Tygodniki opinii w epoce internetu

Bartłomiej Kozek
6 stycznia 2012

Tygodniki opinii najbardziej ucierpiały na rozwoju dostępności globalnej sieci, co zmienia nawyki ich czytelniczek i czytelników. Aby do nich trafić, trzeba podjąć ambitny projekt opowiedzenia im o sytuacji życiowej, w jakiej się znaleźli.

Okno

W czasie świąt, korzystając z wyjazdu w rodzinne strony, zerknąłem do swej szafy, by odświeżyć pamięć o „Przekroju” z czasów, kiedy ów tygodnik kupowałem. Nie ukrywam, że zachęciła mnie do tego nominacja Romana Kurkiewicza na nowego redaktora naczelnego pisma, które od kilku miesięcy boryka się ze zmianą szefostwa, kurczącą się ekipą oraz topniejącą w oczach sprzedażą. Po 80-100-tysięcznych wynikach sprzedaży przed 7 laty, za czasów Piotra Najsztuba, dziś sprzedaż spadła poniżej 30 tys. Z rozrzewnieniem można też wspominać próby pogoni za ówczesną „wielką trójką” („Polityka”, „Newsweek” i „Wprost”).

7 lat temu, w okolicach wejścia Polski do Unii Europejskiej, dla młodego mieszkańca wsi pod Przemyślem tygodniki opinii były oknem na świat. Zajmowały się tematami, które telewizja lubiła pomijać, można było je czytać w dowolnej chwili tygodnia, opisywały świat, który dla młodej, aspirującej osoby zaczynał być bardziej swojski niż najbliższa okolica. Kiedy już, po kilku latach kupowania, polska edycja „Newsweeka” wydawała mi się zbyt wulgarnie neoliberalna jak na moją wówczas bardzo ograniczoną wrażliwość społeczną (kto czyta dziś „Rzeczpospolitą” Wróblewskiego ten wie, o co mi chodzi), wybór pisma z dobrymi wywiadami, przedrukami zagranicznych artykułów, a przede wszystkim – olbrzymią dawką kultury w formie dużej ilości krótkich recenzji – wydał się oczywisty. Na prezentacji maturalnej zająłem się komiksem jako medium, a jakiś czas później zdecydowałem się na studia na kierunku z kulturą jednoznacznie związanym, i to bez wątpienia był „efekt Przekroju”. Ale jak tu nie lubić pisma, które jako pełnoprawną część kultury traktowało nie tylko książki, kino czy teatr, ale też gry komputerowe, i to w czasie, gdy wiele innych nadal traktowało je jako zabawę dla dzieci i mających problemy z dorastaniem dorosłych?

Wyzwania

Trudno chyba wyobrazić sobie taką rolę tygodników opinii dziś, mając do czynienia z morzem informacji i opinii w internecie. Tygodniki opinii w ciągu ostatnich lat bodaj najbardziej ucierpiały na rozwoju dostępności globalnej sieci, co szczególnie silnie zmienia nawyki w gronie ich idealnych czytelniczek i czytelników – młodych, dobrze wykształconych i zamieszkujących duże ośrodki miejskie. Już w 2006 r., kiedy upadł należący do Janusza Palikota „Ozon”, wśród znawców branży mediowej pojawiały się głosy, że w tym kurczącym się segmencie prasy nie ma już miejsca na nowych graczy.

W ciągu ostatnich 2 lat okazało się jednak, że rynek tygodników opinii nie ogranicza się tylko do 3-4 największych tygodników i że wyrasta im nowa, zupełnie od nich odmienna konkurencja. Spektakularny sukces tygodnika „Angora” (prawie 370 tys. egzemplarzy sprzedanych w październiku 2011 r. wobec niecałych 145 tys. następnego w kolejce tytułu, o którym za chwilę) rzucano na karb bycia przystępnym cenowo i estetycznie dla szerszej publiki pismem złożonym głównie z przedruków. Z kolei wspięcie się na szczyty zestawień „Gościa Niedzielnego”, który zaczął wyprzedzać dotychczasowego lidera, „Politykę”, uważano za efekt jego równoległej dystrybucji w kościołach.

Nie dostrzeżono tym samym, że konserwatywna forma wydawnicza, jaką jest tygodnik opinii, będzie w najbliższym czasie sprzyjać bardziej prawicowym pismom. Wkrótce po katastrofie smoleńskiej z tej koniunktury skorzystała dotąd marginalna, a dziś sprzedająca się w ponad 66 tys. egzemplarzy „Gazeta Polska”. Wydawać by się mogło, że z dwoma tak silnymi tytułami prawicowa nisza została w całości zagospodarowana. Nic z tych rzeczy. „Uważam Rze” stworzone przez Pawła Lisickiego i ekipę publicystów „Rzeczpospolitej” już od pierwszego miesiąca znalazło się w czołówce sprzedaży i dziś – z wynikiem niemal 134 tys. – jedynie minimalnie ustępuje pod tym względem „Polityce”.

Ewolucje

Na spadek sprzedaży każde pismo reaguje inaczej. Wspomniany na początku „Przekrój” wiosną 2004 r. uruchomił dział „Hyde Park”, w którym zadebiutowałem tekstem „Platforma Samoobrony”, pokazującym symetryczność ryzyka w objęciu władzy przez obie te siły polityczne. Na jesieni 2004 r. zdecydowano się na bardziej konwencjonalny podział pisma na działy. Wcześniej jego osią były „Dokumenty” (reportaże) i „Ludzie!” (sylwetki, np. polityków), teraz postanowiono przejść do działu „Kraj” i „Świat”, pojawił się „Temat numeru” (pierwszy był o wyczerpywaniu się ropy – ciekawe, że wówczas ludzi szokowała cena 50 dolarów za baryłkę…) i „Biznesmagazyn Mosza”.

Swoją drogą ciekawe, że postrzegałem – podobnie jak wielu innych – ówczesną linię pisma jako liberalno-lewicową. Przeglądając po latach stare numery, zobaczyłem peany na rzecz Planu Hausnera i niskich podatków w postaci przekładu artykułu z tygodnika „Time” mówiącego o państwach eksperymentujących z niskim opodatkowaniem, „które wychodzi im na dobre” – patrz casus Irlandii czy państw nadbałtyckich…

Oczywiście pismo miało wady i w końcu przestawiłem się na „Politykę”, którą uważałem za pismo poważniejsze. W „Przekroju” irytowało mnie, że o ekonomii są 2 strony, a na zdjęcia poświęca się 15, że było znacznie mniej artykułów niż w innych tygodnikach, no i pismo było niemal tak nierówne, jak polskie drogi. Niektóre numery czytało się z wypiekami na twarzy, inne były koszmarnie nudne. Dział opinii był ogólnie słuszny i zajmujący się pobocznymi, mało ciekawymi sprawami, nudziły strony sportowe, a czarę goryczy przelał pomysł Najsztuba na… wywiad ze Starym Rokiem.

Powrót?

Dziś, kiedy żadnego tygodnika opinii nie czytam już na stałe, zastanawiam się, co mogłoby mnie do tego zachęcić. Choć Tomaszowi Lisowi udało się przesunąć „Wprost” na bardziej cywilizowane tory, co przyniosło pewną poprawę jego czytelnictwa, to jednak tytuł ten nie przekonał mnie do tego, że prezentuje opinie różniące się zasadniczo od tych, które mogę znaleźć na internetowych stronach „Gazety Wyborczej”. Gdzie są dziś ludzie, którzy niegdyś byli źródłem czytelnictwa liberalno-lewicowych tygodników i czy Roman Kurkiewicz ma szansę przyciągnąć ich z sieci z powrotem do papieru? Część z nich – młodych, ambitnych i aspirujących – nawet, jeśli cieszy się jeszcze wysokim statusem, okupuje go przepracowaniem i stresem. Część wyjechała za chlebem z Polski i dziś nie chce wracać, ciesząc się za granicą większymi szansami na znalezienie pracy oraz bardziej hojnym systemem usług publicznych i pomocy społecznej. Część – tych młodszych – może na własnej skórze widzieć, że na swoje marzenia dotyczące dostatniego życia czy uczestnictwa w kulturze – które „Przekrój” niegdyś rozbudzał – zwyczajnie ich nie stać i/lub nie mają na nie czasu.

Jak do tej pory żadne pismo – niezależnie od tego, czy mówimy o dzienniku, czy o tygodniku – nie opowiedziało się po stronie osób, które – mimo iż nie pasują do wizerunku „roszczeniowych barbarzyńców” – nie odnajdują się w dzisiejszej Polsce, gdzie ich szanse na na rozwój zarówno osobisty, jak i społeczny są przyblokowane. Część z nich za swą polityczną reprezentację uznała Ruch Palikota, jednak na poziomie medialnym mogła liczyć co najwyżej na opis bolączek nowej klasy społecznej – prekariatu – uzupełniony następnie – jak w Gazecie Wyborczej – wypowiedziami „ludzi sukcesu”, zarzucających im malkontenctwo i brak ambicji, a na problemy związane z deregulacją rynku pracy zalecających… więcej deregulacji.

Jakiekolwiek pismo, aspirujące do zagospodarowania takich czytelniczek i czytelników, musi podjąć ambitny i do tej pory – poza periodykami takimi jak „Krytyka Polityczna”, polska edycja „Le Monde diplomatique” czy „Nowy Obywatel” – nierealizowany projekt opowiedzenia im o sytuacji życiowej, w jakiej się znaleźli. To nie ich „indywidualna odpowiedzialność”, jak twierdzą neoliberałowie, lecz systemowe problemy polskiego systemu politycznego, społecznego i ekonomicznego uniemożliwiają szerokim grupom ludzi godne życie. Warto, by ktoś im to głośno powiedział i pokazał, dlaczego tak jest. Oraz wskazał, jak można urządzić świat w inny, bardziej sprawiedliwy sposób.

Wyniki sprzedaży na podstawie danych Związku Kontroli Dystrybucji Prasy

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *