmy się krajom szczególnie “family-friendly”, np. krajom skandynawskim, gdzie rodzicom przysługują bardzo długie urlopy płatne, mogą liczyć na pomoc państwa zarówno opiekuńczą jak i finansową, a także dba się o równość płci w zakresie opieki nad dzieckiem. Pomimo tego w krajach takich jak Norwegia, Szwecja czy Dania współczynnik urodzeń na kobietę jest podobny do tego w Stanach Zjednoczonych, gdzie nie ma nawet płatnego urlopu macierzyńskiego!
Powróćmy więc do metafory z “Bezpotomych” o dwóch stronach drogi. Jest ona wręcz podanym na tacy przykładem teorii kategoryzacji społecznych. Kategoryzacja społeczna to proces, za pomocą którego ludzie są w stanie uporządkować sobie postrzeganie świata, ale może być także źródłem wielu problemów. Według tej teorii jednostki klasyfikują siebie i innych do różnych grup społecznych.Grupa ludzi, z którą się nie utożsamiamy, wydaje nam się jedną masą jednostek, które nie różnią się zbytnio od siebie, więc już przed poznaniem jej reprezentanta/reprezentantki postrzegamy jego/ją przez pryzmat stereotypów. Jeżeli brak chęci do poznania “innego”, to nie ma szans, że dostrzeżemy w nim coś pozytywnego.
Nie dostrzeżemy też podobieństw (i różnic), jakie między nami są. No a to właśnie różnorodność napędza rozwój. Zwróćmy uwagę także na tytuł książki Katarzyny Tubylewicz. Nawiązuje on do tego słynnego pytania stawianego z wyrzutem, które słyszymy, gdy przyznajemy się do braku chęci posiadania dzieci: “To kto ci szklankę wody poda na starość?” jest wręcz kwintesencją egoizmu – no bo czy sprowadzasz na świat służącego/służącą? Nie. Rodzicielstwo to nie transakcja wymienna. A ile jest starszych osób, które pomimo posiadania dzieci, wnuków czy nawet prawnuków, przebywają w domach spokojnej starości? Może to jednak nie o sam fakt “posiadania’ dziecka chodzi, ale o zbudowanie z nim relacji?
Wskazówka dla polityków i polityczek jest taka, że o dziwo atakowanie kobiet nie zachęca ich do rodzenia dzieci. Nie tylko świata polityki zresztą to się tyczy, ale nas wszystkich. Są ślady prób nawiązania dialogu, właśnie chociażby poprzez te dwie książki. Plus w tym całym “sporze” nie chodzi chyba o same dzieci/dzietność, ale o inny sposób patrzenia na świat, inne wartości, inny styl życia. A może warto jednak poznać tego Innego i pomimo różnic darzyć jego/ją szacunkiem?
Transformację energetyczną należy traktować m.in. jako zmianę gospodarczą i społeczną. O efektywności tego projektu świadczy adaptacja społeczeństwa do nowego sposobu postrzegania, jak zarządza się energią. O aspektach społecznego wymiaru energetyki rozmawiają Paweł Mirowski, AGH w Krakowie, koordynator programu Ambasadorzy Transformacji Energetycznej, oraz prof. Barbara Worek, Uniwersytet Jagielloński, socjolożka w zespole Obserwatorium Transformacji Energetycznej.
Pawel Mirowski: Kiedy transformacja energetyczna stała się procesem, który zaczął potrzebować udziału socjologów i ekspertów do spraw społecznych?
Barbara Worek: Transformacja w zasadzie zawsze była takim procesem, który wymagał zaangażowania, obecności i wsparcia ze strony socjologów. Natomiast kiedy zaczęliśmy to sobie uświadamiać? Chciałabym odwołać się do dobrze znanego przykładu, kiedy w Czorsztynie i Porąbce były budowane duże zbiorniki. W tamtym czasie socjologowie z Uniwersytetu Jagiellońskiego współpracowali właśnie z inżynierami i energetykami po to, żeby te procesy dużej ingerencji w przyrodę oraz w funkcjonowanie społeczności były przez nich wspierane. Być może patrzyliśmy na tamtą transformację jak na proces technologiczny czy ekonomiczny. Obecnie coraz bardziej uwzględniamy skalę protestów społecznych, nieefektywności różnych rozwiązań, które są wdrażane bez współpracy lub nie są odpowiednio komunikowane.
Potrzeby lokalnych społeczności, władz, spółek energetycznych są różnorodne. Panują różne aspiracje i też postawy wobec systemowych zmian. Często jest to przyczyną sporów i napięć. Jakie namacalne argumenty mogą skłonić do kompromisów?
Nie jestem do końca przekonana co do tego, że te interesy są rozbieżne. Państwu będzie zależało na społeczności. Ludziom – na stabilnych źródłach energii ina tym, żeby ta energia była relatywnie tania. Jeśli zaś chodzi o dowolną społeczność, to najprawdopodobniej najwięcej uwagi będzie przypadało na poprawę jakości życia, obniżenie nadmiernej emisji i tak dalej. Gdybyśmy spojrzeli na to całościowo, to byśmy powiedzieli, że zasadniczo te cele w kategoriach bardzo ogólnych będą wspólne. Spójrzmy na przedsiębiorców. Ci będą chcieli mieć dostęp do stabilnej, lecz taniej energii, żeby być konkurencyjnym, a dalej żeby gospodarka była konkurencyjna i się rozwijała.
Właśnie, częściowo wszyscy chcą mniej więcej tego samego, ale tutaj każde stronnictwo ma inne sposoby na realizowanie tych zasadniczo wspólnych potrzeb. Stąd moje pytanie.
W istocie to pytanie jest o tym, czy chodzi o fakty, czy o narrację. Czy się spieramy o to, że rzeczywiście mamy problem, czy nas do tego przekonano, że on istnieje. Jeśli pan pyta, jakie argumenty mogą skłonić do osiągnięcia kompromisu, to zawsze bym się odwoływała do korzyści na poziomie lokalnym. Chodzi m.in. o udział w zyskach spółdzielni energetycznej, zapewnione bezpieczeństwo energetyczne na poziomie lokalnym lub nowe miejsca pracy, nowe drogi. Pamiętam dyskusję podczas II KER-u (Kongres Energetyki Rozproszonej w 2024 r.), gdy Artur Zawisza (prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Biogazowego i Biometanowego, zaangażowany w rozwój kształcenia zawodowego w ramach Branżowych Centrów Umiejętności) mówił o biogazowniach. Wiemy o istotnych oporach społecznych wobec biogazowni. Jednocześnie obok nich rozwijano centra kompetencji, które mieszkańcom umożliwiały przekwalifikowanie się. Takie rozwiązanie może być argumentem kompromisowym. Ostatecznie to argumenty finansowe są najbardziej przekonujące i trudno się bez nich przebić.
W kontekście kompromisów, kto powinien rozmawiać o nich w samorządach? Jakich kompetencji oczekiwałoby się od tej osoby, żeby mógł odpowiednio to przekazać?
Zwróćmy uwagę na to, jak wygląda zaufanie społeczne. Niestety, w badaniach, które opracowaliśmy w Obserwatorium Transformacji Energetycznej, okazuje się, że najmniejszym zaufaniem cieszą się media, mniejszym nawet niż politycy. Rozumiem, że mówimy o komunikacji na poziomie lokalnym, ale proszę zwrócić uwagę na to, że jednak ludzie czerpią te informacje z mediów i zestawiają je z tym, co słyszą od samorządowców w swojej okolicy. Ludzie ufają lokalnym władzom samorządowym bardziej niż centralnym. Równocześnie będą mocno filtrowali, co od nich słyszą, przez pryzmat tego, co przeczytali lub usłyszeli w mediach i mogą podobnym treściom już tak nie ufać. Z powodu mediów czują się zdezorientowani w tym temacie. Transformacja to złożony proces i indywidualnej jednostce trudno ocenić, czy jakieś rozwiązanie jest rzeczywiście korzystne teraz i czy będzie korzystne za pięć lat. Istotną cechą zostaje wiarygodność. W naszych badaniach podkreślaliśmy, że komunikacja nie może być propagandą. Proszę przypomnieć sobie temat fotowoltaiki. To były czasy łatwej dostępności do dotacji i zachęt finansowych typu „Mój Prąd” i „Czyste Powietrze”. Co drugi telefon był o fotowoltaice, niezależnie od tego, czy ktoś miał możliwość instalacji, czy nie. Komunikacja na ten temat powinna być rzetelna.
Jak pani ocenia wątki światopoglądowe i polityczne w procesie transformacji energetycznej? Czy można się od tego odciąć?
Wydaje mi się, że nie da się od tego odciąć. Nie powinno to być dla mnie dużym zaskoczeniem, ale było, kiedy analizowaliśmy wyniki badań sondażowych OTE, w których okazało się, że czynnikiem najbardziej różnicującym stosunek do akceptacji transformacji były poglądy polityczne. Nie chciałabym być źle zrozumiana. Jestem przekonana, że te kwestie są wykorzystywane w grze politycznej. Transformacja dotyczy nie tylko technologii, ale również jakości życia. Musimy być tego świadomi, że to będzie zawsze rozgrywane politycznie. W przypadku atomu może i mamy zgodę, ale nie w innych kwestiach.
Dużą rolę odgrywają w kształtowaniu tych postaw bańki informacyjne, w których funkcjonujemy. Trzeba próbować odideologizować, myśleć w kategoriach konkretnych problemów i jednocześnie pokazywać, jak to jest rozgrywane politycznie.
Kiedy mówimy o tak zwanej kulturze energetycznej, czyli sposobie brania pod uwagę tego zagadnienia w naszym codziennym życiu: użytkowaniu, dyskutowaniu, planowaniu, to jesteśmy w stanie przedstawić to zagadnienie bardzo szeroko albo bardzo wąsko. Mówiąc o kulturze, mówimy o wpływach wszystkich ludzi, naukowców, socjologów, inżynierów polityków i obywateli. Od kogo zależy dalszy rozwój tej kultury energetycznej?
Kultura energetyczna to bardzo szerokie pojęcie. Mogą w tym obszarze być ujmowane i nasze codzienne zachowania, nawyki, język, sposób komunikowania się na temat energii, i pewne wzorce, standardy zachowań oraz normy. Z kulturą energetyczną kojarzy mi się kwestia odpowiedzialności, zarówno u tych, którzy są decydentami w tym procesie, tych, którzy energię wytwarzają, jak i tych, którzy ją wykorzystują. Chodzi też o to, żebyśmy gospodarowali tą energią rozsądnie, uwzględniając ocenę wpływu na nas i otoczenie. Na poziomie myślenia systemowego powinniśmy zadać sobie pytanie, jak chcemy kształtować wspólne postawy. Tu warto wspomnieć o edukacji, jak uczyć młodych odpowiedzialności i właściwego korzystania z energii. W kulturze mówimy też o działaniach, wartościach i pewnym nastawieniu emocjonalnym. Musimy także kształtować pewne postawy, żebyśmy nie byli podatni na manipulacje i posiadali odpowiednią wiedzę, np. na temat fotowoltaiki. Powinniśmy tak opracowywać programy, dofinansowania i interwencje publiczne, żeby nie prowadziły do destabilizacji systemu. Dotyczy to polityki publicznej i ogólnej edukacji. W obu tych sferach można kształtować postawy i praktyki społeczne.

Barbara Worek, socjolożka, profesor w Instytucie Socjologii UJ i ekspertka w Centrum Ewaluacji i Analiz Polityk Publicznych UJ. Koordynatorka zespołu ds. społecznych w projekcie Obserwatorium Transformacji Energetycznej, badaczka procesów przemian rynku pracy.

Duże awarie sieci energetycznej w Europie
Niedawno miały miejsce dwie duże awarie sieci energetycznej w Europie – jedna na Półwyspie Iberyjskim, druga w Czechach. W Hiszpanii przyczyną okazał się błąd państwowej firmy odpowiedzialnej za koordynowanie stabilności sieci, jednak ustalenie tego zajęło niemal dwa miesiące. W Czechach natomiast szybko wykazano, że winna była awaria państwowego bloku węglowego.
Masowa akcja dezinformacyjna o OZE
Efektem jednodniowej awarii na południu Europy była masowa akcja ruskich trolli w internecie, które odpowiedzialnością za awarię obarczały nadmierny rozwój odnawialnych źródeł energii. Do tej narracji dołączyli również niektórzy pracownicy polskich państwowych firm energetycznych.
Wypowiedź Roberta Tomaszewskiego przed wyjaśnieniem przyczyn
Jednym z głosów w tej dyskusji była wypowiedź Roberta Tomaszewskiego, dyrektora Departamentu Strategii w Polskich Sieciach Elektroenergetycznych, zaprezentowana podczas konferencji Polskiej Zielonej Sieci 12 czerwca 2025 r. w Warszawie – jeszcze przed oficjalnym ustaleniem przyczyny awarii w Hiszpanii. Tomaszewski mówił wtedy:
„Mamy półtora miliona prosumentów. To jest jakby wielka armia energetyki słonecznej, która maszeruje przez nasz system. (…) Ale wieczorem, kiedy słońce zachodzi, nie jesteśmy w stanie inaczej zbilansować systemu niż tylko poprzez źródła synchroniczne, które musimy mieć w rezerwie, żeby ten system utrzymać w całości. Musimy mieć takie funkcje jak inercja, której Hiszpanom zabrakło pod koniec kwietnia, a którą dostarczają tylko źródła synchroniczne. Źródła odnawialne nie są w stanie tego na razie dostarczyć. My leżymy. Nie jesteśmy w stanie utrzymać systemu (…). System tego po prostu nie wytrzyma”.
Oficjalne ustalenia a polska debata
Niedługo potem hiszpański rząd oficjalnie poinformował, że odpowiedzialność za masową awarię ponosiła firma Red Electrica – odpowiednik PSE w Hiszpanii, a nie producenci odnawialnych źródeł energii. Mimo to debata w Polsce nadal toczy się wokół OZE.
Pakiet antyblackoutowy i postulaty PSE
Sprawa została wyjaśniona, ale nie w Polsce. Na początku lipca PSE wysłało do premiera Donalda Tuska szereg postulatów w postaci tzw. pakietu antyblackoutowego. W wielkim skrócie operator polskiego systemu przemysłowego domaga się większej kontroli nad prosumentami oraz masowego wprowadzenia rozliczeń net-billing. W PSE najwyraźniej doszli do wniosku, że premier oraz jego najbliżsi doradcy nie są kompetentni w obszarze energetyki i nie ma znaczenia jakość ani prawdziwość argumentów, bo i tak nikt tam tego nie będzie czytał. Bardziej liczy się emocjonalny przekaz komunikatu.
Przekaz PSE był prosty: należy zlikwidować prosumeryzm w Polsce, bo jak nie, to prądu nie będzie i dojdzie do katastrofy! PSE nie mogło sobie pozwolić na postulat wprost zakazujący montażu paneli fotowoltaicznych, bo to byłoby sprzeczne z prawem unijnym i umowami podpisanymi z Komisją Europejską, chociaż pewnie byłoby to bardziej szczere stanowisko. Jednak narzucenie rozliczeń net-billing wystarczy, by wszystkie nowe montaże nie miałyby sensu pod względem ekonomicznym.
Przy tej okazji PSE podniosło też rękę na spółdzielnie energetyczne, postulując likwidację rozliczeń net-metering. Spółdzielnie to jedyne w kraju realnie działające społeczności energetyczne, ale są na wczesnym etapie rozwoju – większość z nich nie zaczęła jeszcze rozliczać produkcji energii, bo dopiero podpisuje umowy ze spółkami obrotu. Postulat PSE to próba zduszenia zalążków spółdzielni energetycznych.
Wnioski smutne i alarmujące
Wnioski są przygnębiające, a nawet budzą poważny niepokój. Trudno przejść obok nich obojętnie – pokazują skalę problemu. Jeśli Polskie Sieci Elektroenergetyczne, podmiot kluczowy dla bezpieczeństwa energetycznego kraju, stosuje publicznie dezinformację i manipulację, to znaczy, że nie jesteśmy bezpieczni. Pora zacząć kupować świeczki, bo nadchodzą dni mroku. Państwowe spółki energetyczne mimo swoich wpływów politycznych i ogromnych zasobów finansowych nie będą ratunkiem, będą przyczyną katastrofy. Musimy na nowo wymyślić system bezpieczeństwa energetycznego, bo aktualny przestaje być wiarygodny.

Spółdzielnie energetyczne stają się coraz ważniejszym elementem transformacji energetycznej w Polsce, oferując lokalne, zrównoważone i często bardziej ekonomiczne źródła energii.
W rozmowie Agnieszki Korniluk z Krzysztofem Solarzem, dyrektorem Inkubatora Przedsiębiorczości Gminy Kamienna Góra i ekspertem spółdzielni energetycznej „Sudecka Energia poznajemy praktyczne aspekty ich funkcjonowania — wyzwania, ograniczenia technologiczne, modele finansowania inwestycji oraz konieczność edukacji i współpracy lokalnych liderów.
Na czym opiera się dziś działalność waszej spółdzielni w Kamiennej Górze?
Krzysztof Solarz: Funkcjonujemy na bardzo małym wolumenie, mamy zaledwie trzy punkty poboru energii, więc obrót w skali roku jest mikroskopijny. Na rynku nie było wtedy innej publicznej spółdzielni energetycznej, więc musieliśmy ten model przetestować sami. Dzięki otwartości włodarzy udało nam się zacząć na małą skalę i skutecznie rozwijać ten proces. Wspieramy nasze działania doradztwem i usługami komercyjnymi, pomagając także innym gminom w powoływaniu własnych spółdzielni. Docelowo jednak spółdzielnia powinna utrzymywać się z oszczędności generowanych dla swoich członków, tak by wszystkie koszty – w tym prowizje – były niższe niż ceny rynkowe.
Spółdzielnia Energetyczna Sudecka Energia działa od 2023 roku, a od kwietnia 2024 r. prowadzimy już faktyczne rozliczenia energii z naszym sprzedawcą oraz pomiędzy członkami. Obecnie bilansujemy 12 punktów poboru energii (PPE) należących do gmin i spółki komunalnej. Dzięki temu mogliśmy w praktyce przetestować rozwiązania organizacyjne i techniczne, które są niezbędne do funkcjonowania lokalnej wspólnoty energetycznej w warunkach rynkowych.
Ten etap testowy pozwolił nam zebrać doświadczenia i ocenić potencjał dalszego rozwoju. Teraz wchodzimy w kolejny etap rozwoju Spółdzielni. Obecnie wdrażamy naszą wizji rozwoju, która obejmuje przygotowanie inwestycji w miks odnawialnych źródeł energii. Planujemy budowę biogazowni, instalacji PV z magazynami energii oraz turbiny wiatrowej, które w połączeniu z systemem zarządzania energią stworzą modelowy, zbilansowany miks OZE dla naszego regionu.
Nasza działalność ma charakter nie tylko gospodarczy, ale też społeczny. Pokazujemy, że samorządy i spółki komunalne mogą wspólnie tworzyć stabilny, lokalny system energetyczny, w którym korzyści pozostają w regionie. Docelowo spółdzielnia ma się samofinansować dzięki oszczędnościom i wspólnej produkcji energii, a uzyskane doświadczenia będą stanowić podstawę do tworzenia podobnych inicjatyw w innych gminach.
Fotowoltaika jako podstawowe źródło energii – czy jej potencjał już się wyczerpuje?
Dokładnie tak. To najprostsza i najtańsza dziś technologia, ale już kończy się miejsce systemowe, by instalować kolejne instalacje fotowoltaiczne np. na polach, bo system ich nie przyjmie. Poza tym samo PV nie zaspokoi potrzeb energetycznych przez cały rok, zwłaszcza zimą czy nocą, kiedy nie działa. Musimy więc rozwijać miks źródeł OZE – fotowoltaika jest jedynie częścią tego miksu, konieczne są też turbiny wiatrowe czy biogazownie.
Fotowoltaika jest dziś najbardziej dostępnym i ekonomicznym źródłem energii, ale nie może być traktowana jako jedyne rozwiązanie. Każdy system energetyczny, również lokalny, powinien być dopasowany do rzeczywistych profili zużycia energii. W naszym przypadku kluczowe jest lokalne bilansowanie, czyli takie projektowanie źródeł, aby jak największa część wyprodukowanej energii była zużywana w miejscu jej wytworzenia.
Dlatego stawiamy na miks źródeł OZE, który obejmuje fotowoltaikę, ale także biogazownie i turbiny wiatrowe. Każde z tych źródeł ma inny profil pracy. Razem tworzą system, który może działać stabilnie przez cały rok. W przypadku fotowoltaiki największy nacisk kładziemy na autokonsumpcję oraz na magazynowanie energii, które pozwala dostosować moment oddawania energii do sieci do rzeczywistego zapotrzebowania w naszych punktach poboru (PPE).
Celem nie jest więc budowanie kolejnych megawatów mocy „na zapas”, lecz tworzenie zrównoważonych lokalnych systemów, które zapewniają mieszkańcom bezpieczeństwo energetyczne i efektywne wykorzystanie odnawialnych źródeł.
Jak wyglądają plany inwestycyjne i finansowanie dużych projektów, jak turbiny wiatrowe czy biogazownie?
Budowa jednej biogazowni rolniczej może kosztować ok. 25 mln zł, a komunalnej nawet 75 mln zł. To bardzo duże kwoty, których spółdzielnie nie są w stanie pokryć samodzielnie. Dlatego pozyskujemy dotacje, środki zewnętrzne, a także planujemy model udziału mieszkańców jako inwestorów, co pozwoli zmniejszyć konieczność kredytowania. Chodzi o zaproszenie ich dopiero wtedy, gdy będziemy mieć gotowość inwestycyjną – pozwolenie na budowę i dobrze rozplanowany projekt. W praktyce chcemy, by mieszkańcy kupowali udziały i obniżali w ten sposób koszty finansowania.
Nasze plany inwestycyjne obejmują budowę kompletnego miksu odnawialnych źródeł energii. W najbliższych latach planujemy budowę zarówno instalacji fotowoltaicznych z magazynami energii, biogazowni komunalnej i rolniczej, a także turbiny wiatrowej. Chcemy stworzyć zbilansowany system, w którym różne źródła uzupełniają się i gwarantują stabilne dostawy energii przez cały rok.
Jesteśmy na etapie opracowania dokumentacji projektowej i pozyskiwania finansowania. Dla instalacji PV z magazynami mamy już gotowy Program Funkcjonalno-Użytkowy i przygotowujemy się do ogłoszenia przetargu. Liczymy, że inwestycja uzyska wsparcie z Krajowego Planu Odbudowy (KPO). Kolejne przedsięwzięcia, takie jak biogazownie i turbiny wiatrowe, są w fazie przygotowania koncepcyjnego i analiz środowiskowych.
Bardzo ważnym elementem naszej strategii jest model partycypacji mieszkańców. Chcemy zapraszać ich do udziału w wybranych inwestycjach, szczególnie w projekcie turbiny wiatrowej. Już po uzyskaniu gotowości inwestycyjnej, czyli pozwolenia na budowę i kompletnej dokumentacji, mieszkańcy będą mogli objąć udziały w spółdzielni, a w zamian korzystać z tańszej energii i współuczestniczyć w zyskach z inwestycji.
W ten sposób budujemy model, w którym zyski i energia pozostają w regionie, a lokalna społeczność staje się nie tylko odbiorcą, ale także współtwórcą transformacji energetycznej.
Jakie wyzwania i bariery ekonomiczne oraz legislacyjne widzi Pan na drodze tych inwestycji?
Obecny system wsparcia biogazowni opiera się na cenie gwarantowanej przez państwo. Kto nie korzysta z tej gwarancji, ten ma problem. Jeśli biogazownia jest włączona do spółdzielni, wsparcie to znika i trzeba sprzedawać energię po dużo niższej cenie, co jest nieopłacalne. Dlatego konieczne są zmiany legislacyjne, które umożliwią efektywne włączanie takich źródeł do spółdzielni. Brakuje też mechanizmów dofinansowania, które umożliwiłyby powstanie tych kosztownych inwestycji.
Największym wyzwaniem dla spółdzielni energetycznych nie są dziś przepisy, ale finansowanie inwestycji. Ramy prawne są już w dużej mierze kompletne i umożliwiają efektywne funkcjonowanie takich podmiotów. Problemem jest raczej znalezienie odpowiednich instrumentów wsparcia i kapitału, który pozwoli budować zrównoważony miks źródeł odnawialnych.
Inwestycje w tego typu źródła są kapitałochłonne, dlatego potrzebne są mechanizmy ułatwiające ich finansowanie, szczególnie w formule partnerskiej, z udziałem samorządów, spółek komunalnych i mieszkańców. Model spółdzielczy pozwala utrzymać korzyści w regionie, ale wymaga zbudowania solidnej podstawy inwestycyjnej.
Oczywiście istnieją również pewne ograniczenia dotyczące integracji źródeł biogazowych z systemem wsparcia, jednak są to kwestie techniczne i przejściowe. Kluczowe jest, by spółdzielnie miały dostęp do finansowania długoterminowego, które pozwoli im realizować inwestycje w sposób stabilny i zgodny z zasadami rynkowymi. Kluczowe jest traktowanie spółdzielni energetycznych jako narzędzia wspierającego lokalną gospodarkę i bezpieczeństwo energetyczne regionów.
Coraz głośniej mówi się o likwidacji netmeteringu – jak Pan ocenia skutki tych zmian dla spółdzielni?
Netmetering jest obecnie absolutnie kluczowy na początkowym etapie rozwoju spółdzielni energetycznych z PV. Jego likwidacja zlikwiduje wiele spółdzielni. To jak wyrzucenie dziecka z kąpielą. Potrzebujemy jeszcze czasu, żeby udowodnić działanie miksu OZE i stabilizację sieci przez spółdzielnie. Jeżeli usuniemy netmetering teraz, większość spółdzielni fotowoltaicznych nie przetrwa.
Netmetering jest dziś kluczowym elementem funkcjonowania spółdzielni energetycznych, szczególnie tych, które opierają się głównie na fotowoltaice. Gdyby został zlikwidowany w obecnym momencie, rozwój nowych spółdzielni praktycznie by się zatrzymał, a wiele działających inicjatyw mogłoby nie przetrwać okresu przejściowego. Większość wspólnot energetycznych nie ma jeszcze zróżnicowanego miksu źródeł odnawialnych i potrzebuje czasu, aby taki miks zbudować.
W przyszłości system rozliczeń powinien rzeczywiście odzwierciedlać faktyczne bilansowanie energii w krótkim horyzoncie czasowym, jednak zanim do tego dojdzie, musimy stworzyć przykłady modelowych spółdzielni opartych na miksie OZE. Takie podmioty będą mogły pokazać, że bilansowanie energii w krótkim okresie jest możliwe i może działać stabilnie. Do tego potrzebne są inwestycje w biogazownie, turbiny wiatrowe oraz magazyny energii, które uzupełnią źródła fotowoltaiczne.
Spółdzielnie energetyczne nie powstały po to, aby generować zyski. Ich głównym zadaniem jest wzmacnianie lokalnego bezpieczeństwa energetycznego i rozwijanie energetyki obywatelskiej. Skala ich działania w Polsce jest wciąż niewielka w porównaniu z całym sektorem OZE, dlatego warto dać im czas na rozwój i możliwość pokazania, że lokalne wspólnoty potrafią efektywnie bilansować energię i wspierać system elektroenergetyczny.
Jak walczycie z dezinformacją towarzyszącą spółdzielniom energetycznym?
Dezinformacja to już niestety codzienność. Przykładowo konkurencyjne firmy nakręcają panikę, że trzeba się spieszyć z zakładaniem spółdzielni przed końcem roku, bo potem będzie trzeba spełnić wyższe normy procentowe OZE i to będzie problem. Tymczasem jest to mit i wszystko da się rozplanować. Dlatego edukacja i transparentna komunikacja to nasze główne narzędzia.
Największym problemem nie jest dezinformacja medialna, lecz działalność firm, które próbują za wszelką cenę zakładać spółdzielnie energetyczne w jednostkach samorządu terytorialnego, często bez odpowiedniego przygotowania merytorycznego. Tymczasem proces tworzenia spółdzielni wymaga analizy, planowania i zrozumienia lokalnych uwarunkowań energetycznych.
Podstawą jest rzetelny biznesplan i bilans energetyczny, który jasno pokaże, kiedy spółdzielnia może działać efektywnie, w jakich warunkach jest to opłacalne oraz jakie źródła energii (poza fotowoltaiką) powinny zostać włączone do systemu. Bez tego każda inicjatywa może skończyć się rozczarowaniem i utratą zaufania do idei wspólnot energetycznych.
Walka z dezinformacją polega przede wszystkim na pokazywaniu dobrych praktyk i przykładów spółdzielni, które rzeczywiście funkcjonują i rozwijają się w sposób przemyślany. Takie działania prowadzi również Krajowy Związek Rewizyjny Spółdzielni Energetycznych, zrzeszający podmioty, które od lat przecierają szlaki i wypracowują standardy dla całego sektora. Wspólna edukacja, wymiana doświadczeń i transparentna komunikacja to dziś najskuteczniejsze narzędzia w walce z mitami dotyczącymi spółdzielni energetycznych.
Jaka jest wiedza i świadomość mieszkańców oraz samorządów na temat spółdzielni?
Niestety daleko nam do pełnej świadomości. Wielu włodarzy uważa, że dostarczanie energii nie jest zarazem zadaniem gmin, mieszkańcy nie są zainteresowani. Mamy więc zadanie edukacyjne, które realizujemy, planując kampanie i rozmowy bezpośrednio z mieszkańcami. Bez tego transformacja nie odniesie sukcesu, bo opór społeczny jest realny i musi być rozpracowany przez dialog.
Edukacja jest dziś jednym z najważniejszych elementów budowania spółdzielni energetycznych. Kierujemy ją do dwóch grup odbiorców.
Pierwszą z nich są samorządowcy, którzy często jeszcze nie postrzegają transformacji energetycznej jako procesu, w którym powinni aktywnie uczestniczyć. Tymczasem ten proces już trwa, a można powiedzieć, że pociąg właśnie odjeżdża z peronu. Warto, by wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast wsiedli do niego jak najszybciej, bo energetyka lokalna to nie tylko kwestia ekologii, ale też ogromna szansa ekonomiczna i społeczna. Społeczności energetyczne są jednym z najlepszych narzędzi do walki z ubóstwem energetycznym i budowania trwałego rozwoju lokalnego.
Drugą grupą są mieszkańcy, którzy często reagują oporem na widok nowych instalacji OZE, niezależnie od tego, czy chodzi o fotowoltaikę, biogazownie, czy turbiny wiatrowe. Naszym celem jest zmiana tego myślenia z postawy NIMBY („nie na moim podwórku”) na YIMBY („tak, na moim podwórku”). Uda się to tylko wtedy, gdy mieszkańcy zobaczą realne korzyści finansowe i społeczne wynikające z tych inwestycji. Jeśli zyski i energia pozostają w regionie, wtedy wiatrak za oknem nie przeszkadza, lecz staje się symbolem lokalnej niezależności.
Tylko dzięki edukacji i dialogowi możemy budować świadome, współpracujące społeczności, które nie boją się zmian, ale same stają się ich motorem.
Czy jest miejsce na rozwój spółdzielni energetycznych w Polsce?
Zdecydowanie tak, ale trzeba rozumieć, że prostych rozwiązań uniwersalnych nie ma. Każda spółdzielnia musi być szyta na miarę lokalnych warunków, mieć dedykowaną osobę, lidera znającego społeczność i specyfikę regionu. Współpraca i wymiana wiedzy między spółdzielniami to fundament, który musi zastąpić konkurencję i wewnętrzne podziały. Inaczej nie osiągniemy niczego trwałego.
Oczywiście, że w Polsce jest miejsce na rozwój spółdzielni energetycznych, ale trzeba podejść do tego racjonalnie i z głową. Spółdzielnia nie może powstać „z marszu”. Takie przedsięwzięcie wymaga dokładnych analiz energetycznych, bilansu, biznesplanu i świadomości, jakie efekty chcemy osiągnąć. To przedsięwzięcie, które trzeba dobrze policzyć zarówno energetycznie, jak i ekonomicznie.
Kluczowym elementem powodzenia jest lider lokalnej transformacji energetycznej. Każdy region potrzebuje osoby, która zna lokalną społeczność, potrafi zbudować zaufanie i koordynować współpracę pomiędzy samorządami, przedsiębiorstwami i mieszkańcami. Bez takiego lidera nawet najlepszy pomysł nie przełoży się na trwały efekt.
Współpraca i wymiana doświadczeń między spółdzielniami są równie ważne. To nie jest przestrzeń na rywalizację, lecz na wspólne uczenie się i wzajemne wsparcie. Każda udana spółdzielnia to inspiracja dla kolejnej. Razem budujemy sieć, która krok po kroku może zmienić sposób, w jaki Polska myśli o energetyce.
Spółdzielnie energetyczne to nie moda, lecz konieczność. Jeśli transformacja ma się udać, musi opierać się na lokalnych liderach, współpracy i zdrowym rozsądku, a nie na emocjach.
Pierwsza część rozmowy Agnieszki Korniluk z Krzysztofem Solarzem „Spółdzielnia to proces, nie produkt.”
Krzysztof Solarz-dyrektor Inkubatora Przedsiębiorczości Gminy Kamienna Góra. Inicjator, założyciel oraz organizator Spółdzielni Energetycznej „Sudecka Energia” (od marca 2023 r.). Koordynator projektu utworzenia klastra energii pn.
„Energia Ziemi Kamiennogórskiej”, realizowanego w partnerstwie ze spółką Tauron Ciepło. Zawodowo związany również z samorządowym Stowarzyszeniem Energetyki Obywatelskiej Ziemi Świdnickiej, w którym koordynuje proces zakładania spółdzielni energetycznych oraz doradza członkom Stowarzyszenia w kwestiach energetycznych. Prelegent w ramach cyklu szkoleń dotyczących społeczności energetycznych, organizowanych przez Związek Miast Polskich oraz Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa.

Dlaczego dotąd nie ma programu grantowego wspierającego małe, lokalne elektrownie szczytowo – pompowe ? Obiekty tego typu, relatywnie tanie i szybkie w budowie mogłyby mieć istotny wkład w bilansowanie rynku energii w godzinach wieczornych
W Polsce rośnie moc zainstalowana wiatraków (ok. 9 GW) i paneli słonecznych (ok. 14 GW), co w słoneczne dni pozwala pokryć nawet całość zapotrzebowania na energię elektryczną. Problemem jest nierównomierna doba energetyczna — nadprodukcja energii następuje w południe, a najwyższe zapotrzebowanie jest wieczorem, co powoduje marnowanie potencjału zielonej energii. Elektrownie szczytowo-pompowe mogłyby łatwo bilansować tę nierówność poprzez magazynowanie energii w formie potencjalnej energii wody — przepompowują wodę do górnego zbiornika, a przy nadmiarze energii uwalniając ją i kierując na turbiny, co pozwala ponownie wytworzyć energię elektryczną.
Propozycja dotyczy małych elektrowni w terenie górskim, gdzie można wykorzystać naturalne zagłębienia do budowy dwóch zbiorników połączonych rurociągiem z turbiną dwukierunkową, bez dużych inwestycji budowlanych i ingerencji w środowisko. Efektywność fizyczna takich instalacji waha się od 30 do 90%. Sprawność całego systemu uwzględnia straty w turbinie, generatorze, transformatorze oraz pompie. Koszty budowy małych elektrowni szczytowo-pompowych są znacznie niższe niż dużych betonowo-grawitacyjnych, a dodatkowo zbiorniki wodne mogą pozytywnie wpływać na lokalne warunki wodne, na przykład zapobiegając powodziom.

Schemat działania małej elektrowni szczytowo-pompowej w terenie górskim. Przekrój pokazujący górny i dolny zbiornik, rurę łączącą (rurociąg) oraz budynek z turbiną
Ekonomiczna opłacalność tych elektrowni wynika z dużych różnic cen energii elektrycznej w ciągu doby, od zera (nawet wartości ujemne) do ponad 1500 zł/MWh. Magazynując energię w tanich godzinach i sprzedając ją w droższych, system może generować zysk, potencjalnie zapewniając zwrot inwestycji w mniej niż 10 lat. Fundacja DEMOK.pl planuje przeprowadzić symulacje komputerowe na danych historycznych z giełdy energii z lat 2010–2024, aby precyzyjnie oszacować potencjalne korzyści finansowe i opracować procedury optymalnego zarządzania takim systemem.
W praktyce elektrownia o mocy 10 MW mogłaby działać na podstawie dwóch zbiorników wodnych o pojemności 100 tys. m3 każdy, z różnicą wysokości około 100 m. Taka instalacja może gromadzić około 10 MWh energii, co wystarcza do zasilania 500–1000 domów przez 5 godzin w wieczornych godzinach szczytu.
W Polsce istnieje potencjał do budowy wielu takich instalacji, zwłaszcza w górach: od Bieszczad po zachodnie krańce kraju. Szacuje się, że nawet 500-700 małych elektrowni szczytowo-pompowych mogłoby powstać, co dawałoby około 1 GW mocy magazynującej energię przez kilka godzin każdego dnia. To znaczny, choć nie dominujący, udział w bilansowaniu krajowego systemu energetycznego.
Aktualne bazy danych wskazują na około 6000 potencjalnych lokalizacji dla małych elektrowni wodnych, podczas gdy w Polsce działa niespełna 800 takich instalacji. Kluczem do małych elektrowni szczytowo-pompowych jest możliwość zlokalizowania dwóch zbiorników wodnych o odpowiedniej różnicy wysokości, połączonych rurą —rozwiązania niewymagające budowy dużych tam ani znaczącego piętrzenia rzek. Koszty budowy mogą być znacznie niższe niż standardowych elektrowni wodnych, zwłaszcza przy użyciu naturalnych zagłębień i prostych instalacji pomp i turbin.
Podsumowując, małe elektrownie szczytowo-pompowe mogłyby być szybko wdrażane przez samorządy i prywatnych inwestorów — pod warunkiem zapewnienia finansowania oraz uproszczenia zasad handlu energią.
Czas inwestycji byłby nieporównanie krótszy niż przy dużych obiektach (ewentualnie: Takie instalacje można zrealizować znacznie szybciej. Dla porównania:) — elektrownia o mocy 1050 MW w Młotach ma zostać ukończona dopiero około 2030 roku. Fundacja DEMOK.pl proponuje powrót do tematu małych lokalnych elektrowni szczytowo-pompowych jako wartościowego i niedocenionego elementu transformacji energetycznej Polski.
Zachowując prostotę, niskie koszty i szybki czas budowy, te instalacje mogłyby skutecznie wspierać bilansowanie energetyczne, chronić środowisko oraz lokalne społeczności, zwiększać bezpieczeństwo energetyczne i przynosić ekonomiczne korzyści, które do tej pory pozostają niewykorzystane. Projekt ma również pozytywny wpływ społeczny i środowiskowy, wyróżniając się jako sprawdzona i efektywna technologia magazynowania energii wspierająca rozwój OZE w Polsce.

O tym jak jednostki samorządu terytorialnego zmieniają Polskę dzięki fotowoltaice i spółdzielczości.
Polska transformacja energetyczna nabiera tempa, ale prawdziwy przełom dokonuje się poza wielkimi miastami. Najnowsze ogólnopolskie badanie inwestycji fotowoltaicznych w jednostkach samorządu terytorialnego (JST), przeprowadzone przez Łukasza Pałuckiego we współpracy ze Stowarzyszeniem EKO-UNIA i Fundacją Zielone Światło, dowodzi tego, że samorządy wiejskie i miejsko-wiejskie stają się kluczowym graczem na energetycznej mapie kraju. Wyniki prezentacji przygotowanej w ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności pokazują, że JST są nie tylko beneficjentem polityki unijnej, ale też kreatorem narzędzi, które realnie wpłyną na codzienne życie Polaków.
Skala i geografia inwestycji
Od marca 2022 do maja 2025 r. jednostki samorządu terytorialnego zrealizowały inwestycje o wartości blisko 1,55 mld zł, instalując ponad 351 MWp mocy fotowoltaicznej. Największy udział miały gminy wiejskie (ponad 170 MWp i 724 mln zł) oraz miejsko-wiejskie (ok. 89 MWp i 393 mln zł). Gminy miejskie, powiaty i miasta na prawach powiatu wydały ponad 600 mln zł, montując kolejne kilkadziesiąt MWp mocy. Przygotowywane są kolejne inwestycje o łącznej wartości blisko 585 mln zł i potencjale ponad 150 MWp, co daje łączny potencjał przekraczający pół gigawata i 2,1 mld zł inwestycji.
Ekonomia inwestycji i realia rozliczeń
Po euforii związanej z masowym montażem paneli PV przyszedł czas chłodnej kalkulacji. Problemem, wskazanym w wynikach badań, stał się nowy model rozliczeń – net-billing obowiązujący od 1 lipca 2024 r. Zgodnie z nim energia oddana do sieci wyceniana jest według zmiennych cen rynkowych, a nie – jak wcześniej – za pomocą przelicznika ilości. Dla wielu JST, które wykorzystują mniej niż 30% wyprodukowanej energii na miejscu, a resztę odsyłają do sieci, oznacza to drastyczny spadek opłacalności inwestycji. Szkoły, urzędy i inne budynki użyteczności publicznej zużywają prąd w czasie, gdy są otwarte i funkcjonują, a także podczas konserwacji i pracy urządzeń oświetleniowych, a nawet gdy są puste, ale włączone są urządzenia podtrzymujące podstawowe funkcje, takie jak systemy ogrzewania, monitoringu czy alarmowe. Zużycie prądu odbywa się cały rok, nie tylko w dni robocze.
Model spółdzielczy: szansa na odbudowę energetyki lokalnej
W badaniu wprost wskazano model spółdzielni energetycznej jako klucz do przyszłości JST. Przeniesienie istniejących inwestycji (szacowanych na ponad 1,1 mld zł w gminach wiejskich i miejsko-wiejskich) do struktur spółdzielczych pozwala odzyskać przewidywalność rozliczeń zbliżoną do zlikwidowanego już net-meteringu. Spółdzielnia to nie tylko tańszy prąd (po spłacie inwestycji nawet kilka groszy za kWh vs. ponad 1zł w tradycyjnym modelu), lecz także niższe koszty przesyłu, zmniejszenie podatków, wsparcie walki z ubóstwem energetycznym i szansa dla lokalnego biznesu. Kluczowe znaczenie ma tu autokonsumpcja, czyli maksymalnie lokalne zużycie energii. W tradycyjnym modelu JST tracą na tym mechanizmie, w spółdzielni te same kilowatogodziny pracują na rzecz społeczności lokalnej.
Bariery i wnioski
Największym zagrożeniem jest „wypadnięcie” JST z korzystnych rozliczeń – wystarczy błędna decyzja, np. zmiana operatora sieci, by utracić dotychczasowe preferencje. JST coraz częściej zauważają, jak ważne są edukacja, doradztwo i świadome zarządzanie rozproszoną energią. Dotyczy to zwłaszcza gmin, dla których instalacje fotowoltaiczne to często element większych pakietów modernizacji (np. termomodernizacja, wymiana źródeł ciepła). W praktyce oznacza to konieczność lepszej koordynacji i dbałości o szczegóły proceduralne.
Badanie wpisuje się w szeroki nurt polityk publicznych UE, które każą myśleć o energetyce nie tylko przez pryzmat megawatów, ale także społecznego zysku: solidaryzmu, walki z wykluczeniem energetycznym czy lokalnej przedsiębiorczości. Sygnał płynący z gmin i powiatów jest jasny: jednostki samorządu terytorialnego są gotowe dalej inwestować w czystą energię, lecz muszą mieć gwarancję stabilnych rozliczeń i systemowego wsparcia spółdzielczości energetycznej. To najskuteczniejszy sposób, by zmodernizować krajową energetykę, realnie poprawić warunki życia ludzi i wzmocnić siłę wspólnot lokalnych.
W świetle tych analiz transformacja energetyczna jest nie tyle innowacją techniczną, co wyborem politycznym i społecznym. W takim układzie JST i społeczności lokalne stają się laboratorium nowoczesnego państwa.

Spółdzielnie Energetyczne – Praktyczne aspekty funkcjonowania. Konferencja w Strykowie 15 stycznia 2025
Spółdzielnie energetyczne oferują dziś jedne z najbardziej atrakcyjnych warunków rozliczeń energii w Polsce. Ich model działania pozwala zarówno wytwórcom, jak i odbiorcom znacząco obniżyć koszty energii oraz zwiększyć opłacalność inwestycji w OZE. W całym kraju działa już ponad 250 spółdzielni energetycznych, z czego aż 190 powstało tylko w 2025 roku. To najdynamiczniej rozwijająca się społeczność energetyczna w Polsce.
Dla czytelników Zielonych Wiadomości specjalny rabat: ZW15 Kod rabatowy, który należy podać w toku rejestracji to: KONGERES ZW15
Temat spółdzielni energetycznych porusza dziś tysiące włodarzy gmin i lokalnych przedsiębiorców, którzy w spółdzielniach energetycznych znaleźli skuteczne rozwiązanie wielu energetycznych wyzwań i sposób na podniesienie rentowności swoich OZE-inwestycji. To właśnie w odpowiedzi na potrzeby rynku, już 15 stycznia w Strykowie pod Łodzią eksperci sektora energetyki oraz praktycy prowadzący działające spółdzielnie energetyczne opowiedzą o tym, jak poprawnie budować i efektywnie administrować spółdzielniami, aby w pełni wykorzystywać potencjał tego modelu rozliczeń i maksymalizować zyski.
Program i bilety: www.spoldzielnie-energetyczne.org
– Jednym z kluczowych atutów jest rozliczenie ilościowe a nie kwotowe, dzięki czemu energia wyprodukowana latem, gdy jest tania, może zostać odebrana zimą, kiedy jej wartość rynkowa rośnie kilkukrotnie. To realny, a nie tylko księgowy zysk dla całej spółdzielni. Co więcej, nadwyżki energii można odebrać w dowolnym momencie w ciągu 12 miesięcy, co daje większą elastyczność w bilansowaniu. Dodatkowym impulsem do opłacalności są preferencje, których nie ma żaden inny model rozliczeń: zwolnienie z opłaty OZE, kogeneracyjnej, mocowej, jakościowej oraz stawki zmiennej dystrybucyjnej. Korzystniejszy jest też tutaj system rozliczeń energii wewnątrz spółdzielni czy jej nadwyżek. W efekcie spółdzielnie energetyczne otwierają drogę do dużo tańszej energii, większej stabilności kosztowej i szybszego zwrotu z inwestycji w OZE, bez skomplikowanych modeli finansowych i w pełni w oparciu o lokalną współpracę — tłumaczy Daniel Raczkiewicz, prezes Lądeckiej Spółdzielni Energetycznej, ekspert rynku energii, wiceprezes KIKE i OZE – współorganizator piątej edycji konferencji szkoleniowej Praktyczne Aspekty Funkcjonowania Spółdzielni Energetycznych.
Szkolenie o praktyce tworzenia i prowadzenia spółdzielni energetycznych
Konferencja szkoleniowa „Praktyczne aspekty funkcjonowania spółdzielni energetycznych”, która odbędzie się 15 stycznia 2026 r. w Strykowie, ma charakter praktyczno-szkoleniowy. Uczestnicy mogą liczyć na pogłębione, oparte na realnych danych i doświadczeniach omówienie procesu organizacji i prowadzenia spółdzielni energetycznych. — To szkolenie to instrukcja „krok po kroku” – gotowy przepis na efektywną transformację energetyczną w oparciu o model spółdzielni energetycznej – uzupełnia Daniel Raczkiewicz.
Szkolenie w Strykowie będzie również niepowtarzalną okazją do integracji JST i lokalnych przedsiębiorców oraz do nawiązania relacji sprzyjających powstawaniu nowych spółdzielni energetycznych.
W poprzednich edycjach konferencji wzięło udział już ponad 500 osób z całej Polski.
Dla kogo jest to szkolenie?
Konferencja Szkoleniowa skierowana jest do:
- przedstawicieli jednostek samorządu terytorialnego i administracji publicznej
- firm działających na terenie gmin wiejskich i miejsko-wiejskich, które myślą o transformacji energetycznej w sposób odpowiedzialny.
- właścicieli instalacji OZE, którzy nie są zadowoleni z poziomu przychodów generowanych przez posiadane elektrownie fotowoltaiczne lub wiatrowe.
Wszystkie te grupy mogą czerpać wymierne korzyści ze zrzeszania się w ramach wybranego modelu spółdzielni energetycznej.
Program i bilety: www.spoldzielnie-energetyczne.org
Eksperci-praktycy dzielący się wiedzą i realnym doświadczeniem
Prelekcje poprowadzą eksperci-praktycy, na co dzień współpracujący z JST oraz spółdzielniami energetycznymi, w tym prezesi pięciu działających spółdzielni energetycznych, przedstawiciele Operatorów Systemów Dystrybucyjnych, eksperci Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (KOWR), kancelarii prawnych oraz specjaliści spółek obrotu energią. To najbardziej kompletne szkolenie z tej tematyki w Polsce.
Boom na spółdzielnie energetyczne w Polsce napędzają wymierne korzyści finansowe, sięgające setek tysięcy złotych rocznie — potwierdzone wynikami już działających podmiotów. Jednym z nich jest także Lądecka Spółdzielnia Energetyczna, która w ciągu pierwszych 12 miesięcy działalności wygenerowała oszczędności na poziomie aż 660 tysięcy złotych. Jej case study będzie jednym z wielu realnych przykładów omawianych podczas styczniowego szkolenia.
Patroni wydarzenia w Strykowie
Patronem medialnym wydarzenia jest także redakcja portalu Zielone Wiadomości. Partnerami merytorycznymi są m.in. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Krajowy Związek Rewizyjny Spółdzielni Energetycznych, Polskie Stowarzyszenie Fotowoltaiki i Magazynowania Energi, Krajowa Izba Klastrów Energii, Unia Miasteczek Polskich czy Forum Miasteczek Polskich.
Program i bilety
Liczba miejsc na konferencję szkoleniową 15 stycznia 2026 jest ograniczona, dlatego warto zapisać się na nią już dziś. Zwłaszcza, że na osoby, które zarejestrują się na wydarzenie przed 12 grudnia 2025 czeka specjalny rabat. Dla zorganizowanych grup organizator przygotował również dodatkowe zniżki.
Strona internetowa rejestracji wraz z programem konferencji szkoleniowej „Praktyczne aspekty funkcjonowania spółdzielni energetycznych” dostępna jest tutaj:
Program i bilety: www.spoldzielnie-energetyczne.org
Jak niewielka gmina w Lądku Zdroju zbudowała jeden z najbardziej efektywnych modeli samowystarczalności energetycznej w Polsce? Z Danielem Raczkiewiczem, prezesem Lądeckiej Spółdzielni Energetycznej, o decyzjach które przesądziły o sukcesie projektu rozmawia Natalia Rudzka.

Daniel Raczkiewicz – Prezes LSE
Natalia Rudzka: Co przesądziło o sukcesie Lądeckiej Spółdzielni Energetycznej? Jakie kompetencje zespołu, struktura organizacyjna oraz model finansowy odegrały kluczową rolę?
Daniel Raczkiewicz: Na sukces Lądeckiej Spółdzielni Energetycznej złożyły się trzy kluczowe elementy: determinacja lokalnego samorządu, jasna wizja przeprowadzenia realnej transformacji energetycznej oraz kompetencje zespołu, który potrafił tę wizję przełożyć na praktyczne rozwiązania. Od początku postawiliśmy sobie cel: chcemy produkować własną energię i rozliczać ją w modelu, który umożliwia rozwiązanie jakim jest spółdzielnia energetyczna – i to właśnie mechanizmy prawne przewidziane dla spółdzielni stały się fundamentem naszego modelu finansowego.
Organizacyjnie przyjęliśmy bardzo prostą zasadę: najpierw rzetelna analiza potrzeb energetycznych, potem dopasowana do nich infrastruktura. Dzięki temu każdy element, od wielkości farmy po model rozliczeń, był od początku zaprojektowany pod realne zużycie gminy i jej jednostek.
Jakie decyzje strategiczne oraz rozwiązania techniczne i technologiczne miały największy wpływ na to, że spółdzielnia osiągnęła dodatni wynik finansowy i stała się samowystarczalna energetycznie?
Najważniejszą decyzją była budowa farmy fotowoltaicznej o mocy dokładnie dobranej do bilansu energetycznego gminy. Analiza wykazała, że 1 MW pozwoli pokryć roczne zapotrzebowanie wszystkich punktów poboru, od szkół po jednostki komunalne. Drugim kluczowym elementem było konsekwentne wdrażanie nowoczesnych, prostych w utrzymaniu technologii tak, aby spółdzielnia była stabilna finansowo od pierwszych dni działania. Obecnie planujemy kolejny krok: magazyn energii, który ma podnieść bezpieczeństwo energetyczne w sytuacjach kryzysowych.
Jakie bariery organizacyjne i legislacyjne napotkaliście? Czy mógłby Pan zaproponować zmiany, które mogłyby wesprzeć podobne inicjatywy?
Startowaliśmy w momencie, gdy w Polsce dopiero uczono się, czym są spółdzielnie energetyczne. Nie było wzorów umów, procedury były niejednoznaczne, a rozmowy z operatorem systemu dystrybucyjnego trwały bardzo długo. Wiele rzeczy robiliśmy jako pierwsi. Dziś większość barier została usunięta: wzory umów istnieją, procesy rejestrowe są jasne i krótsze, a operatorzy mają doświadczenie. To ogromna różnica dla nowych spółdzielni.
Czy prowadzicie działania edukacyjne lub integracyjne skierowane do lokalnej społeczności np. warsztaty, spotkania, konsultacje?
Zdecydowanie tak. To nasza misja. W samym Lądku-Zdroju zorganizowaliśmy cykl trzech dużych szkoleń dla samorządów, w których udział wzięło ponad 300 przedstawicieli JST z całej Polski. W wydarzeniach uczestniczyli również przedstawiciele KOWR i WFOŚiGW, instytucji kluczowych w procesie zakładania spółdzielni. Największe wydarzenie jednak wciąż przed nami.
Już 15 stycznia 2026 roku w Strykowie pod Łodzią organizujemy 5. edycję konferencji „Praktyczne aspekty funkcjonowania spółdzielni energetycznych w Polsce”. Wydarzenie kierowane jest do włodarzy gmin, którzy chcą ograniczyć wydatki na energię elektryczną, do spółek komunalnych, a także do właścicieli firm i zakładów przemysłowych funkcjonujących na obszarze gmin wiejskich i miejsko-wiejskich. Spotkanie kierowane jest też do właścicieli farm fotowoltaicznych i wiatrowych, którzy są niezadowoleni z osiąganych przez nie przychodów.
Uczestnicy przez cały dzień będą czerpać wiedzę bezpośrednio od doświadczonych praktyków i liderów rynku, w tym wysłuchają szeregu prelekcji opartych na realnych danych i doświadczeniach. W Strykowie omówimy cały proces tworzenia i prowadzenia spółdzielni energetycznych, począwszy od doboru właściwego modelu i sposobu zarządzania zasobami, przez strukturę kosztową, po praktyczne kwestie związane z prawem zamówień publicznych. Styczniowa konferencja szkoleniowa w Strykowie będzie niepowtarzalną okazją do integracji JST i lokalnych przedsiębiorców z różnych części Polski oraz do nawiązania relacji sprzyjających powoływaniu spółdzielni energetycznych. Warto zainwestować swój czas i być tam z nami.
Jakie inne wskaźniki sukcesu są dla Pana istotne, oprócz samowystarczalności i dodatniego wyniku finansowego?
Oczywiście dodatni bilans finansowy i pełna samowystarczalność roczna to dla nas fundament. Jednak równie ważne są aspekty związane z lokalnym bezpieczeństwem energetycznym, zwłaszcza w kontekście ochrony cywilnej. Ostatnia powódź pokazała, że w sytuacjach kryzysowych dostęp do własnych źródeł energii może być kluczowy. Dlatego jednym z naszych priorytetów jest rozwój infrastruktury opartej o magazyn energii, który pozwoli jeszcze skuteczniej zabezpieczyć kluczowe obiekty na terenie gminy.
Kolejnym, bardzo ważnym wskaźnikiem jest zainteresowanie i zaufanie innych gmin oraz przedsiębiorców. Widzą, że nasz model działa i jest powtarzalny, a to ogromna wartość. Spółdzielczość w swoim DNA opiera się na zasadzie wzajemności i współpracy. Dlatego aktywnie dzielimy się doświadczeniami, prowadzimy szkolenia i wspieramy samorządy oraz lokalne społeczności, które chcą iść podobną drogą.
Do współpracy w ramach spółdzielni energetycznych zachęcamy również lokalnych wytwórców OZE, którzy działając w strukturze spółdzielni nie tylko korzystają na preferencyjnych warunkach rozliczeń zyskując realne oszczędności, ale też wnoszą swoje kompetencje, wzmacniając wspólny system energetyczny. Dla nas to dowód na to, że budujemy projekt, który rzeczywiście łączy ludzi, instytucje i przedsiębiorców wokół wspólnego celu.
Jak własna infrastruktura energetyczna sprawdziła się w czasie ostatnich klęsk żywiołowych, takich jak powódź?
Podczas ostatniej powodzi dostawy energii zostały przerwane. Żywioł uszkodził część infrastruktury elektroenergetycznej, zalał stacje i wymył kable. To zdarzenie pokazało nam jedną rzecz: bez magazynu energii i bezpośrednich linii zasilających kluczowe obiekty żadna gmina nie może mówić o pełnym bezpieczeństwie energetycznym. Była to bardzo cenna lekcja, która wyznaczyła nam kierunek dalszego rozwoju.
Jak te doświadczenia wpłynęły na sposób zarządzania ryzykiem lub planowania nowych inwestycji w OZE?
Powódź była impulsem do stworzenia koncepcji lokalnego bezpieczeństwa energetycznego opartego na: farmie PV, magazynie energii, możliwości pracy wybranych obiektów w trybie wyspowym (off-grid). To rozwiązanie, które pozwoli zasilić najważniejsze punkty, np. centrum kryzysowe, wodociągi czy obiekty strategiczne, nawet przy awarii sieci operatora.
W jaki sposób spółdzielnia współpracuje z samorządem, mieszkańcami i lokalnymi instytucjami?
Dziś spółdzielnia pełni rolę swoistego „energetyka gminnego”. Przejęliśmy od gminy ciężar zarządzania energią i optymalizacji kosztów, dzięki czemu samorząd może skupić się na swoich podstawowych zadaniach. Równolegle przygotowujemy nowe projekty: spółdzielnię dla przedsiębiorców oraz spółdzielnię dla mieszkańców. Pracujemy nad analizami, bilansami mocy, modelami korzyści, a także, o czym wspominałem, edukujemy.
Czy obserwuje Pan większe zaangażowanie mieszkańców, aktywność lokalną i wzrost zainteresowania ideą samowystarczalności energetycznej?
Tak, zainteresowanie jest wyraźnie większe niż jeszcze 2-3 lata temu. Mieszkańcy i przedsiębiorcy widzą, że model działa, generuje realne oszczędności i wzmacnia lokalne bezpieczeństwo. To buduje zaufanie i chęć współtworzenia kolejnych inicjatyw.
Jakie najważniejsze lekcje z Waszych doświadczeń warto przekazać innym gminom i spółdzielniom energetycznym?
Najważniejsze są trzy:
- Zacząć od rzetelnej analizy bilansu energetycznego – technologia i moc instalacji muszą wynikać z realnych potrzeb.
- Potraktować projekt kompleksowo – od prawa, przez technikę, aż po organizację i edukację mieszkańców.
- Działać konsekwentnie – wizja musi przełożyć się na wykonanie. W Lądku tak właśnie było: od pomysłu do gotowej farmy i sprawnego modelu rozliczeń.

fot. LSE – otwarcie farmy fotowoltaicznej
Jakie są Wasze dalsze ambicje i cele na kolejne lata?
Najbliższe lata to:
- budowa magazynu energii,
- uruchomienie spółdzielni dla mieszkańców i przedsiębiorców,
- dalsze wzmacnianie lokalnego bezpieczeństwa energetycznego,
- rozwój nowych usług dla gminy w zakresie zarządzania energią.
Chcemy, aby model Lądeckiej Spółdzielni Energetycznej był nie tylko powtarzalny, ale również skalowalny tak, aby mógł stać się standardem dla gmin w całej Polsce, co po woli już się dzieje.