„Źli ludzie” wietrzą Toruń

Jakub Gołębiewski , Bartłomiej Kozek
19 września 2014

O toruńskim samorządzie, zasiedziałych układach i oddolnych alternatywach opowiada Jakub Gołębiewski w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem.

Bartłomiej Kozek: W Toruniu rządzi bardzo szeroka koalicja prezydenta Michała Zaleskiego, PiS oraz SLD. Czy jej rządy przyczyniają się do rozwoju miasta?

Jakub Gołębiewski: Nie jestem pewien, czy do tej szerokiej koalicji nie zaliczyć jeszcze i PO (sic!). Przeglądając historię miejskich głosowań, trudno dopatrzeć się znaczących różnic w głosowaniach koalicji prezydenckiego Czasu Gospodarzy-PiS-SLD, a rzekomo opozycyjnej Platformy.

Pytasz o rozwój, ale to oczywiście pytanie podchwytliwe. Każdy rozumie to pojęcie inaczej. Sądząc po aktywności prezydenta, wydaje mi się, że dla Michała Zaleskiego oznacza on organizację prestiżowych wydarzeń sportowych i kulturalnych oraz realizację spektakularnych inwestycji. Mamy w Toruniu imprezy, takie jak mistrzostwa sportowe rangi międzynarodowej w żużlu, koszykówce, lotnictwie czy motorowodne. Mamy regionalnej klasy festiwale filmowe, teatralne, muzyczne itd.

W ostatnich latach, korzystając z dotacji unijnych, ale też za cenę bodaj najwyższego w kraju zadłużenia miasta, Zaleski zrealizował szereg gigantycznych inwestycji: budowę Centrum Sztuki Współczesnej, Motoareny (stadion żużlowy), drugiego mostu przez Wisłę, hali sportowo-widowiskowej, hali koncertowej, trasy średnicowej czy nowej linii tramwajowej.

Rozwój jest niewątpliwy. Pytanie tylko komu on służy? Weźmy nową halę widowiskowo-sportową, która pochłonęła 188 mln złotych. Toruń ma 200 tys. mieszkańców. Koszt budowy tej hali to blisko 1000 zł na mieszkańca. Dodatkowe 5 mln zł będzie kosztowało jej roczne utrzymanie, nie licząc kosztów organizacji imprez. Każdy torunianin dorzuci się zatem do funkcjonowania tego obiektu po 25 zł rocznie.

Wiadomo, że sport ma się lepiej, kiedy jest wspierany z pieniędzy publicznych, ale tu właśnie docieramy do kwestii, w której nie podzielam zdania prezydenta Zaleskiego. W nowym obiekcie będą trenowały i rywalizowały zawodowe kluby sportowe, a więc prywatne spółki de facto dotowane przez mieszkańców Torunia. Prezydent nie jest już niestety tak hojny dla klubów amatorskich, które walczą o groszowe dotacje z miejskiej kasy. Jeżeli nie osiągają tzw. wyników, o dotację ciężko, a przecież istotą sportu jest fizyczna aktywność wspólnie z innymi. Dla prezydenta sport to widowisko z udziałem zawodowców, dla mnie to przede wszystkim powszechna kultura fizyczna dzieci, młodzieży, dorosłych i seniorów.

W Toruniu nie dość dba się o stwarzanie trwałych podstaw rozwoju, ponieważ uwaga rządzących skupia się na kosztownym efekciarstwie.
BK: Jesteś reprezentantem Czasu Mieszkańców – inicjatywy, która ma ambicje rozbić dotychczasowy układ sił w toruńskiej Radzie Miasta. Kto tworzy tę inicjatywę i co was zmobilizowało do jej utworzenia?

JG: Zmobilizował nas oczywiście prezydent Zaleski. Nazywa nas „złymi ludźmi”. Tak się wyraża o wszystkich, którzy go krytykują.

Zmobilizował nas m.in. tym, że w dobie hojnych europejskich dotacji miasto szybko się zmienia, ale konkretne rozwiązania nie są konsultowane z mieszkańcami na takim poziomie, jakiego oczekujemy. Dziś nie wystarczy ludziom zbudować drogę, aby byli zadowoleni. Ta droga powinna być wspólnie z nimi zaprojektowana tak, aby odpowiadała na wiele nakładających się potrzeb różnych grup użytkowników.

Staramy się tego rodzaju procesy uruchamiać w Toruniu, jednak opór prezydenckiej administracji jest znaczny. Jesteśmy przekonani, że sami lepiej potrafilibyśmy animować dialog z mieszkańcami.

Wielu z nas to miejscy aktywiści działający w różnego rodzaju stowarzyszeniach i organizacjach kulturalnych, społecznych, ekologicznych czy sportowych, a także w radach okręgów. Dołączyli też do nas przedsiębiorcy, przedstawiciele wolnych zawodów oraz ludzie nauki.

BK: Czy bardziej zamierzacie skupiać się na punktowaniu błędów dotychczasowych włodarzy, czy raczej na prezentowaniu własnej, alternatywnej wizji miasta? Jaka ona właściwie będzie? Jak na razie na waszej stronie internetowej widnieje tylko dość ogólny manifest…

JG: Każda kampania musi zawierać pewną dozę krytyki przeciwnika. Nam będzie łatwiej krytykować, bo dopiero zaczynamy na politycznym polu, ale jako działacze społeczni nie od dziś mamy sporo do powiedzenia w konkretnych kwestiach. To będzie krytyka połączona z propozycjami rozwiązań alternatywnych.

Tuż przed wakacjami zakończyliśmy serię wywiadów, w których członkowie inicjatywy Czas Mieszkańców przepytywali swoich sąsiadów na tematy ich zdaniem problematyczne w mieście. Od samego początku postanowiliśmy konsekwentnie kroczyć drogą dialogu społecznego. Nasz program również będzie rezultatem konsultacji. Na podstawie przeprowadzonych w maju i czerwcu wywiadów określimy najważniejsze problemy i potrzeby miasta. Następnie w grupach problemowych zaproponujemy rozwiązania, które z kolei znowu będziemy konsultować na ulicach Torunia. W ten sposób powstaną główne wytyczne dla poszczególnych obszarów tematycznych, które już teraz możesz zobaczyć na naszej stronie.

Nie ukrywam, że większość z nas inspiruje się zasadami zrównoważonego rozwoju. Na pewno już teraz mogę powiedzieć, że w obszarze „Zarządzanie i administracja” będziemy postulować: 1) zwiększenie aktywności i podniesienie jakości działań wydziału urzędu miasta odpowiedzialnego za konsultacje miejskie, 2) zmianę nastawienia urzędników pozostałych wydziałów i jednostek miejskich w stronę otwartości na dialog z mieszkańcami, zwłaszcza jeśli chodzi o Miejski Zarząd Dróg, Wydział Gospodarki Komunalnej, Wydział Inwestycji i Remontów itd., 3) wzmocnienie jednostek pomocniczych, tzw. rad okręgów, wciąganie ich w proces zarządzania miastem i delegowanie im części zadań oraz wyznaczenie budżetów, 4) poprawa regulaminu i procedur nowego narzędzia, jakim jest Budżet Partycypacyjny Torunia.

BK: Jesteście częścią Porozumienia Ruchów Miejskich, które na początku lata w Warszawie rozpoczęło swoją kampanię wyborczą do samorządów. Co was łączy z podobnymi inicjatywami z innych miast i gdzie widzicie potencjał współpracy między nimi?

JG: To połączenie jest pewną historyczną koniecznością. Społeczeństwo obywatelskie w Polsce osiągnęło pewien etap rozwoju. Przed wejściem na kolejny etap blokują je partyjne elity, które w miastach umościły się jeszcze mocniej niż w Sejmie. Prezydenci miast rządzą po 3, 4 , a nawet 5 kadencji. Rozdzielają stołki w gminie i dysponują znacznie większymi środkami na kampanię niż jakakolwiek alternatywna inicjatywa. Do tego dochodzi ordynacja, która ruguje ruchy oddolne. Przykładowo My Poznaniacy, którzy osiągnęli w poprzednich wyborach wynik ok. 10%, nie otrzymali ani jednego mandatu!

W dobie szybkiego przekazu i wciąż jeszcze znaczącej roli telewizji musimy docierać do wyborców z naszym komunikatem za pomocą mediów krajowych. Porozumienie Ruchów Miejskich stwarza nam tę szansę. Jednocześnie znamy działaczy Porozumienia z innych miast. Są to, podobnie jak my, ludzie zaangażowani na rzecz swoich wspólnot. Czas pokaże, w jaki jeszcze sposób Porozumienie okaże się korzystne dla inicjatyw w poszczególnych miastach. Przypuszczam, że jeżeli uda się zdobyć mandaty w kilku radach miejskich, będziemy mogli pomyśleć o wprowadzeniu do debaty publicznej zagadnienia zmian w ustawach o samorządzie oraz samorządowej ordynacji wyborczej.

BK: Ruchy miejskie często lubią podkreślać, że wymykają się tradycyjnym podziałom na osi lewica-prawica. Doświadczenie ruchu My-Poznaniacy dla niektórych obserwatorów ma być dowodem na to, że niełatwo uciec od tego typu podziałów, także na szczeblu lokalnym. W jaki sposób radzicie sobie z różnicami zdań wewnątrz waszej inicjatywy? Czy także i ty jesteś „dumny z Leszka Balcerowicza”, jak możemy wyczytać z manifestu Czasu Mieszkańców?

JG: Profesor Balcerowicz nie jest moim idolem, ale z pewnością jest postacią nietuzinkową. Koledzy, którzy pisali manifest, mieli na myśli, że wiele utalentowanych osób wyjeżdża z Torunia. W mieście nie ma kompleksowego pomysłu na to, jak zagospodarować wielki potencjał intelektualny absolwentów uniwersytetu. To również jest jeden z problemów, który chcemy naprawić.

Wracając do różnic w poglądach – na to jeszcze przyjdzie czas, kiedy uzyskamy minimum dwa mandaty. Teraz się tym nie przejmujemy. Nie uważam tego za przejaw niedojrzałości. Czy różnice w łonie Solidarności były ważniejsze od tego, co ją jednoczyło? Nie. Mamy do wykonania pewne zadanie i na nim się skupiamy. Chcemy trochę przewietrzyć miasto. Spójrzmy na to, co się dzieje obecnie w Radzie Miasta. Wywodzący się z PZPR prezydent od 12 lat rządzi ze swoim ugrupowaniem w koalicji z PiSem, SLD i de facto Platformą. Jak widać poglądy nie przeszkadzają nikomu dzielić miejski tort. Ten stan rzeczy należy zmienić.

BK: Jakie macie plany na kampanię wyborczą – jakie tematy mają być dla was szczególnie ważne? Czy planujecie pozyskać do współpracy kolejne inicjatywy lokalne? Kogo uważacie za swoją grupę docelową?

JG: Naszą kampanię poniekąd determinują pewne ograniczenia. Nie mamy pieniędzy, więc przenosimy się bardziej do Internetu. Będziemy wykorzystywać różne nietypowe kanały i narzędzia. Nie wszystko mogę zdradzić. Zgłaszają się do nas osoby i grupy, które odbiły się od ściany w urzędzie miasta. Pracujemy ze środowiskiem nauczycieli i rodziców Domu Harcerza, który Zaleski chciał zamknąć. Wspieramy mieszkańców, którzy protestują przeciw szkodliwym ich zdaniem inwestycjom w ich sąsiedztwie. Chcemy być rzecznikiem osób, które zostały oszukane podczas przeprowadzania procedury Budżetu Partycypacyjnego. Mam tu na myśli fakt, że urząd miasta manipulował wnioskami do budżetu w trakcie trwania głosowania bądź po prostu odrzucił niektóre wnioski bez uzasadnienia.

Grupa docelowa? Najwięcej ludzi w ogóle nie głosuje, szczególnie młodzi. Widzę tu spory potencjał.

BK: Jesteś radnym w jednym z okręgów Torunia. Czego nauczyło cię to doświadczenie i jakimi działaniami na tym stanowisku będziesz się mógł pochwalić w zbliżającej się kampanii?

JG: Nasza rada niestety jest dość ospała. 6 na 10 miejsc w radzie zajmują studenci spoza Torunia, którzy kiedyś myśleli, że będą działać, ale kilku z nich nawet nie miałem okazji poznać. W tej sytuacji przyszło mi działać w pojedynkę. Samemu niewiele można zrobić, ale mam swoje małe sukcesy: złożyłem wniosek do Budżetu Partycypacyjnego, który wygrał w I edycji i dziś jest pierwszym zrealizowanym dzięki temu instrumentowi projektem w Toruniu. Byłem autorem wniosku o konsultacje społeczne dotyczące przestrzeni sąsiedzkiej w okolicy, na podstawie których grupa mieszkańców napisała wspólnie projekt do II edycji Budżetu Partycypacyjnego. Projekt niestety znalazł się w głosowaniu tuż pod kreską, ale osiągnął wynik na tyle dobry, że będziemy go składać w kolejnej edycji.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *