Polityczny krajobraz postemerytalny

Bartłomiej Kozek
27 kwietnia 2012

Pod koniec marca koalicja PO-PSL odrzuciła wniosek „Solidarności” o zorganizowanie referendum w sprawie wieku emerytalnego. Wszystko wskazuje na to, że nadal ma ona większość do przeprowadzenia planowanej przez siebie zmiany. Jak wygląda obecna sytuacja polityczna i czy perspektywa przedterminowych wyborów została zażegnana?

Walka o prawą flankę

Mamy dziś w Sejmie 6 partii i mało prawdopodobne, by w ciągu 3-4 lat do grona liczących się graczy na politycznej scenie miała dołączyć inna siła. Na prawym skrzydle Zbigniew Ziobro próbuje sięgnąć po dawny elektorat LPR. Szansę tej inicjatywy – wbrew opiniom części komentatorów – wydają się większe niż w wypadku PJN. Zamiast walczyć o stopniały do marginalnych rozmiarów elektorat sierot po PO-PiSie, Solidarna Polska sięga po stronników PiS i PSL z mniejszych ośrodków, z jednej strony próbując wrzucić do publicznej debaty temat oporu wobec unijnego pakietu energetyczno-klimatycznego, z drugiej – eksploatując słabo artykułowane nawet przez parlamentarną lewicę kwestie walki z nierównościami społecznymi. Dynamika młodego pokolenia prawicowych polityków działa na ich korzyść. Widać to było podczas sejmowej debaty, na której ubrana w związkową kamizelkę Beata Kempa ciskała gromy na „tłuste kocury” i stawała w obronie ciężko pracujących pielęgniarek i robotnic. Jeśli SP uda się zbudować struktury terenowe (a ma na to więcej czasu niż miał Palikot) sztuka przekroczenia za 3 lata progu 5% w wyborach powinna się udać. Otwarte pozostaje również pytanie, na ile słaby występ Ziobry na warszawskim marszu w obronie telewizji Trwam będzie miała wpływ na notowania jego partii w dłuższym okresie.

Solidarna Polska zmusza PiS do rywalizacji na prawicowość, co może skutecznie blokować jego próby przyciągania bardziej umiarkowanych wyborców. Na razie żadna z tych formacji do centrum nie schodzi. Kaczyński, widzący w referendum „Solidarności” szansę na walkę z postkomunistycznym układem, wikłającym Polskę w postkolonialną zależność, jest tu doskonałym przykładem. Obecnie obie partie zajęte są uderzaniem w siebie nawzajem, co sprawia, że pozostaną w klinczu, utrudniającym Kaczyńskiemu zdobycie parlamentarnej większości. Byłoby to tym trudniejsze, gdyby Ziobro uzyskał jego kosztem dobry rezultat w wyborach prezydenckich. Możliwe, że gdyby nie ta pewność dotycząca zakleszczenia prawicy, PO nie puszczałaby do lewego skrzydła swojego elektoratu tak wyrazistych sygnałów, jak propozycja likwidacji Funduszu Kościelnego czy prace nad własną wersją ustawy o związkach partnerskich.

Po drugiej stronie sceny politycznej zrobiło się jeszcze ciaśniej. Platforma Obywatelska będzie pomysły „światopoglądowe” kierowała w stronę elektoratu Palikota – zapewne z przekazem „patrzcie, to my mamy realną władzę, by zmieniać prawo”. Ale raczej go tym nie osłabi – wyrazistością Palikota nie przebiją. Na lewo od SLD przestrzeń na jakąś oddolną, np. bliską związkom zawodowym siłę właściwie nie istnieje – rywalizacja z RP i konserwatyzm Millera sprawiają, że Sojusz próbuje skupiać się na sprawach socjalnych.

Chaos na lewej burcie

Palikot ze swoją polityczną nadpobudliwością pozostaje największą zagadką. To jego klub miał się rozpaść z powodu nieskładności, a tymczasem zasysa posłów z SLD i PO. Nie osłabia go ani wybuczenie na demonstracji ACTA, ani wypominanie niespójności zachowań. Możliwe, że zapewnienia o tym, że zależało mu na prospołecznym złagodzeniu zmiany wieku emerytalnego, wystarczą, by to do niego przechodziły głosy osób… rozczarowanych tymże posunięciem Tuska. Kreujące wizje bezalternatywności wobec podniesienia wieku emerytalnego media i goszczący w nich eksperci mogą sprawić, że spore grono wyborców podzieli to stanowisko i nie będą ich przekonywać tłumaczenia, że istniały alternatywy – chociażby zaproponowany przez OPZZ pomysł na liczenie stażu pracy zamiast sztywnego wieku emerytalnego – mogą za to zapamiętać tych, którzy chcieli coś przy okazji „wyszarpać dla ludu”.

Nieprzewidywalność Palikota sprawia, że rozważania o przedterminowych wyborach zaczynają przypominać wróżenie z fusów. Dogadanie się PO i PSL w sprawie reformy emerytalnej zmniejsza szansę na kolejny duży konflikt w koalicji. Z bardziej zapalnych punktów exposé Donalda Tuska pozostał jeszcze KRUS, ale skoro już teraz trwają nad oskładkowaniem rolników wspólne prace, a różnice w punkcie wyjścia nie były takie wielkie, wydaje się, że sprawa zostanie załatwiona.

Nie oznacza to, że nie będzie przy tym iskrzyć. Wręcz przeciwnie, wszystkim na prężeniu muskułów zależy. PSL chce uniknąć odpływu elektoratu do PiS i Ziobry, PO – do Palikota, który gra na powolną dekompozycję SLD (silny cios w postaci powrotu więzień CIA, utrata kolejnego posła i tym samym coraz bardziej teoretyczna możliwość posiadania większości sejmowej przez koalicję PO-SLD) gra o 20% w kolejnych wyborach. Perspektywa silniejszego Palikota po ewentualnych przedterminowych wyborach na jesieni 2012 nie musi Platformie się uśmiechać. Dopóki jeszcze może temperować PSL groźbą przepchnięcia swoich pomysłów głosami innych ugrupowań, dopóty będzie w silniejszej sytuacji niż w którymkolwiek z powyborczych scenariuszy. Jeśli Ziobro przekroczyłby próg wyborczy, mandaty dzieliłoby między siebie 6 ugrupowań, a to zmniejszałoby szansę nie tylko na samodzielną większość PO-PSL, ale też PO-PSL-SLD, a tylko mając koalicyjną alternatywę dla Palikota PO miałaby porównywalną do dzisiejszej polityczną siłę. Pamiętajmy też, że nie przypadkiem PO i PSL siedzą w jednej grupie europarlamentarnej, której RP w swoich potencjalnych aliansach nie rozważa – u chadeków. Są to bowiem dziś najbardziej programowo zbliżone partie na politycznej scenie, nawet PiS i Solidarna Polska różnią się od siebie bardziej, na przykład w polityce podatkowej czy stanowisku w sprawie energetyki jądrowej.

Szpagaty Palikota

Palikot wyrasta w tym momencie na kingmakera, mającego coraz większy wpływ na polską politykę. Już dziś odgraża się, że tylko jego osobiste prośby powstrzymały około 10 posłów PO przed przejściem do jego klubu. Deklaruje, że z tak dalece posuniętymi ruchami chciałby poczekać na okres po Euro 2012, by nie prowadzić do kryzysu politycznego przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Jeśli faktycznie owych 10 posłów ma (wystarczy mu zresztą znacznie mniej, bo ok. 5, aby pozbawić PO-PSL większości), to czysto teoretycznie mógłby do przedterminowych wyborów dopuścić. Wydaje się jednak, że preferować będzie dotrwanie do końca kadencji, co pozwoli mu na wzmocnienie się w regionach, zwiększenie kompetencji i rozpoznawalności co najmniej części swojego klubu, a także przyciągnięcie nowych nazwisk, w tym z innych partii, do obsadzenia list do Parlamentu Europejskiego oraz na wybory samorządowe.

Nie do końca wiadomo jakie ostatecznie oblicze ideowe Palikot przyjmie. Choć enigmatyczna wizja „Nowoczesnego Państwa” może przyciągać ludzi o różnych poglądach ekonomicznych, a sam RP może wzorować się na ideowym eklektyzmie PO, to jednak pomimo tego eklektyzmu partia Tuska jest w stanie wydawać z siebie znacznie bardziej rozbudowany i spójny program niż Palikot. Szerokie spektrum programowe to jednak zarazem ryzyko, jak i szansa. Warto bowiem pamiętać o istnieniu np. sporej grupy osób, która taktycznie głosowała w wyborach na PO, planując głos na SLD, a wcześniej LiD. Dla tych wyborców potencjalna niespójność programowa i obecność w jednej partii tak różnych postaci, jak walcząca o prawa pracownicze Anna Grodzka i thatcherysta Łukasz Gibała, nie ma wielkiego znaczenia. Wejście do rządu już dziś poważnie utrudniłoby Palikotowi cel, jaki byłoby osiągnięcie wyniku wyborczego w okolicach 20%. Cały czas podgrzewa zatem wokół siebie atmosferę, a kulminacją tego procesu ma być ogłoszenie 1 maja w warszawskiej Sali Kongresowej planu „korekty kapitalizmu”, mającej – jak zapewniają plakaty reklamujące imprezę – doprowadzić do realizacji polityki pełnego zatrudnienia i zerowego bezrobocia. Wkrótce dowiemy się, na ile wydarzenie to będzie kolejnym niewiele wnoszącym show, a na ile – poważną deklaracją polityczną, jasno umiejscawiającą Ruch Palikota na politycznej scenie.

Coraz mniej prawdopodobny wydaje się alians RP-SLD. Konflikt Miller-Palikot, w przeciwieństwie do Tuska i Pawlaka, jest autentyczny. PO i PSL nie rywalizują o ten sam elektorat. SLD i RP z kolei mają dużą część (chociaż nie całość, dlatego osobno mogą zdobyć w sumie więcej poparcia niż w koalicji) wspólną, co sprawia, że obu formacjom może zależeć na wzajemnym zniszczeniu. Obie też rywalizują o bycie w przyszłości potencjalnym koalicjantem PO, zależy im więc nie tylko na wzmocnieniu samych siebie, ale i osłabieniu przeciwnika.

Pomarańcz się zazielenia?

Palikot podnosi ostatnio coraz wyraźniej zielone tematy, takie jak energetyka odnawialna czy sprzeciw wobec energii jądrowej. Wyczuwa, że mogą wokół nich gromadzić się większe lub mniejsze ruchy społeczne – dodaje zatem do siebie dotychczasowe (LGBT, feminizm, Wolne Konopie) i nowe (ACTA, atom). Ekologia rymuje się z wizją „nowoczesnego państwa”, a jako że społeczna świadomość zielonej polityki pozostaje mizerna, może wykorzystywać poszczególne jej postulaty, odrywając się od tych mniej dla niego wygodnych. Przyłączenie się RP do frakcji Zielonych w Parlamencie Europejskim pozwoliłoby mu uniknąć prostego zaszufladkowania jako partia lewicowa albo liberalna – slogan o „byciu z przodu” nadaje się do tego celu idealnie.

Ważne jest również to, że odnawialne źródła energii to temat interesujący dla sporej części już istniejącego elektoratu Ruchu Palikota, czyli małych i średnich przedsiębiorców. Dlatego wydaje się, że Palikot jest dziś znacznie bardziej otwarty na selektywne podejmowanie zielonych tematów niż kiedykolwiek było na to gotowe SLD. Tworzy to nowe szanse – ale też i nowe zagrożenia – dla rozwoju zielonej polityki w Polsce.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *