Jak zostałem zielonym posłem z Melbourne

Adam Bandt
29 lutego 2012

W Melbourne od 106 lat nieprzerwanie wygrywała Partia Pracy. Jak to się stało, że w ostatnich wyborach mieszkańcy Melbourne wybrali zielonego posła? Opowieść Adama Bandta.

Wyniki wyborów nadeszły szybko, jeszcze w nocy. Zanim zdążyłem się zorientować, już byłem świeżo upieczonym posłem i w porannym programie stacji ABC wyjaśniałem telewidzom nasze wielkie zwycięstwo.

Zielony przełom

Wybory federalne w 2010 r. były dla Zielonych naprawdę przełomowe, w całym kraju zyskaliśmy mnóstwo nowych wyborców i udało nam się zdobyć w senacie pozycję języczka u wagi. W moim okręgu, Melbourne, wielu wyborców Partii Pracy przeniosło swoje głosy na Zielonych, dzięki czemu zyskałem znaczącą przewagę nad kandydatem laburzystów (56% do 44%). Zwycięstwo w Melbourne pozwoliło naszej partii odegrać ważną rolę w obecnym Parlamencie. Jeszcze przed pierwszym posiedzeniem podpisaliśmy z rządem porozumienie dotyczące demokratycznych reform oraz ważnych zmian w polityce, takich jak wprowadzenie podatku węglowego.

Ten historyczny sukces Zielonych zawdzięczamy latom cierpliwego rozbudowywania struktur w mieście oraz pracy partyjnych sztabów na poziomie federalnym i stanowym. Nasz wynik jest odbiciem bezprecedensowego wysiłku, spajającego wiele ważnych strategii i taktyk, które legły u podstaw skutecznej kampanii.

Na samym początku kampanii okazało się, że wielu wyborców w Melbourne popiera zielone wartości i rozwiązania. Wiedzieliśmy o tym nie tylko dzięki pozytywnym reakcjom wyborców podczas kampanii, ale również dlatego, że Partia Pracy starała się przejmować nasze poglądy na wiele spraw, takich jak zmiany klimatyczne, polityka wobec uchodźców czy opieka nad dziećmi.

Rozbrajanie mitów

Stwierdziliśmy, że dla ludzi chcących głosować na Zielonych realną barierą nie jest to, co popieramy, ale niepewność i zamieszanie wokół innych spraw, nieustannie podsycane przez naszych oponentów. Na przykład przekonanie, że „Zieloni nie mogą wygrać”, że nie są partią głównego nurtu, albo obawa, że zwycięstwo Zielonych w zasadzie przysłuży się Tony’emu Abbottowi [lider Liberalnej Partii Australii, znany z konserwatywnych i antyzwiązkowych poglądów – przyp. red.].

W naszej kampanii staraliśmy się rozbroić niektóre z tych mitów. Podstawą sukcesu było umiejscowienie w centrum kampanii naszych wyborców i sympatyków. Nasze badania i doświadczenia z poprzednich kampanii w Australii i USA uświadomiły nam, że postrzeganie wyborców jako aktywnych uczestników kampanii jest wielką siłą. Co więcej, tym samym urzeczywistniamy jedną z fundamentalnych zasad zielonej polityki: oddolną demokrację i upodmiotowienie ludzi.

Siła bezpośredniej komunikacji często oznacza, że najlepszą osobą do informowania o działalności Zielonych nie musi być kandydat, ale sami wyborcy, którzy zdecydowali się zaangażować w kampanię.

Dzięki skoncentrowaniu się na wyborcach i sympatykach udało nam się zaproponować mieszkańcom okręgu różne ekscytujące formy angażowania się w kampanię. Wszystkie nasze materiały kampanijne (plakaty, bilbordy, ulotki) były tworzone z perspektywy wyborców i na wszystkich pojawiali się wyborcy z Melbourne. Plakaty w popularnym rockowym stylu przedstawiały zdjęcie mieszkańca Melbourne i słowa: „Jestem z Melbourne. Mój głos ma znaczenie. Tym razem głosuję na Zielonych”.

Kampania naszych wyborców

Mobilizując społeczność lokalną, zarazem decentralizowaliśmy naszą kampanię. Okręg został podzielony na obwody, w których kampanię organizował miejscowy lider lub liderka o znacznym stopniu autonomii. Wśród różnych działań były takie, jak organizacja grilli, pikników, imprez, a także lokalne spotkania wyborcze, agitacja w domach i uliczne stoiska.

Także sztab centralny przeprowadzał regularne otwarte spotkania sympatyków. Każdy mógł przyjść i dowiedzieć się, jak można włączyć się w kampanię. Na spotkaniach tych bywało nawet po stu uczestników.

Trudno przecenić siłę tego sposobu organizacji. Szeregi członków partii i tradycyjnych kampanijnych wolontariuszy poszerzyły się o znacznie większą i szerszą grupę sympatyków, którzy niekoniecznie chcieli „zapisać się” do Zielonych, chętnie wspierali zieloną kampanię. W końcowej fazie kampanii nasi zwolennicy, nierzadko szkoleni dosłownie tuż przed wyjściem „w teren”, codziennie pukali do drzwi części mieszkańców okręgu.

Filarem naszej strategii internetowej były media społecznościowe. Facebook i Twitter były nie tylko narzędziem do komunikacji naszego przesłania, ale również ważnym miejscem, dzięki któremu ludzie mogli uczestniczyć w kampanii, wyrażając swoje poglądy, wymieniając się pomysłami i zaproszeniami. Aktualne materiały filmowe i akcje mailingowe również pozwalały ludziom wnieść swój wkład.

Polityka społeczna, głupcze!

Dlaczego wielu ludzi po raz pierwszy zdecydowało się postawić na Zielonych? Okręg Melbourne głosował na Partię Pracy od początku swojej 106-letniej historii. Zamieszkuje tu mieszanka postępowej klasy średniej, studentów, lokatorów domów komunalnych, klasy pracującej i zróżnicowanych językowo społeczności.

Wszystkie te grupy czują się w różny sposób porzucone przez główne partie, prowadzące neoliberalną politykę i niezdolne do przywództwa w kluczowych kwestiach społecznych i ekologicznych. Jednak zmiana partii jest zawsze trudnym wyborem. Dlatego ważną częścią naszej strategii było wyjaśnianie, że zielona polityka lepiej reprezentuje bliskie tym grupom wartości. Od laburzystów odwróciły się niektóre związki zawodowe, takie jak związek elektryków, ponieważ ich członkowie uznali, że Partia Pracy nie reprezentuje już wartości świata pracy. Finansowe i moralne wsparcie udzielone Zielonym przez związkowców odegrało niezwykle ważną rolę.

Jestem obecnie rzecznikiem Zielonych ds. stosunków pracy. Chcę kontynuować dorobek Zielonych w kwestii przywrócenia ważnych uprawnień pracowniczych i postępowej reformy kodeksu pracy. Co ważne, kiedy w przyszłości przejdziemy na czystą energię, wielu ludzi znajdzie pracę w nowych gałęziach przemysłu.

I love Melbourne

Niektórzy powiadają, że wszelka polityka jest lokalna. Ważną częścią naszej kampanii było koncentrowanie się na Melbourne. Startowanie w wyborach do niższej izby parlamentu różni się od zakrojonej na szerszą skalę kampanii do Senatu. Ludzie mają uzasadnione oczekiwanie, że będziesz reprezentować ich okręg.

Kocham Melbourne i wszystko, co z nim związane, dlatego nawiązanie kontaktu z troskami i nadzieją jego mieszkańców nie było dla mnie trudne, choć wymagało cierpliwości i czasu. Bardzo pomogły mi w tym moje poprzednie doświadczenia: z kampanii parlamentarnej w 2007 r. i z wyborów lokalnych w 2008 r., kiedy kandydowałem na burmistrza.

Wraz z moim zwycięstwem udało nam się przebić do niższej izby parlamentu. Jestem przekonany, że następne wybory przyniosą jeszcze lepsze rezultaty. Grayndler, Batman, Sydney i wiele innych miejsc jest w zasięgu ręki. Jeśli skoncentrujemy tam nasze wysiłki, następne wybory przyniosą jeszcze lepszy wynik. Razem z moimi fantastycznymi współpracownikami będziemy kontynuować naszą pracę, reprezentując mieszkańców Melbourne i realizując zieloną politykę, która jest tak ważna dla przyszłości Melbourne i Australii.


Artykuł pochodzi z pisma australijskich Zielonych „Green Magazine”. Tekst opublikowany na licencji CC BY-NC-ND. Zdjęcie autora: Kajute, Wikimedia Commons. Przeł. Anna Laszuk.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *