Wyścig po ziemię

Radosław Gawlik
11 maja 2009

W ciągu najbliższych kilkunastu lat wielkie koncerny oraz bogaci prywatni inwestorzy mogą wykupić miliony hektarów ziemi w ubogich krajach, utworzyć tam gigantyczne latyfundia i zapoczątkować epokę agrarnego neokolonializmu, który zmusi ludzi do niewolniczej pracy i zniszczy wiele bezcennych ekosystemów.

Mieszkańcy Chin, Indii, Korei, Emiratów Arabskich i innych szybko bogacących się krajów chcą jeść więcej i lepiej. Wielu z nich, szczególnie starszych wiekiem, dobrze pamięta niedawne lata głodu. Dlatego jednym z najpilniejszych zadań stojących przed rządami tych państw jest trwałe ustabilizowanie wewnętrznego rynku żywnościowego. Na przełomie ubiegłego i obecnego wieku, naukowcy z tych państw policzyli, iż nie starczy im własnej ziemi (której czasem prawie wcale nie mieli, jak np. bogate w ropę i gaz niektóre kraje Zatoki Perskiej) do wykarmienia swych obywateli. Nic więc dziwnego, że rządy, a czasem też i koncerny, wysyłają emisariuszy w różne zakątki naszego globu, w poszukiwaniu atrakcyjnej ziemi rolnej. W różnych krajach świata dochodzi do wielu transakcji zakupu lub wieczystej dzierżawy gruntów uprawnych. Koreańskie Daewoo dzierżawi 1,3 mln ha gruntów na Madagaskarze (połowę dostępnych) pod uprawę kukurydzy i palm olejowych,  Chińczycy – 1 mln ha w Kongu pod palmy olejowe, 100 tys. ha w Zimbabwe pod kukurydzę, 0,5 mln ha w Laosie pod ryż i maniok, Egipt – 840 tys. ha w Ugandzie pod kukurydzę, Kuwejt i Katar –  2,5 mln ha w Kambodży pod ryż, drzewo kauczukowe i palmy olejowe, zaś saudyjskie konsorcjum Bin Laden Group – 1,6 mln ha w Indonezji pod uprawę ryżu, kukurydzy, sorgo, soi i trzciny cukrowej.

Ale to tylko wierzchołek góry lodowej odnotowany na początku 2009 r. Agresywny wyścig po żyzne grunty w biednych krajach określony został mianem „agrarnego neokolonializmu”. FAO – organizacja żywnościowa ONZ była bezradna, choć niejednokrotnie alarmowała, widząc zagrożenie dla światowej równowagi. Jej szef stwierdził: „Wszystko zmienia się tak szybko, iż nawet nie jesteśmy w stanie zebrać danych”. Jak tak dalej pójdzie, już za kilkanaście lat obraz naszej planety zmieni się nie do poznania. Z jednej strony powstaną bogate elity, z drugiej – żyjący w slumsach biedacy. Ci pierwsi będą pilnować ziemi „bogatych wujków”, gdzie produkowana będzie żywność i biopaliwa – cenne towary strategiczne. Ci drudzy będą żyć na łasce bogaczy. Na domiar złego ucierpi środowisko. Przestrzeń rolnicza  różnorodnych obszarów wiejskich zostanie trwale zdewastowana, bowiem dotychczasowe zróżnicowanie upraw i krajobrazów zastąpi się monokulturami kukurydzy, soi, trzciny cukrowej czy palm olejowych. Zwiększy się erozja i chemizacja, ponieważ monokultury będą bardzo podatne na szkodniki. Pestycydy i herbicydy zatrują gleby i wody. Większość ludzi pozbawiona pracy na roli przez wprowadzony przemysł rolny będzie wegetować na wsi lub w podmiejskich dzielnicach biedy. Znikną miliony hektarów lasów deszczowych – płuc Ziemi – a w ich miejsce powstaną uprawy. Zginą tysiące, jeszcze nawet nie odkrytych gatunków roślin i zwierząt.

Ta wizja świata za 20 lat jest bardzo realna. Wszystkie dane dotyczące kupowanej ziemi oparte są na już zawartych lub właśnie negocjowanych transakcjach. Trzeba tu dodać, że nie tylko rządy i koncerny włączyły się do tego wyścigu o ziemię. W Patagonii kupują ją miliarderzy tacy jak: Ted Turner, Matt Damon, Richard Gere czy bracia Benettonowie, którzy już w latach 90. wykupili tam 900 tys. ha zakładając gigantyczne latyfundium. Także tam miliarder i filantrop, George Soros posiada grunty pod uprawy przeznaczone na biopaliwa, a jego partner z Funduszu Inwestycyjnego Quantum, Jim Rogers  niezmiennie powtarza: Inwestujcie w gospodarstwa! Inwestujcie w ziemię! To hasło w dobie kryzysu i zachwiania dotychczasowych rynków inwestycyjnych może znaleźć wielu naśladowców. Bank Morgan Stanley już wypił 40 tys. ha, a rosyjski fundusz hedgingowy – 300 tys. ha ziemi na Ukrainie.

Szef FAO twierdzi: „Ceny gruntów rolnych są obecnie tak niskie, że w perspektywie długoterminowej to dobry interes” (…) „Biedne kraje, które są gorzej poinformowane o cenach zostaną wykorzystane i sprzedadzą bardzo szybko swoje dobra”.

Zagrożenie nie dotyczy tylko gruntów rolnych, ale także światowych obszarów leśnych. W obecnym systemie gospodarki wolnorynkowej nic nie powstrzyma wycinki lasów Amazonii i innych puszcz tropikalnych, które chronią  równowagę klimatyczną naszej planety. Krótkoterminowy rachunek łatwych zysków mówi dziś, że 1 ha lasu deszczowego zamieniony na plantację palmy olejowej przynosi 10 – 15 razy więcej (ok. 5 tys. dol. rocznie) niż pozyskane z niego drewno. Paradoks polega na tym, iż olej palmowy wykorzystywany jest jako paliwo odnawialne w pojazdach. W nikłym stopniu rekompensuje to jednak zastępowanie lasów tropikalnych – najbogatszych ekosystemów Ziemi – monokulturami rolnymi produkującymi biopaliwo. W 2008 r. wyrąb lasów Amazonii przybrał rekordową skalę. Konwencję o ochronie  klimatu i bioróżnorodności z jej celem powstrzymania utraty gatunków roślin i zwierząt do 2010 r. należy dziś wyrzucić do kosza.

Czasem pojawiają się zielone jaskółki, przez niedowiarków zwane „ekoterrorystami”. Próbują one (od lat 80. ubiegłego wieku) przeciwdziałać niszczeniu lasów wykupując je na cele ochrony przyrody. Odnoszą nawet lokalne sukcesy, jak choćby Word Land Trust, który  zebrał po 30 euro (równowartość 2000 m2 lasu !!!) od  tysięcy osób na zakup 150 tys. ha lasu w celu ochrony słoni w Indiach. Jednak takie działania są przysłowiową kroplą w morzu wobec błyskawicznie postępującego agrarnego neokolonializmu.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *