Szkoły do likwidacji

Michał Świech
22 października 2012

Samorządy przystępują do wielkiej akcji likwidacji szkół. Ich zdaniem to świetny sposób na kryzysowe oszczędności i niż demograficzny. Czy rzeczywiście?

Jeszcze wiosną można było odnieść wrażenie, że chodzi o podniesienie jakości nauczania. Teraz maski opadły i w zasadzie bez ogródek mówi się o tym, że chodzi o pieniądze. Likwidacja szkół staje się dla wielu samorządów okazją do poprawy wyników finansowych – po latach trwonienia pieniędzy na projekty takie, jak choćby stadiony piłkarskie. A także po utracie części dochodów wskutek obniżki podatku PIT w 2009 r.

„Na edukację nas nie stać”

„Nie stać nas już na dokładanie do oświaty” – informuje na łamach „Rzeczpospolitej” prezydent Poznania Ryszard Grobelny. Podobnie mówią urzędnicy z Krakowa – miasta, w którym w ciągu ostatnich lat kosztem 700 mln zł wybudowano trzy stadiony, a teraz wydano kolejne 300 mln na centrum kongresowe, którego „domagał się biznes”. W 2012 r. w całej Polsce do likwidacji ma iść w sumie 1,5 tys. (według „Dziennika Gazety Prawnej”) lub 700 szkół (według MEN). Dla porównania, rok temu zamknięto ich 300. Do 2014 r. zlikwidowanych może być nawet 5 tys. szkół.

W wielu przypadkach szkoły są po prostu łączone z innymi. W Katowicach radni zadecydowali o połączeniu trzech szkół w jedną. Łącznie ma to dać pół miliona zł oszczędności.

Podobnie jest w innych miastach. W Chełmku, w powiecie oświęcimskim, jeden z zespołów szkół zawodowych nie otworzył ani jednego oddziału licealnego. Dlaczego? Bo do szkoły zapisało się za mało uczniów. Prawdopodobnie zespół zostanie zamknięty, a starostwo zaoszczędzi 700 tys. zł rocznie.

Zdaniem samorządowców problemy z utrzymaniem tych szkół to bezpośredni efekt niżu demograficznego. Tylko w powiecie oświęcimskim z roku na rok ubywa 500 uczniów rocznie. W skali całego kraju mamy nawet o 2,5 mln mniej osób w wieku szkolnym (5-19 lat) niż dziesięć lat temu.

Zapomniana lekcja przedszkoli

Na pozór wydaje się więc, że samorządy podejmują racjonalne decyzje. Ograniczają liczbę szkół, gdyż potrzeba ich mniej, niż w przeszłości. Tyle że to działanie krótkowzroczne. Dobrym przykładem może być Kraków. Władze miasta planują likwidację 25 szkół, przede wszystkim ponadgimnazjalnych. Prezydent Majchrowski mówi nawet o 70. Argument za likwidacją? Coraz mniej uczniów.

Tyle tylko, że o ile dzisiaj liczba uczniów w gimnazjach i szkołach średnich w Krakowie rzeczywiście spada, to już w podstawówkach jest ich coraz więcej. Prognoza GUS pokazuje, że w ciągu pięciu lat ich liczba zwiększy się o 3 tys. (11 proc.). Ogółem krakowskich uczniów ma być w 2020 r. o 10 tys. więcej niż dzisiaj. W ciągu kolejnych kilku lat uczniowie ci pójdą do gimnazjów, potem do szkół średnich. Te, które dziś są likwidowane, mogłyby się wówczas przydać.

Niewykluczone, że za dziesięć lat będziemy mieli ze szkołami taki sam problem, jak dziś z przedszkolami. Przypomnijmy sobie lata 90. Jeszcze w 1990 r. mieliśmy ponad 12,3 tys. przedszkoli. Dwadzieścia lat później ich liczba spadła o 46 proc., do 7,7 tys. Po czym okazało się, że trzeba je na nowo, często dużym kosztem, otwierać. Dzisiaj przedszkoli jest prawie 9 tys., panuje zgoda, że to za mało.

Zgodnie z szacunkami MEN tylko 60 proc. dzieci w wieku od 3 do 5 lat chodzi do przedszkola. Na wsi na przedszkole ma szansę co trzecie dziecko. Tymczasem Komisja Europejska zaleca, żeby do 2020 r. 95 proc. dzieci było objętych opieką przedszkolną. Żeby spełnić te wymagania, powinniśmy na nowe placówki wydawać 3 mld zł rocznie.

Oszczędni oszczędzają bardziej

Warto spojrzeć na problem z jeszcze innej perspektywy. Dzisiejsze lamenty samorządów sprawiają wrażenie, jakby wydatki na edukację rosły w kosmicznym tempie. W rzeczywistości jest inaczej. Według danych Eurostatu jeszcze w 2001 r. na edukację wydawaliśmy około 5,4 proc. PKB – więcej niż ówczesna średnia unijna.

Dekadę później przeznaczamy na kształcenie niewiele ponad 5 proc. PKB, podczas gdy średnia dla całej Unii wzrosła do 5,3 proc. W Polsce na jednego ucznia przypada niespełna 7 tys. zł rocznie, w całej UE – 6,5 tys., tyle że euro. W krajach takich jak Finlandia czy Wielka Brytania na jednego ucznia wydaje się grubo ponad 7 tys. euro. Oszczędzać nie bardzo jest więc na czym, a tezy o rzekomych kosztach generowanych przez nasz system edukacji i Kartę Nauczyciela nie znajdują potwierdzenia w liczbach. Wzrost wartości subwencji oświatowej jest większy niż podwyżki dla nauczycieli.

Sposób na nierówności

Co więc się potwierdza? Potwierdza się to, że uczniowie ze szkół, w których jakość nauczania jest wysoka, a struktura społeczna zróżnicowana, osiągają lepsze rezultaty w nauce („Education at Glance 2012”, OECD). Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy pochodzą z rodzin o niższym poziomie wykształcenia czy dochodów. W Polsce edukacja jest (wciąż) jednym z niewielu sposobów na awans społeczny. Ciągle jeszcze aż połowie uczniów udaje się osiągnąć wyższy poziom wykształcenia niż rodzicom. To lepszy wynik niż w większości krajów rozwiniętych.

Ograniczanie dostępu do edukacji może ten trend odwrócić. Zwłaszcza, że jak wskazuje w raporcie „Szkoła i nierówności społeczne” dr Przemysław Sadura z Instytutu Socjologii UW, nierówności w dostępie do edukacji są coraz większe. Najczęściej likwidowane są bowiem te szkoły, które leżą w biednym gminach lub do których chodzą dzieci biednych rodziców. Takich, którzy dzieci do szkoły posyłają, bo trzeba, a nie dlatego, że widzą w tym jakąś korzyść.

Uczniowie pochodzący z klasy średniej, nawet jeśli ich szkoła zostanie przeznaczona do likwidacji, mogą liczyć na wsparcie rodziny. Placówkę może przejąć zawiązane przez rodziców stowarzyszenie, w najgorszym razie ojciec albo matka będą dowozić dziecko do sąsiedniej miejscowości albo dzielnicy. Uczniowie z rodzin biednych pozostawieni są sami sobie.

Polska w Europie

We Francji prezydent François Hollande zapowiedział w kampanii wyborczej zwiększenie liczby nauczycieli o 50 tys., ponieważ w dzisiejszych czasach uważa się, że dobrej jakości edukacja sprzyja rozwojowi ekonomicznemu kraju. Nawet konserwatywno-liberalny rząd Wielkiej Brytanii dostrzega problem. Minister David Lewis zapowiedział niedawno, że państwowa dotacja na uczniów pochodzących ze środowisk „z problemami” zostanie zwiększona z 619 do 900 funtów w ciągu dwóch lat. W Niemczech zaś, gdy okazało się, że raport „Education at Glance” pokazuje ten kraj w wyjątkowo niekorzystnym świetle, rozgorzała dyskusja na temat tego, jak poprawić dostępność edukacji. W Polsce przy okazji tego samego raportu rozmawiano głównie o tym, że klasy są za małe, a nauczyciele za dużo zarabiają…

Likwidacja szkół wywołuje opór nie tylko nauczycieli, ale także uczniów i ich rodziców. Tak jest teraz w Krakowie, tak było w Bytomiu. Tam były już prezydent Piotr Koj podjął decyzję o likwidacji popularnego Technikum Elektronicznego i jednego z gimnazjów. Protestującym rodzicom udało się zebrać odpowiednią liczbę podpisów, dzięki czemu w czerwcu 2012 r. mieszkańcy odwołali prezydenta w referendum, a w przedterminowych wyborach wysłali dotychczas rządzące partie do opozycji.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *