ISSN 2657-9596

Fantastyka i aktywizm

Błażej Jaworowski
1 czerwca 2020
Obserwując w mediach protesty Extinction Rebellion w Londynie, miałem wrażenie, że to wszystko już zostało opisane.

Czytałem już o innej rebelii przeciw katastrofie ekologicznej, choć nie klimatycznej – z hasłem „Przestańcie, przez was giniemy!” i symbolem czaszki, tak podobnymi do przekazu XR mówiącego wprost o wymieraniu. Rebelii również działającej poza prawem, trochę mniej pokojowo niż XR, ale mimo to posiadającej skryte poparcie społeczeństwa. Z tym że ten drugi bunt nie zdarzył się naprawdę. Opisał go w 1972 roku John Brunner w powieści „Ślepe stado”.

Od dawna siedzę w fantastyce, zwłaszcza w SF. Trochę krócej interesuję się klimatem, a jeszcze krócej próbuję jakoś w jego sprawie działać. Te dwa obszary są w moim przypadku ściśle powiązane. Za moje „klimatyczne nawrócenie” odpowiada w znacznym stopniu Peter Watts, mistrz twardego SF i pesymistycznych wizji przyszłości. Na swoim blogu umieścił on kiedyś link do artykułu „The Uninhabitable Earth” Wallace- -Wellsa, który pierwszy raz przeraził mnie perspektywą globalnego ocieplenia. Jestem więc dowodem na to, że literatura może być narzędziem służącym do przekazu proekologicznych treści, a wobec tego pisanie może być aktywizmem.

Fantastyka ma kilka zalet w porównaniu do tekstów naukowych czy publicystyki. Po pierwsze, zmiana klimatu jest na tyle złożona i wszechogarniająca, że bardzo trudno ją sobie wyobrazić – a literatura oferuje tę możliwość. Możemy przeczytać o suszach tak długotrwałych, że przeżycie wymaga odzyskiwania wody z własnego moczu, a miasta USA zaczynają walczyć ze sobą o wodę („Wodny nóż” Paola Bacigalupiego). Albo o tym, jak nasi potomkowie, wściekli na nas za sprowadzenie na nich katastrofy, postanawiają osądzić całe nasze pokolenie pod kątem śladu węglowego i skazują wiele osób na wymyślne kary typu uduszenie dwutlenkiem węgla w szklarni („Precedens” Seana McMullena). Takie obrazy zapadają w pamięć zdecydowanie bardziej niż naukowe prognozy na temat temperatur i ekstremalnych zjawisk pogodowych, choć przecież z tych prognoz wyrastają. Po drugie, literatura ma szansę przebić naszą lewicowo-wielkomiejską bańkę. Myślę, że dla wielu czytelników ważniejsze od poglądów politycznych autora są dobra fabuła czy światotwórstwo, w związku z tym proklimatyczny przekaz może trafić też do osób niezwiązanych z ruchami ekologicznymi. Oddziałując na nich na poziomie bardziej pierwotnym niż fakty, bo samo wczucie się w dobrze skonstruowany świat przesuwa okno Overtona określające, co w ogóle jest wyobrażalne, a co nie.

Ale kiedy już przerazimy się perspektywą klimatycznej zagłady – co dalej? Ci, którzy wcześniej nie mieli styczności z aktywizmem, mogą mieć problem z wyobrażeniem sobie siebie jako osoby działającej. Jeśli o mnie chodzi, tutaj również literatura była pewną inspiracją, prezentując jednostki, z którymi mogłem się identyfikować. Jako że na co dzień zajmuję się nauką, szczególnie trafiają do mnie postaci naukowców. Myślę tu o zaangażowanych badaczach z powieści Brunnera, w tym o Austinie Trainie, inspiratorze rebelii ze „Ślepego stada”. Ale także o Franku Vanderwalu z „Forty Signs of Rain” Kima Stanleya Robinsona, który swoim listem, napisanym trochę pod wpływem osobistego kryzysu, inicjuje bunt w amerykańskiej National Science Foundation, wskutek czego – wobec bierności polityków – organizacja bierze przeciwdziałanie zmianom klimatu w swoje ręce. Sporo postaci aktywistów dostarczają też opowiadania solarpunkowe, o których za chwilę.

Na tym obecność katastrofy klimatycznej w SF się nie kończy. Autorzy zastanawiają się np. nad rolą technologii w walce ze zmianami klimatu. Dla aktywistów ważniejsza jest chyba jednak inna kwestia: co chcemy osiągnąć naszym działaniem? Jakiego świata pragniemy? To może być równie trudne do wyobrażenia sobie jak sama katastrofa. Dlatego powstał solarpunk – podgatunek SF próbujący tworzyć pozytywne czy wręcz utopijne wizje przyszłości, gdzie niskoemisyjne technologie współgrają ze zmianami społecznymi. „Wyobraź sobie architektów permakultur planujących na dziesiątki lat i stulecia w przyszłość, niczym budowniczy katedr” – pisze Adam Flynn w tekście „Solarpunk. Notatki do manifestu” (tłum. Paweł Ngei). Solarpunk jest w tej chwili bardziej programem niż ugruntowanym gatunkiem. Niemniej jego możliwości zostały dostrzeżone przez Arizona State University, który wydał krótką antologię „The Weight of Light”, gdzie pisarze wspólnie z ekspertami rozważają różne warianty rozwoju energetyki słonecznej i ich konsekwencje dla społeczeństwa.

Mapy przyszłości szkicowane przez fantastykę składają się jednak wciąż przede wszystkim z białych plam. Zwłaszcza w Polsce, gdzie wątki klimatyczne – przynajmniej według mojej wiedzy – dopiero zaczynają się pojawiać w pojedynczych opowiadaniach. Dlatego tych, którzy posądzają siebie o zdolności literackie, zachęcam do spróbowania swoich sił w tym gatunku. Nie tylko po to, aby na chwilę odpocząć od aktywizmu.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.