Podatek Robin Hooda: czego (nie) możemy oczekiwać?

Justyna Szambelan
22 sierpnia 2013

Pomysł od lat forsowany przez lewicę i alterglobalistów wejdzie w życie w jedenastu krajach UE w 2014 r. Utorował mu drogę pokryzysowy gniew na banki, ale czy naprawdę uzdrowi on system finansowy? A jeśli nie, to dlaczego mimo wszystko go wprowadzać?

Ma świetny rodowód akademicki: pierwszy zasugerował go Keynes, potem promowali go laureaci Nagrody Nobla z ekonomii: James Tobin, a ostatnio Joseph E. Stiglitz. A jednak uważano go za pomysł ekstrawagancki – dopóki wydawało się, że świat dobrze funkcjonuje w oparciu o recepty neoliberalne. Wraz z kryzysem w 2007 r. podatek od transakcji finansowych tryumfalnie powrócił do debaty politycznej.

Ukarać banki!

Podatek od transakcji finansowych (PTF), jak sama nazwa wskazuje, obciąża transakcje finansowe: zakup i sprzedaż akcji, obligacji, jednostek uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych, opcji walutowych. W założeniu jest to mała kwota opłacana za każdym razem, gdy aktywa zmieniają właściciela.

Od wybuchu kryzysu idea opodatkowania sektora finansowego zyskała poparcie w wielu państwach europejskich. We wrześniu 2011 r. Komisja Europejska zaproponowała wprowadzenie ogólnoeuropejskiego PTF. Miał przynieść potrójną korzyść: ustabilizować rynki finansowe, zasilić europejskie budżety nadwerężone kryzysem, a także ujednolicić różne krajowe inicjatywy w tym zakresie. Propozycję poparła tylko część członków UE. Najostrzej sprzeciwiła się oczywiście Wielka Brytania, która dostrzegła w niej zamach na londyńskie City. I podatku na skalę całej Unii nie będzie. Wprowadzi go jednak jedenaście krajów strefy euro. Obecnie jest już pewne, że w styczniu 2014 r. podatek wejdzie w życie w Austrii, Belgii, Estonii, Francji, Niemczech, Grecji, Włoszech, Portugalii, Słowacji, Słowenii, Hiszpanii i prawdopodobnie w Holandii.

W propozycjach rządów Unii i Komisji wyraźnie pobrzmiewa chęć „ukarania” banków. W propozycji Komisji czytamy wprost: „Dodatkowe podatki można uzasadnić faktem, iż niektóre rządy udzieliły znaczącego wsparcia sektorowi finansowemu w czasie kryzysu i dlatego powinien on odwzajemnić się, wnosząc uczciwy wkład (…)”. Wątpliwe jest, czy sektor finansowy jest podatny na działania wychowawcze. Pytanie więc, czy PTF faktycznie zrekompensuje krajowym budżetom poniesione wydatki, a także czy usprawni funkcjonowanie rynków finansowych i zapobiegnie ich załamaniom w przyszłości?

Dobry plan

W teorii mogłoby tak być. Podatek ma przynieść upragnioną stabilność rynków finansowych, która ostatnio pozostawiała wiele do życzenia.

Jak? Zakłada się, że przyczyny niestabilności są dwie: handel spekulacyjny i „instynkt stadny” inwestorów. Transakcje spekulacyjne generują zysk w oparciu o techniczną kalkulację oraz znajomość psychologii rynku, a nie rzeczywistą wartość aktywów. Innymi słowy, dokonują ich specjaliści od matematycznego prognozowania spadków i wzrostów, rozgrywający portfolio aktywów finansowych bez wnikania, jakie inwestycje kryją się pod nazwami indeksów. Dlatego nazywane są też „szumem rynkowym”. Z kolei zachowanie stadne polega na tym, że inwestorzy kupują papiery zyskujące na wartości – czym podbijają ich cenę, a sprzedają tracące na wartości – czym obniżają cenę. I jeszcze zwiększają huśtawkę trendów.

Opłaty za dokonywanie transakcji na giełdzie bardzo spadły przez ostatnie kilkadziesiąt lat, a to przyczyniło się do rozmnożenia transakcji krótkoterminowych. Do tego większość takich transakcji dokonują komputery – w ułamkach sekund podejmują decyzje, opierając się na algorytmach. Nazywa się to handlem algorytmicznym albo handlem wysokiej częstotliwości. A są powody przypuszczać, że komputery przypominają zachowaniem stado szarańczy jeszcze bardziej niż ludzie.

Właśnie zniechęcanie do transakcji krótkoterminowych ma być korzystnym skutkiem nowego podatku. W przypadku takich transakcji gra toczy się bowiem o niewielkie zyski, a zatem gdyby koszty były większe, nie opłacałyby się one tak inwestorom. Zarazem jednak podatek nie miałby większego wpływu na handel długoterminowy, bo w tym przypadku koszty transakcji „amortyzują się” przez miesiące lub lata. Niektórzy twierdzą też, że inwestorzy zmuszeni do dłuższego trzymania akcji przedsiębiorstw w portfolio bardziej interesują się ich realną kondycją. Do tego podatek zwiększyłby niechęć inwestorów do ryzykownych transakcji, bo przecież trzeba go zapłacić niezależnie od tego, czy handel przyniesie zysk czy stratę. Wszystko to mogłoby sprawić, że PTF przyciszy „szum rynkowy”.

A co, jeśli to nie działa?

A jednak badania empiryczne nie potwierdzają jednoznacznie argumentów teoretyków. Pewne wnioski można czerpać z doświadczeń krajów, które narzucają podatki na wybrane rodzaje transakcji finansowych, np. Chiny, RPA i Wielka Brytania ściągają podatek od sprzedaży akcji na rynku wtórnym; w Turcji, Rosji i Szwajcarii podatkiem obłożone są obligacje; w Brazylii obowiązuje podatek od przewalutowania.

Jak więc dodatkowe opłaty wpływają na decyzje inwestorów? Podatek z definicji obarcza inwestora przymierzającego się do transakcji pewnym kosztem. Inwestor czeka z transakcją do momentu, gdy zysk będzie wystarczająco duży, aby ten dodatkowy koszt pokryć. Transakcja następuje więc dopiero, gdy poziom cen zdążył się dość znacząco odchylić od momentu wyjściowego. Oczywiście każda dokonana transakcja sama wpływa na poziom cen, powodując jego ponowne wahnięcie. W rezultacie dopasowania poziomu cen są mniej płynne. I chociaż wahania powodowane przez mały podatek są niewielkie, wniosek jest taki, że podatek od transakcji finansowych w najlepszym wypadku nie zwiększy niestabilności, ale do jej zmniejszenia się raczej nie przyczyni.

Być może jednak krótkoterminowa niestabilność nie jest najpoważniejszym problemem rynków finansowych. Bezpośrednio przed wybuchem kryzysu finansowego w USA w 2007 r. dzienne wahania cen na giełdzie były niewielkie, i to od dobrych sześciu miesięcy. Ale jednocześnie poziom cen był wywindowany niedorzecznie wysoko, szczególnie w przypadku aktywów opartych na kredytach mieszkaniowych. Przypomnijmy, że papiery, które zatruły rynek w 2007 r., były przekładańcem kredytów mieszkaniowych o dobrej i o kiepskiej spłacalności. Inwestorzy nie wnikając w szczegóły brali je za dobrą monetę. Co istotne, papiery te w ogóle nie były przedmiotem handlu wysokiej częstotliwości. Nie zmieniały właściciela bardzo często, nie były kupowane i sprzedawane przez algorytmy komputerowe. Tkwiły w portfolio inwestorów, a ich cena przez lata systematycznie rosła, wraz z wiarą w wypłacalność amerykańskich obywateli. Dopiero gdy informacja o obecności złych kredytów w przekładańcu wyszła na jaw i wszyscy naraz chcieli się ich pozbyć, spadły na łeb na szyję. W tym przypadku najsłabszym ogniwem okazał się ich nieodpowiedni rating, który wprowadził inwestorów w błąd. Agencje ratingowe pozostają jednak zupełnie poza polem rażenia podatku od transakcji finansowych.

Zasadniczą kwestią są więc długoterminowe trendy wzrostowe i spadkowe. Te trendy wynikają zazwyczaj z przelewarowania, czyli piramidy kredytów zaciągniętych w oparciu o inne kredyty. A tymczasem podatek, jaki zaproponowała Komisja Europejska jest wyższy dla transakcji papierami opartymi na solidnym kapitale (0,1%), a niższy dla transakcji papierami opartymi na kredycie czyli tzw. derywatami (0,01%). Jedyna nadzieja w tym, że nawet ten bardzo mały podatek będzie się znacząco kumulował w wielokrotnie złożonych derywatach, ograniczając przynajmniej trend do nadmiernego komplikowania produktów finansowych.

Giełdowi dezerterzy

I jeszcze jeden ważny problem: relokacja handlu. Szwecja wprowadziła podatek od transakcji finansowych w 1984 r. Sześć lat później połowa handlu papierami wartościowymi przeniosła się za granicę, głównie do Londynu. Po prostu inwestorzy i brokerzy przenoszą działalność tam, gdzie nie ma podatku. A to prowadzi do spadku PKB. Czy zatem straty PKB nie przerosną zysków z podatku?

Nie wiadomo, jaka część brokerów przeniesie się na giełdy za granicą. Przedstawiciele rynków finansowych grożą, że wszystkie rekiny finansowe to zrobią, a ciężar podatku poniosą przywiązane do poszczególnych krajów fundusze emerytalne, ubezpieczalnie i lokalne spółki. W każdym razie podatek miałby największy sens, gdyby wszystkie kraje UE wprowadziły jednolite reguły, nie pozostawiając pola do rejterady. Na to jednak trudno liczyć.

Kto się boi Robin Hooda

Ocena wpływu nowej regulacji przygotowana na zlecenie Komisji Europejskiej przewiduje między 0,53 a 1,76 straty europejskiego PKB w związku z wprowadzeniem podatku od transakcji finansowych. Czy to zła wiadomość? Gwoli ścisłości – są to głównie straty w sektorze finansowym, czyli wartość produktów finansowych, które nie zostaną sprzedane oraz usług finansowych, które nie zostaną wykonane. A więc ten spadek PKB nie powinien pociągnąć za sobą gwałtownego skoku bezrobocia, w każdym razie w innych grupach zawodowych niż maklerzy giełdowi.

Większość Europejczyków może na podatku zyskać, nawet jeśli unijny PKB spadnie. Z jednej bowiem strony sektor finansowy poniesie straty i trochę się skurczy, ale część jego strat zasili finanse publiczne. Podatek miałby przynieść 57 mld euro wpływów do budżetu unijnego. Byłby to jednocześnie pierwszy podatek europejski, zasilający unijny budżet bezpośrednio i uniezależniający Unię od składek państw. Aby jednak państwa członkowskie nie miały o tę sumę pretensji, Komisja obiecała, że mogłyby w zamian obniżyć sobie składkę członkowską. Jeśli obietnicy dotrzyma, w rozrachunku zyskałyby budżety krajowe, odciążone od części składek europejskich. Pieniądze te mogłyby wykorzystać na infrastrukturę, usługi albo świadczenia dla ludności. Gdyby zaś państwa członkowskie w zamian za wprowadzenie PTF obniżyły podatki dochodowe, zyskałyby bezpośrednio budżety obywateli i firm. W obu przypadkach byłby to rzeczywiście „podatek Robin Hooda” i posunięcie w stronę większej redystrybucji dochodu w społeczeństwie.

Takie rozwiązanie nazywa się „recyklingiem” podatku, dlatego że pieniądze ponownie są wprowadzane do gospodarki. Najbardziej optymistyczne jest badanie zlecone przez Parlament Europejski, które uwzględnia, że zysk z podatku może zwiększyć wydatki państwowe lub indywidualne. I wskazało, że tym sposobem możliwy jest nawet wzrost PKB o 0,25%. Takie szacunki oczywiście są niezwykle złożone i obarczone dużą niepewnością. Czy PKB ostatecznie spadnie, czy nieco podrośnie, zależy zasadniczo od tego, jaki użytek uczynią z wpływów z podatku UE oraz państwa członkowskie. Aby w pełni zrekompensować straty poniesione w sektorze finansowym w innych dziedzinach, inwestycje rządowe musiałyby być niezwykle przemyślane i skuteczne. Niestety, rzeczywistość może w tym względzie rozczarować. Na zagospodarowanie zysków z podatku od transakcji finansowych nie ma bowiem specjalnego planu. Jak na razie wygląda na to, że pieniądze trafią do wspólnego worka, z którego finansowane są różne mniej i bardziej przemyślane polityki unijne.

Co z tego wynika?

Dobre i złe wiadomości dla zwolenników podatku od transakcji finansowych. Złe wiadomości są takie, że skuteczność FTT w naprawie sektora finansowego jest niewielka. Obciąża on bowiem tych, którzy obracają pieniędzmi często, ale nie tych, którzy robią to niewłaściwie i dlatego nie zapobiegnie bańkom spekulacyjnym, a jedynie wprowadzi trochę zamieszania i niewielkie straty w sektorze finansowym. Dobre wiadomości to wpływy do budżetu, czyli więcej pieniędzy do wykorzystania na cele publiczne. Ostateczny bilans zależy od tego jak kraje UE spożytkują wpływy z owego podatku. Jego wprowadzenie musi być więc elementem szerszej strategii gospodarczej.

Ponieważ w sprawie podatku od transakcji finansowych klamka zapadła, teraz należy się skupić na jego dobrym wykorzystaniu. A przy tym nie zapominać, że sektor finansowy nadal czeka na swoje lekarstwo.

zp8497586rq

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.