W poszukiwaniu „Kościoła otwartego”

Agnieszka Kościańska , Bartłomiej Kozek
15 stycznia 2016

Bartłomiej Kozek rozmawia z Agnieszką Kościańską o źródłach siły polskiego kościoła katolickiego, jego bardziej otwartej wobec świata przeszłości i sposobach na to, jak wejść w dialog z jego bardziej progresywną częścią.

Bartłomiej Kozek: Jak zdefiniowałabyś religię – czym ona właściwie jest?

Agnieszka Kościańska: Religię możemy zdefiniować jako praktykę na poziomie indywidualnym – sposób organizacji świata oraz zrozumienia i doświadczania rzeczy niewytłumaczalnych, takich jak np. śmierć, obecność Boga czy istot pozamaterialnych.

Możemy na nią również spojrzeć z perspektywy rytuału i budowy wspólnoty – czegoś, co łączy społeczności. Jeśli popatrzymy na badania socjologiczne to właśnie aspekt rytualny dominuje w Polsce – chrzcimy dzieci, żenimy się w kościele, bierzemy udział w mszach – i na tym w dużej mierze nasza religijność się kończy.

BK: Co oznacza dla Ciebie wiara w życiu prywatnym i publicznym? Czy podejścia te jakoś się ze sobą łączą? Jak Twe przekonania w tej materii mają się do Twej działalności feministycznej?

AK: Jeśli chodzi o moje własne doświadczenia religijne to nie ma wiele do powiedzenia. Jak prawie wszyscy w Polsce byłam ochrzczona w Kościele rzymskokatolickim. Ważnym dla mnie doświadczeniem, które w dużej mierze oddziałuje na moje spostrzeganie spraw religii, było to co działo się w latach 80. Dużo czasu spędzałam w podwarszawskiej Podkowie Leśnej, gdzie mieszkali moi dziadkowie i gdzie w kościele działo się naprawdę wiele.

Co niedziela odbywały się tam „Spotkania z autorem” – kościół zmieniał się z miejsca kultu w przestrzeń nieskrępowanej debaty oraz wystąpień katolickich i świeckich intelektualistów i artystów organizowanych przez tamtejszego proboszcza, ks. Kantorskiego. Tego samego, który kilka lat wcześniej mnie ochrzcił.

I choć byłam zbyt młoda, by głębiej rozumieć o czym mówiono, bardzo dobrze pamiętam atmosferę swobody i intelektualnego fermentu silnie kontrastującą z tym co działo się w Warszawie, gdzie jeździły transportery opancerzone, a wojskowi kontrolowali przechodniów.

Ten czar prysł jednak dość szybko – już na początku lat 90. kiedy dyskutowano o aborcji. Czytałam wyznania kobiet, którym ksiądz w czasie spowiedzi nie chciał dać rozgrzeszenia za antykoncepcję (grzech ciągły), dawał za to za aborcję (grzech jednorazowy) lub kazał rodzić kolejne dzieci bez względu na wszystko. Stopniowo duch Kościoła otwartego odchodził, a w raz z nimi moje religijne zaangażowanie. Ale od mojej osobistej historii daleko ciekawsze są badaniach na temat powiązań między religijnością a emancypacją.

BK: Opowiedz nam zatem o nich!

AK: W lewicowej perspektywie często patrzy się na religię jako na przestrzeń ograniczającą naszą seksualność, przyczyniającą się do dyskryminacji kobiet czy tłumiącą konflikty klasowe. Polski feminizm bardzo często wchodzi w – skądinąd słuszną – narrację o negatywnym wpływie Kościoła na prawa kobiet: dostępność aborcji, antykoncepcji czy zabiegów in vitro, a więc na otoczenie prawne, które nie sprzyja równości płci i emancypacji.

Tymczasem w moich badaniach wśród głęboko religijnych, starszych kobiet, które moglibyśmy określić jako słuchaczki Radia Maryja okazało się, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Deklarowały, że doświadczają objawień i wizji, uzdrawiają.

Pomagało im to w budowie swojego autorytetu wśród bliskich, w społecznościach lokalnych, a także w tworzeniu nowych sieci społecznych. Pamiętajmy, że kobiety w wieku emerytalnym są grupą często pozbawianą głosu i praw.

Innym wartym wspomnienia kontekstem są kobiety, które od katolicyzmu przechodziły do innych wspólnot religijnych. Badałam grupę hinduistyczną Brahma Kumaris o wyraźnych, new-age’owych inspiracjach. To bardzo emancypacyjna grupa. Należące do niej kobiety – konwertytki bez problemu określały się jako feministki i deklarowały kierowanie się ideami równościowymi w życiu prywatnym.

Warto zatem się zastanowić, czy polski ruch feministyczny nie traci na swym dotychczasowym stosunku do religii i czy bardziej zniuansowane podejście niż jedynie dominacja prądu laickiego nie pomogłaby mu w docieraniu do szerszego grona kobiet.

BK: Jak postrzegasz obecność wiary i religii w życiu publicznym w Polsce?

AK: Jeśli dobrze chcemy zrozumieć dobrze polski kontekst, musimy wrócić do XIX wieku, kiedy to ukształtowała się nie tylko polska tożsamość narodowa, ale też tożsamość tutejszego Kościoła katolickiego. Polska nie była wówczas niepodległa, a katolicyzm nie był religią dominująca dwóch z trzech imperiów zaborczych. Polski Kościół, pozbawiony wpływów politycznych, musiał zatem zwrócić się o wsparcie do wiernych. Stworzył wówczas mechanizmy przetrwania, które pozwoliły mu zdobyć autorytet w społeczeństwie, dzięki czemu został uznany za „ostoję polskości”.

Wypracowane wtedy mechanizmy pozwoliły Kościołowi zdobyć silną pozycję w okresie Polski Ludowej. Władza komunistyczna – mimo np. legalizacji aborcji – liczyła się z jego zdaniem.

Warto pamiętać, że w latach 70. i 80. XX wieku polski Kościół katolicki był dużo bardziej demokratyczny i otwarty – zarówno w porównaniu do dnia dzisiejszego, jak i ówczesnej sfery publicznej. Bardzo dobrze pokazał to José Casanova w doskonałej książce Religie publiczne w dzisiejszym świecie. To m.in. w kościołach i w środowiskach katolickich intelektualistów rodziła się demokracja. W tę działalność wpisywały się m.in. tak dobrze zapamiętane przeze mnie „Spotkania z autorem”. Inny przykład kościelnej atmosfery z tego okresu to opublikowany 1987 roku przez krakowski katolicki „Tygodnik Powszechny” tekst Jana Błońskiego „Biedni Polacy patrzą na getto”, który rozpoczął dyskusję na temat polskiego antysemityzmu.

Również spora część polskich środowisk kobiecych korzystała z pól dyskusji, otwieranych w ramach Kościoła.

Socjolożka Magdalena Grabowska badała początki polskiego feminizmu. Przyjmujemy zwykle, że zaczął się on w latach 90. Wywiady, które Grabowska przeprowadziła z pierwszymi liderkami ruchu kobiecego pokazały, że feministyczny aktywizm części z nich formował się w już latach 80. w blisko związanej z Kościołem Solidarności, we współtworzonej przez Kościół przestrzeni swobodnej debaty.

BK: Na razie brzmi to niemal idyllicznie, tymczasem narzekania na rolę Kościoła w życiu publicznym nie wzięły się znikąd…

AK: W latach 90. XX wieku, wraz ze zmianą ustrojową, zaczął rosnąć wpływ Kościoła na życie publiczne i na prawo. W obrębie samego Kościoła coraz silniejsze stawało się skrzydło konserwatywne, czego najwyraźniejszym przykładem jest obowiązująca od 1993 roku ustawa antyaborcyjna. Dopuszcza ona przerywanie ciąży jedynie w wypadku zagrożenia zdrowia i życia kobiety, nieodwracalnych wad płodu bądź bycia skutkiem czynu zabronionego (np. zgwałcenia).

Jeszcze jednak w latach 90. były też inne katolickie głosy w sprawie regulacji aborcji.

Andrzej Wielowieyski, ważna postać inteligencji katolickiej i ówczesny poseł, złożył projekt liberalizujący ustawę antyaborcyjną tak, by usuwanie ciąży było możliwe po odbyciu konsultacji. Po latach w jednym z wywiadów tak mówił o tym projekcie, mającym połączyć wartości katolickie z wolnościowymi:

Mój projekt dopuszczał aborcję pod warunkiem stworzenia powszechnego, obowiązkowego systemu poradnictwa. Konsultacje miały pomóc kobietom, przekonać je do utrzymania ciąży, ułatwić im pomoc czy ewentualnie adopcję, ale zostawiając im możliwość wyboru. Decyzja kobiety byłaby kluczowa. Sądzę, że to jedyne sensowne rozwiązanie, mało tego: jest to rozwiązanie katolickie, szanujące wolną wolę człowieka. (Kościół, aborcja, mur, rozmowa Katarzyny Wiśniewskiej i Jana Turnaua, „Gazeta Wyborcza” 5.9.2010)

Lata 90. to również czas tworzenia polskiej Konstytucji. Przedstawiciele „Kościoła otwartego” usiedli do rozmów z dawnymi wrogami, czyli postkomunistami, którzy w latach 90. uzyskiwali dobre wyniki wyborcze, i wspólnymi siłami napisali preambułę do konstytucji.

Dzięki osobom takim jak silnie związany z Kościołem pierwszy niekomunistyczny premier, Tadeusz Mazowiecki, znalazło się w niej odwołanie do narodu politycznego, w skład którego wchodzą zarówno osoby wierzące w Boga, jak i czerpiące uniwersalne wartości z innych źródeł. Wraz ze wzrostem znaczenia np. środowiska toruńskiego Radia Maryja ojca Tadeusza Rydzyka wzrastało jednak coraz bardziej znaczenie konserwatywnego odłamu Kościoła.

BK: Jakie Twoim zdaniem napięcia występują na linii religia-życie społeczne i polityczne w Polsce i jak Twoim zdaniem powinni na nie odpowiadać Zieloni?

AK: W tej chwili największe napięcie towarzyszy kwestiom światopoglądowym, seksualnym, reprodukcyjnym. Od dwóch lat ciągle słyszmy o niebezpieczeństwie związanym z rozwojem „ideologii gender” czy „genderyzmu”. W sprawie wypowiedzieli się nawet polscy biskupi w liście pasterskim z końca 2013 roku, w którym napisali:

Genderyzm promuje zasady całkowicie sprzeczne z rzeczywistością i integralnym pojmowaniem natury człowieka. Twierdzi, że płeć biologiczna nie ma znaczenia społecznego, i że liczy się przede wszystkim płeć kulturowa, którą człowiek może swobodnie modelować i definiować, niezależnie od uwarunkowań biologicznych. Według tej ideologii człowiek może siebie w dobrowolny sposób określać: czy jest mężczyzną czy kobietą, może też dowolnie wybierać własną orientację seksualną. To dobrowolne samookreślenie, które nie musi być czymś jednorazowym, ma prowadzić do tego, by społeczeństwo zaakceptowało prawo do zakładania nowego typu rodzin, na przykład zbudowanych na związkach o charakterze homoseksualnym.

Ich zdaniem „ideologia gender” zagraża narodowi polskiemu. Polski Kościół okopał się na swoich pozycjach, hierarchowie chcący wchodzić w dialog są zupełnie zmarginalizowani, a głównym głosem są głosy skrajnie konserwatywne.

W zeszłym roku kardynał Kazimierz Nycz, metropolita warszawski, obecnie jeden z najbardziej postępowych polskich hierarchów, udzielił wywiadu wspominanemu już „Tygodnikowi Powszechnemu”, w którym mówił m.in. o tym, żeby rodzice homoseksualnych dzieci zapraszali je do świątecznego stołu wraz z partnerami/kami:

Nie widzę przeszkód, by z miłością do takiej pary podejść. Czym innym jest odniesienie do tego typu relacji, a czym innym jej akceptacja moralna i prawna.

Reakcje niektórych konserwatystów na tę wypowiedź nie nadają się do zacytowania.

Warto w tym punkcie zauważyć, że wiele argumentów prawicowej sceny politycznej w Polsce – wbrew deklaracjom o opieraniu ich na „tradycyjnych, polskich wartościach” – pochodzi z Zachodu. Na przykład atak na „genderyzm” i „ideologię gender” czerpie z prac katolickiej, niemieckiej socjolożki Gabriele Kuby, m.in. z książek Rewolucja genderowa. Nowa ideologia seksualności (Die Gender-Revolution: Relativismus in Aktion). Pomysł „leczenia” homoseksualistów również pochodzi od zachodnich „psychologów” takich jak Paul Cameron, Richard Cohen, Alan Medinger czy Gerard J.M. van den Aardweg. Przykłady można mnożyć.

Lewica czy Zieloni, sami zapędzani w róg bycia „importowaną z Zachodu ideologią”, powinni postarać się odwrócić tę narrację, przejść do kontrofensywy i silniej odwoływać się do polskich tradycji postępowych – do polskiego ruchu kobiecego, do „reformy obyczajów”, o której pisał międzywojenny autor, Tadeusz Boy-Żeleński, ruchów emancypacyjnych z lat 80., takich jak ekologiczno-pokojowy „Wolę być”. Sporym wsparciem byłby tutaj rozwój „katolewicy” – pewnej syntezy postępowości oraz zakorzenienia w tradycji katolickiej, czego przykładem środowisko magazynu katolickiego „Kontakt”.

BK: W jaki sposób partie lewicowe czy ekopolityczne mogą wchodzić w dialog z instytucjami religijnymi i osobami wierzącymi? Gdzie można znaleźć wspólny język? Jak dyskutować, nie zapominając o wzajemnych różnicach?

AK: Należy odróżnić instytucje kościelne od osób wierzących – w obrębie tej drugiej grupy znajdziemy ogromną różnorodność np. w kwestii podejścia do regulacji urodzeń. Mimo że hierarchowie zdecydowanie opowiadają się przeciwko, spora grupa wierzących nie akceptuje społecznego nauczania Kościoła w kwestiach takich jak aborcja czy antykoncepcja, o czym świadczy choćby jeden z najniższych w Europie współczynników urodzeń. Warto zatem pamiętać o tych różnicach i o różnorodności. Nie ma zatem powodów sądzić, że katolicy nie mogą być Zielonymi czy feministkami.

Być może to utopijne podejście, ale mimo wszystko szukałabym sposobów na znalezienie porozumienia w kwestiach, w których widzimy pole współpracy.

Kościół nie zacznie na przykład akceptować aborcji, ale możliwy wydaje się wspólny front przeciwko dyskryminacji kobiet. Zdarzają się już głosy wewnątrz Kościoła, które mówią o „grzechu antyfeminizmu” – taką koncepcję promuje w swej publicystyce ksiądz profesor Ireneusz Mroczkowski z warszawskiego Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Istnieją również chrześcijańskie interpretacje wegetarianizmu czy weganizmu jako formy ascezy, a więc cenionej przez religię praktyki. Mimo iż mówimy różnymi językami (katolicyzm nie posługuje się raczej kategoriami praw zwierząt) można podjąć próbę dyskusji.

Przestrzenie dialogu nadal otwiera np. „Tygodnik Powszechny”. Kiedy konserwatywny ksiądz Dariusz Oko mówił o „homolobby” i porównywał ruchy emancypacyjne do dwudziestowiecznych totalitaryzmów, a pismo „Fronda” informowało o sposobach „leczenia” osób LGBT, „Tygodnik Powszechny” oddał głos m.in. pierwszemu jawnemu gejowi w polskim Sejmie, Robertowi Biedroniowi, a jego publicyści dalecy byli od potępiania czy leczenia osób homoseksualnych, otwarcie krytykując tego typu pomysły.

Antropolożka Dorota Hall badała katolickie społeczności LGBT, korzystające z milczenia spowiadających ich księży w sprawach seksualnych, którzy udzielają rozgrzeszenia i tym samym niejako legitymizują ich obecność w społeczności kościelnej.

BK: Trudno jednak o tych konserwatywnych głosach zapomnieć…

AK: Oczywiście jest problem z głosami ekstremistycznymi, takimi jak wspomniany ks. Oko, których kontrowersyjne poglądy windują słupki oglądalności programów publicystycznych.

Z takimi głosami nie da się dyskutować, więc nie należy tego robić.

Jak je marginalizować? Dziś to trudne, ale to tylko pokazuje, jak istotną rolę odgrywa tu edukacja dziennikarzy i przyszłych pracowników mediów – tak, by byli wyczuleni na kwestie dyskryminacyjne i by w pierwszym rzędzie zapraszali nie ks. Oko, ale księży otwartych na dialog.

Wywiad stanowi polską wersję artykułu, który pojawił się w wydanej przez Zieloną Fundację Europejską (GEF) książce Green Values, Religion & Secularism.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *