Lekcja Detroit

Bartłomiej Kozek
9 sierpnia 2013

Niegdyś motoryzacyjna stolica świata, dziś – rozsypujące się miasto, ogłaszające bankructwo. Czy Detroit da się wskrzesić? Bartłomiej Kozek recenzuje „Detropię” Heidi Ewing i Rachel Grady.

O niegdysiejszej industrialnej potędze i jej upadku napisano już wiele. Liczby przemawiają do wyobraźni. Utrata przeszło połowy mieszkańców w stosunku do czasów świetności w okolicach r. 1950 (w 2010 r. w granicach miasta żyło niecałe 714 tysięcy osób, mniej niż 90 lat wcześniej!). 40% niedziałających latarń ulicznych. Czas oczekiwania na policję sięgający 58 minut – w rozmowie poprzedzającej sierpniowy pokaz dokumentu „Detropia” w Centrum Nauki Kopernik socjolożka Joanna Kusiak oraz przepytujący ją Adam Leszczyński zauważyli, że w takim czasie można zdążyć trzykrotnie zamówić pizzę.

Symbolem skali upadku jest wielki miejski dworzec kolejowy, dziś nieczynny, stojący wokół pustej przestrzeni. Zlikwidowane kursy autobusowe, opuszczone całe kwartały, codzienne burzenie opuszczonych domów – codzienność, która nie tchnie optymizmem. Odpowiadać za nią mają zdaniem komentatorów lata zaniedbań lokalnych elit politycznych oraz zmiany, wymuszone przez globalizację, które wyjątkowo mocno dotknęły miasto, przez całe lata czerpiące swe bogactwo z jednego źródła – przemysłu samochodowego.

Artystycznym okiem

W ten krajobraz postindustrialnego rozkładu wkroczyła ekipa filmowa pod kierownictwem Heidi Ewing i Rachel Grady, która w zeszłym roku zaprezentowała światu „Detropię”. Widać w niej emocjonalne podejście do tematu: zamiast suchej opowieści o faktach, które miały doprowadzić do obecnego stanu miasta, reżyserki wolą przywoływać niegdysiejsze dowody jego potęgi, korzystać z archiwalnych zdjęć pierwszych symptomów upadku (włącznie z zamieszkami roku 1967 r., zakończonymi interwencją Gwardii Narodowej) i oddawać głos jego dzisiejszym mieszkankom i mieszkańcom. Zamiast wykładu otrzymujemy zatem zbiór impresji, subiektywnych ocen sytuacji Detroit.

Dodałbym, że również pomysłów na powstanie z kolan – gdyby nie fakt, że… nie ma ich znów tak wiele. Słyszymy o wizjach „skoncentrowania” miasta, a więc przenoszenia ludności z rzadziej zaludnionych dzielnic do centrum. Nie trzeba dodawać, że pomysł ten nie przypada do gustu przybyłym na konsultacje mieszkankom i mieszkańcom, a w powietrzu wisi lęk przed konfiskatą własności przeważnie niezbyt zamożnych ludzi. Bez zachwytu (mówiąc delikatnie) przyjmowane są też takie pomysły, jak przeznaczenie części miejskich gruntów na wielkoskalowe rolnictwo.

Zamiast tego nadzieję upatruje się w powrocie przemysłu. Z wytęsknieniem wyczekuje się jakichkolwiek oznak odwrotu wielkich firm od polityki przenoszenia produkcji do krajów o niższych kosztach pracy – Meksyku czy Chin. Trzyma się kciuki za nowe pomysły, jak produkcja samochodów elektrycznych. Jednak kiedy jeden z bohaterów filmu idzie na targi samochodowe i porównuje cenę rodzimego auta na prąd (40 tys. dol,) z chińskim odpowiednikiem o lepszych osiągach technicznych (28 tys. dol.), pozostaje pełen obaw. Rozmówcom dowodzącym, że są to dwa nieporównywalne auta i różne marki, przypomina o przypadku japońskiej hondy – niegdyś wyśmiewanej ze względu na niską cenę i odtwórczość, a dziś rywalizującą jak równy z równym z innymi globalnymi koncernami motoryzacyjnymi.

Poczucie beznadziejności i braku alternatyw towarzyszy nam przez większość półtoragodzinnego filmu. Serwuje się kolejne mało optymistyczne fakty. Wyprowadzka z miasta firmy, której pracownicy nie zgodzili się na sięgające 1/4 ich godzinowych zarobków obniżki płac. Likwidacja linii autobusowych, które dla wielu są jedynym sposobem dostania się do pracy. Zwiedzamy piękne budynki, które wczoraj były chlubą Detroit, a dziś dogorywają w samotności. Słyszymy o ludziach podpalających dla zabawy opuszczone domostwa, co brzmi wyjątkowo ponuro w kraju, w którym wedle statystyk z r. 2009 bez dachu nad głową pozostaje 643 tysiące osób.

Oglądając „Detropię”, możemy odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z filmem o końcu amerykańskiego snu. Zewsząd atakują hasła o konieczności „bycia konkurencyjnym”, ale trudno zgodzić się na obniżkę wynagrodzenia, które – nawet poniżej kosztów utrzymania – i tak pozostanie „niekonkurencyjne” wobec zarobków w Chinach. Słyszymy wołania o podniesienie głów i wspólne poszukiwanie alternatyw dla zamykania miejskich szkół i autobusów, ale nie nie widać zbyt wielu pomysłów, jak takowe alternatywy miałyby wyglądać. Wysłuchujemy ostrzeżeń o tym, jak to zanikanie klasy średniej – bufora między bogatymi a biedotą – doprowadzi do rewolucji, jeśli proces ten nie zostanie powstrzymany. Bohaterki i bohaterzy wstają, modlą się i opracowują biznesplany, wierząc, że kapitalizm to dobry system ekonomiczny, ale nie potrafią powiedzieć, jak w zmienionych warunkach powstrzymać jego wredną cechę ściągania ludzi na dno.

Niewiele tu przebłysków nadziei. Przebąkuje się o powrocie ludzi młodych, odwiedzamy artystów, skuszonych miejskim klimatem i niskimi kosztami życia. Nie zobaczymy tu bogatych przedmieść miasta, zamieszkanych przez białych, którzy przenieśli się z centrum na obrzeża, notujące znacząco wyższe poziomy zamożności. Nie zobaczymy zbyt wielu obrazów sąsiedzkiej samopomocy, jak rolnictwo miejskie na małą skalę czy lokalne targi żywności. Trochę tak, jakbyśmy po obejrzeniu tego poruszającego zarówno umysł, jak i zmysły filmu mieli zaakceptować nieuchronność zjawisk, które obserwowaliśmy w jego trakcie: dezindustrializacji i globalizacji.

Bez alternatywy?

Jak przed pokazem filmu mówiła Joanna Kusiak, potrzeba nam dziś solidarności miast – poczucia, że zamiast wzajemnej konkurencji dużo lepiej czerpać dobre wzorce i domagać się pomocy dla słabszych. W przypadku Detroit, gdyby wąską politykę miejską przekuć na szerszą politykę metropolitalną, szybko okazałoby się, że bogate przedmieścia mogłyby pomóc w postawieniu na nogi upadającego miasta.

Z solidarnością i jej brakiem łączy się również nierozerwalnie kwestia dysproporcji społecznych i niechęci bogatych do zadawania się z biednymi. W skrajnych przypadkach, jak możemy to obserwować w Detroit, prowadzi to do segregacji przestrzennej wykraczającej daleko poza grodzone osiedla czy podział na lepsze i gorsze dzielnice. Robotnicy mają do wyboru obniżki płac albo zamknięcie zakładu – bogatsi mogą sobie pozwolić na straszenie ucieczką z pieniędzmi do rajów podatkowych za każdym razem, gdy przebąkuje się o niewielkich choćby podwyżkach podatków. Co ciekawe, Detroit najlepiej radziło sobie, gdy bogaci mieszkali w jego granicach, a amerykańscy milionerzy płacili najwyższą stawkę PIT sięgającą 90%.

Rozważając lepszą politykę dla naszych miast, nie uciekniemy od wzajemnych powiązań polityki miejskiej z tym, co regionalne, krajowe czy globalne. To, ile miasta mają pieniędzy na realizację swoich zobowiązań wobec obywatelek i obywateli, w dużej mierze zależy od decyzji władz centralnych. Sieć powiązań, w jakich funkcjonujemy, sprawia, że nie ma co liczyć na jakieś panaceum, które jak za dotknięciem magicznej różdżki rozwiąże wszelkie problemy. Jeśli jednak mamy coś wynieść z oglądania filmów takich jak „Detropia”, to niech to będzie refleksja, że lepiej o tych powiązaniach i sposobach ich kształtowania myśleć zanim będzie za późno, a marzenia Benjamina Barbera o XXI w. jako stuleciu miast staną się ponurym żartem.

Detropia, reż. Heidi Ewing, Rachel Grady, Loki Films, USA 2012, 91 min. Najbliższy pokaz telewizyjny: Canal+ Family 2 HD, niedziela 11.8.2013, godz. 11.00.

zp8497586rq

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.