Wybory samorządowe zbliżają się wielkimi krokami. Przypominają nam o tym kandydaci, którzy ponoć nie prowadzą kampanii wyborczej oraz obietnice, które wprawiają w zdumienie.
Więcej mostów? Odgrzebanie starej, niezbyt praktycznej wizji metra? W roku 2014 wydawało się, że okres kuszenia wielkim, polskim laniem betonu mamy już za sobą. Kiełkujące wówczas ruchy miejskie rozkwitały dzięki coraz szerzej podzielanej myśli, że nadszedł już czas na postawienie przede wszystkim na inwestycje poprawiające jakość życia.
Start POPiSów
Pierwsze wystrzały w wielomiesięcznej batalii o Warszawę postronnych obserwatorów głównie zdumiewały. Patryk Jaki z osoby, delikatnie mówiąc, sceptycznej wobec osób nieheteronormatywnych zmienił się w piewcę in vitro oraz budowniczego otwartego, europejskiego miasta. Rafał Trzaskowski mierzyć się musi z niewdzięcznym zadaniem tłumaczenia, dlaczego będzie zmianą w stosunku do poprzedniej prezydent miasta, wywodzącej się z tej samej partii politycznej.
Byłoby nieuczciwe stwierdzić, że dwójka jak do tej pory dominujących debatę publiczną w Warszawie polityków nie miewa również dobrych pomysłów i zobowiązań. Miło patrzeć, jak deklarują oni choćby tańszą komunikację publiczną czy zwiększenie ilości miejskich żłobków. Z ich wypowiedzi trudno jednak na tym etapie… powiedzmy, że okresu przedwyborczego zauważyć jakąś spójną wizję tego, jak wyglądać powinno współczesne miasto.
Być może taką wizję poznamy za klika tygodni lub miesięcy. Być może zaprezentują ją przedstawiciele innych formacji, które z pewnością nie będą chciały ograniczenia tej debaty do starcia kandydatów dwóch największych partii.
Przed podobnymi wyzwaniami staną walczący o najwyższe urzędy również w innych miastach. To dobry czas by sprawdzić, czy potrafią korzystać z pozytywnych doświadczeń z innych zakątków świata.
Doświadczenia tworzenia wizji dobrego miasta coraz częściej opierają się nie tylko na eksperckich opracowaniach, ale również na bezpośrednich rozmowach z samymi zainteresowanymi – ich mieszkankami i mieszkańcami. Z tego założenia wychodziły chociażby budżety partycypacyjne, które w ostatnich latach w tej czy innej formie (i z różnym powodzeniem) rozprzestrzeniły się w polskich samorządach.
Głos mieszkańców
Z tego też założenia wyszedł brytyjski think tank Compass, który postanowił zaprosić osoby mieszkające w Londynie do dyskusji o tworzeniu lepszego miasta do życia. Choć to spora, tętniąca życiem metropolia to nie brakuje tu problemów – od zanieczyszczenia powietrza aż po wysokie koszty życia, wypychające z miasta osoby mniej zamożne.
Jak wielokrotnie pokazywaliśmy na łamach „Zielonych Wiadomości” brytyjska kultura intelektualno-polityczna, której owocami są ciekawe, nieszablonowe raporty organizacji pozarządowych czy całościowe manifesty partyjne ma się czym pochwalić. Compass postanowił jednak nie ograniczać się do dyskusji za zamkniętymi drzwiami i zadbać o różnorodność głosów w dyskusji o stolicy Zjednoczonego Królestwa.
Podsumowaniem tego projektu stała się publikacja „Good London. A vision for the city we want to live in”. Do jej opracowania wykorzystane zostały zróżnicowane narzędzia, takie jak panele czy interaktywne warsztaty.
Organizatorzy postanowili zadbać o to, by wśród uczestników byli zarówno „zwykli ludzie”, jak i przedstawiciele organizacji społecznych, artystki czy politycy z różnych opcji. Pozwoliło to na twórczy ferment i na opracowanie rekomendacji, które cieszyły się szerokim poparciem osób uczestniczących.
Jakie tematy leżały im na sercu? Ich zestaw nie powinien zaskakiwać. Mieszkający w Londynie chcą, by ich głos był słyszany nie tylko w okresie kampanii wyborczej. Uważają, że dostępność do sprawnie działającej, przystępnej cenowo komunikacji publicznej jest ważna dla jakości ich życia. Zależy im na tętniącej życiem sąsiedzkim i kulturalnym okolicy, w której nie brakuje mieszkań komunalnych. Uważają również, że miasto powinno promować godne warunki pracy i płacy.
Tematy te bardzo często się ze sobą zazębiają.
Troskliwa metropolia
Przykładem może być planowanie przestrzenne i polityka mieszkaniowa, która z perspektywy mogących chcieć dobrze decydentów zbyt często kojarzy się jedynie z budową jak największej ilości zestandaryzowanych mieszkań.
Podejście to na dłuższą metę grozi jednak nie tylko inwestycjami w nietrafionych miejscach (generujących korki lub wymagających poświęcenia terenów zielonych), ale też niezaspokojeniem potrzeb, na które miały odpowiadać.
Przykładem tego typu potrzeby jest tworzenie przestrzeni dostępnych dla osób z niepełnosprawnościami. Znoszenie barier architektonicznych na przystankach komunikacji miejskiej czy zagwarantowanie, by co najmniej 10% nowych mieszkań spełniało standardy dostępności ma być na nią odpowiedzią.
Inną ważną kwestią w Londynie jest zapewnienie większej stabilności i bezpieczeństwa na tamtejszym rynku mieszkaniowym.
Poza postulatem szerzej zakrojonych konsultacji społecznych wypracowane zostały również inne pomysły, takie jak pobudzanie przez miasto rozwoju różnego rodzaju spółdzielczych rozwiązań mieszkaniowych czy wynajmowanie mieszkań u prywatnych właścicieli przez specjalną, miejską agencję mieszkaniową, która następnie wynajmowałaby je indywidualnym najemcom, kontrolując wysokość czynszów, skalę ich wzrostów czy oferowany standard mieszkaniowy.
Co wolno, co można, co trzeba
Jest jasne, że samorząd o własnych siłach nie rozwiąże wszystkich problemów tego świata. W jednych dziedzinach może mieć on więcej kompetencji, dzięki czemu może np. zmniejszyć koszty życia mieszkających na obrzeżach Londynu, obniżając im ceny komunikacji zbiorowej.
W innych może głównie promować dobre standardy, mogące minimalizować negatywne skutki zjawisk takich jak „pracujący ubodzy” – w tym wypadku poprzez przyznawanie zamówień publicznych wyłącznie firmom, płacącym swoim pracownikom wyższą od płacy minimalnej „living wage”.
Ważne, by będąc świadomym swych ograniczeń był w stanie wykorzystać dostępne mu narzędzia to pobudzania pozytywnych trendów (jednym z postulatów z konsultacji Compassu było zbudowanie do roku 2025 zeroemisyjnej floty autobusowej i taksówkowej, a także zakaz wjazdu do Londynu samochodów z silnikiem diesla) oraz do ograniczania negatywnych skutków zjawisk, na które ma bardziej ograniczony wpływ.
Jak zresztą w innej publikacji, „Green Economy at a Community Scale”, przekonują jej autorzy – Tim Jackson i Peter A. Victor – mają one zdolność do tworzenia podwalin trwałego, zrównoważonego rozwoju najbliższej okolicy poprzez inwestowanie w ludzi i środowisko.
Lokalny Nowy Ład
W przeciwieństwie do raportu Compassu skupia się ona mniej na suflowaniu konkretnych rozwiązań (choć i tych w niej nie brakuje), co na strategicznym przeformułowaniu kierunków rozwoju lokalnych społeczności. Zmiana optyki władz lokalnych jest ich zdaniem niezbędna do odblokowania możliwości, związanych z budową lokalnej zielonej gospodarki – wymaga to jednak przedefiniowania mierników jej sukcesu.
Jako przykład alternatywy podają Kanadyjski Indeks Dobrostanu, w skład którego wchodzi aktywność lokalnej społeczności, demokratyczne zaangażowanie, stan systemu edukacyjnego, środowiska oraz zdrowia, jakość życia kulturalnego, standardów życia oraz ilość dostępnego nam wolnego czasu.
Patrząc się na tak szczegółowe zestawienie (a warto dodać, że na każdą z powyższych kategorii składa się po kilka wskaźników) widzimy, że jakości życia nie da się zamknąć w liczbach takich jak długość wyremontowanych dróg czy nowych miejsc pracy w okolicznej specjalnej strefie ekonomicznej.
Właśnie dlatego potrzebujemy całościowych wizji rozwoju lokalnych społeczności – i o takie wizje warto będzie w najbliższych miesiącach pytać walczących o fotele wójtów, burmistrzów czy prezydentów.
Wizja dobrych społeczności, zaprezentowana przez autorów raportu kanadyjskiej Metcalf Foundation, jest wyjątkowo szeroka. Olbrzymią rolę odgrywa wspieranie w niej oddolnej aktywności społecznej – od spółdzielni produkcyjnych, mieszkaniowych czy energetycznych, poprzez wspólnotowe zarządzanie dobrami społecznymi takimi jak woda, aż po tworzenie instytucji finansujących lokalne inwestycje czy wspierających pozostawanie pieniędzy w lokalnej gospodarce (waluty lokalne).
Czas przewartościowań
Warto zwrócić uwagę, że obok zredefiniowania wskaźników rozwoju mamy tu również do czynienia z umieszczeniem pozornie znanych nam terminów w nowych kontekstach.
Tak jest chociażby w wypadku przedsiębiorczości, która w wizji Jacksona i Victora w żadnym wypadku nie ogranicza się do własnej działalności gospodarczej i obejmuje zarówno inne formy własności (spółdzielnie), jak i alternatywne modele biznesowe (oferowanie usług związanych z energią zamiast jedynie jej dostarczania).
Podobnego przemyślenia wymaga ich zdaniem również nasza wizja pracy. Istotnym jej elementem ma być dążenie do ciągłego wzrostu efektywności, co ich zdaniem przynosi efekty w postaci przepracowania, stresu, chorób cywilizacyjnych czy mniejszej ilości czasu wolnego.
Zamiast kontynuować tego typu scenariusz powinniśmy zacząć eksperymentować chociażby ze skracaniem czasu pracy, co zresztą proponują w Polsce partie takie jak Razem (zbierające podpisy pod stosowną inicjatywą ustawodawczą) czy Zieloni. Warto rozważyć, czy podobne eksperymenty nie czas już przeprowadzić – nawet testowo – w podległych lokalnym samorządom instytucjach.
Nowe otwarcie nad Wisłą?
Ze wspomnianych publikacji wyciągnąć można jeden wniosek, istotny również w polskim kontekście – lokalne życie polityczne i ekonomiczne kręcić się powinno wokół dobrostanu lokalnych społeczności.
Szeroko pojęte środowiska progresywne, walcząc o sprawniejsze działanie instytucji publicznych powinny jednocześnie pamiętać, że proces ich wyrywania z rąk różnego rodzaju grup interesu może się nie powieść bez żywego, oddolnego zaangażowania obywatelskiego.
W obliczu wielokrotnie badanego i wyrażanego poczucia kryzysu aktywności społecznej w naszym kraju wniosek ten może nie napawać optymizmem. Z drugiej strony jednak, patrząc na ilość podpisów pod różnego rodzajami petycji, osób uczestniczących w ostatnich latach w demonstracjach czy w głosowaniach nad budżetami partycypacyjnymi być może patrzymy się na samych siebie nieco zbyt surowym okiem.
W tym też warto pokładać w tym roku nadzieję.
Zdj. Fragment okładki raportu „Green Economy at a Community Scale”
BERLIN – Ostatnimi laty stopniowo rośnie poparcie dla idei „zielonej gospodarki”, która miałaby rozpocząć okres zrównoważonego wzrostu i uchronić świat przed ciągłym klimatycznym i gospodarczym kryzysem.
Poparcie to napotyka jednak opór, a wielu przewiduje, że ostatecznie nie ma co liczyć na głębokie zmiany, a co najwyżej na pudrowanie rzeczywistości na zielono. Czy okaże się, że pogodzenie celów gospodarczych i środowiskowych może okazać się trudniejsze, niż dotychczas sądzono?
W skrócie – tak. Obecnie dominuje przeświadczenie, że zielona gospodarka pozwoli nam skończyć z uzależnieniem od paliw kopalnych, a wzrost na tym nie ucierpi. Wielu uważa, że przejście na zieloną gospodarkę może nawet być nowym źródłem wzrostu. Choć taki pogląd może się wydawać atrakcyjny, nie ma on nic wspólnego z rzeczywistością, czego dowodzimy w naszej ostatniej książce Inside the Green Economy.
Oczywiście nie oznacza to, że prawdziwie „zielona” gospodarka nie może prosperować. Jednakże obowiązujący dzisiaj model promuje rozwiązania szybkie i powierzchowne, a co więcej, uznaje prymat ekonomii, co uniemożliwia rozpoznanie, jak głębokiej transformacji potrzebujemy.
Zamiast zmieniać gospodarkę, tak by uwzględniała ograniczenia i wartość środowiska naturalnego, dzisiejsza wizja jej zazieleniania zmienia rozumienie natury, dostosowując je do istniejących systemów gospodarczych. Naturę można wycenić i wpisać w zestawieniach finansowych, w których uwzględnia się ochronę „kapitału naturalnego”, wytworzonego w ramach usług świadczonych przez ekosystemy, czy obciążenia z tytułu degradacji środowiska, mierzone przez abstrakcyjny globalny system pomiaru emisji dwutlenku węgla. Dobrymi przykładami takiego podejścia są nowe mechanizmy rynkowe, takie jak handel bioróżnorodnością. Takie rozwiązania nie zatrzymują niszczenia środowiska, podporządkowują tylko jego niszczenie rynkowi.
Z uwagi na liczne ograniczenia tego podejścia, do dzisiejszego rozumienia zielonej gospodarki można mieć tak wiele zastrzeżeń, że właściwie cała idea wydaje się kwestią wiary. Zbawienie ma nadejść wraz z jakąś innowacyjną technologią, która załatwi wszystko, pozostaje więc na nią spokojnie poczekać. Owszem, innowacje są istotne i mogą pomóc rozwiązać wiele problemów, nie tylko środowiskowych, nie należy ich jednak przeceniać.
Innowacyjne technologie są zawsze zależne od interesów podmiotu, który je wytwarza, muszą więc być oceniane ze względu na skutki społeczne, kulturowe i środowiskowe. Jeśli podmiotowi, który wprowadza nową technologię, nie zależy na transformacji, to innowacja może przysłużyć się zakonserwowaniu status quo, co często przedłuża życie rozwiązań i produktów, które nie służą potrzebom społeczeństwa.
Weźmy przemysł motoryzacyjny. Firmy produkują coraz oszczędniejsze silniki, ale montują je w coraz większych, cięższych i mocniejszych pojazdach, które marnują zaoszczędzoną energię przez tzw. efekt odbicia (rebound effect). Jest też pokusa, by więcej energii inwestować w naukę manipulowania odczytami emisji, tak jak to robi Volkswagen, niż w projektowanie prawdziwie „zielonych” pojazdów.
Biopaliwa też nie są rozwiązaniem. Stosowanie biomasy oznacza spustoszenie w środowisku i społeczeństwie krajów rozwijających się i de facto przedłuża żywot przestarzałej technologii silników spalinowych.
To jasne, że naiwna jest wiara, iż firmy motoryzacyjne będą stały na czele koniecznej radykalnej zmiany w sektorze transportu, czyli same zainicjują proces odejścia od indywidualnego transportu prywatnego. To kluczowa kwestia. Jeśli chcemy odseparować wzrost gospodarczy od zużycia energii i naprawdę efektywnie wykorzystywać zasoby w świecie zamieszkałym przez 9 miliardów ludzi, nie wspominając już nawet o sprawiedliwości, to nie możemy pozwolić, by do gospodarki należało ostatnie słowo.
Zieloną transformację należy postrzegać jako projekt polityczny. Tylko polityka jest w stanie zapanować nad różnicami poglądów i interesów – poprzez prawdziwie reprezentatywne instytucje oraz otwartą debatę, która angażuje społeczeństwo obywatelskie i stanowi rdzeń demokratycznego pluralizmu.
Oczywiście nie wszędzie panuje pluralistyczna demokracja. . W tych krajach, gdzie jej brak – nawet jeśli temu zaprzeczają – działaczki i działacze na rzecz równości społecznej, ekonomicznej i ekologicznej napotykają brutalny opór. Jeśli mają spełnić swoją niezbywalną rolę w napędzaniu transformacji, to w krajach demokratycznych poszanowanie podstawowych praw człowieka, takich jak wolność słowa i prawa do pokojowych zgromadzeń, musi stać się priorytetem ich polityki zagranicznej. Prawa człowieka są normatywną podstawą, na której należy negocjować strategie transformacji.
Największą przeszkodą społeczno-ekologicznej transformacji, na którą czeka świat, nie jest technologia. Większość rozwiązań już mamy – choćby ekologiczne rolnictwo i sieci systemów transportowych, które nie bazują na pojazdach prywatnych. Prawdziwym problemem jest brak politycznej woli do wprowadzenia innowacji na szerszą skalę, bo sprzeciwiałoby się to żywotnym interesom oligarchów. Wyzwaniem na dziś jest więc pokonanie interesów mniejszości i obrona szeroko rozumianego dobra publicznego – zadanie zrzucone dzisiaj na społeczeństwo obywatelskie.
Słyszymy głosy, że nawoływanie do radykalnej transformacji, zamiast do stopniowej zmiany, to błąd. Kiedy świat boryka się z mnóstwem pilnych problemów – stagnacja gospodarcza, polityczne zamieszki, migracje na masową skalę – trzeba cieszyć się z każdego kroku w stronę bardziej zrównoważonego rozwoju. Nie ma sensu krytykować pragmatycznych i politycznie wykonalnych propozycji rozwiązania problemów związanych z klimatycznym kryzysem.
Takie podejście bagatelizuje skalę kryzysu, który przeżywa nasza planeta, i zakłada linearną zmianę, choć wymagana transformacja taka nie będzie. Choć niektóre elementy zielonej gospodarki – takie jak oszczędzanie zasobów, odnawialne źródła energii, innowacje, zachęty finansowe czy ulgi podatkowe – bez wątpienia odgrywają istotną rolę, to ich suma nie jest w stanie wywołać dalekosiężnych zmian, niezbędnych, by ochronić interesy zarówno obecnego, jak i przyszłych pokoleń.
Zadanie, jakie dzisiaj stoi przed państwami demokratycznymi, to nie tylko kontynuacja projektu modernizacji z uwzględnieniem najnowszej wiedzy na temat granic możliwości planety. To także rozwijanie mechanizmów partycypacji społecznej, promocja sprawiedliwości społecznej oraz walka z ubóstwem. Do wykonania tego wielkiego zadania potrzeba pasji i uporu. Jesteśmy w stanie to zrobić. A pierwszym krokiem we właściwą stronę jest rozpoznanie ograniczeń, jakie idea „zielonej gospodarki” nakłada na myśl i działanie.
Przełożył: Robert Reisigová-Kielawski
Artykuł ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr. 028/lipiec 2017, do ściągnięcia w formacie pdf: http://zielonewiadomosci.pl/wp-content/uploads/028.pdf
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Według autorów nowego raportu Friends of the Earth Europe, wiele z istniejących i planowanych strategii oraz inicjatyw Unii Europejskiej, które odnoszą się do wykorzystania materiałów pochodzenia roślinnego do produkcji zielonych tworzyw sztucznych, opakowań, paliw i innych, może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego i stwarza poważne zagrożenia społeczne i ekologiczne.
Zastąpienie produktów opartych na paliwach kopalnych produktami pochodzenia roślinnego jest głównym założeniem „biogospodarki”, która jest promowana w Unii Europejskiej poprzez polityki odnoszące się do energii odnawialnej i specjalną strategię na rzecz biogospodarki, i która prawdopodobnie będzie zawarta w przyszłych regulacjach prawnych dotyczących tworzyw sztucznych i opakowań. [1]
Rządy i przemysł propagują biogospodarkę obiecując zmniejszenie zależności od paliw kopalnych. Jednak, jak pokazuje raport, może to pociągnąć za sobą poważne koszty ekologiczne i społeczne:
- Wielka i coraz bardziej zwiększająca się część globalnych gruntów uprawnych nie jest używana pod uprawę żywności, lecz zamiast tego dostarcza surowców potrzebnych do wytwarzania nieżywnościowych produktów biogospodarki. Najnowsze dane pokazują, że 12% wszystkich światowych gruntów uprawnych jest wykorzystywanych w ten sposób.
- Unia Europejska jest największym konsumentem nieżywnościowych produktów biogospodarki, a 65% ziemi koniecznej dla zaspokojenia tego zapotrzebowania znajduje się poza jej granicami – szczególnie w Azji.
- Do roku 2019 obszar ziemi uprawnej wykorzystanej pod uprawę roślin służących do produkcji bioplastików będzie większy od terytoriów Belgii, Holandii i Danii razem wziętych.
- Można zaobserwować negatywne skutki ekologiczne i społeczne w krajach, które dostarczają surowców dla europejskiej biogospodarki – głównie na Globalnym Południu. Należą do nich zanieczyszczenie i niedobory wody, jak również niekorzystny wpływ na zmiany klimatu. Grabież ziemi powiązana z europejską biogospodarką dotyka szczególnie najsłabsze grupy społeczne, w tym rolników produkujących wyłącznie na własne potrzeby, ludy tubylcze oraz społeczności i kobiety w krajach, w których regulacje prawne dotyczące dostępu do ziemi są niejasne. Często zagrożone jest bezpieczeństwo żywnościowe.
Unia Europejska nie dysponuje niezbędnymi danymi i narzędziami potrzebnymi do zrozumienia i monitorowania konsekwencji wielu szybko rozwijających się sektorów biogospodarki, konieczne jest pilne stworzenie ram monitorowania, aby zapewnić jej zrównoważony rozwój w zgodzie z zasadami sprawiedliwości.
Meadhbh Bolger, kampanierka ds. sprawiedliwego dostępu do zasobów w Friends of the Earth powiedziała:
Pogłoski o rzekomej „zieloności” biogospodarki są w dużej mierze przesadzone. Sama zmiana źródła, z którego pochodzą nasze plastiki i paliwa nie jest magicznym rozwiązaniem, które usunie zanieczyszczenia, zmniejszy emisje gazów cieplarnianych i zakończy nadmierne zużywanie zasobów. Wręcz przeciwnie, przejście na bioplastiki i biopaliwa oznacza zużycie ogromnych połaci ziemi, głównie poza UE, i niszczący wpływ na środowisko. Jedynym pewnym sposobem na rozwiązanie tych problemów, jest przede wszystkim drastyczne zmniejszenie naszego zużycia zasobów.
Przypisy
[1] W 2017 roku Komisja Europejska ma zaktualizować swoją Strategię dotyczącą biogospodarki i pracuje obecnie nad nową Strategią dotyczącą tworzyw sztucznych – dokumenty te mogą utorować drogę dla dalszej integracji biogospodarki z innymi procesami kształtowania polityki. Parlament Europejski może opowiedzieć się za włączeniem promocji opakowań pochodzenia biologicznego do dyrektywy ws. opakowań i odpadów opakowaniowych Unii Europejskiej.
Aktualna strategia Komisji Europejskiej dotycząca biogospodarki: Innowacje dla zrównoważonego wzrostu: biogospodarka dla Europy (2012) – pdf
Projekt sprawozdania Komisji ENVI Parlamentu Europejskiego na temat dyrektywy ws. opakowań i odpadów opakowaniowych (2016)
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
żródło: Friends of the Earth Europe
Tłumaczenie ukazało się w Zielonych Wiadomościach nr. 028/lipiec 2017, do ściągnięcia w formacie pdf: http://zielonewiadomosci.pl/numer/28/
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Zieloną gospodarkę przedstawia się jako model przeciwdziałania kryzysom ekologicznym i gospodarczym. Czy może ona spełnić pokładane w niej nadzieje? Thomas Fatheuer, Lili Fuhr i Barbara Unmüßig z Fundacji im. Heinricha Bölla przyglądają się jej podstawowym założeniom, hipotezom i propozycjom oraz ukazują ich rzeczywiste konsekwencje.
Więcej o książce: Inside the Green Economy – Promises and Pitfalls
1. Zielona gospodarka stanowi optymistyczną wizję stopniowego wycofywania paliw kopalnych i poszanowania środowiska dzięki technologiom i zwiększonej wydajności wykorzystywania zasobów
W zbiorowej świadomości zielona gospodarka jest próbą odejścia od naszych tradycyjnych sposobów działania opartych na paliwach kopalnych. Jej przesłanie jest miłe i optymistyczne – rozwój gospodarczy może trwać i być ekologiczny. Ma ona nawet nadzieję stać się siłą napędową dodatkowego wzrostu. Jednak pogodzenie niwelowania zmian klimatycznych i ochrony zasobów z rozwojem gospodarczym w świecie ograniczonych zasobów i niesprawiedliwości pozostaje złudzeniem. Pojęcie „zielonej gospodarki” nasuwa pozytywne skojarzenia i sugeruje, że świat, jakim znamy go dziś, będzie nadal istniał w dotychczasowej formie dzięki zielonemu paradygmatowi wzrostu charakteryzującego się większą wydajnością i mniejszym zużyciem zasobów.
Ktokolwiek składa takie obietnice, z pewnością celowo umniejsza złożoność problemu i mocno wierzy w obiecywane cuda gospodarki wolnorynkowej oraz postępu technologicznego, ignorując jednocześnie nierówności społeczne i unikając konfrontacji z istniejącymi strukturami władzy ekonomicznej i politycznej. Okazuje się więc, że zielona gospodarka jest kwestią wiary i wybiórczej percepcji.
Może stać się realistycznym rozwiązaniem na przyszłość tylko wtedy, gdy uwzględni ograniczoną dostępność zasobów, przezwycięży niesprawiedliwości społeczne i polityczne oraz zapewni zarówno gwałtowną redukcję emisji i konsumpcji, jak również sprawiedliwą dystrybucję zasobów.
2. Powiększenie rynku remedium na jego zawodność – przedefiniowanie przyrody zamiast biznesu
Zielona gospodarka na nowo określa koncepcję prymatu ekonomii jako ostatecznej odpowiedzi na obecne kryzysy. Jej replika brzmi: „jeszcze więcej ekonomii”. Ekonomia stała się bowiem walutą polityki, jak twierdzą jej entuzjaści i zwolenniczki. W konsekwencji chcą oni zniwelować zawodność gospodarki wolnorynkowej poprzez zwiększenie rynku, tak by objął sfery znajdujące się uprzednio poza jego zasięgiem poprzez ponowne ustalenie relacji między naturą a gospodarką.
W rezultacie nie zmienia się sposób, w jaki robimy interesy, lecz powstaje nowa koncepcja przyrody, w której mówi się o usługach ekosystemów oraz o przyrodzie jako kapitale. Zamiast redefinicji biznesu zielona gospodarka proponuje przemianować biosferę poprzez jej pomiar i rejestrowanie, wycenę i ujęcie w bilansie – w oparciu o abstrakcyjną globalną walutę, jaką stanowią jednostki węglowe.
Przesłania to wiele strukturalnych przyczyn kryzysu środowiskowego i klimatycznego, przez co nie są już one uwzględniane przy poszukiwaniu realnych i opłacalnych rozwiązań. Konsekwencje takiego podejścia znajdują swoje odzwierciedlenie w nowych mechanizmach rynkowych dotyczących obrotu zbywalnymi jednostkami bioróżnorodności. W wielu przypadkach nie powstrzymują one degradacji ekosystemów, lecz jedynie organizują je według zasad rynkowych.
Zielona gospodarka sprowadza fundamentalną i niezbędną transformację do kwestii czysto ekonomicznych i daje złudzenie, że jej wdrożenie może nastąpić bez większych wstrząsów i konfliktów.
3. Polityka ekologiczna to coś więcej niż tylko emisja dwutlenku węgla
Główna strategia dekarbonizacyjna zielonej gospodarki zawiera się w powtarzanym jak mantra haśle o konieczności „nałożenia ceny na węgiel”. Podejście sprowadzające wszystko do cen i jednolitej waluty (kredytów węglowych) jest ograniczone.
Dekarbonizacja może przyjmować różne formy – stopniowe wycofywanie węgla, ropy i gazu, wyrównywanie szkód wynikających z emisji gazów poprzez składowanie „ekwiwalentnych” ilości węgla w roślinach lub glebie czy też wykorzystanie technologii sekwestracji dwutlenku węgla (ang. CCS – Carbon Capture and Storage) na skalę przemysłową. Ze społecznego i ekologicznego punktu widzenia alternatywy te przynoszą zupełnie odmienne skutki.
Globalny kryzys nie dotyczy jedynie klimatu. Powszechnie już uznawane pojęcie „ograniczonych zasobów planety”, stworzone przez Stockholm Resilience Centre, wskazuje trzy obszary, w których ludzkość przekroczyła już bezpieczne granice w zakresie samej tylko ekologii, mianowicie:
- zmiany klimatu,
- utrata bioróżnorodności,
- rosnący poziom zanieczyszczenia azotem (szczególnie z powodu wykorzystywania nawozów w rolnictwie).
Zielona gospodarka pomija złożoność i interaktywny charakter tych kryzysów, redukując ratowanie świata do prostej narracji o modelu biznesowym i jednej globalnej abstrakcji – ekwiwalentu węgla.
4. Fetysz innowacji – bez uwzględnienia ukrytych interesów i struktur władzy
Wiara w udoskonalenia inżynieryjne jest kluczowa dla obietnic programu zielonej gospodarki. Bez wątpienia potrzebujemy nowatorstwa na każdym poziomie – społecznym, kulturowym i technologicznym – w celu urzeczywistnienia globalnych przemian.
Pomysły na ulepszenia, szczególnie te natury technologicznej, należy jednak zawsze rozpatrywać w ujęciach społecznych, kulturowych i środowiskowych. Wszak nie zachodzą w sposób automatyczny czy oczywisty. Kształtują ją interesy oraz struktury władzy podmiotów społecznych. Dlatego też wiele innowacji nie przyczynia się do gruntownych przemian, legitymizując status quo i przedłużając często okres stosowania produktów i systemów nieprzystosowanych do przyszłościowych wyzwań.
Na przykład przemysł motoryzacyjny produkuje więcej wydajnych silników spalinowych niż kiedykolwiek wcześniej. Jednocześnie wytwarza jednak większe pojazdy o wyższej mocy i masie. Ponadto branża motoryzacyjna wykazała się wielką innowacyjnością, również w manipulowaniu testami emisyjnymi, co ukazała niedawna afera „dieselgate”. Należy też wspomnieć o śmiałym zastąpieniu paliw kopalnych biopaliwami, które są wysoce problematyczne zarówno pod względem społecznym, jak i ekologicznym.
Czy możemy spodziewać się, że taka branża odegra wiodącą rolę w przemianach, które radykalnie zrestrukturyzują nasz system transportu, w dodatku ograniczą liczbę prywatnych samochodów?
Innowacje zmieniają nasze życie, lecz nie czynią cudów. Technologia jądrowa nie rozwiązała światowych problemów energetycznych, zaś zielona rewolucja nie położyła kresu głodowi na świecie. Przykłady energii atomowej, biologii syntetycznej (będącej nową ekstremalną formą inżynierii genetycznej) i geoinżynierii pokazują, jak kontrowersyjne mogą okazać się technologie, jeżeli ich ograniczenia i związane z nimi ryzyka społeczne i ekologiczne nie zostały zawczasu poddane dokładnej i wielowymiarowej analizie.
5. Fałszywa obietnica efektywności
Prawdą jest, że nasza gospodarka staje się coraz bardziej wydajna, co jest zjawiskiem pozytywnym. Przy obecnym tempie rozwoju nie jest to jednak wystarczające. Na przykład poszczególne artykuły gospodarstwa domowego zużywają wprawdzie mniej energii, ale w naszych mieszkaniach znajduje się więcej sprzętu elektrycznego niż kiedykolwiek wcześniej. Ten efekt odbicia zmniejsza pozytywny wpływ wyższej wydajności.
Względne uniezależnienie wzrostu gospodarczego od zużycia energii jest możliwe. Aby doprowadzić do potrzebnych przemian, potrzeba jednak dużo więcej – radykalnego i absolutnego ograniczenia zużycia energii i zasobów, w szczególności w krajach uprzemysłowionych. To bezwzględne ograniczenie będzie realistyczne wyłącznie pod warunkiem zakwestionowania modelu dobrobytu opartego na wzroście.
Dla świata zamieszkanego przez dziewięć miliardów ludzi nie istnieje realny scenariusz, który w wiarygodny sposób łączyłby wzrost, bezwzględne ograniczenie eksploatacji środowiska i zwiększenie poziomu globalnej sprawiedliwości.
6. Zielona gospodarka jest apolityczna – ignoruje prawa człowieka oraz partycypację w procesie podejmowania decyzji
Scenariusz zielonej gospodarki posiada wiele białych plam – niespecjalnie interesuje się polityką, ledwie dostrzega prawa człowieka, nie uznaje partnerów społecznych i sugeruje możliwość bezkonfliktowych reform. Konflikty społeczne – w związku z budową farm wiatrowych lub wielkich tam bądź wynikające ze sporu o to, kto dysponuje potencjałem magazynowania dwutlenku węgla w lasach – są pomijane.
Wychodząc z założenia, że status quo nie wchodzi w grę zielona gospodarka dostarcza pozornie apolitycznych narzędzi służących do przejęcia kontroli nad ścieżką przemian przy jednoczesnym odwróceniu uwagi od kwestii interesów gospodarczych i politycznych, struktur władzy i własności, praw człowieka oraz zasobów władzy.
7. Realizm zamiast myślenia życzeniowego – przyszłość potrzebuje polityki środowiskowej, która potrafi radzić sobie z konfliktami
Aby sprostać wyzwaniom jutra, potrzebujemy realistycznego spojrzenia na świat, którego nie zniekształca myślenie życzeniowe. Innymi słowy – nie będzie ani prostych rozwiązań, ani sytuacji, gdy zawsze wygrywają obie strony. Nie zawsze da się pogodzić ekologię z biznesem. Wymagane przemiany wpłyną na interesy władzy, co spowoduje, że pojawią się przegrani. Doprowadzenie do przemian nie będzie możliwe bez twardych negocjacji, konfliktu i oporu.
Jest to wezwanie do działania, w szczególności dla decydentów i decydentek. Kluczem do większych sukcesów ekologicznych jest dobrze rządzenie. Ukierunkowana i egzekwowana ochrona siedlisk ludzkich i naturalnych jest dużo bardziej skuteczna niż monetyzacja przyrody i siedlisk ludzi, którzy chronią swoje ekosystemy od tysiącleci.
Nie trzeba regulować każdego szczegółu. Czasami jednak zakazy – m.in. używania takich substancji jak benzyna ołowiowa, wysoce toksyczne pestycydy czy freony – są nieuniknione, podobnie jak niezależny monitoring oraz bezwzględne limity i cele ograniczenia emisji.
8. Alternatywy są możliwe
Nie brakuje ani alternatyw, ani dobrych przykładów. Rolnictwo ekologiczne rozwija się na szeroką skalę – to wysoce produktywny sektor gospodarki. Teoretyczne podstawy alternatywnych systemów mobilności usieciowionej, które nie bazują na autach prywatnych, lecz integrują pojazdy o zerowym poziomie emisji, zostały już opracowane i znajdują się we wczesnej fazie wdrażania.
Przede wszystkim do innowacji poza technologiami należą nowe style życia i zarządzania miastem. Zdecentralizowane dostawy energii odnawialnej znajdują się w zasięgu Realpolitik, podobnie jak eliminacja dotacji szkodliwych dla środowiska.
W gruncie rzeczy nie brakuje progresywnych rozwiązań, ale władzy gotowej do ich urzeczywistnienia, w szczególności wobec oporu ze strony głęboko zakorzenionych interesów mniejszości. W takich warunkach obsesja na punkcie pytania o to, jak osiągnąć ekologiczny wzrost, przynosi skutki odwrotne do zamierzonych.
Świat, w którym za jedyną uznaną odpowiedź uchodzi „więcej rynku” i innowacje technologiczne nastawione na dalszy wzrost, udaje, że istotna kwestia stworzenia lepszej przyszłości przy odmiennym i różnorodnym wykorzystaniu mniejszej ilości zasobów jest już nieaktualna.
9. Kwestia władzy – ponowne upolitycznienie polityki środowiskowej
Radykalny realizm ma fundamentalne znaczenie dla zrozumienia ekologii politycznej jako niestroniącej od niewygodnych pytań i poszukującej w społeczeństwie większości, która pozwoli doprowadzić do przemian sprawiedliwych pod względem społecznym i ekologicznym. Autorki i autor wzywają do ponownego upolitycznienia kwestii środowiskowych i powrotu do pojęcia „ekologii politycznej” jako sposobu zrozumienia złożonych relacji między polityką a ekologią oraz pomiędzy ludźmi jako częścią przyrody. Takie świeże ujęcie da polityce środowiskowej i administracji prymat nad interesami gospodarczymi.
Więcej uwagi należy koniecznie poświęcić związkom między innowacjami społecznymi, kulturowymi i inżynieryjnymi. Technologie – a szczególnie ich wpływ na społeczeństwo i ekologię – powinny stać się przedmiotem szerokiej debaty oraz demokratycznej kontroli.
Zazielenienie gospodarki poprzez ochronę zasobów, odnawialne źródła energii, efektywność energetyczną i skuteczne bodźce gospodarcze w postaci np. ulg podatkowych stanowi niewątpliwie element rozwiązania. Jednakże projekt globalnych przemian społeczno-ekologicznych sięga dużo dalej – musi zakwestionować obowiązującą władzę, nadać priorytet demokratycznie legitymizowanym procesom i strukturom podejmowania decyzji, a także skupić się na zgodności z podstawowymi normami ochrony środowiska i praw człowieka.
Odwrócenie trendu będzie musiało być bardziej radykalne niż oferta zielonej gospodarki. Będzie wymagać pasji i optymizmu, a także wiązać się z kontrowersjami i walką. Książka „Zielona gospodarka od środka – obietnice i pułapki” jest częścią światowych poszukiwań i zaprasza czytelników i czytelniczki do udziału w debacie.
źródło: Fundacja Heinricha Bölla
Artykuł udostępniony na podstawie licencji Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License
Obrazek: Creator: ManuDs.
Zdjęcie na licencji Creative Commons License.
Co prawda miałam nie pisać o książkach, które potrzebne mi są do pracy, ale wydaje mi się, że od czasu do czasu mogę zrobić wyjątek. Szczególnie jeśli książka nie jest stricte naukowa. Dlatego do mojej listy książek 2016 dopisuję “Polski węgiel”. To książka składająca się z trzech dużych tekstów – Edwina Bendyka, Marcina Popkiewicza i Michała Sutowskiego, oraz reportażu społeczno-artystycznego Urszuli Papajak, wydana przez Krytykę Polityczną.
Trzy duże teksty Bendyka, Popkiewicza i Sutowskiego jakoś nawiązują do siebie nawzajem, a reportaż Papajak stanowi nieco krytyczne rozwinięcie niektórych myśli, które pojawiają się w tekstach.
Punktem wyjścia jest polski węgiel, na którym – jak deklaruje redakcja w reklamie książki – stoi polska gospodarka. A dla każdego z autorów oznacza to nieco coś innego.
I tak Bendyk przedstawia bardzo ciekawe rozważania na temat możliwości świata bez węgla. Czy zielone technologie, które są w debacie na temat węgla i emisji gazów cieplarnianych prezentowane jako naturalny (wręcz) następca kopalń – są rzeczywiście rozwiązaniem? I jeśli tak, to komu będą służyć? Bendyk przenosi dyskusję poziom wyżej, i zamiast dywagacji na temat wyższości wiatraków nad kilofami pokazuje jak wpisać węgiel i rezygnację z węgla w dyskusję o kapitalizmie. Mamy tu bardzo ciekawe rozważania o relacji między kapitalizmem a naturą, przywołana jest koncepcja antropocenu i kapitałocenu, oraz bardzo mocne i oparte na ciekawej literaturze pytania o istnienie społeczeństwa w czasach dominacji kapitału. Bendyk interesująco rozprawia się z różnymi optymistycznymi koncepcjami, zawierzającymi polepszenie sytuacji społeczeństw technologiom.
Mamy zatem wiarę w nowe zielone technologie, konkurencję na światowych rynkach węgla, strukturalną przemianę rynku pracy, postępujące zanieczyszczenie powietrza, ogólnie mnóstwo różnych czynników na różnych poziomach, które jak na razie nie są zupełnie systemowo koordynowane, a na tym rozproszeniu korzysta system kapitalistyczny, ale już nie społeczeństwa.
W tym erudycyjnym rozdziale uwagę zwraca prześlizgnięcie się po kwestii pracowniczej. Jest o tym, że górnicy bronią miejsc pracy bo jest to dla nich racjonalna strategia, są wyliczenia wskazujące, że kiedyś stanowili potężny elektorat, teraz nawet liczebnie nie są już tak wpływowi i dlatego też politycy przestają się z nimi liczyć. Strukturalna zmiana na rynku pracy, związana z niechybnym bezrobociem górników jednak niekoniecznie musi oznaczać ich płynne przejście do sektora zielonych technologii. To, że w jednym segmencie rynku pracy tworzą się nowe miejsca pracy nie oznacza przecież, że napłyną tam ci, którzy właśnie stracili pracę gdzie indziej. Ale powiedzmy, że rozważania Bendyka prowadzone są na tyle ogólnym, koncepcyjnym poziomie, że na konkretne rozwiązania nie ma tu miejsca.
Równie ciekawy jest tekst Sutowskiego, prezentujący rys historyczny polskiego węgla, istotność roli, jaką pełniły wydobycie i eksport tego surowca dla PRLowskiej gospodarki – i jak to wyobrażenie istotności przetrwało, mimo iż wcale już nie jest tak potrzebny. Poza tym sporo można się dowiedzieć o kosztach ukrytych wydobycia węgla, przekładających się na pogarszanie jakości życia w Polsce, fatalne zanieczyszczenie powietrza sprawiające, że “tani” węgiel generuje mnóstwo społecznych kosztów, na które nie można już przymykać oka.
Można jednak odnieść wrażenie, że ten kompetentnie napisany rozdział ma trochę pełnić funkcję mitygującą wobec tego, co pisze rozdział wcześniej Marcin Popkiewicz.
Rozdział Popkiewicza traktuje przede wszystkim o charakterystyce sektora: to, nomen omen, kopalnia wiedzy o sposobach wydobycia węgla, jego odmianach, o największych światowych graczach węglowych i miejscu Polski w globalnej konkurencji. Jest również sporo informacji o kosztach ukrytych wydobycia.
Jednakże, oprócz tego znajdziemy u Popkiewicza charakterystykę zarządzania sektorem w Polsce i tu się robi ciekawie. Peany pod adresem prywatnych kopalni – bez informacji o warunkach pracy, poziomie wynagrodzeń i formie umów; druzgocząca krytyka systemów zarządzania w spółkach Skarbu Państwa oraz – creme de la creme – litania zarzutów pod adresem pracowników i związkowców. Czego tu nie mamy – są bizantyjskie koszty utrzymania związkowców, są roszczeniowe załogi, które kompletnie nie rozumieją, że podcinają gałąź, na której siedzą i cały czas domagają się czternastek. Wywód inkrustowany jest cytatem z wypowiedzi prezydenta Nowej Soli, który górnikom wypomina, że w przeciwieństwie do innych grup zawodowych przeszli przez transformację suchą stopą. Do tego wypowiedź anonimowego górnika o tym jak naciągane są koszty dodatków za pracę pod ziemią. Przypisy do tego demaskatorskiego wątku pochodzą z Faktu i Newsweeka.
Jasne, że w polskim górnictwie jest sporo nieuporządkowanych kwestii związanych z zarządzaniem. Sytuacja, w której związek zawodowy zakłada firmę, w której zatrudniają się górnicy by pracować w kopalni w czasie wolnym od pracy etatowej jest dla mnie co najmniej niewłaściwa. Niemniej zdumiewa mnie jak to się stało, że w książce wydanej przez Krytykę Polityczną pojawiają się sformułowania “roszczeniowa załoga”, w której związki zawodowe niemalże potępia się w czambuł, przypisując im totalną krótkowzroczność oraz działania na szkodę przedsiębiorstw.
Autor (a właściwie autorzy, niestety) w żaden sposób nie odnoszą się do fali protestów i strajków, jaka miała miejsce w polskim górnictwie na przełomie 2014 i 2015 roku. Wbrew temu co pisze Popkiewicz, protesty nie polegały na rzucaniu mutrami – swoją drogą fascynująca jest kariera tego sformułowania, sklejonego ze słowem górnik – tak jak “mops – porwał klops”, tak “górnik – rzuca mutrą”. Choć doszło do konfrontacji górników z ochroną budynku zarządu w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. Co akurat było wstrząsające, bo do górników strzelano gumowymi kulami – i nie wywołało to żadnego oburzenia. Ot, roszczeniowcy, zasłużyli na kulkę.
W innych kopalniach trwały protesty, także okupacyjne, ale w imię ochrony miejsc pracy i interesu przedsiębiorstwa, nie przerywano wydobycia.
W Zabrzu do akcji protestacyjnej włączono lokalną społeczność. To z Zabrza pochodzi rysunek prezentujący płaczących górników, który obecnie jako mural zdobi jeden z budynków w Katowicach. Narysowała go dziewczynka, której tata i dziadek protestowali w obronie przeznaczonej do zamknięcia kopalni Makoszowy, ostatniej w mieście (moje zdjęcia kopalni Makoszowy do obejrzenia na Flickrze). Co więcej, w protestach udział brała też prezydent Zabrza. Czy to znaczy, że ona też jest roszczeniowa? Czy raczej po prostu obawia się, że jej miasto czeka scenariusz przetestowany już przez Wałbrzych?
Myślę, że dyskutując o polskim węglu nie można po prostu nie pisać o społeczności górników i ich specyficznej kulturze. Wokół kopalni, finansowane zresztą z kopalnianych pieniędzy, wyrastały osiedla, kluby sportowe, przedszkola – a w nich dość mocno zintegrowane wspólnoty. Jeśli powołujemy się na to, co oznaczała polityka Thatcher dla górnictwa, to nie można mówić wyłącznie o słupkach bezrobocia – ale także o przetrąconych kręgosłupach lokalnych społeczności. Którym nie do końca pomoże to, że za dziesięć lat w miejsce kopalni powstanie jakieś super hiper centrum kultury.
Tak samo nie rozumiem, dlaczego w wydawnictwie KP przechodzi powoływanie się na cytat prezydenta Nowej Soli, wypominającego górnikom ich uprzywilejowanie. Myślę, że krytyczny dyskurs na temat transformacji mamy już na tyle opanowany by wiedzieć, że to żaden powód do dumy, że tyle grup społecznych i zawodowych zostało poszkodowanych i wykluczonych oraz zubożonych przez przekształcenia. Dlaczego dołączać do tej długiej listy kolejną grupę?
Jak to się dzieje, że mamy wielki cytat o nieprawidłowościach w wyliczeniach dodatków za pracę na dole – od jednego anonimowego górnika – za to nie ma żadnej relacji z uzgodnień zawartych między protestującymi górnikami a JSW czy Kompanią Węglową? Moim zdaniem jednak zaprzepaszczono szansę by wyjść poza komunały o górnikach i ich mutrach, i napisać coś więcej o tym o co i jak walczą, w jakich warunkach pracują i na co są w stanie się zgodzić w negocjacjach z pracodawcami. Reportaż Papajak niewiele tu zmienia, jest raczej artystycznym listkiem figowym, dzięki któremu można powiedzieć “kwestia pracownicza – odhaczona”. Ale właśnie odhaczona nie jest.
Być może to co piszę brzmi zbyt sentymentalnie – lokalne wspólnoty, górniczy etos i tak dalej. Już bez przesady, żyjemy w sfragmentaryzowanej późnej nowoczesności, deal with it. Poza tym górnicy za Buzka dostali sporo kasy w odprawach i wcale to się dobrze nie skończyło.
Myślę jednak, że skoro górnik stał się dla polskich partii lewicowych – Zielonych i Razem – punktem odniesienia jako symbol “prawdziwej klasy pracującej” – tu warto sobie przypomnieć wywiady z zeszłego roku z przedstawiciel(k)ami partii, oraz deklaracje kto lepiej rozumie/reprezentuje górników – to nad górnikami jako społecznością trzeba się pochylić. Szczególnie jeśli jest się lewicowym wydawnictwem.
Artykuł ukazał się po raz pierwszy na blogu autorki: juliakubisa.wordpress.com
Czyli ekologia polityczna czasów kryzysu (więcej…)
Adaptacja do zmian klimatu powoli zaczyna przysłaniać kwestię zapobiegania im. Wiążące porozumienie z paryskiego COP21 – jeśli do niego dojdzie – może okazać się mało ambitne. Nawet, jeśli zostanie zawarte znajdą się powody, żeby nie realizować części postanowień.
Ekspansja kapitalizmu i obejmowanie logiką rynkową kolejnych wycinków rzeczywistości narzuca konwencję, w której działania zostaną podjęte tylko jeśli będzie to opłacalne, czyli gdy konkurencyjność gospodarki i PKB przy tym nie ucierpią. Rządy i globalne organizacje z Bankiem Światowym na czele dostrzegają katastrofalne skutki podnoszenia się globalnych temperatur. W swym przekazie wykorzystują jednak głównie argumentację ekonomiczną. Podobne analizy zaczęły być też lansowane przez ruch klimatyczny. W świecie zafiksowanym na punkcie ekonomii pozwala to wreszcie na podjęcie debaty. Głównymi mankamentami takiego podejścia są jednak sposób uwzględniania środowiska w analizach, fetyszyzacja PKB oraz ignorowanie naturalnych i społecznych granic wzrostu gospodarczego.
Flora i fauna widziane są przez pryzmat usług ekosystemowych, jakie świadczą ludziom i gospodarkom. Ich wycena opiera się na deklarowanej przez ankietowanych ocenie lub określonemu przez ekonomistę udziałowi tych elementów w gospodarce.
Dużo powszechniejsza jest za to krytyka produktu krajowego brutto (PKB). Zbyt silne przywiązanie do tego sposobu mierzenia świata jest grzechem ekonomii i stanowi jeden z wątków poruszanych przez ruchy dążące do zmian w tej dyscyplinie (zob. Rethinking Economics, ISIPE).
Ekonomiczne opracowania dotyczące skutków zmian klimatu, w tym najsłynniejsza analiza (Raport Sterna), pokazują ich koszt. Z wyliczeń na szczęście wynika, że warto ratować planetę. Humanitarna postawa ma być stabilnym źródłem długookresowego wzrostu zarówno dla krajów bogatych, jak i tych rozwijających się.
Czasem pojawiają się też osobliwe prace. Opublikowana niedawno w „Nature” analiza stwierdza, że w skutek podniesienia się średniej temperatury spadnie produktywność pracowników, a wraz z nią światowe PKB. Jedynie w dotychczas chłodniejszych krajach (np. w Rosji) można spodziewać się poprawy warunków gospodarowania.
Ziemia jest zakładniczką dążenia do jak największego PKB, zysku i wartości dla akcjonariuszy. Amerykański gigant energetyczny ExxonMobil najprawdopodobniej był świadomy zagrożeń związanych ze zmianami klimatu już od końca lat 70. XX wieku. Ukrywał przed inwestorami informacje na temat możliwych ich konsekwencji dla branży. Co więcej, finansował działalność organizacji zaprzeczających istnieniu tego zjawiska.
Trudno podejrzewać by Exxon oraz Volkswagen, który zatajał rzeczywisty poziom emisji azotu oraz dwutlenku węgla silników swoich aut były tutaj wyjątkami.
Jak podkreślają pierwsi alarmiści (m.in. Dennis Meadows, jeden z autorów „Granic wzrostu”) oraz naukowcy posługujący się współczesnymi modelami klimatycznymi, sytuacja jest na tyle poważna, że wzrost temperatury powyżej 2°C jest już właściwie przesądzony. Przyjęcie ekonomicznej argumentacji przez część organizacji ekologicznych można traktować jako sięgnięcie po ostatnią deskę ratunku.
Wizje „zielonej gospodarki” czy „zielonego wzrostu” przynoszą jednak niezamierzone skutki, takie jak utrwalanie troski o gospodarkę i konkurencyjność jako wartości samych w sobie, wzmacnianie zjawiska utowarowienia rzeczywistości, a także pielęgnowanie konsumpcjonizmu w świecie niedostrzegającym naturalnych i społecznych granic wzrostu gospodarczego.
Ekonomiczne uzasadnienie walki ze zmianami klimatu ma sens, jednak długoterminowych rozwiązań należy szukać w szerszych strategiach zakładających zmianę kulturową i przesuwających gospodarczą wyobraźnię poza PKB. W przeciwnym razie wypełnienie przyjmowanych w bólach celów redukcyjnych może okazać się niemożliwe.
Potrzebujemy ogromnego skoku naprzód w stronę zielonej gospodarki. TTIP prowadzi nas w dokładnie przeciwnym kierunku. (więcej…)
W zielonym uprzemysłowieniu nie chodzi tylko o tworzenie zielonych miejsc pracy w określonych sektorach. Chodzi o przekształcenie i ożywienie całego przemysłu w Europie. To prawda, że przyszła konkurencyjność przemysłu europejskiego będzie oparta na zrównoważonym rozwoju. Ale ile będzie to oznaczać relokalizacji, a ile globalizacji? Debata między Natalie Bennett, przewodniczącą Partii Zielonych Anglii i Walii oraz Reinhardem Bütikoferem, europarlamentarzystą i współprzewodniczącym Europejskiej Partii Zielonych. (więcej…)
W miarę szybko postępującej urbanizacji miasta będą stawać się coraz ważniejszym elementem przejścia w stronę gospodarki niskowęglowej. Mogą odegrać w nim rolę wiodącą, pracując nad stworzeniem miejskiej gospodarki cyrkularnej i slow economy. (więcej…)
Istnieje alternatywa dla polityki zaciskania pasa – to zielona polityka budżetowa, łącząca zrównoważony rozwój i sprawiedliwość społeczną. Pięć wskazówek do zbudowania takiego budżetu przedstawia Molly Scott Cato, rzeczniczka Partii Zielonych Anglii i Walii ds. gospodarki. (więcej…)
Czy zielone technologie wystarczą, aby zatrzymać kryzys ekologiczny i zbudować bardziej zrównoważoną gospodarkę? (więcej…)