ISSN 2657-9596
V Kongres Zielonych

Zielone wyzwania na rok 2013

Bartłomiej Kozek
1 lutego 2013

Wydaje się, że Zieloni doszli do siebie po wyborczej porażce roku 2011. Zajęło im to sporo czasu, kiedy to Polska żyła sporami wokół podniesienia wieku emerytalnego, aferą Amber Gold i korupcyjnymi taśmami. Polityczni oponenci przygotowują się już do wyborów do Parlamentu Europejskiego. Czy Zieloni nadrobią ten czas?

Czas – start!

Odpowiedź być może padnie na marcowym kongresie partii. Niezależnie od tego, jak wyglądać będzie nowe kierownictwo partii, mierzyć się ono będzie z nie lada wyzwaniami. Nawet jeśli poparcie dla Platformy Obywatelskiej będzie spadać po tym, jak dzięki głosom jej konserwatywnej frakcji wszystkie projekty uregulowania kwestii związków partnerskich trafiły do kosza, a sytuacja gospodarcza daleka będzie od obrazu „zielonej wyspy” – rozczarowani wyborcy PO nie muszą kierować się w stronę pozaparlamentarnej opozycji. Część z nich może zasilić szeregi osób niezdecydowanych, część bez entuzjazmu przepłynąć do Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ruch Palikota, cofając poparcie dla Wandy Nowickiej na stanowisku wicemarszałkini Sejmu, strzelił sobie w oczach części wielkomiejskiego, liberalnego światopoglądowo elektoratu w stopę i na dłuższą lub krótszą chwilę może utracić zdolność jego przyciągania.

Chwila może być krótsza, jeśli do gry – na co Palikot bardzo liczy – wróci Aleksander Kwaśniewski. Jego powrót w ostatnim czasie stał się dużo bardziej faktem medialnym niż politycznym. Poszczególne redakcje przerzucają się poszlakami, mającymi wskazywać na to, że bądź to o jego powrocie nie ma mowy, bądź też staje się coraz bardziej pewny. A to „Wprost” postawi zarzuty czerpania pieniędzy od dyktatorów, a to „Rzeczpospolita” opublikuje sondaż, z którego wynika, że zjednoczona lewica pod jego wodzą zdobędzie 25% i na serio będzie walczyła o władzę z PO i PiS. Gdy byłego prezydenta nie ma w grze – SLD z poparciem 16% wyraźnie dominuje nad RP, który z wynikiem 3% ląduje pod wyborczym progiem. Jak z satysfakcją odnotowuje Sojusz, zlecone przez niego badanie wskazuje, że nawet w wypadku powrotu byłego prezydenta to SLD, a nie “Lista Kwaśniewskiego” jest liderem na lewo od PO, wygrywając stosunkiem głosów 14 do 10%.

Rzecz jasna w ciągu półtora roku do wyborów do Parlamentu Europejskiego zmienić się może sporo. Nie oznacza to jednak, że można czekać z założonymi rękami na rozwój wypadków. Wręcz przeciwnie, niezależnie od obranego scenariusza wyborczego polityczna aktywność jest koniecznym warunkiem podmiotowej obecności na scenie politycznej. Warunkiem znacznie bardziej istotnym niż obecność w sondażach ulicznych na poziomie sięgającym w porywach 0,4%. Czy do tej pory aktywność ta była dostateczna? Jakie wyzwania stoją przed Zielonymi w najbliższym czasie?

Dwa filary

Przekaz Zielonych od czasu wyborów w 2011 r. opiera się na haśle łączenia bezpieczeństwa ekologicznego z socjalnym. Zważywszy na polityczne okoliczności – rządowy program rozwoju energetyki jądrowej czy eksploatacji gazu łupkowego, wydłużanie wieku emerytalnego, zamykanie szkół i cięcia wydatków społecznych przez coraz bardziej zadłużone samorządy – pozostaje ono dobrym kierunkiem.

Największy problem, jak się zdaje, tkwi w jego praktycznej realizacji. Konflikty ekologiczne, a ściślej mówiąc boje o przyszły kształt polskiej energetyki, przeniosły się z poziomu centralnego do lokalnych społeczności, często znajdujących się z dala od większych ośrodków miejskich i tym samym miejsc funkcjonowania struktur partii. Po początkowym poszerzeniu pola dyskusji po katastrofie w Fukushimie energetyka ponownie stała się w mediach głównego nurtu „tematem eksperckim”, nie zaś kwestią politycznego wyboru. Dla niewielkiej partii pozaparlamentarnej – nawet dobrze przygotowanej do merytorycznej dyskusji – taka sytuacja w żaden sposób nie jest komfortowa.

Kwestie społeczne, mimo wysiłków zarówno samej partii, jak i zielonych ośrodków intelektualnych, nie przebiły się zbyt mocno w partyjnym przekazie. Z perspektywy zewnętrznego obserwatora może to dziwić. Nie ma co się łudzić, że w sytuacji, gdy wedle badań Eurobarometru sytuacja ekonomiczna w Unii Europejskiej niepokoi 54% pytanych w UE, a zmiany klimatu – jedynie 3%, formacji o ograniczonych zasobach ludzkich i finansowych uda się skierować dyskusje na kwestie ekologiczne. Jeśli sztuka ta nie udaje się silniejszym i bardziej społecznie zakorzenionym formacjom ekopolitycznym w Europie Zachodniej, mało prawdopodobne, by miało to udać się nad Wisłą.

Na dodatek jeśli kwestie takie jak praca czy ochrona zdrowia trwale zajmują najwyższe pozycje wśród priorytetów wyborczyń i wyborców, byłoby lekkomyślnością graniczącą z paternalizmem udowadniać im, że problemy te bledną wobec spraw Zielonym bliskich i niewątpliwie niepokojących, takich jak zmiany klimatu czy utrata bioróżnorodności. Bez wytworzenia wokół siebie nimbu kompetencji w kwestiach takich jak bezrobocie czy edukacja (nimb ten rzecz jasna powinien mieć wyraźnie zielony odcień ideowy) o wejściu na Wiejską można dziś zapomnieć. No chyba że jest się w stanie podczepić pod silne, społeczne emocje à la ruch anty-ACTA. Tyle że wymaga to po pierwsze szczęścia, a więc pojawienia się stosownego tematu przed wyborami, a po drugie pieniędzy na systematyczne objazdy po całej Polsce.

Ekologia – mniej globalnego, więcej lokalnego

Większa uwaga poświęcana sprawom społecznym w żadnym wypadku nie oznacza zapominania o ekologii. Wręcz przeciwnie: kwestie związane z ochroną środowiska i – szerzej – trwałym rozwojem pozostają bardzo ważne. Na poziomie ogólnokrajowym nieustająco gorąco jest wokół kolei: zamykania kolejnych kilometrów linii, kasowania połączeń i demontażu Przewozów Regionalnych poprzez tworzenie przez bogatsze województwa własnych linii, co podkopuje finansowe podstawy działania PR w mniej zamożnych regionach. Jeszcze więcej dzieje się na poziomie lokalnym – widać to chociażby po podwyżkach cen biletów komunikacji miejskiej w wielu polskich miastach czy w rzadkim obecnie przypadku namacalnej katastrofy ekologicznej – smogu w Krakowie.

Sęk w tym, że nie zawsze w tak oczywistych jak się zdaje kwestiach głos Zielonych jest słyszalny. Tymczasem bez regularnego monitorowania kwestii miejskich i wydawania własnego, niezależnego głosu nie ma co łudzić się, że wyborczynie i wyborczy przypomną sobie o tym, że istnieje taka partia, dla której liczy się środowisko, po czym odruchowo na nią zagłosują. Sytuacja jest dokładnie odwrotna. Czasem nawet intensywna działalność to za mało, by uzyskać społeczny mandat, ale brak działalności bardzo łatwo przekłada się na przekonanie o dysonansie między deklarowanymi ideałami a praktyką działania (a właściwie jego braku).

Nie jest na szczęście tak, że działalności lokalnej Zieloni nie prowadzą w ogóle. Aktywność koła warszawskiego, w tym samym czasie zajmującego się walką z podwyżką cen biletów komunikacji miejskiej za pomocą inicjatywy uchwałodawczej, kwestionujących wycinkę drzew w Ogrodzie Krasińskich i organizujących debaty na ważne – tak lokalne, jak i ogólnopolskie tematy (od brutalnego traktowania kupców w przejściach podziemnych aż po aborcję) – budzi szacunek. Niestety, poza Warszawą sytuacja nie zawsze wygląda tak różowo.

Działalności lokalnej tymczasem nie da się animować odgórnie. Musi być efektem oddolnego fermentu, odpowiadać na lokalne problemy i wiązać się z dialogiem z ruchami społecznymi. Z poziomu mitycznej „centrali” można promować dzielenie się dobrymi praktykami, jak chociażby wypracowywanymi przez ośrodki regionalne dokumentami czy pomysłami na działania, ale nie czarujmy się – bez lokalnych liderek i liderów nie ma mowy o tym, by dało się rozwijać partię. Parcie na szkło, chęć powiedzenia o swoich poglądach, wypracowanie narzędzi komunikacji z mediami, obecność w sieci, wydawanie własnych stanowisk – te wszystkie elementy muszą być w działalności oddolnej realizowane. Ograniczanie jej do profili na portalach społecznościowych jest prostą drogą do samomarginalizacji.

Idee – tak, wypaczenia – nie

Problem z konsekwentnym komunikowaniem zielonego przekazu wiąże się również z tym, że wymaga on od czołowych liderek i liderów partii pełnego przekonania dotyczącego wiarygodności i możliwości jego realizacji. O ile w wypadku kwestii ekologicznych sprawa wydaje się w miarę jasna i wszyscy już dzielnie przekonują co do ekonomicznej nieracjonalności inwestycji w energię jądrową czy tego, że uprawy roślin modyfikowanych genetycznie nie są w rozwoju polskiego rolnictwa do niczego potrzebne, o tyle już takiego silnego, konsekwentnego głosu w sprawie prawa do bezpłatnej opieki zdrowotnej czy studiów wyższych (postulatów obecnych w programie partii) brakuje. Być może wynika to z lęku przed etykietką lewicowości, a wręcz „lewackości”, jaką w Polsce automatycznie takim postulatom się przypisuje, albo też z obawy, że postulaty zwiększenia nakładów mogą wiązać się chociażby z wyższymi podatkami dla najbogatszych albo podatkami ekologicznymi.

Tu pojawia się kolejny problem z politycznym przekazem, a mianowicie skomplikowany i nieoczywisty w polskim kontekście język, jaki proponuje zielona myśl polityczna. Dla niektórych problem ten powinno się rozwiązać „chowaniem” co bardziej kontrowersyjnych tematów – przy czym pod termin „kontrowersyjne” wrzuca się niemal wszystko – od eutanazji po politykę społeczną. Problem tymczasem nie tkwi w tym, że zielona wizja społeczeństwa miałaby być niekompatybilna z oczekiwaniami i poglądami Polek i Polaków, ale z tym, że długa droga dzieli zapisane w programie hasła i deklaracje od wyborczego przekazu. Nie chodzi o to, by cokolwiek ukrywać, ale by umieć wpisać się w już istniejące opowieści i narracje o rzeczywistości.

To sprawa trudna praktycznie dla wszystkich. Jak tu bowiem, wiedząc, jak działa system zabezpieczeń społecznych, mówić o tym, że obniżanie składek do ZUS bez zapewnienia alternatywnych źródeł finansowania np. systemu emerytalnego grozi zawaleniem się tegoż systemu? W jaki sposób w ciągu kilkunastu, góra kilkudziesięciu sekund odpowiedzieć na stwierdzenie potencjalnego wyborcy, że energetyka odnawialna jest za droga, albo wyjaśnić, dlaczego protestuje się przeciwko GMO? Albo co powiedzieć, gdy usłyszy się, że ktoś ceni poglądy ekologiczne, ale uważa aborcję za „zabijanie nienarodzonych dzieci”? W jaki sposób komunikować się z ludźmi aspirującymi do klasy średniej i odpowiadać na ich aspiracje, kiedy np. nie kocha się samochodów? To poszukiwanie odpowiedzi na tego typu pytania i umiejętność profilowania przekazu pod kątem różnych grup społecznych i umiejętność odpowiadania powinno mieć w najbliższym czasie priorytet przy tworzeniu politycznych strategii, nie zaś myślenie o tym, co należy skrzętnie skryć przed opinią publiczną.

Pokażcie się!

Jako że na Zielonych zjadłem zęby, doskonale wiem, że w ich szeregach nie brak inteligentnych, zaangażowanych i mających sporą wiedzę i polityczne doświadczenie osób. Tym bardziej dziwi, że tak wiele ich pracy pozostaje w ukryciu. Dziś aktywne pisanie artykułów, blogowych postów, stanowisk, statusów na Facebooku i na Twitterze jest niezbędnym (choć, jak wspomniałem, zdecydowanie niejedynym) elementem politycznego życia. Kto tego nie robi, skazuje się na niebyt. Zmienia się otoczenie medialne i bezpośredni dostęp do polityczki/polityka odgrywać będzie coraz ważniejszą rolę. Nie oznacza to jednak, że będzie można zupełnie lekceważyć tradycyjną „czwartą władzę” – nie wolno tylko poddawać się, gdy lekce sobie waży ten czy inny wysyłany do niej komunikat. Lepiej wydać stanowisko, którym można będzie pochwalić się z perspektywy czasu, niż machnąć na to ręką, a potem mieć problem z odpowiedzią na pytanie, co robiło się ze sprawą X czy Y.

Być może wspomniane przed chwilą kwestie na pierwszy rzut oka wydają się poruszać na dużym stopniu ogólności, jednak moim zdaniem to od nich tak naprawdę – a nie od takich czy innych zwrotów politycznych czy programowych – zależy sukces zielonego projektu politycznego w Polsce. O tym, że słabości organizacyjne stanowią barierę jego rozwoju, media pisały jeszcze w czasach batalii o Dolinę Rospudy – nie jest to zatem żadna tajemnica, chyba że poliszynela. Próbowano radzić z tym sobie na różne sposoby – a to przytulając do siebie znane nazwiska (Magdalena Środa startująca w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 roku), a to podczepiając się pod silniejsze podmioty polityczne. Strategie te – może poza umiarkowanym sukcesem wyborów samorządowych w r. 2010 – pokazały już swą słabość i udowodniły, że w rozwoju partii nie ma drogi na skróty. Znane twarze trzeba przede wszystkim wykreować, a nie uzależniać swą działalność od nadziei na polityczne transfery.

Polska bardzo potrzebuje zielonej polityki. Zielonych miejsc pracy jako remedium dla rosnącego bezrobocia. Sprawnego systemu kolejowego, łączącego mniejsze ośrodki ze światem w przyjazny dla środowiska sposób. Systemu podatkowego i opieki społecznej, które zmniejszać będą biedę i rozwarstwienie społeczne, a tym samym – generować popyt na dobra i usługi małych i średnich przedsiębiorstw. Sprawnych usług publicznych, podnoszących jakość życia. Ambitnej polityki unijnej, w której Polska nie będzie hamulcowym – jak w przypadku walki ze zmianami klimatu, ani też nie będzie stać z boku, tak jak przy okazji wprowadzania podatku od transakcji finansowych. Większej swobody wyborów i podążania za aspiracjami – od większej dostępności tanich mieszkań komunalnych na wynajem aż po związki partnerskie. Więcej wspólnoty, realizującej się w inny sposób niż poprzez wszędobylskie kamery, surowe prawo i uroczystości „ku czci”. Polska potrzebuje oddechu. Na pytanie, czy Polska potrzebuje Zielonych, muszą odpowiedzieć sobie sami.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.