ISSN 2657-9596
Fot. Zuza Gałczyńska

Pod ścianą: powrót do walki

Ece Temelkuran , Beatrice White
22 września 2021

Pisarka i dziennikarka Ece Temelkuran, która na skutek coraz śmielszej krytyki coraz bardziej niedemokratycznego reżimu w Turcji straciła pracę w gazecie, postanowiła przestrzec ludzi w krajach, gdzie kiełkuje autorytaryzm. Mówi, że mimo pojawiających się promyków nadziei, kiedy polityka zmierza w prawo, ​​wiele zachodnich demokracji znajduje się na niepewnym gruncie. Droga powrotna jest długa i wymaga od obywateli odzyskania godności, odnalezienia wiary w siebie, swoje demokracje, a także siebie nawzajem.

Beatrice White: W swojej książce How to Lose a Country robisz diagnozę współczesnego autorytaryzmu, który nie nadchodzi wraz z czołgami, ale raczej stopniowo przejmuje kontrolę. Czym charakteryzują się takie zjawiska? Jak postrzegasz ich najbardziej uderzające przejawy w dzisiejszej Europie?

Ece Temelkuran: Ta książka, nieco ironicznie, napisana została jako podręcznik dla potencjalnych dyktatorów. Ale daje też wgląd w to, co może się wydarzyć w Europie. W rzeczywistości jest to wezwanie do globalnej solidarności, ale skierowane głównie do krajów europejskich i Stanów Zjednoczonych, ponieważ kraje takie jak Indie, Turcja i Pakistan doskonale znają szaleńczy proces, w którym demokratyczny kraj ześlizguje się w kierunku polityki autorytarnej. A kraje zachodnie od dawna uważały demokrację za coś oczywistego – za bardzo ufają swoim instytucjom i tzw. demokratycznej kulturze.

Głównym przesłaniem książki jest, że autorytaryzm to zjawisko globalne, a autorytarni przywódcy uczą się od siebie nawzajem. Nie występują w mundurach, ale w zabawnych fryzurach, jak Boris Johnson i Donald Trump. Ludzie są dość skonsternowani, kiedy taka polityka zostaje zidentyfikowana jako faszyzm. A jednak powinniśmy nazywać ją faszyzmem, a nie populizmem czy autorytaryzmem. Ludzie często myślą, że faszyzm został całkowicie wymazany z Europy z końcem II wojny światowej. W rzeczywistości został po prostu pokonany na polu bitwy. Niewiele krajów – poza Niemcami – skonfrontowało się z własną historią faszyzmu.

Moim celem było ostrzec i pobudzić do działania społeczeństwa zachodnie, ponieważ w krajach takich jak Turcja jesteśmy wyczerpani. Autorytaryzm to nie tylko polityka – tworzy moralną korupcję i burzy podstawowy konsensus w społeczeństwach. Nadal potrzebujemy oporu kontestujących, zaniepokojonych mas na Zachodzie. Chodzi o próbę znalezienia sposobu zbudowania wspólnego języka, wspólnej narracji – abyśmy mogli razem przeciwstawić się tej nowej formie faszyzmu. Nie da mu rady ludność tylko jednego kraju. On wymaga globalnej solidarności.

BW: Przywódcy tacy jak Recep Tayyip Erdoğan i Donald Trump opanowali sztukę zawłaszczania demokratycznej retoryki: tylko ich zwycięstwa są prawdziwie demokratycznymi wynikami. W jaki sposób ci, którzy bronią demokratycznych zasad przed autorytaryzmem podchodzą do tego, że nawet demokratyczne koncepcje mogą być przedmiotem uzurpacji?

ET: To, co mówią, nie jest całkowicie nieprawdziwe. Tak, wygrywają wybory. Wygrywają przy urnie wyborczej, ale to tylko potwierdza kryzys reprezentacji, którego obecnie doświadczamy. Przez długie lata demokracja była zredukowana do urn wyborczych. Uderzającym przykładem tego może być kampania mająca na celu powstrzymanie inwazji na Irak w 2003 roku. Ulice były pełne ludzi przeciwnych wojnie, ale przywódcy i tak szli naprzód.

Kiedy moja książka ukazała się dwa lata temu z przekazem, który był ostrzeżeniami przed tym, co może nadejść – wiele osób odrzuciło ją jako traktującą o sytuacji wyjątkowej. Ale teraz ludzie w miejscach takich jak Wielka Brytania, Francja, Niemcy i USA wracają do niej. To pokazuje, jak w ciągu dwóch lat wszystkie te instytucje – i tak zwane dojrzałe demokracje – zaczęły tracić wiarę w siebie. Dzieje się to niezwykle szybko, na naszych oczach.

Proces ten można prześledzić znacznie dalej – do końca lat 70., kiedy Margaret Thatcher i Ronald Reagan deklarowali, że „nie ma alternatywy”. Potem, zwłaszcza po zimnej wojnie, demokracja stała się czymś administracyjnym, czymś, o co ktoś inny powinien się za nas zatroszczyć. W kierowaniu krajem chodziło o liczby – liczby przemawiające do liczb. Ludzie się już nie liczyli. Co robią ludzie, jeśli nie ma alternatywy? Żyją dalej. Tego od nich oczekiwano. Ale to nie nastąpiło przypadkiem. Lewica została stłumiona w każdym z tych krajów – czy to przez wojskowy zamach stanu, jak to miało miejsce w Turcji, czy przez Thatcher i Reagana toczących wojnę ze związkami zawodowymi.

Cała sfera polityczna przesunęła się na prawo. Musimy się z tym zmierzyć.

Bez elementów progresywnych w polityce i społeczeństwie nie ma kontroli i równowagi pod względem moralnym i politycznym. Pozostaje nam życie ze zmutowanym dzieckiem neoliberalnej polityki. Bez prawdziwej demokracji, która obejmuje sprawiedliwość społeczną, znajdujesz się w sytuacji, gdzie każdy może być samozwańczym „prawdziwym demokratą”.

Ten rodzaj „demokracji”, która jest nadal naszym obowiązującym stanem demokracji, wymaga apolitycznych mas. Więc tworzy ona wzór obywatela, który unika polityki, któremu wydaje się, że w demokracji chodzi jedynie o urnę wyborczą, że liczy się tylko polityka tożsamościowa, a wolność jest sprawą jednostki, i tak dalej. W konsekwencji takiego redukcjonizmu przybywa ludzi, którzy myślą, że jeśli pozbędą się Unii Europejskiej (szczególnie w Wielkiej Brytanii), to będą wolni, i będą „wielcy”. Ten paradygmat wciąż jest aktualny. Ale ludzie chcą zignorować moment historii, kiedy prawicowa polityka rozrosła się tak mocno, że stała się naszym stanem naturalnym. Kilka innych kryzysów rozgrywa się jednocześnie: kryzys kapitalizmu, demokracji, klimatu, i tak dalej. Te obawy mogą łatwo zostać upolitycznione i wykorzystane do mobilizacji przez prawicowych, populistycznych liderów, jeśli ludzie nie będą mieć rzeczywistej, dobrej alternatywy.

BW: Ale dziś wciąż jeszcze są ludzie na ulicach – prodemokratyczne ruchy w Hong Kongu, Rosji, Białorusi czy Myanmarze, na przykład. Ale także na Zachodzie – młodzi ludzie, szczególnie żądający sprawiedliwości społecznej, rasowej czy środowiskowej. Jak postrzegasz te ruchy?

ET: Jest znaczna różnorodność w tych ruchach, jeśli chodzi o ludzi, którzy wychodzą na ulicę, ich żądania, korzenie i języki. Ale widzę wspólną cechę charakterystyczną: wszędzie, na różne sposoby, ludzie domagają się godności. To część odpowiedzi na kryzys reprezentacji oraz inne kryzysy, z którymi się mierzymy. Jest coś bardzo podnoszącego na duchu w tych protestach i demonstracjach, które pojawiają się nawet podczas pandemii. Na całym świecie potrzeba wolności jest jeszcze silniejsza niż strach przed śmiercią. To pokazuje, że ludzie wciąż mają wiarę w swój gatunek. Mam nadzieję, że wszystkie te demonstracje będą się odbywać we wzajemnej solidarności, pod hasłem ludzkiej godności.

To nowe pokolenie jest bardzo wkurzone na wcześniejsze pokolenia. Dlaczego miałoby nie być? Wszystkie te kryzysy spadły im na głowę. Mają poczucie, że nic nie mogą stracić. Widzą hipokryzję i są cyniczni, sarkastyczni, i wściekli. Ale wciąż się targują – wciąż czegoś chcą i mają jasność czego. Jednak, jeśli nie zostaną wysłuchani, następne fale protestów mogą nie być tak wymowne.

BW: Ludzie są również na ulicach w demokracjach, w których podkopywane są podstawowe zasady. Szczególnie dotyczy to grup marginalizowanych, których prawa są zagrożone, na przykład kobiet. Jak widzisz ich rolę w ruchach oporu?

ET: To nie przypadek, że najbardziej zaciekły opór pochodzi z ruchów kobiecych. Jeśli – dosłownie – walczysz o swoje życie, walczysz zaciekle. Może się to wydawać odległym problemem kobietom na Zachodzie. Ale trzeba wziąć pod uwagę wszystko, co zdarzyło się w ostatnich latach, a wcześniej wydawało się nie do pomyślenia.

W krajach takich jak Turcja toczy się otwarta wojna z kobietami. Ale to było do przewidzenia, bo mizoginizm jest męskim odłamem faszyzmu. Kiedy do głosu dochodzi faszyzm, kobiety są kanarkami w kopalni węgla. To nie dlatego, że ich polityczne i moralne wyczucie jest bardziej wyostrzone niż męskie, ale dlatego, że faszyzm zawsze najpierw atakuje kobiety. I nie mówię tutaj jedynie o samych kobietach, ale o wszystkim, co postrzegane jest jako żeńskie. I sądzę, że faszyzm zostanie pokonany przez demontaż mizoginii. To zależy od kobiet, a one na całym świecie stają się teraz coraz bardziej świadome. W moim przekonaniu, jedynym inspirującym dziś głosem w polityce są młodzi ludzie, szczególnie młode kobiety.

BW: Protesty często prowadzą do zmiany sposobu robienia polityki. Jednym z efektów protestów w parku Gezi były oddolne zgromadzenia obywatelskie, które pojawiły się w mieście. Czy są sygnały, że klasyczna polityka może otworzyć się na tego rodzaju praktyki, jeśli ruchy społeczne będą nabierać siły?

ET: Tak, myślę że establishment polityczny zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli nie przyjmie tych ruchów, okaże się przestarzały, passé, a ostatecznie upadnie. Widzieliśmy, jak nowe organizmy polityczne wyłoniły się z ruchów w Hong Kongu, Stambule i Kairze. Ale one nie są kompatybilne z naszą aktualną demokracją reprezentatywną.

Jedyną drogą wyjścia z tego impasu, jaką widzę, są lokalni politycy. Progresywni burmistrzowie, gminy i lokalni politycy, którzy chcą poszukiwać nowych sposobów uprawiania polityki, są bardziej zdolni do nawiązania dialogu z tymi ruchami politycznymi. Gdyby nie protesty w parku Gezi, Ekrem İmamoğlu (centrolewicowy kandydat opozycyjnej partii CHP) nie wygrałby ponownie, kiedy powtórzono wybory na mera Stambułu w 2019 roku. To ci ludzie zorganizowali się i zmobilizowali innych do powtórzenia głosowania. Myślę, że te ruchy polityczne uczą nas poprzez swoje działania. Determinacja, upór i nieustępliwość, które sprawiają, że są tak ożywcze, mogą odświeżyć nasze instytucje polityczne – jeśli oczywiście te okażą się na to gotowe.

BW: W jaki sposób Zieloni i inne progresywne ugrupowania mogą sięgnąć poza własne kręgi, do szerszego społeczeństwa, unikając jednocześnie populistycznej retoryki i strategii stosowanych przez ich przeciwników?

ET: Żyjemy w erze strachu i dezintegracji. Faszyści bawią się emocjami i monopolizują je w swoim dyskursie. Myślę, że lewica w ogóle, ale Zieloni w szczególności, powinni myśleć o swoim politycznym związku z emocjami i wartościami. Przestać bać się emocji i nauczyć się na nowo rozmawiać z ludźmi, a także ze sobą nawzajem – o miłości, złości, strachu, a nawet wierze. Czym jest dla nas wiara? W co wierzymy? Co, jako ludzie o lewicowych poglądach, możemy powiedzieć o miłości? Albo o dumie? Widzę w progresywnej polityce wyuczony dystans do emocji. A jednak to właśnie próbują robić nowe organizmy polityczne: próbują wyrazić emocje. Dlatego są tak dynamiczne i tak zupełnie inne od zinstytucjonalizowanej i ugruntowanej polityki.

BW: Jako powieściopisarka przyglądasz się złożoności ludzkiej natury i motywacji. Jaką rolę może odegrać fikcja w zmianie naszej polityki i naszych społeczeństw oraz w zrozumieniu siebie nawzajem?

ET: Słowa – czy to polityczne, czy niepolityczne – nie zmieniają świata. Tylko ludzie, którzy wierzą w te słowa, mogą to zrobić. Nie da się zatem porównywać pisania o polityce z pisaniem fikcji w kategoriach oceny moralnej naszego wkładu w świat. Jeśli o mnie chodzi, moja powieść Women Who Blow on Knots (2017) była o wiele bardziej politycznie transformująca niż How to Lose A Country (2019). Zaletą fikcji jest to, że opowieść jest bardziej współczującą i angażującą formą komunikacji – czytelnikowi łatwiej jest zbliżyć się do pozornie apolitycznego pisarza. Następnie, w ramach, na które pozwala fikcja, pisarz może mówić o najbardziej kontrowersyjnych ideach i prawdzie w wymiarze absolutnym.

BW: Jako dziennikarka, która nieustannie zabierała głos, często spotykałaś się z osobami stojącymi za upadkiem demokracji w Turcji. Twoja nowa książka, Together, zachęca czytelnika, aby wybrał wiarę w ludzi, z którymi dzielimy planetę. Jak twoim zdaniem budować mosty, by wiara w siebie nawzajem była możliwa?

ET: Myślę, że pytanie „jak budować mosty” nie jest właściwym pytaniem. Czasami nie ma mostów. W polityce chodzi nie tylko o pokój i harmonię, ale też o konfrontację. Jednak wyrzuciliśmy ten sposób myślenia z naszej sfery politycznej. System polityczny nie lubi konfrontacji, nie chce antagonizmów. Dlatego ludzie muszą wierzyć, że nie ma alternatywy i nie ma już o co walczyć. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy i jak uznaliśmy to za normę. Wyjęliśmy walkę z naszego słownika, aby przetrwać.

Zaakceptowaliśmy naszą zmniejszoną przestrzeń do istnienia. Ale jeśli zamiast tego zdamy sobie sprawę, że nas pobili i że jesteśmy z tego powodu wściekli, może to być punkt wyjścia do zrobienia czegoś. W polityce chodzi niestety o walkę. Byłoby miło, gdyby walka dotyczyła tylko słów, ale czasami tak nie jest.
Dlatego wracam do porażki. Kiedy jesteś pokonany, jakoś legitymizujesz, normalizujesz porażkę, a potem zaczynasz pytać, jak możemy budować mosty. Pokonamy ich. Muszą zostać powstrzymani. Jak doszliśmy do tego, że zadajemy pytanie o współżycie z faszyzmem? To jest złe pytanie! To są kluczowe pytania dominującej ideologii.

———

Beatrice White jest zastępczynią redaktora Green European Journal. Wcześniej pracowała dla codziennej gazety w Stambule oraz w brytyjskiej Izbie Lordów. Jest członkinią Partii Zielonych Anglii i Walii i zasiada w jej międzynarodowym komitecie.

Ece Temelkuran to wielokrotnie nagradzana turecka powieściopisarz i komentator polityczny. Za powieść Women Who Blow on Knots zdobyła nagrodę First Book Award na Międzynarodowym Festiwalu Książki w Edynburgu (Parthian Books, 2017). Jest autorką cieszącej się międzynarodowym uznaniem książki How to Lose a Country (Fourth Estate, 2019). Jej najnowsza książka to Together (Harper Collins, 2021).

Wywiad pierwotnie ukazał się w Green European Journal. Angielska wersja dostępna jest tutaj: https://www.greeneuropeanjournal.eu/backs-against-the-wall-bringing-the-fight-back/

Tłumaczenie: Joanna Perzyna


 

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.