O anarchizmie, władzy, reklamie i opłatach za studia

Noam Chomsky , Michael Wilson
8 lipca 2013

Anarchizm zakłada, że ciężar dowodu spoczywa na tych, którzy mają władzę, wyjaśnia Noam Chomsky w rozmowie z Michaelem S. Wilsonem z pisma „Modern Success”.

Profesor Chomsky napisał już i dyskutował o tylu sprawach, że znalezienie czegoś nowego, o co można by go zapytać, było nie lada wyzwaniem. Można to porównać do kupowania gwiazdkowego prezentu dla swojego dziadka – nie jesteś w stanie nic wymyślić, ponieważ wszystko już ma.

Więc postanowiłem zachować się nieco egoistycznie i porozmawiać z nim o sprawach, o które zawsze chciałem go zapytać. Jako przekonany anarchista z krwi i kości, chciałem wiedzieć, jak czuje się w skórze zwolennika takiego kontrowersyjnego stanowiska.

Michael S. Wilson: Przy różnych okazjach deklarujesz się jako anarchista, a dokładnie anarchosyndykalista. Większość ludzi uważa, że anarchiści to młodzież z marginesu wybijająca szyby w sklepach albo zamaskowani mężczyźni ciskający krągłe bomby na brzuchatych fabrykantów. Czy to właściwy pogląd? Czym jest anarchia dla ciebie?

Noam Chomsky: No cóż, moim zdaniem, anarchizm jest zasadniczo rodzajem tendencji w ludzkim myśleniu, która ujawnia się w różnych formach w różnych okolicznościach. Anarchizm charakteryzuje się kilkoma głównymi cechami. Przede wszystkim jest to skłonność do traktowania z podejrzliwością i sceptycyzmem dominacji, władzy i hierarchii. Demaskuje struktury hierarchii i władzy w całym spektrum ludzkiego życia, począwszy od patriarchalnej rodziny aż po systemy imperialne, i pyta czy te systemy są usprawiedliwione. Zakłada, że ciężar przeprowadzenia dowodu spoczywa na tych, którzy mają władzę. Ich zwierzchnictwo nie uzasadnia się samo z siebie. Muszą podać powody, dlaczego je mają, uzasadnić to. I jeśli nie potrafią usprawiedliwić swojej pozycji, władzy i kontroli, którą sprawują, co zazwyczaj ma miejsce, ich władza powinna zostać zdemontowana i zastąpiona czymś bardziej wolnym i sprawiedliwym. Anarchia, tak jak ja to rozumiem, jest po prostu taką właśnie tendencją. Przybiera rozmaite formy w różnych czasach.

Anarchosyndykalizm jest szczególną odmianą anarchizmu, która zajmuje się przede wszystkim, chociaż nie tylko, kwestią kontroli nad pracą, miejscem pracy, produkcją. Przyjmuje, że ludzie pracy powinni mieć możliwość kontrolowania swojej własnej pracy, jej warunków oraz przedsiębiorstw, w których pracują, wraz z całymi społecznościami. Tak więc anarchosyndykaliści uważają, że ludzie powinni zrzeszać się w wolnych stowarzyszeniach, i że tego rodzaju demokracja powinna stać się podstawowym elementem wolnego społeczeństwa. Te podstawowe idee są różnie rozwijane, można zastanawiać się, jak dokładnie wprowadzić je w życie, ale uważam, że to jest sedno myślenia anarchosyndykalistycznego.

Tak więc nie ma to nic wspólnego z obrazem, który przedstawiłeś – ludzi biegających po ulicach i rozbijających szyby wystawowe. Anarchosyndykalizm jest koncepcją bardzo dobrze zorganizowanego społeczeństwa, ale zorganizowanego od dołu ,poprzez bezpośrednie uczestnictwo na każdym poziomie, z tak małą kontrolą i dominacją, jak to tylko możliwe, być może z żadną.

MSW: W obecnej sytuacji, gdy państwo kapitalistyczne najwyraźniej upada, wielu ludzi poszukuje innych sposobów na osiągnięcie sukcesu, innej drogi życiowej, i zastanawiam się, co twoim zdaniem anarchia i syndykalizm mają im do zaoferowania – coś, czego nie zapewniły inne idee, na przykład socjalizm państwowy? Dlaczego powinniśmy wybrać anarchię, a nie na przykład libertarianizm?

NCh: To, co nazywamy libertarianizmem, jest amerykańską osobliwością, tak naprawdę nie występuje nigdzie indziej – może w niewielkim stopniu w Anglii – pozwala na bardzo wysoki stopień koncentracji władzy i dominacji, lecz w rękach organizacji prywatnych. Uważa się, że powinny one mieć wolność robienia, co tylko zechcą. Zakłada się, że dzięki jakiegoś rodzaju magii skoncentrowana władza prywatna doprowadzi do bardziej wolnego i sprawiedliwszego społeczeństwa. Jest to pogląd znany od dawna. Na przykład Adam Smith – jednym z jego głównych argumentów za wolnym rynkiem, była teza, że w warunkach doskonałej wolności rynki doprowadzą do doskonałej równości. Cóż, nie ma co się nad tym rozwodzić! Ten rodzaj…

MSW: Wydaje się, że ten pogląd nadal ma swoich zwolenników…

NCh: Tak, ten rodzaj libertarianizm w dzisiejszym świecie oznacza, moim zdaniem nawoływanie do jednego z najgorszych rodzajów tyranii, mianowicie pozostającej poza wszelką kontrolą tyranii prywatnej. Natomiast anarchizm dąży do eliminacji wszelkiej tyranii, w tym tyranii wynikającej z koncentracji władzy prywatnej. Dlaczego więc powinno nam na tym zależeć? No cóż, myślę, że wolność jest lepsza od podporządkowania. Lepiej jest być wolnym niż niewolnikiem. Lepiej jest mieć możliwość podejmowania własnych decyzji, niż mieć kogoś, kto je podejmuje i zmusza cię do ich przestrzegania. Myślę, że tak naprawdę nie ma trzeba tu argumentów. Wydaje się to… oczywiste.

Tym, co wymaga uzasadnienia, i na co trzeba mieć argumenty, jest pytanie o to, jak najlepiej podążać w tym kierunku. I jest wiele dróg w ramach obecnego społeczeństwa. Nawiasem mówiąc, jedną z nich jest użycie w tym celu państwa, pod warunkiem, że będzie pod demokratyczną kontrolą. Oczywiście anarchiści na dłuższą metę chcieliby likwidacji państwa. Ale ono istnieje, obok władzy prywatnej, i państwo jest, przynajmniej do pewnego stopnia, pod wpływem i kontrolą społeczeństwa – a mogłoby być jeszcze bardziej. Państwo dysponuje mechanizmami pozwalającymi na ograniczenie o wiele bardziej niebezpiecznych sił władzy prywatnej. Na przykład wprowadzając przepisy BHP. Lub zapewniając odpowiednią opiekę medyczną. Takie rozwiązania – a przykłady można mnożyć – nie będą wprowadzone przez władzę prywatną. Wręcz przeciwnie. Natomiast jest możliwe wdrożenie ich przy użyciu systemu państwowego będącego pod ograniczoną kontrolą społeczną… Można więc przeprowadzać reformy.

Myślę, że to dobry kierunek, lecz jednocześnie powinniśmy patrzeć dalej, o wiele, wiele dalej, w stronę czegoś, co całkowicie przekracza obecny system – mianowicie rzeczywistej demokratyzacji, na o wiele większą skalę. I można o tym nie tylko myśleć, lecz również nad tym pracować. W XIX w. jeden z czołowych myślicieli anarchistycznych, Michaił Bakunin, zwrócił uwagę na to, że możliwe jest zbudowanie instytucji przyszłego społeczeństwa w ramach społeczeństwa obecnego. I miał na myśli państwa o wiele bardziej autokratyczne od naszych. I to się dzieje. Na przykład przedsiębiorstwa kontrolowane przez pracowników i ich społeczności są zarodkami nowego społeczeństwa wewnątrz obecnego. I one nie tylko mogą być rozwijane, ale faktycznie są rozwijane. Napisał na ten temat sporo Gar Alperovitz, który jest zaangażowany w tego rodzaju przedsięwzięcia w okolicach Cleveland. Toczy się ożywiona dyskusja teoretyczna o tym, jak to można dalej rozwijać. Jedną z najbardziej dopracowanych idei jest tak zwana „parecon” – ekonomia uczestnicząca (participatory economics). Są też inne. Na razie na poziomie planowania i myślenia. A na poziomie praktycznego zastosowania jest wiele rzeczy, które można zrobić, dopóki istnieje obecny system, jednocześnie dążąc do powstrzymania – za pomocą państwa – największych szkód powodowanych przez koncentrację władzy prywatnej. Tak więc nie brakuje nam środków, które można zastosować.

Jeżeli chodzi o socjalizm państwowy, zależy co określamy tym terminem. Jeśli jest to tyrania typu bolszewickiego (i jej spadkobiercy), nie powinniśmy się tym zajmować. Jeśli zaś mamy na myśli pogłębione państwo socjaldemokratyczne, to stosuje się do niego to, co właśnie powiedziałem. A jeśli coś innego, to co? Czy takie państwo oddaje podejmowanie decyzji w ręce ludzi pracy i ich społeczności, czy też w ręce jakiegoś rodzaju władzy? Jeżeli to drugie, wtedy – powtórzę jeszcze raz – wolność jest lepsza od podporządkowania, i na rządzących spoczywa ciężar przeprowadzenia dowodu, że jej władza jest faktycznie uzasadniona.

MSW: Wiele osób zna cię dzięki stworzonemu przez ciebie Modelowi Propagandy. Czy mógłbyś opisać go w skrócie i powiedzieć, dlaczego może on być ważny dla studentów?

NCh: Dobrze, cofnijmy się najpierw trochę w przeszłość – umieśćmy to w kontekście historycznym – w końcu XIX i na początku XX w. niektóre społeczeństwa wywalczyły sporo wolności. Największe osiągnięcia w tej dziedzinie miały tak naprawdę Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. W żadnym wypadku nie były to wolne społeczeństwa, ale relatywnie, w porównaniu z innymi były pod tym względem dość zaawansowane. W rzeczywistości były tak zaawansowane, że ludzie władzy – państwowej i prywatnej – zaczęli zdawać sobie sprawę, że sprawy zmierzają do punktu, w którym nie będą w stanie kontrolować populacji przy użyciu siły tak łatwo, jak przedtem, więc będą musieli uciec się do innych środków kontroli. A tymi innymi środkami kontroli są kontrola przekonań i postaw. I z tego narodził się przemysł public relations, który w tamtych czasach otwarcie opisywał sam siebie jako przemysł propagandowy.

Guru PR-u, Edward Bernays – nawiasem mówiąc wcale nie reakcjonista, lecz liberał w stylu Wilsona, Roosevelta i Kennedy’ego – napisał w 1920 r. pierwszy podręcznik PR zatytułowany „Propaganda”. Opisał w nim poprawnie cel tego przemysłu. Napisał, że naszym zadaniem jest zagwarantowanie, że „inteligentna mniejszość” – i oczywiście, każdy, kto pisze o takich rzeczach jest z definicji częścią tej inteligentnej mniejszości – więc my, inteligentna mniejszość, jesteśmy jedynymi ludźmi zdolnymi do zarządzania, nadawania biegu sprawom, a poza tym jest ta wielka populacja, „niedomyte masy”, które jeśli zostawimy je same, mogą jedynie wpakować się w kłopoty. Tak więc musimy, jak to ujął, „zorganizować sobie ich przyzwolenie”, znaleźć sposoby na to, by zagwarantować ich akceptację dla naszych zasad i dominacji. I taki jest cel przemysłu PR. Robią to na wiele sposobów. Głównym z nich jest komercyjna reklama. W rzeczy samej Bernays zdobył sławę dokładnie w tym czasie – w końcu lat 20. – dzięki swojej kampanii reklamowej mającej nakłonić kobiety do palenia papierosów: kobiety nie paliły papierosów, tej dużej grupy ludzi przemysł tytoniowy nie jest w stanie zabić, więc musimy coś z tym zrobić. I poprowadził zakończoną sukcesem kampanię, która przekonała kobiety do palenia: używając nowoczesnego języka, przekonał je, że palenie jest „cool”, że w ten sposób staniesz się nowoczesną, wyzwoloną kobietą. Była to bardzo skuteczna kampania.

MSW: Czy jest jakiś związek pomiędzy tamtą kampanią a tym co dzieje się obecnie w kwestii globalnego ocieplenia i wielkiego przemysłu paliwowego?

NCh: To tylko kilka przykładów. To są początki tego, co stało się olbrzymim przemysłem kontroli postaw i opinii. Dzisiaj przemysł paliwowy, a tak naprawdę cały światowy biznes, zaangażowany jest w podobne kampanie zmierzające do osłabienia działań na rzecz rozwiązania problemu, który jest nawet większy od masowego morderstwa popełnionego przez przemysł tytoniowy – bo to było masowe morderstwo. Stoimy w obliczu zagrożenia, poważnego zagrożenia w związku z katastrofalną zmianą klimatu. I to nie są żarty. Przemysł paliwowy motywowany chęcią zysku, dla swoich własnych krótkoterminowych korzyści próbuje przeszkodzić działaniom zmierzającym do poradzenia sobie z tym problemem. I dotyczy to nie tylko przemysłu naftowego, lecz również Amerykańskiej Izby Handlowej – czołowego lobby biznesowego – a także innych, którzy oświadczyli dość otwarcie, że prowadzą… nie nazywają tego propagandą… lecz coś, co jest równoznaczne z kampanią propagandową, mającą na celu przekonanie ludzi, że nie ma prawdziwego niebezpieczeństwa i nie należy zbytnio się tym zajmować, a zamiast tego powinniśmy skoncentrować się na sprawach naprawdę ważnych, takich jak deficyt budżetowy i wzrost gospodarczy – nazywają to „wzrostem” – a nie zamartwiać się faktem, że rodzaj ludzki zmierza w kierunku urwiska, które oznaczać może zagładę ludzkości, albo co najmniej pozbawienie ogromnej liczby ludzi możliwości przyzwoitego życia.

Mówiąc ogólnie, komercyjna reklama ma w istocie na celu osłabienie rynków. Powinniśmy to rozpoznać. Jeśli masz za sobą kurs ekonomii, to wiesz, że działanie rynków z założenia powinno opierać się na dobrze poinformowanych konsumentach dokonujących racjonalnych wyborów. Patrzysz na pierwszą z brzegu reklamę telewizyjną i pytasz siebie – czy to właśnie ma na celu? Nie, z pewnością nie. Jej zadaniem jest stworzenie niedoinformowanych konsumentów, dokonujących nieracjonalnych wyborów. I te same instytucje prowadzą kampanie polityczne. To jest bardzo podobne: musisz osłabić demokrację, próbując sprawić, by niedoinformowani ludzie dokonywali nieracjonalnych wyborów. Lecz jest to tylko jeden z aspektów przemysłu PR.

Grafika (c)
Grafika (c) „Modern Success”

Herman i ja omawialiśmy inny aspekt całego systemu propagandy, który rozwinął się mniej więcej w tym samym czasie, a mianowicie „produkowanie przyzwolenia”, jak to zostało nazwane, przyzwolenia na decyzje naszych przywódców politycznych lub liderów gospodarki prywatnej, po to, aby przekonać ludzi, że rządzący mają właściwe poglądy, i aby nie próbowali zrozumieć, w jaki sposób te decyzje, mogące przynieść nie tylko im, lecz również wielu innym ludziom szkodę, są podejmowane. To jest propaganda w normalnym znaczeniu. Rozmawialiśmy więc o mass mediach i i światowej społeczności intelektualnej, które w dużym stopniu są w to zaangażowane.

To nie znaczy, że ci ludzie są świadomymi propagandystami, lecz, że zostali głęboko indoktrynowani – wpojono im zasady systemu, które nie pozwalają im na dostrzeżenie wielu rzeczy, które są całkowicie oczywiste, [rzeczy] które zagrażałyby władzy, gdyby zostały zrozumiane. Daliśmy na to wiele przykładów, a możecie ich obecnie znaleźć o wiele więcej, w istocie przykładów o zasadniczym znaczeniu. Jest to duża część powszechnego systemu indoktrynacji i kontroli, który działa równolegle do kontroli postaw i zachowań konsumenckich oraz innych narzędzi służących do kontrolowania ludzi.

Wspomniałeś przedtem o studentach. Jednym z największych problemów dla studentów – ogromnym problemem – są dzisiaj wzrastające w zawrotnym tempie opłaty za studia. Dlaczego mamy opłaty za studia, których wysokość odbiega tak bardzo od cen w innych krajach, i z jakiego powodu w stosunkowo krótkim czasie wzrosły one do takiego poziomu? W latach 50. Stany Zjednoczone były o wiele biedniejszym krajem niż dzisiaj, a mimo to edukacja była w dużym stopniu bezpłatna, lub czesne było niskie, albo nie było go wcale dla ogromnej liczby ludzi. Nie nastąpiła żadna zmiana gospodarcza, która uzasadniałaby wprowadzenie tak wysokich opłat, o wiele wyższych niż wtedy, gdy byliśmy biednym krajem.

Żeby stało się to jeszcze bardziej jasne, spójrzmy na naszych sąsiadów – Meksyk jest biednym krajem, jednak ma dobry, bezpłatny system edukacji. Rząd Meksyku próbował wprowadzić opłaty, mniej więcej 15 lat temu – studenci odpowiedzieli ogólnokrajowym strajkiem, który spotkał się z powszechnym poparciem, i rząd wycofał się z tego. To samo zdarzyło się ostatnio w Quebecu, za naszą północną granicą. Spójrzmy za ocean: Niemcy są bogatym krajem. Bezpłatna edukacja. Finlandia ma najwyżej notowany system edukacji na świecie. Bezpłatny… praktycznie bezpłatny. Więc nie sądzę, że ten ogromny wzrost opłat za studia można uzasadnić koniecznością ekonomiczną. Myślę, że są to decyzje społeczno-ekonomiczne podejmowane przez ludzi, którzy kształtują politykę. I moim zdaniem [te wzrosty] są jej częścią. Częścią reakcji, która nastąpiła w latach 70. przeciwko tendencjom wolnościowym lat 60. Studenci uzyskali więcej wolności, sprzeciwiali się wojnie, domagali się przestrzegania praw obywatelskich, praw kobiet… i w kraju zaczęło być za dużo wolności.

W rzeczywistości spotkało się to z potępieniem liberalnych intelektualistów, którzy nazwali sytuację „kryzysem demokracji” i mówili, że powinniśmy używać demokracji z większym umiarem. Zaapelowali dosłownie o większe zaangażowanie w indoktrynację młodych, mówili… musimy sprawić, aby instytucje odpowiedzialne za indoktrynację młodych ludzi wywiązywały się ze swoich obowiązków, tak byśmy nie mieli tej całej wolności i niezależności. I potem wiele się zmieniło. Sądzę, że nie dysponujemy wystarczającą ilością bezpośredniej dokumentacji, by udowodnić związki przyczynowe, lecz można dostrzec, co potem nastąpiło. Jedną z tych rzeczy było kontrolowanie studentów – w istocie przez resztę ich życia – poprzez złapanie ich w pułapkę długu. To bardzo skuteczna technika indoktrynacji i kontroli. I podejrzewam – nie mogę tego udowodnić – lecz podejrzewam, że jest to główny powód wprowadzenia wysokich opłat za studia. Nastąpiło również wiele innych podobnych zjawisk. Cała gospodarka zmieniła się z znaczący sposób w kierunku większej koncentracji władzy, osłabienia praw pracowniczych i wolności.

Ekonomista, który kierował Rezerwą Federalną w czasach Clintona, Alan Greenspan – „święty Alan”, jak go wówczas nazywano, niezwykle ceniony wielki geniusz ekonomii, który zarządzał gospodarką – oświadczył dumnie w czasie przesłuchania w kongresie, że podstawą kierowanej przez niego wspaniałej gospodarki, było, jak to określił „wzrastające poczucie braku bezpieczeństwa wśród pracowników”. Jeśli pracownicy czują się mniej bezpiecznie, nie będą domagać się różnych rzeczy, takich jak lepsze płace i świadczenia. I z pewnego punktu widzenia jest to dobre dla gospodarki, z punktu widzenia, który zakłada, że pracownicy powinni być uciskani i kontrolowani, a wytwarzane bogactwo powinno trafiać do bardzo niewielu kieszeni. Tak więc to prawda, na tym polega zdrowa gospodarka, i z tego samego powodu potrzebujemy zmniejszenia poczucia bezpieczeństwa wśród studentów. Myślę, że wszystkie te rzeczy mają ze sobą związek i stanowią część ogólnej reakcji – reakcji obu [głównych] partii – przeciwko tendencjom wolnościowym, które uwidoczniły się w latach 60., i nadal są kontynuowane.

MSW: Na koniec, zastanawiam się czy mógłbyś zakończyć jakimiś radami dla dzisiejszych studentów?

NCh: Na świecie jest dzisiaj mnóstwo problemów, wiele z nich dotyczy studentów, w tym te, które wymieniłem – bezrobocie, brak poczucia bezpieczeństwa itd. Jednak z drugiej strony dokonał się postęp. Pod wieloma względami, w porównaniu do nie tak dawnej przeszłości, jest więcej wolności i sprawy posunęły się do przodu. Tak wiele kwestii, które naprawdę były przedmiotem walki, a w istocie, powiedzmy, w latach 60. mało kto o niektórych z nich w ogóle wspominał, są teraz częściowo rozwiązane. Kwestie takie jak prawa kobiet. Prawa gejów. Przeciwstawianie się przemocy. Troska o środowisko – która oczywiście nawet w przybliżeniu jest bardzo, bardzo daleko od tego, co powinno być, lecz pomimo to jest o wiele lepiej niż w latach 60. Te zwycięstwa wolności nie spadły z nieba. Zawdzięczamy je ludziom, którzy walczyli w warunkach trudniejszych niż dzisiaj. Państwo stosuje obecnie represje. Ale nie da się tego porównać z Cointelpro w latach 60. Ludzie, którzy o tym nie wiedzą, powinni poczytać i zastanowić się nad tym. I zostawia to dużo możliwości. A studenci znajdują się w relatywnie uprzywilejowanej sytuacji w porównaniu z resztą populacji. Poza tym są w okresie życia, w którym mają stosunkowo dużo wolności. Więc to daje różnego rodzaju możliwości. W przeszłości takie możliwości były wykorzystywane przez studentów stojących na czele progresywnej zmiany, a teraz mają oni tych możliwości o wiele więcej. Nigdy nie będzie łatwo. Zawsze będą represje. Zawsze będzie odwet i gwałtowna krytyka. Ale to właśnie w ten sposób społeczeństwo posuwa się do przodu.

Tekst jest adaptacją wywiadu, który po raz pierwszy ukazał się czasopiśmie „Modern Success”. Przedruk za witryną AlterNet. Przeł. Jan Skoczylas.

zp8497586rq

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.