Co dalej z globalnym kryzysem

Pascal Canfin
2 listopada 2011

Jaki jest stosunek sił między rządami państw a bankami w trzy lata po bankructwie Lehman Brothers? Aby to zrozumieć, trzeba przyjrzeć się trzem etapom kryzysu, jakie nastąpiły po jego wybuchu 2008 r.

Trzy odsłony kryzysu

Na pierwszym etapie (2008–2009) państwa ratowały banki, pompując w nie miliardy dolarów z publicznej kiesy. Spowodowało to znaczący wzrost zadłużenia publicznego.

Drugi etap obejmuje okres od 2010 do lata 2011 r. Wzrost poziomu długu publicznego zaniepokoił posiadaczy obligacji państwowych, czyli… banki. Najbardziej zadłużone kraje – Grecja, Portugalia, Irlandia i Włochy – stały się obiektem spekulacyjnych ataków na ich dług publiczny.

Obecnie stoimy, jak się zdaje, u progu trzeciego etapu. Przytłoczone ciężarem zdewaluowanych długów publicznych banki znów zaczynają się chwiać. Międzynarodowy Fundusz Walutowy wzywa do pilnej rekapitalizacji europejskich banków. Skąd jednak wziąć świeży zastrzyk pieniędzy? Prywatni akcjonariusze jakoś nie tłoczą się u bram, zaś państwa nie mają już pola manewru. Aby wydostać się z tego błędnego koła, groźnego i dla banków, i dla państw, trzeba zerwać z dotychczasową polityką, której nie udało się wyprowadzić nas skutecznie z kryzysu finansowego.

W poszukiwaniu wyjścia

Pierwszy krok, który trzeba bardzo pilnie wykonać: nałożyć natychmiastowe moratorium na dywidendy i premie bankierów. Banki muszą przestać trwonić swoje zasoby w sytuacji, gdy nieznany pozostaje dokładny koszt kryzysu zadłużenia publicznego. Czy straty związane z zadłużeniem Grecji wyniosą 21%, według oczekiwań banków francuskich, czy raczej 50%, jak przewidują niektóre banki anglosaskie? Nie wiadomo. Ale każde euro przeznaczane dziś na wypłatę dywidend i premii to jedno euro mniej kapitału potrzebnego na pokrycie strat banków w przypadku rzeczywistego bankructwa któregoś kraju strefy euro.

Po drugie musimy odważyć się znacjonalizować banki niezdolne do przetrwania po obciążeniu ich akcjonariuszy i wierzycieli, którzy nabyli ich obligacje. W pierwszej kolejności powinni uregulować rachunek ci, którzy w ciągu ostatniej dekady czerpali z działalności banków nieuczciwe zyski. Dopiero po sięgnięciu do kieszeni akcjonariuszy i wierzycieli powinny wkroczyć władze państwowe, nacjonalizując jedynie te spośród niewypłacalnych banków, które pozostałyby niezdolne do rekapitalizacji w oparciu o środki prywatne. W r. 2008 państwa europejskie nie zdecydowały się na tę drogę, uruchamiając tym samym proces masowego przekształcania długów prywatnych w zadłużenie publiczne. Najbardziej karykaturalnym przykładem takiego postępowania była Irlandia, w której plan ratowania sektora bankowego spowodował wzrost zadłużenia publicznego o 45 punktów PKB. Jedynie Islandia odrzuciła w 2008 r. zasadę uspołeczniania strat sektora prywatnego. Dzięki temu koszt ratowania banków okazał się w jej przypadku ograniczony, zaś państwo islandzkie odzyskało zdolność ponownego pożyczania na rynkach.

Po pierwsze realna gospodarka

Po trzecie konieczne jest ponowne wprzęgnięcie systemu finansowego w służbę realnej gospodarki. Od trzech lat europejskie banki korzystają z dobrodziejstw krótkoterminowej stopy procentowej ustalonej na poziomie bliskim zera i mają w Europejskim Banku Centralnym „otwarte okienko” dostępu do płynnych aktywów. Oznacza to, że w zamian za papiery wartościowe deponowane przez banki w charakterze gwarancji na rachunkach EBC, otrzymują one tani pieniądz. I co z nim robią? Co im się żywnie podoba. Najpierw przywróciły sobie zyski. Następnie przyczyniły się do poprawy samopoczucia rynków w 2009 i 2010 r., pompując nowe bańki, np. na rynku surowców.

To zdumiewające, że ani EBC, ani amerykańska Rezerwa Federalna nie postawiły bankom żadnym warunków w zamian za umożliwienie im niezbędnego dostępu do płynnych aktywów. Zwłaszcza że w tym samym czasie, przynajmniej w Europie, bank centralny wygrażał pochodzącym z demokratycznego wyboru rządom, nakazując im prowadzenie polityki radykalnych oszczędności. W efekcie szczodra polityka monetarna, która powinna uzupełniać prowadzoną aktualnie restrykcyjną politykę budżetową, nie służy wcale realnej gospodarce – ani w Europie, ani w USA. Najwyższy czas, aby banki centralne uzależniły dostęp do płynnych aktywów od wprowadzenia przez banki szeregu praktycznych zmian, takich jak zaprzestanie spekulacji na zadłużeniu publicznym, podtrzymanie pożyczek wspierających realną gospodarkę czy finansowanie inwestycji, od których zależy nasza przyszłość.

W 2008 r. przywódcy polityczni z powodów ideologicznych odmówili wzięcia w karby świata finansów. Najwyższa pora, by to w końcu uczynić.

Artykuł opublikowany na blogu Échos d’euro-écolos we wrześniu 2011, w trzecią rocznicę upadku Lehman Brothers. Dziękujemy Autorowi za zgodę na przedruk. Przełożył Adam Ostolski.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *