Europa w błędnym kole

James Meadway
7 maja 2012

To nie jest kryzys grecki. Ani hiszpański. To jest systemowy kryzys strefy euro, bezpośredni efekt deregulacji sektora finansowego i dysfunkcjonalnej wspólnej waluty. W latach boomu tani kredyt ukrywał rzeczywistą słabość europejskiego systemu, podtrzymywanego przy życiu dzięki kolejnym zastrzykom pożyczek.

Hiszpania: od nadwyżki do długu

Tak jak się spodziewano, kryzys strefy euro powrócił. W Grecji nieco wyhamował, przynajmniej na chwilę, więc uwaga przeniosła się na Hiszpanię. 20-procentowe bezrobocie, kurcząca się ekonomia, wzrost deficytu rządowego, suma długów publicznych i prywatnych czterokrotnie przewyższająca przychód narodowy – wszystko to wywołało panikę na rynkach finansowych. Hiszpania nie spełniła surowych warunków, jakie ustaliła dla niej Unia Europejska. W ciągu kilku dni po Wielkanocy koszty obsługi hiszpańskiego długu ostro wystrzeliły w górę.

Zaproponowane przez europejskie potęgi rozwiązanie jest nużąco przewidywalne: więcej oszczędności. Oznacza to ostre cięcia wydatków, aby zredukować hiszpański deficyt i zapanować nad publicznym długiem. Takie postępowanie jest jednak tyleż przewidywalne, co błędne. Hiszpania – w przeciwieństwie do Niemiec – notowała nadwyżki budżetowe aż do 2008 r.. To właśnie wtedy przyszło finansowe załamanie, które wraz z następująca po nim głęboką recesją wywołało deficyt. W miarę, jak bezrobocie rosło, a wpływy z podatków malały, powiększała się różnica między przychodami a wydatkami rządu. Deficyt wymknął się spod kontroli, a narodowy dług zaczął gwałtownie rosnąć.

Hiszpania była już wtedy poważnie zadłużona. Tyle że w przeważającej części nie był to dług publiczny, lecz prywatne zadłużenie obywateli. Przed 2008 r. hiszpański dług publiczny wynosił zaledwie 30% PKB. Teraz wzrósł do 79% i nadal rośnie. I podobnie jak wcześniej w Grecji, tak teraz w Hiszpanii cięcia, dławiące działalność gospodarczą, tak naprawdę tylko wzmogły ciężar zadłużenia. W przypadku Grecji jej dług wynosił 130% PKB na początku kryzysu, pod koniec 2009 r. Do późnego r. 2011, po dwóch latach zaciskania pasa, zadłużenie wzrosło do 160% PKB. Hiszpania, Irlandia i Portugalia doświadczają tego samego.

Polityka oszczędności to coś więcej niż tylko źle dobrane lekarstwo na źle postawioną diagnozę. To gospodarcza trucizna. Upierając się przy cięciach, UE i europejskie potęgi dowodzą, że doraźne potrzeby sektora finansowego stawiają na pierwszym miejscu. To w najlepszym razie beznadziejnie krótkowzroczna polityka, wpędzająca cały kontynent w gospodarczą stagnację.

Cena nierównowagi

To nie jest kryzys grecki. Ani hiszpański. To jest systemowy kryzys strefy euro, bezpośredni efekt deregulacji sektora finansowego i dysfunkcjonalnej wspólnej waluty. W latach boomu tani kredyt ukrywał rzeczywistą słabość europejskiego systemu, podtrzymywanego przy życiu dzięki kolejnym zastrzykom pożyczek. W sytuacji, gdy zróżnicowane gospodarki zostały sprzęgnięte jedną walutą, co w istocie oznacza wprowadzenie między nimi sztywnej stopy wymiany, powstała między nimi trwała i narastająca nierównowaga w bilansie płatniczym. Kraje z północy kontynentu zaczęły mieć ogromne nadwyżki na rachunkach bieżących, zaś kraje z południa, dotknięte wysokim deficytem handlowym, ratowały się pożyczkami. Ponieważ wykluczona była możliwość urealnienia kursu własnej waluty, nierównowaga w wymianie handlowej stała się permanentna. W przypadku Hiszpanii deficyt rachunków bieżących sięgał rocznie 10% PKB i więcej.

Kryzys ujawnił głębokie słabości tego systemu i, co gorsza, ogrom zaległego długu. Hiszpania jest dobitnym tego przykładem: bańka na rynku nieruchomości, dzięki której w budownictwie znajdowało zatrudnienie nawet 12% siły roboczej, opierała się na tanim kredycie, zalewającym system finansowy oparty na euro.

Kiedy nadszedł kryzys, te systemowe słabości przełożyły się na ogromny nawis zadłużenia. W 2007 r. przeciętne zadłużenie gospodarstwa domowego sięgało 130% jego przychodu, podczas gdy jeszcze w 2000 r. plasowało się na poziomie 68%. Rządowe zadłużenie pozostawało zatem niskie, podczas gdy rosły prywatne długi obywateli. Kiedy wybuchł kryzys i boom mieszkaniowy się skończył, zamieniły się one w „złe długi”. Hiszpania, tak jak reszta Europy, cierpi teraz z powodu ogromu zaległych długów.

Na czym polega problem długu

Kryzys nie skończy się, dopóki nawis zadłużenia nie zostanie zlikwidowany. Tak działa cały ten mechanizm. Europejskie banki są przeciążone ryzykownymi kredytami i wiedzą, że są słabe. Wiedzą też, że wszystkie inne banki są słabe. Boją się upadku. Ten strach przekłada się na mniejszą skłonność do udzielania dalszych kredytów. Kiedy źródła kredytowania wysychają, rośnie ryzyko bankructwa dłużników, a w konsekwencji upadku banków. W przypadku każdego banku z osobna ograniczenie udzielania pożyczek jest najzupełniej zrozumiałe – nie chcą wystawiać się na dodatkowe ryzyko. Tym samym jednak narażają na szwank cały system. Tak objawia się w działaniu nieracjonalność prywatnego sektora finansowego.

W drugiej połowie 2011 r. ten strach spowodował zamrożenie pożyczek. Zwłaszcza Hiszpania i Portugalia poważnie ucierpiały wskutek odpływu kapitału. Strumień prywatnych funduszy, niezbędnych do utrzymania gospodarki w ruchu, zaczął wysychać. W odpowiedzi nowy – nota bene niepochodzący z wyboru – szef Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi, zaaprobował zalanie rynków finansowych twardą gotówką. Wbrew zasadom EBC ponad bilion euro zostało od grudnia elektronicznie wpompowane w europejskie banki, w ramach tzw. operacji długoterminowego refinansowania – LTRO (Long-Term Refinancing Operation).

Owa „długoterminowość” to w tym przypadku puste słowo. Zdecydowana większość tej gotówki zaraz wróciła na depozytowe konta EBC. Okazało się, że europejskie banki wyżej sobie cenią bezpieczeństwo publicznej instytucji niż cokolwiek innego. Tylko niewielka część tej sumy trafiła do przedsiębiorstw – za mało, by wyjść z kredytowego dołka (credit crunch). Część poszła na wykup obligacji rządowych, co w przypadku Włoch i Hiszpanii pomogło na chwilę zmniejszyć koszty długu.

Ale te transakcje zwiększyły podatność banków na ryzyko związane z ewentualnym bankructwem tych krajów. Bez widoków na polepszenie sytuacji nad zaciągniętymi długami wisi groźba niespłacalności. Jest dziś ona bardziej realna niż przed „ratunkową operacją” Draghiego. Długi wcale nie muszą być rzeczywiście niespłacalne, aby wywołać lęk i panikę w systemie finansowym. Podwyższona możliwość niewypłacalności najzupełniej wystarczy. Kryzys zadłużenia może niczym epidemia gwałtownie rozprzestrzeniać się w systemie, zakażając kraj za krajem. Hiszpania to duża gospodarka z niebagatelnym zadłużeniem. Ale jeszcze większą gospodarką są Włochy ze swoim 1,8-bilionowym długiem publicznym. Także i ten kraj znalazł się ponownie na linii strzału.

Droga do wyjścia z kryzysu

Aby zakończyć kryzys, potrzebne są dwie rzeczy. Po pierwsze trzeba zerwać z kontrproduktywną polityką zaciskania pasa. Jedynym powodem jej prowadzenia jest dominacja świata finansów nad polityką. Trzeba zatrzymać drakońskie cięcia wydatków publicznych i rozejrzeć się za takimi inwestycjami publicznymi, które wytworzą stabilne miejsca pracy.

Drugą pilną kwestią jest wyzerowanie dotychczasowego zadłużenia. Powstało ono w wyniku rozdętego, wypaczonego systemu i nie powinno się oczekiwać od społeczeństw Europy, że będą ponosiły ten koszt. Zresztą nie mogą go ponieść: tak długo, jak zadłużenie domaga się uiszczenia, perspektywy wyjścia na prostą będą rysować się ponuro. W przypadku Grecji będzie to oznaczało anulowanie całego długu publicznego. W przypadku Hiszpanii, gdzie troską pierwszej wagi są długi prywatne, konieczne będzie anulowanie zadłużenia gospodarstw domowych. Należy ogłosić generalną amnestię – np. podobnie, jak to zrobiono niedawno na Islandii.

Oczywiście taki krok pogrzebie banki. Muszą one zostać znacjonalizowane i – zupełnie inaczej niż nasz ukochany Royal Bank of Scotland, w którym służba publiczna polega na małpim naśladowaniu prywatnej chciwości – zarządzane demokratycznie w dobrze pojętym interesie publicznym. Aby chronić rynek przez epidemią chorych finansów, należy też wprowadzić narzędzia kontroli kapitału i kursów wymiany walut. Takie kraje jak Hiszpania i Grecja, jeśli nie chcą stracić szansy na wyzdrowienie, będą musiały opuścić strefę euro.

Dopóki nie dojdzie do zerwania z błędami przeszłości, kontynent będzie tkwił w pułapce. W obecnym stanie rzeczy nie istnieje realna perspektywę uzdrowienia – jakkolwiek ci, którzy wierzą w bajki o magicznej mocy wolnego rynku mogą upierać się przy swoich mrzonkach. Znamy już wzór na katastrofę: każda próba przezwyciężenia kryzysu w drodze oszczędności przygotowuje drogę do kolejnego, głębszego cyklu paniki. To błędne koło musi zostać przerwane w interesie mieszkańców Europy. Protesty przeciw zaciskania pasa, od okupacji placów miejskich aż po strajki, wskazują drogę do wyjścia.

Artykuł ukazał się na blogu New Economics Foundation 11 kwietnia 2012 r. Dziękujemy NEF za zgodę na przekład. Przeł. Rafał Czekaj.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *