FERMOWE ZAGROŻENIA dla zdrowia ludzi i zwierząt
Współcześnie epidemie mają swoje źródło przede wszystkim w systemie gospodarczym nastawionym na maksymalną intensyfikację rolnej produkcji zwierzęcej i jednocześnie nieliczącym się z ograniczeniami środowiskowymi.
System produkcji
Na temat epidemicznego oddziaływania ferm przemysłowych pisałem już na łamach Zielonych Wiadomości. Warto jednak powrócić do tematu. Aby dobrze zarysować problem, wypada przypomnieć kilka kwestii. W ciągu ostatnich dwóch dekad (po wejściu Polski do Unii Europejskiej) produkcja żywności pochodzenia zwierzęcego w Polsce znacząco wzrosła. Wskazują na to podane w tabeli dane z Głównego Urzędu Statystycznego (GUS). W dużej mierze stało się to za sprawą eksportu.
Warto zwrócić uwagę, że liczba zwierząt gospodarskich określana na dany dzień w roku (w tzw. jednostkach przeliczeniowych LSU, gdzie 1 LSU = 500 kg) nie wzrosła, a nawet w analizowanym okresie nieznacznie spadła. Oznacza to, że większą produkcję osiągnięto poprzez podniesienie wydajności osobniczej (mięsnej, mlecznej, nieśnej, rozrodczej itd.). Nastąpiło też skrócenie cyklu produkcyjnego. Zwierzęta szybciej uzyskują masę ubojową, co znaczy, że w ciągu roku przez chlewnie i kurniki przewija się ich więcej. W przypadku mięsa zmieniła się też znacząco struktura gatunkowa produkcji – zaczął dominować dużo wydajniejszy drób. Wreszcie warto zauważyć, że rozwój hodowli spowodował wzrost upraw z przeznaczeniem na paszę, np. kukurydzy.
Rodzaj produkcji w Polsce | Przed wejściem do UE – 2003 r | 2022 r. | Wzrost/spadek |
---|---|---|---|
Żywiec rzeźny ogółem | 4,8 mln t | 6,8 mln t | + 41,7% |
Drób rzeźny | 1,2 mln t | 3,7 mln t | + 208,3% |
Mleko | 11,6 mld l | 14,8 mld l | + 27,6% |
Jajka | 9,2 mld szt. | 11,9 mld szt. | + 29,4% |
Kukurydza (na ziarno i zielonkę łącznie) | 144,4 mln dt* | 388,9 mln dt | +169,3% |
Liczba zwierząt gospodarskich (w przeliczeniu na LSU) | 10,3 mln szt.* | 9,6 mln szt. | -6,8% |
Za wzrostem produkcji szła jej koncentracja. Coraz mniej gospodarstw rolnych w Polsce zajmuje się dziś produkcją zwierzęcą, a utrzymywane stada są coraz większe. Zaczęło przybywać ferm przemysłowych, zwłaszcza kurników. Powstają całe zagłębia „kurze” i „świńskie”. Według Powszechnego Spisu Rolnego (2020 r.) 10 powiatów o największej liczbie hodowanych świń zajmuje ledwie 3,4% powierzchni kraju, ale skupia łącznie na swoim terenie 22,5% polskiej trzody chlewnej. Na obszarze 10 powiatów o największej liczbie ptaków hodowlanych, zajmujących łącznie 4,5% terytorium Polski, skupia się aż 27,6% całego drobiu. Niektóre z nich (powiaty rawicki i żuromiński) należą do „pierwszej dziesiątki” powiatów o największym zagęszczeniu zarówno drobiu, jak i świń.
Zagrożenia strukturalne
Koncentrowanie ferm przemysłowych, zagęszczanie obsady zwierząt gospodarskich, presja na ich wydajność znacznie podnoszą ryzyko wystąpienia zagrożeń dla zdrowia ludzi i zwierząt.
Biolog i epidemiolog Robert G. Wallace, jeden z twórców koncepcji Structural One Health, w swoich pracach dowodzi, że współczesne epidemie mają swoje źródło przede wszystkim w obecnym systemie gospodarczym. Twierdzi, że dzisiejszy chów świń i drobiu – miliony zwierząt stłoczone w małej, zamkniętej przestrzeni – stanowi niemal idealne środowisko dla ewolucji wielu patogenów, w tym zjadliwych szczepów wirusa grypy i innych chorób zakaźnych. Fermy przemysłowe stają się źródłem chorób odzwierzęcych.
Jeremy Brown, autor wydanej w Polsce książki pt. „Grypa. Sto lat walki”, pisze, że zagrożenie epidemiczne łączy się z dynamicznym wzrostem populacji drobiu hodowlanego na świecie. Do podobnych wniosków doszła profesor Lidia Brydak z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego. Jej zdaniem, „jeżeli przyjmiemy, że ludzie, świnie i ptaki wodne są głównymi zmiennymi związanymi z międzygatunkowym transferem wirusa grypy i mają wpływ na pojawienie się nowych ludzkich szczepów pandemicznych, to jest wysoce prawdopodobne, że wpływa to na występowanie ludzkich pandemii grypy”. Jednocześnie zapadalność ludzi na grypę w analizowanym przez nas okresie (od momentu wejścia Polski do UE do dziś) dramatycznie wzrosła. Dla porównania: w sezonie 2003/2004 odnotowano 341 tys. zachorowań, a w sezonie 2022/2023 – 5,8 mln. Nikt jednak w Polsce – z tego, co mi wiadomo – nie zaryzykował tezy o ścisłym związku przyczynowo-skutkowym między typem przemysłowej produkcji hodowlanej a ryzykiem infekcji grypowych. Brakuje odpowiednich badań.
Jeszcze przed pandemią COVID–19 epidemiolodzy byli przekonani, że największym zagrożeniem jest właśnie grypa. Obawiano się scenariusza podobnego do tego, jaki miał miejsce w przypadku tzw. hiszpanki po I wojnie światowej. Choć problem zachorowań na grypę wydaje się narastać (i kosztuje rocznie na świecie życie kilkuset tysięcy osób), to do tej pory podobny przypadek na skalę hiszpanki nie wystąpił. Jednak część lekarzy twierdzi, że to tylko kwestia czasu. Weźmy dla przykładu zakażenie ludzi wirusem grypy A/H5N1. Pierwsze przypadki wystąpiły w 1997 r. w Hongkongu w trakcie epidemii wśród drobiu. Jak utrzymuje Światowa Organizacja Zdrowia, do 31 maja 2023 r. u ludzi potwierdzono 876 przypadków zakażenia A/H5N1, z czego 458 zakończyło się śmiercią. W Europie odnotowano w tym czasie tylko dwa przypadki zachorowania. Rozwój tego wirusa jest pilnie śledzony, bo jego mutacje mogą grozić wybuchem pandemii o trudno przewidywalnych konsekwencjach.
Pracownicy i mieszkańcy
W pierwszej kolejności na choroby odzwierzęce narażeni są rolnicy i pracownicy rolni na fermach, a także ich rodziny. Według danych GUS-u w Polsce zatrudnionych jest ok. 124 tys. pracowników rolnych (stosunek pracy), z czego, szacunkowo, ok. 50 tys. bezpośrednio w chowie i hodowli zwierząt. Jednocześnie przynajmniej drugie tyle osób jest zatrudnianych sezonowo. W zasadzie od lat sytuacja pracowników ferm pozostaje bez większych zmian: bardzo niskie wynagrodzenia, nadmierne obciążenie pracą z powodu jej długiego czasu (sięgającego nawet 300 godzin w miesiącu; 10–12 godzin na dobę) i znacznego wysiłku energetycznego, stres związany z fatalnym traktowaniem przez przełożonych, wreszcie złe warunki sanitarne w miejscu pracy i zamieszkania w przypadku pracowników sezonowych. Jednym z problemów pracowników wielu ferm są masowe i bolesne pogryzienia przez ektopasożyty, np. pchły. Jak szacują Z. Gliński i A. Żmuda w jednym z ostatnich numerów „Życia Weterynaryjnego”, corocznie na świecie „choroby przenoszone przez stawonogi są przyczyną ponad 700 tys. zgonów ludzi”, choć trudno powiedzieć, w jakim stopniu są za to odpowiedzialne fermy. W takich warunkach mamy do czynienia z ludźmi przeciążonymi pracą, ustawicznie narażonymi na zarażenie patogenami, a także np. na zatrucia w związku ze stosowanymi środkami chemicznymi (m.in. przeciw ektopasożytom). Rodzajów ryzyka zawodowego jest oczywiście więcej.
Fermy przemysłowe silnie oddziałują na społeczności lokalne. Stają się źródłem uciążliwych emisji odorów oraz olbrzymich ilości owadów i gryzoni. Emitują też, w ponadnormatywnej skali, wiele szkodliwych substancji chemicznych do wód powierzchniowych i gruntowych, gleby i powietrza. Badania wody wokół ferm wykazały znaczne przekroczenia dla związków azotu i fosforu, a także pozostałości stosowania leków, antybiotyków, substancji hormonalnych. Nie ma jeszcze w Polsce dostatecznej liczby badań wykazujących wpływ ferm bezpośrednio na zdrowie ludzi, podobnych do tych, które prowadzone były niedawno w Karolinie Północnej w USA. W stanie tym produkcja trzody chlewnej doprowadziła w wielu miejscach do degradacji środowiska. Badania (opublikowane w 2018 r.) dowiodły fatalnego wpływu ferm na zdrowie ludzi. Osoby mieszkające najbliżej chlewni częściej chorują i umierają z powodu anemii, chorób nerek, gruźlicy oraz sepsy, na tych terenach częściej rodzą się niemowlęta o niskiej masie urodzeniowej, więcej jest przyjęć do szpitali oraz na pogotowie.
Epidemia antybiotykooporności
Obojętnie, jak bardzo urzędnicy z ministerstwa rolnictwa, politycy, hodowcy i lobbyści agrobiznesu nie zaklinaliby rzeczywistości, systemowo zwierzęta są coraz bardziej narażone na naruszenie ich dobrostanu. Jest to wina stworzonego systemu produkcji zwierzęcej, w którym poprzez ekstremalne zagęszczenie, skrócenie cyklów produkcji i zwiększenie eksploatacji biologicznej dochodzi do załamania się wytrzymałości osobniczej i stadnej zwierząt. W takich warunkach humanitarne podejście do zwierząt staje się także problematyczne dla osób prowadzących produkcję zwierzęcą lub w niej zatrudnionych. Dla ochrony życia i zdrowia zwierząt zagrożonych niskim dobrostanem, hodowcy chwytają się różnych sposobów. Jednym z nich jest masowe stosowanie leków, w tym antybiotyków.
Z danych Europejskiej Agencji Leków (European Medicines Agency – EMA) wynika, że w Polsce sprzedano w 2022 r. rekordową ilość antybiotyków weterynaryjnych (licząc od 2011 r., kiedy EMA zaczęła zbierać tego typu dane). Niektórzy specjaliści twierdzą, że statystyki za 2023 r. mogą być jeszcze bardziej zatrważające. Choć w Europie Zachodniej wykorzystanie tego typu medykamentów relatywnie (w przeliczeniu na liczbę zwierząt) spadło w tym okresie o połowę, to w przypadku Polski radykalnie wzrosło (o blisko 55%). Jednocześnie raport NIK z 2019 r. szacował liczbę wieloopornych zakażeń w naszym kraju na około 300 – 500 tys. Roczne koszty bezpośrednie ponoszone tylko w związku z przedłużeniem hospitalizacji z powodu tego typu infekcji szacuje się na ok. 800 mln zł, ale w całości mogą być nawet dwukrotnie większe.
Wiele osób związanych zrolnictwem i rządem przekonuje, że stosowanie antybiotyków weterynaryjnych jest pod kontrolą. Nie można ich już wykorzystywać jako stymulatorów wzrostu, za każdym razem podawane są pod nadzorem lekarza weterynarii i nie powinno się ich też stosować prewencyjnie. Nie powinno, ale tak się dzieje. Aplikowanie antybiotyków weterynaryjnych w celach metafilaktycznych jest masowe. Oznacza to, że leki te – jak czytamy na stronach farmer. pl – podaje się w celu przeciwdziałania skutkom zakażenia już w momencie, „kiedy nie ma jeszcze objawów klinicznych choroby i jednocześnie nie ma spadków wyników produkcji”. Stosuje się je, biorąc pod uwagę „powtarzalną dynamikę infekcji”, a zatem po prostu na pewnym etapie produkcji. Wiele badań i analiz dowodzi nadmiernego stosowania antybiotyków w chowie zwierząt. Zgodnie ze Strategią „Od pola do stołu”, Unia Europejska chce zmniejszyć ich stosowanie do 2030 r. o połowę. Powód to epidemia antybiotykooporności, która jest dziś przyczyną śmierci ok. 35 tys. osób na terenie UE rocznie (na całym świecie jest to 700 tys.). Skutki tej epidemii szacuje się w Europie na 1,5 mld euro rocznie.
Co dalej?
Chów zwierząt i przetwórstwo produktów pochodzenia zwierzęcego to ogromny dział polskiej gospodarki. Większy pod wieloma względami od produkcji samochodów, komputerów czy wydobycia węgla kamiennego i brunatnego łącznie wziętych. Jego skala i charakter skutkują dużym oddziaływaniem na otoczenie społeczne i środowisko. Jednocześnie produkcja zwierzęca wprzężona w obecny model gospodarki generuje duże koszty zewnętrzne. Wszyscy dziś dotujemy w Polsce poprzez wsparcie finansowe WPR i środków krajowych, poprawę zyskowności produkcji zwierzęcej. Między innymi w związku z walką z epizootiami wysoce zjadliwej grypy ptaków (HPAI) czy afrykańskiego pomoru świń (ASF), a także koszty funkcjonowania publicznej służby zdrowia (np. w związku z występowaniem antybiotykooporności).
Jakie są prognozy dotyczące dalszego rozwoju sytuacji? Pisze się, że koncentracja produkcji rolnej w Polsce nie dobiegła końca. Jednocześnie niemała część hodowców sprzeciwia się podniesieniu norm środowiskowych i dobrostanowych motywując to względami ekonomicznymi, w tym rosnącą na globalnym rynku rolnym rywalizacją ze strony innych państw, np. zAmeryki Łacińskiej czy Ukrainy. Wyższe standardy w UE mają obniżać konkurencyjność.
Z drugiej strony widzimy, że w Polsce w trzecim roku obowiązywania ekoschematów – pomimo krytyki ze strony rolników – według oficjalnych danych skorzystało z nich ok. 470 tys. gospodarstw (tyle złożyło wnioski) z ogólnej liczby blisko 1,3 mln gospodarstw (PSR 2020). Oznaczałoby to, że ekoschematy (rolnictwo węglowe, retencjonowanie wód, dobrostan zwierząt gospodarskich itd.) wprowadziło w 2023 r. ok. 36% gospodarstw. W przypadku ekoschematów dobrostanowych wnioski złożyło 94 tys. gospodarstw, z ogólnej liczby 580 tys. gospodarstw, które chowają zwierzęta gospodarskie, co z kolei daje ok. 16% gospodarstw. Miejmy nadzieję, że w przyszłości przełoży się to też na lepszą ochronę środowiska oraz poprawę zdrowia ludzi i zwierząt.
Jarosław Urbański – socjolog, publicysta, działacz społeczny, związany ze środowiskiem poznańskiego Rozbratu i Federacją Anarchistyczną. Działacz Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza.
Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.